Zamiast wstępu – krótki przewodnik

Zamiast wstępu – krótki przewodnik

Witam serdecznie na moim blogu. Oto krótki przewodnik, który pomoże poruszać się po tej stronie.

Jeśli jesteś tu pierwszy raz i jeszcze nie wiesz, czy Ci się tu podoba, czy nie, to zacznij od przeczytania tego wpisu.

Jeśli po jego przeczytaniu uznasz, że Ci się tutaj podoba, to:

a. Dowiedz się, z kim masz do czynienia

b. Dowiedz się, jakiej muzyki słucham

c. Jakie produkty polecam i jakie filmy oglądam

d. Co mnie inspiruje i kogo podziwiam

Jeśli po bliższym zapoznaniu się z moją osobą masz ochotę kontynuować czytanie, to zapraszam do czytania kolejnych postów. Mam nadzieję, że lektura mojej strony nie będzie dla Ciebie stratą czasu:-)

Zapraszam do polubienia Nie Tylko Mamy na Facebooku: TUTAJ.

Jeśli masz ochotę do mnie napisać, zajrzyj TUTAJ.

Pozdrawiam wszystkich!

Uwaga! Blog jest bardziej czytelny, jeśli używasz Firefoxa

Nowe podrygi i poczynania.

Nowe podrygi i poczynania.

Jeśli ktoś z moich dawnych czytelników jeszcze tu czasem zagląda i jest ciekaw, co mi w głowie piszczy, to zapraszam Was na moje nowe strony.

Główna działalność: blog i warsztaty dla kobiet Weź się za siebie.

Projekt pro-bono, budujący świadomość wokół chorób tarczycy: Zbadaj tarczycę!

Zapraszam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

04

(Fot. Agnieszka Lisiuk Goldenhours)

Pożegnanie.

Pożegnanie.

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy,
Będę dziś bezpośrednia! Znudziło mi się pisanie „w eter”, nie wiadomo w zasadzie do kogo… Ponadto nie mam w sobie już takiej przemożnej chęci dzielenia się sobą z „publicznością”. Czyżbym dojrzała? Wyleczyła się z narcyzmu? Nie wiem. Nie sądzę 😉 Kiedy wiele lat temu zakładałam tego bloga, chciałam się dzielić doświadczeniami ze swojego życia, aby pomagać innym. Drugim celem było też ciągłe ćwiczenie warsztatu pisarskiego. A trzecim – wyrażenie siebie i znalezienie odbiorców, nawiązanie dialogu z ludźmi – z własnej, egoistycznej potrzeby zaspokojenia poczucia samotności. Od wielu miesięcy jednak brakuje mi wyraźnej motywacji i celu w tym wszystkim. Brak mi pomysłu na ten blog. Brakuje mi też odzewu ze strony czytających. Blogów o macierzyństwie jest w tej chwili naprawdę masa, w większości są one identyczne (proszę o wybaczenie – ale taka jest prawda). Rodzice dzielą się zdjęciami, prywatnymi wydarzeniami z życia swoich dzieci, szastają swoim i dzieciaków wizerunkiem na prawo i lewo. Instagram jest pełen otwartych, publicznych kont dziewczyn – blogerek, które raczą ten zły i popaprany świat kilkoma zdjęciami swoich dzieci dziennie. Podobnie jest z samymi blogami – wszystkie te światy Lenek, Leosiów, mojej trójki czy co tam jeszcze, są wystawione na pazury świata i na oczy obcych ludzi. Ja się pytam: PO CHOLERĘ? W czasach, gdy następuje taka eksplozja ekshibicjonizmu, pozbawionego krztyny ostrożności, ja poczułam wielką chęć schowania się. Mój blog zawsze był wyłącznie po to, aby dzielić się przemyśleniami. Nie testowałam tu żadnych produktów, nie pisałam artykułów sponsorowanych. „Prawdziwa blogosfera” nigdy mnie nie interesowała i miałam to po prostu gdzieś. A teraz już zwyczajnie nie chce mi się prowadzić tego bloga.

Jest jeszcze inny powód – staram się ostatnio zmieniać swoje zgubne nawyki, a w szczególności ROZDRABNIANIE SIĘ. Od dziecka miałam tendencję do chwytania tysiąca srok za ogon. Nieskromnie to zabrzmi, ale miałam wiele obiecujących talentów. Niestety, wybór był za duży, zbyt dużo rzeczy na raz chciałam robić i zmarnowałam wiele lat na uganianiu się za czymś ulotnym, za mitycznym zajęciem, które byłoby dla mnie idealne i zaspokoiłoby w pełni moją potrzebę samospełnienia. W takim pędzie tkwiłam wiele lat i teraz jestem na takim etapie, że talentów nie wykorzystałam, mózg mi się zestarzał, ciało też i czuję, że robi się późno. A ja tak naprawdę w niczym nie czuję się na tyle dobra, aby móc się tym pochwalić. Są rzeczy, w których czuję się mocna – pisanie czy szeroko pojęta muzyka. Ale to nie wystarczy. Nie jestem w tym wybitnie dobra – tzn. na pewno nie na tyle, na ile mogłabym być, gdybym więcej czasu i motywacji zainwestowała w skupienie się na jednej rzeczy. Może jest jest jeszcze za późno na odsiewanie niepotrzebnych rzeczy, na pozbycie się kretyńskiego nawyku rozdrabniania się? Ciężko będzie walczyć z czymś, co robiłam całe życie, ale bardzo się staram, uwierzcie mi. Robię wszystko w tym kierunku. Nie wiem, czy osiągnę sukces, ale wiem, że muszę spróbować. Kiedy zamykam oczy i wyciszam się, aby osiągnąć skupienie, powtarzam sobie dwa zdania „LET GO” – skierowane do niepotrzebnych myśli, które zabierają mi energię, a także „LESS IS MORE” – czyli motto minimalistów. Staram się też zwalniać tempo – tak ogólnie. Po to, aby energię mieć w sobie, a nie wytracać ją na zewnątrz. Czym się zajmę? Na czym się skupię? Na pewno na dzieciach – to jasne jak słońce. Ale przecież poza spełnieniem w roli matki i żony czuję w sobie wielki głód bycia sobą. Sobą – tą Magdą z dawnych lat, w której piosenki wzbudzały dreszcze, która tańczyła w deszczu i dużo się śmiała. Porzuciłam swoje ja w ostatnim czasie. Zdusiłam swoje pragnienie samorealizacji. Depresja maczała w tym palce, to pewne. Ale przede wszystkim – ja jej na to pozwoliłam. Dlatego piosenki z dawnych lat zamiast mnie cieszyć, smucą mnie. Dlatego płakać mi się chce, gdy myślę, co mogłabym już osiągnąć, gdybym odpowiednio wcześniej się na tym skupiła. Tamta Magda, ta radosna, spontaniczna dziewczyna – ona musi wrócić. Nie chcę widzieć już w lustrze oczu starej kobiety.

Po tym wstępie chcę Wam powiedzieć, że ostatecznie zaprzestaję pisania tego bloga. Nie usuwam go, bo mam sentyment do tego, co tu wypisywałam, jest to kawał mojego życia i wiem, że zdarza się niektórym osobom jeszcze tutaj zaglądać. Jednak jeśli miałabym stworzyć coś nowego, to nie będzie to już NieTylkoMama. Zamiast szukać relacji z ludźmi w czeluściach anonimowego internetu, poszukam szczęścia w tej kwestii w realnym świecie, poza domem. A co do pisania, na pewno nie przestanę. W końcu jest to coś, co kocham. Tylko, że prawdziwe pisanie to jest ciężka praca i sam talent nie wystarczy. Dużo poświęconego czasu, rutyna, wysiłek, frustracja i zwątpienie – to główne części składowe procesu twórczego, gdy piszący wyznacza sobie jakiś większy cel. Zrywy natchnienia, błysk w oku i przygryzione z emocji wargi – to tylko niewielkie, acz bardzo przyjemne aspekty pisania. Ja się z tym powoli godzę i jestem gotowa się z tym zmierzyć.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Cierpliwości, akceptacji, samoakceptacji, dystansu do siebie i świata. Bądźcie wdzięczni losowi za wszystko, co macie, bo to jest droga do poczucia spełnienia 🙂 Do zobaczenia kiedyś, gdzieś!

(Sheryl Crow – „Tommorow Never Dies”)

312801_2228540626580_134404720_n

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kolorowo na twarzy, czyli o makijażu parę słów.

Kolorowo na twarzy, czyli o makijażu parę słów.

Od razu, na początek zagram Wam coś ładnego i spokojnego, na dobranoc.

(Deptford Goth – „Two Hearts”)

Trochę mamy ostatnio przejść za sobą i odczuwam silną potrzebę odreagowania. Gdyby nie brzucho, to bym pewnie poszła na całonocną imprezę – z dziką przyjemnością 🙂 Babski wypad, tańce i wino – to by była najlepsza recepta. Na taką formę odstresowania muszę jednak jeszcze chwilkę zaczekać. Póki co, odpoczywam po remoncie kuchni, ciężkiej chorobie swojej, lżejszej chorobie dziecka i różnych innych zawirowaniach. Wpadłam w dziki szał „gniazdowania”, muszę się na siłę powstrzymywać, żeby nie segregować, nie wyrzucać, nie sprzątać, nie układać, nie planować w głowie tysiąca zmian w mieszkaniu etc. Mam w głowie prawdziwy młyn i zmuszam się obecnie do odpoczynku. Chwilowo przeczytałam wszystko, co miałam dobrego do czytania i rzuciłam się w wir oglądania wybitnie dobrego serialu policyjnego: „The Wire” („Prawo Ulicy”). Dzięki temu serialowi przetrwałam kilkanaście ostatnich nocy, podczas których nie spałam, umierając z bólu, na który nie mogłam nic poradzić, a Paracetamol nie dawał sobie rady.

keep-calm-and-watch-the-wire-2

Zgodnie z obietnicą, chciałam Wam dzisiaj napisać o kolejnych produktach, bez których nie wyobrażam sobie codzienności. Tym razem nie będą to produkty typowo ciążowe, tylko kosmetyki do makijażu. Lubię się malować na co dzień, nie mocno, tylko delikatnie, aby zatuszować niedoskonałości cery i poprawić koloryt. Mimo dość ciemnej karnacji, jaką zostałam obdarzona, od wielu lat jestem niezdrowo blada na twarzy – pewnie można to powiązać z przewlekłą anemią/chorą tarczycą etc. Przyczyna nieważna. Na „starość” zmiany hormonalne i praca w klimatyzowanych biurach spowodowały u mnie trądzik. To wszystko sprawia, że bez makijażu korygującego moja skóra nie wygląda dobrze. Stawiam na kosmetyki ze średniej półki, raczej popularne. Rzadko wpadają w moje ręce kosmetyki luksusowe – chyba, że dostanę je w prezencie. Jedyny kosmetyk, na którym nigdy nie oszczędzam, to perfumy – i tutaj mierzę wysoko 😉

A oto lista moich niezbędników twarzowych:

– jako baza – dobry krem nawilżający (jak pisałam poprzednio, używam kremu do cery z problemami: Iwostin Rehydrin)
– na usta zawsze Carmex (mam w domu obecnie chyba z siedem w przeróżnych smakach – w łazience, w sypialni, w torebce i w paru kurtkach)
– na przebarwienia po trądziku nakładam korektor. Polecam L’oreal Correcteur Perfect Match lub Bourjois Concealer Stick. Ten L’oreala ma rzadszą konsystencję, a Bourjois jest dużo gęstszy.
– podkład – tutaj ciężko mi dogodzić, bo bardzo wiele podkładów albo mnie uczula (np. podkłady Astora, Rimmela), albo ma zbyt tłustą konsystencję (większość podkładów Max Factora czy Pupa Milano), dlatego muszę mieć delikatny podkład o lekkiej konsystencji. Ostatnio przez przypadek odkryłam podkład Bourjois 123 Perfect i jest po prostu idealny. Totalnie w punkt. W ogóle nie widać go na skórze (używam najjaśniejszego odcienia), a efekt jest bardzo estetyczny. Twarz jest odświeżona i wygładzona.
– puder – puder w kamieniu być musi! Przez ostatnich parę lat używałam pudru Silk Touch firmy Pupa Milano. Bardzo sobie go chwaliłam, choć jest, niestety, dość drogi jak na moje standardy. Po ostatniej wizycie w Sephorze dałam się namówić na puer matujący marki Sephora i jestem bardzo zadowolona. W zasadzie niczym nie różni się od tego poprzedniego.
– puder brązujący na policzki – używam do nadawania twarzy ładnego kształtu i podkreślania linii kości policzkowych. Tutaj wiernie trwam przy pudrze brązującym Pupa Milano.
– róż – od lat zamiennie używam różu Sephory lub Bourjois.
– cienie do powiek – używam bardzo rzadko, gdyż większość mnie uczula. Ostatnio od czasu do czasu nakładam cień Lazy Afternoon marki Sephora, żeby „odświeżyć spojrzenie”.
– eye liner – też używam sporadycznie, raczej na „wielkie wyjścia” lub gdy mam rano czas, cierpliwość i ręka mi nie drży 😉 Uwielbiam tylko jeden eye-liner: L’oreal Super Liner Blackbuster.
– tusz do rzęs – bardzo lubię mieć tusz na rzęsach, ale nienawidzę, wprost nienawidzę demakijażu oczu, bo na większość preparatów do demakijażu mam uczulenie… Od święta używam tuszu Dior Diorshow – bo wygląda spektakularnie, ale niestety zmywa się koszmarnie. Mój najukochańszy tusz i największe odkrycie kosmetyczne roku to tusz MAC Haute & Naughty Lash. Ma idealną szczoteczkę, tuszuje każdą rzęsę z precyzją zegarmistrza. Przy tym rzęsy wyglądają naturalnie i zalotnie. Coś pięknego.
– drugie odkrycie: zestaw do podkreślania brwi Benefit Brow Zings. Ekskluzywne pudełeczko służące do udoskonalania linii brwi. Używam od niedawna i jestem bardzo zadowolona.
– usta maluję naprawdę niezwykle rzadko. Mam w domu parę szminek Max Factora, L’oreala i jedną absolutną czerwień Givenchy – ale zazwyczaj poprzestaję na Carmexie i to wystarczy.

433871bbd5bc96bcfd34c350220776aa

Uff, oto właśnie moja lista. Jeśli chodzi o perfumy, to mam kilka swoich ulubionych zapachów, ale zazwyczaj nie opowiadam o tym. Pewna pani z mojej rodziny powtarzała zawsze: kobieta nigdy nie powinna zdradzać tajemnicy dotyczącej perfum, których używa. Nie wiem zupełnie dlaczego, ale zazwyczaj trzymam się tego i już.

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Kolorowych snów.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Witajcie Kochani,
Piękną wiosnę dziś mamy. Minione tygodnie to była prawdziwa pogodowa huśtawka. Muszę przyznać, że w ciąży nie przeżywam tak mocno zmian w pogodzie jak w stanie „normalnym”. Może dlatego, że w ciąży mam dużo lepsze ciśnienie niż zazwyczaj. Zwykle mam trupio niskie, a w ciąży idealne: 110/70. A może też dlatego, że jestem mocno skupiona na sobie i wahania pogodowe tak bardzo mnie nie obchodzą 😉

(MØ – „Pilgrim”)

To niesamowite, jak czas pędzi. To już 25 tydzień ciąży. Za chwilkę kończy się drugi trymestr. Trymestr najlepszy, najlżejszy jeśli chodzi o objawy i chyba najspokojniejszy. Oczywiście, ma swoje wady, rosnący brzuch rozwala mi kręgosłup, rwa kulszowa daje o sobie znać i przywala w najmniej odpowiednich chwilach. Na przykład wieczorem, gdy czytam Synkowi książkę. Ostatnio zakochaliśmy się w Neli Małej Reporterce i pochłaniamy już trzeci tom jej przygód. Któregoś wieczoru czytaliśmy sobie spokojnie. Kiedy chciałam wstać i odłożyć książkę, nagle: TRACH! Rwa dorwała. Nie mogę się ruszyć. W absolutnie żadną stronę. Ból rozsadza pośladki. Mój mąż musiał zabrać Synka, a ja próbowałam wstać. Zajęło to dłuższą chwilę. Nic przyjemnego. Do tego wielki brzucho uciska wszystko. Uciska żyłę główną – mam żylaki. Uciska żołądek – mam koszmarną zgagę i refluks. No po prostu czad… Poza tym wszystkim jestem marudzącą, przewrażliwioną, nieznośną, zapominalską księżniczką. Szczerze współczuję mojemu mężowi, że musi to znosić. Na szczęście on sobie z tym dobrze radzi.

Poza tym wszystkim, drugi trymestr jest fajny. Jeszcze w miarę dobrze się śpi. Melisa wypita na noc, stopery do uszu (bo jestem przewrażliwiona także na hałasy) i zasypiam w ciągu dwóch sekund. Mam kolorowe, zwariowane, ekscytujące sny. Rano budzę się wypoczęta. Jeszcze jestem na tyle lekka (na razie przybrałam 7 kg), że poruszam się w miarę zgrabnie. Czuję się kobieco, bo mam bujne włosy. Pożegnałam się z przetłuszczonymi strąkami, które towarzyszyły mi w pierwszym trymestrze. No i do tego ten absolutnie imponujący biust! Ach, gdyby mógł taki zostać na zawsze 😉 Niestety, mam w pamięci to, co się dzieje z biustem po odstawieniu Malucha od piersi, więc… staram się za bardzo nie przywiązywać do tych królewskich kształtów.

Uwielbiam ciążowy „instynkt gniazdowania”. Ten pęd do porządkowania, segregowania, pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Dzięki temu czuję, że zmieścimy się w naszym małym mieszkanku. Zrobimy mały remont i wszystko będzie jak trzeba. Te przestrzenno – porządkowe kombinacje dają mi poczucie spokoju. Moja walizka do szpitala jest już w 2/3 spakowana. Czekam… Doczekać się nie mogę!

DSCN0221

W tej ciąży dbam jeszcze bardziej o swoje ciało niż poprzednio. Za pierwszym razem smarowałam się preparatami przeciw rozstępom i przez całą ciążę nie pojawiło się nic. Dopiero, o zgrozo, kilka kresek wyskoczyło po porodzie. I to w dziwnym miejscu – bo nad kolanami (że co??). Teraz na mojej łazienkowej półce stoją następujące specyfiki:

TWARZ:
– płyn micelarny Lirene
– pianka oczyszczająca Iwostin Purritin
– krem Iwostin Purritin Rehydrin
– żel punktowy Iwostin Purritin
Trzy powyższe poleciła mi pani dermatolog na moje problemy z cerą. Do tego zrobiła mi mazidło na bazie cynku i siarki, bezpieczne dla kobiet w ciąży. Nie jest idealnie, ale za to jest o niebo lepiej.

DŁONIE:
– olej arganowy nakładany na opuszki i płytkę paznokci
– krem do rąk Garnier
– odżywka do paznokci Eveline 8w1

WŁOSY:
– olej kokosowy – nakładany co drugi dzień na całe włosy i skórę głowy, przed myciem. TOTALNA REWELACJA
– na zmianę dwa szampony – Head& Shoulders cytrusowy i miętowy Nivea

CIAŁO:
– Nogi: żel do zmęczonych nóg dla kobiet w ciąży Efektima
– Brzuch, uda i pośladki: na zmianę olej kokosowy (ten zapach, cudo!) oraz Palmers’ Massage Lotion for Stretch Marks
– Ramiona: niezawodna i ukochana Mixa (balsam dla skóry suchej i bardzo suchej) na zmianę z olejem kokosowym
– Biust: do tej pory miałam krem do biustu Lirene dla kobiet w ciąży, a wczoraj kupiłam inny, firmy Efektima i UWAGA przestrzegam: śmierdzi jak stara szmata, na którą nasikał kot. Serio.

Pamiętajcie, żeby uważnie stosować kosmetyki w pierwszym trymestrze. Z powyższych zupełnie bezpiecznie można używać od samego początku oleju kokosowego oraz Palmersa. Olej kokosowy zamawiam na stronie Biotanic.pl. Mają tam także doskonałej jakości olej arganowy.

Obiecuję pisać więcej o ciążowych produktach, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może skorzystacie 🙂

Pozdrawiam Was gorąco, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dziś nie będę się wymądrzać. Nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Skupię się więc na lekkich tematach. Cieszy mnie zbliżająca się wiosna! Cieszą mnie ruchy Maleństwa w brzuchu. Cieszę się także tym, że od paru tygodniu ustąpiły mdłości i mogę w końcu jeść, znów cieszę się różnymi smakami i odkrywam w sobie nowe pokłady cierpliwości do gotowania.

(Christina Aguilera – „Save me from myself”)

Wczoraj spędziłam cały dzień w domu – gotując, sprzątając, zmywając (to ostatnie niedługo się skończy, bo za ok. 2 miesiące w naszym domu zamieszka zmywarka i wtedy oszaleję ze szczęścia!). Czułam się sfrustrowana i zła przez to siedzenie w domu, ale za to udało mi się zrobić pyszny obiad i deser. Chciałabym się z Wami podzielić tymi „osiągnięciami” 😉 Chyba nie mam gdzie wyżyć się twórczo, więc wymyślam przepisy. Wczoraj powstał przepis na pieczone żeberka, mój własny! Jestem z niego dumna, bo wyszło pysznie i dlatego chcę się nim podzielić. Przepis na babeczki zaczerpnęłam z książki „Fotografia Smaku” Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego.

Jeśli chodzi o żeberka, to najważniejsze jest zdobycie naprawdę dobrego, świeżego mięsa. Od pewnego czasu w ogóle nie kupuję mięsa w marketach. To nie jest mięso, to jest jakiś dziwny syf. Warto się dobrze rozeznać i znaleźć w swojej okolicy naprawdę dobry sklep z mięsem. Takie sklepy najczęściej można znaleźć na bazarkach, np. pod Halą Mirowską. Oczywiście, zdarzają się wyjątki: kiedyś zakupiłam mięso na bazarku przy Włościańskiej i potem bardzo, bardzo chorowałam. Na szczęście przyjaciółka poleciła mi inne miejsce i teraz tylko tam robię zakupy. Mój sklepik znajduje się na Żoliborzu, jest mały i niepozorny. W tej brązowej budce znaleźć można naprawdę wyjątkowej jakości mięso. Właściciel jest niezwykle uprzejmy. Można u niego nawet zamówić coś telefonicznie, jeśli jest taka potrzeba (np. kaczkę lub gęś albo wątróbki cielęce). Tak to właśnie powinno wyglądać! Kiedy ma się już naprawdę dobre mięso, to można sobie coś dobrego wyczarować.

NIETYLKOMAMOWY PRZEPIS NA PIECZONE ŻEBERKA:

UWAGA: mięso najpierw trzeba przez 12 godzin marynować w lodówce. Potem czas przygotowania wynosi ok. 2,5 godziny.


Składniki:

– Świeże żeberka (dwa długie pasy, ok. 30-40 cm)

Na marynatę:
– 3 łyżeczki musztardy miodowej
– Duża łyżka miodu
– 3 łyżeczki przyprawy miodowej do żeberek (Prymat)

Na sos:
– 2 łyżki masła
– Biała cebula: 1 mała lub pół dużej
– 3/4 szklanki wody
– 1/4 szklanki sosu sojowego jasnego
– 1/8 szklanki whisky
– 1/4 łyżeczki ostrej papryki w proszku
– 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Sposób przygotowania:

Żeberka pokroić na kawałki (6-7 cm). Posolić, posypać przyprawą do żeberek, wszystko dobrze wsmarować w mięso. W szklance wymieszać musztardę z miodem. Powstałą marynatą dokładnie wysmarować mięso. Żeberka ułożyć w misce, przykryć folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki (na ok. 12 godzin). Na ok. 2,5 godziny przed podaniem obiadu: przygotować dużą patelnię, rozpuścić w niej 2 łyżki masła. Na roztopione masło wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Wlać odrobinę wody i ułożyć na patelni mięso. Krótko wszystko razem smażyć (oczywiście, mięso po obu stronach). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Podsmażone żeberka (bez cebuli i bez sosu) ułożyć w naczyniu żaroodpornym, skropić oliwą z oliwek. UWAGA: Nie wyrzucać tego, co zostało na patelni! Żeberka piec najpierw przez godzinę w bez przykrycia (po ok. 30 minut z każdej strony), a potem przykryć i piec jeszcze przez godzinę.

Sos: Na małym ogniu podgrzać to, co zostało nam ze smażenia żeberek na patelni. Dolać wodę (3/4 szklanki), sos sojowy, whisky i ostrą paprykę. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z ognia. Następnie przecedzić sos przez sitko na małą patelnię. Cebulę wyrzucić (albo spożytkować inaczej, wg własnego uznania). Przed podaniem żeberek sos podgrzać i zagęścić mąką ziemniaczaną.

Danie można serwować np. z kluskami śląskimi i sałatą (u nas była to roszponka).
Smacznego!

IMG_20150307_143412

A teraz deserek! 🙂
Uwielbiam proste przepisy typu zamieszać/zagnieść, wstawić do piekarnika i siup: gotowe! Dlatego jak zobaczyłam przepis na babeczki Zofii Nasierowskiej to aż podskoczyłam ze szczęścia. Proste, wręcz banalne, kruche babeczki, które można dowolnie udekorować – no, marzenie 🙂 W przypadku tego przepisu ważne jest, aby ciasto zagnieść minimum 24 godziny przed upieczeniem babeczek. U nas połowa ciasta została upieczona po 24 godzinach, a druga po pięciu dniach – z kruchym ciastem tak można!

A oto przepis z książki „Fotografia Smaku”, odrobinę przeze mnie zmodyfikowany:

BABECZKI Z BITĄ ŚMIETANĄ I KONFITURĄ (lub dowolnym wybranym dodatkiem)

Składniki:

– 300 g mąki
– 300 g masła
– 100 g cukru pudru
– 3 żółtka
– śmietanka kremówka lub dowolny krem
– konfitura
– co tam jeszcze chcecie 🙂

Sposób przygotowania:

Mąkę, masło, cukier i żółtka zagnieść na jednolitą masę (UWAGA: dodam od siebie, że na początku ciasto potwornie się klei – ja dodawałam mąki, szczypta za szczyptą, jednocześnie wyrabiając ciasto – aż do skutku). Włożyć ciasto do lodówki nawet na parę dni (ja owinęłam wałki folią aluminiową i włożyłam do lodówki). Z ciasta uformować podłużne wałki (o średnicy ok. 3 cm). Odcinać plasterki grubości ok. 2 cm, wkładać do foremek (ja piekłam babeczki w formie do muffinek, w papilotkach) i wykleić palcami. Piec przez ok. 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Udekorować można dowolnie. Ja ubijałam kremówkę z cukrem pudrem i Śmietan – Fixem (żeby się lepiej trzymała), na górę wrzuciłam wisienkę (konfitura Łowicz się kłania) i wszystko posypałam cukrową posypką.

Proste? Proste! A jakie pyszne 🙂

IMG_20150307_203057

Jeszcze raz: SMACZNEGO, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was postanowiłam dzisiaj przedstawić moje poglądy dotyczące wychowywania dzieci. Jest to ogromny temat, w związku z którym mam bardzo wiele przemyśleń. Od razu zaznaczam, że nie czuję się w tej kwestii żadnym autorytetem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia i zasady, którymi staram się kierować. Oczywiście, jak to w życiu, rezultaty bywają nieprzewidziane – bo dziecko to nie plastelina, tylko twór niezwykle tajemniczy, który żyje własnym życiem 😉 Żarty żartami, ale prawda jest taka, że nawet jeśli rodzic staje na rzęsach, by dobrze i mądrze wychować młodego człowieka, może się okazać, że odniesie porażkę. Nie wiadomo, czy to geny, czy wpływ środowiska rówieśniczego/szkolnego potrafią pokrzyżować plany rodziców. Jedno jest pewne – gwarancji nie ma… Jednak dobry rodzic nigdy, przenigdy się nie podda.

(Lauryn Hill – „Zion”)

Na początku chciałabym zaznaczyć sprawę najważniejszą – nie toleruję żadnej formy kar fizycznych wobec dzieci. Jest to dla mnie zupełnie oczywiste i nie zamierzam do tego wracać. Nadrzędnymi zasadami, którymi kieruję się w procesie wychowywania mojego syna są: szacunek do dziecka, słuchanie go, dogłębne analizowanie jego emocji (w większości przypadków wyrażanych zupełnie nie wprost) oraz aktywne zaangażowanie w jego świat, do którego mnie (a w zasadzie nas – rodziców) zaprasza. Tematem na osobny wpis będzie przy okazji zagadnienie dotyczące tego, czy da się być zaangażowanym rodzicem, gdy pracuje się od rana do wieczora. Obiecuję Wam, że napiszę parę słów na ten temat – nie w najbliższym czasie, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

A teraz do rzeczy – od początku. Podobnie jak wiele kobiet, które znam, zanim urodziłam swoje pierwsze dziecko myślałam w sposób bardzo idealistyczny. Myślałam: „Nigdy nie podniosę głosu na swoje dziecko. Zawsze będę cierpliwa. Nigdy nie zastosuję szantażu emocjonalnego. Nie okłamię go.” Tak… Teraz, znając już realia życia z dzieckiem wiem jedno – te wszystkie wyidealizowane stwierdzenia nijak mają się do rzeczywistości. Zaręczam, że nieraz każda matka traci cierpliwość, podnosi głos, stosuje umiarkowany szantażyk emocjonalny (gdy w grę wchodzi tzw. „wyższa konieczność”) oraz ściemnia, gdy zachodzi taka potrzeba (też – podobnie jak w przypadku szantażyku – dla dobra dziecka). Wszystkie idealne mamuśki, które właśnie się oburzyły zachęcam do zaniechania dalszego czytania tego wpisu, bo się nie dogadamy.

20140813_125712

Po czterech latach bycia rodzicem – zaangażowanym po uszy, kochającym do bólu i bardzo świadomym – mam już dość mocno ukształtowany pogląd na to, co jest ok, a co nie. Zjawisko, któremu chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę uwagi, to osławione „bezstresowe wychowanie”. Jest to pojęcie używane dość powszechnie przez internautów. Pojawia się licznie w komentarzach pod artykułami dotyczącymi przestępczości wśród dzieci i młodzieży. Często jest przedstawiany przez komentujących jako gorsza alternatywa w stosunku do surowego wychowania, nie stroniącego od kar cielesnych. Ludzie bardzo często piszą „No i oto są skutki bezstresowego wychowania. Mnie ojciec lał i wyszedłem na ludzi”. Moim zdaniem, zarówno kary cielesne, jak i bezstresowe wychowanie, są to modele wychowawcze ogromnie krzywdzące. Bijąc – wychowujemy dziecko pełne strachu i skumulowanej wewnątrz agresji. Nie wychowując wcale (jak w przypadku rodziców wychowujących bezstresowo, nadmiernie przyzwalających) – tworzymy dzieciaki nie znające granic, rozhamowane, rozpuszczone i zwyczajnie nie ukształtowane. Co więcej – te dzieci nie znają życia, nie szanują rodziców i potem nie potrafią uszanować innych autorytetów (np. nauczycieli). Jestem zwolenniczką podejścia wychowawczego, w którym dziecko jednocześnie czuje się kochane, szanowane i słuchane, a z drugiej strony ma respekt względem rodziców i zaufanie do nich, a także wiarę, że jednak rodzic „wie lepiej” i jest dla nich autorytetem. Oczywiście, wszystko to wywala się do góry nogami w okresie dojrzewania, ale wierzę, że ciężka praca nad dobrym wychowaniem w dzieciństwie, potrafi przynieść dobre owoce po przejściu burzy czasu nastoletniego.

Niezmiernie ważną zasadą panującą w „moim” modelu wychowawczym jest stanowcze rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka. Jeśli wychowujesz dziecko jako swojego kumpla/partnera – to tutaj zrozumienia nie znajdziesz. Rodzic to rodzic, musi mieć u dziecka autorytet, zbudowany na bazie zaufania i szacunku. Podejście „kumplowskie” zaciera granice potrzebne do ustanowienia i respektowania podstawowych zasad wychowawczych. Jeszcze gorsze od tego jest „odwrócenie ról”, kiedy to dziecko staje się opiekunem/wybawicielem/pocieszycielem rodziców. To wielka krzywda dla dziecka i bardzo patologiczna sytuacja, o której nie będę się tutaj rozpisywać. Jeśli chodzi o prawidłowe rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka, to nie jest to łatwe – zresztą – oczywista oczywistość – NIC W RODZICIELSTWIE NIE JEST ŁATWE! Wychowywanie dziecka wymaga wysiłku i przekraczania samego siebie. Oczywiście, często są takie sytuacje, gdy nie ma się siły, jest się chorym, zestresowanym, zmęczonym etc. Każdy ma wtedy prawo do potknięć, bo nikt nie jest ideałem. Jednak chodzi o ogólny model wychowawczy, stosowany w miarę możliwości konsekwentnie. Nie wolno nam iść na łatwiznę. Kiedy dziecko zaczyna o coś ryczeć, chce aby mu pobłażać, odpuścić (np. pójście do przedszkola, udział w jakichś zajęciach), próbuje na nas coś wymusić płaczem – zakup, jakieś zachowanie etc. – NIE WOLNO NAM SIĘ PODDAĆ! Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze dla naszego własnego dobra, bo dzieci szybko się uczą i potem wykorzystują raz sprawdzony mechanizm, a po drugie – i ważniejsze – dla dobra dziecka. Dziecko, któremu się nie odmawia i nie stawia wymagań, nie nauczy się życia w społeczeństwie i dostosowywania się do zasad panujących w świecie. Oczywiście, super łatwo jest ustąpić albo dać mu jakiś uspokajacz – słodycze, bajkę, zabawkę. Ale od takich drobnych ustępstw zaczyna się lawina, którą później trudno zatrzymać i dziecko nasze kochane będzie z uporem maniaka włazić nam na głowę. Nie dlatego, że dzieci to jakieś demoniczne czyste zło. Tylko dlatego, że kiedy rodzic niesłusznie ustępuje, dla świętego spokoju, to dziecko uczy się, że tak można. A jeśli można, no to można. W głowie dziecka jest tak: jeśli można trochę, to można jeszcze bardziej. Dzieci są tak skonstruowane, że z natury nie są wyposażone w granice – to my je stawiamy i uczymy dziecko ich respektowania. Dzięki temu też potem dziecko umie dbać o swoje własne granice. Banalne, co? Ale cholernie prawdziwe. Dlatego właśnie dziecko musi:
– słyszeć i szanować słowo „NIE” płynące z ust rodzica
– słyszeć, znać i respektować stanowczy czy nawet groźny ton rodzica, jeśli coś przeskrobało
– nauczyć się panować nad zachowaniami, które rodzic określa jako złe – pomoże mu w tym pamiętanie, że złe zachowanie = dezaprobata rodzica
– znać i respektować mechanizm: złe zachowanie = konsekwencje. Zawsze.

IMG_6127

Tutaj z chęcią podam przykład. Niedawno, nieważne gdzie – mój Synek, który ostatnio miewa zachowania nieco agresywne wobec innych dzieci (pracujemy nad tym intensywnie – temat osobny), mocno uderzył głową drugiego chłopca w klatkę piersiową. Akurat siedziałam kawałek dalej. Niedaleko stały też matki innych obecnych w tym miejscu dzieci. Zawołałam Synka do siebie i stanowczo powiedziałam, że widziałam, co się stało, że bardzo źle zrobił i musi natychmiast przeprosić kolegę. Mój Synek od razu po takich zachowaniach bardzo się wstydzi, wie, że źle postąpił i ten wstyd wzbudza w nim poczucie winy. Chowa się wtedy, ucieka i nie chce konfrontacji z dzieckiem, które uderzył. Tego dnia byliśmy umówieni na wspólny seans filmowy. Miała do być nagroda za kilka dni grzecznego zachowania (czytaj – pozbawionego wybuchów histerii, zachowań agresywnych etc.). Kiedy więc Synek płonąc ze wstydu ciskał się, że nie przeprosi kolegi, tupał nóżką i złorzeczył, że to tamten zawinił (faktycznie – wziął coś, co mój Synek też chciał akurat wziąć – tylko tamto dziecko nie wiedziało o zamiarze mojego Synka), powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo: „Kochanie, jeśli nie przeprosisz kolegi, to nie będziemy dziś oglądać filmu”. Prosty komunikat: złe zachowanie = konsekwencje. Oczywiście, Synek natychmiast poszedł i przeprosił chłopca. Widziałam, że ma poczucie winy i jest mu przykro. To, co mnie jednak zdenerwowało, to komentarz jednej ze stojących za mną matek: „Ojej, jaka ostra mama”. Nie odwróciłam się, więc nie wiem nawet, kto to powiedział. Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam: „Że co?? Ostra? Po prostu wychowuję swojego syna”. Niestety, wiele znanych mi matek, w takich sytuacjach sterczy jak słup soli i z bezradnym uśmiechem patrzy jak ich dzieci tłuką inne dzieci. W przedszkolu, na placach zabaw, na ulicy widzę masę takich dzieciaków, które leją inne dzieci, a matki nic. NIC. To jest dopiero patologia, moi kochani. Dziecko musi usłyszeć, że źle zrobiło i to od razu. Powiedzenie mu tego później nic już nie da. Dzieci bardzo szybko zapominają, gubią skojarzenie z sytuacją i jeśli dostają „ochrzan” z opóźnieniem – dość często nie kojarzą za co.

Chciałabym teraz wrócić na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej drobnego manipulowania, kombinowania i szantażyków emocjonalnych, do których rodzic czasami musi się uciec w sytuacjach podbramkowych. Moja mama często powtarzała mi: „Mądry rodzic musi być sprytniejszy od swojego dziecka”. To jest absolutnie święta prawda. Dziecko musi wiedzieć, że nie może rodzica przechytrzyć. Nie chodzi tu o jakąś rozgrywkę czy rywalizację o to, kto jest sprytniejszy. Chodzi raczej o to, żeby rodzic potrafił sprytnie i inteligentnie tłumaczyć dziecku świat, bajerować go czasem bajkowymi przykładami, mówić jego językiem, aby dziecko zrozumiało. Ważne jest też to, żeby rodzic potrafił, a przynajmniej próbował w sytuacjach mocno naszpikowanych trudnymi emocjami ze strony dziecka, zachować spokój, a najlepiej – uśmiech. A także – niezwykle ważne jest rozróżnienie dwóch sytuacji. Pierwsza sytuacja jest wtedy, gdy dziecko „sprawdza” rodzica i histerią/złym zachowaniem próbuje coś wymusić (chociażby coś tak banalnego jak ciągłe zwracanie na siebie uwagi rodziców). Wtedy nie ma miejsca na „ciaćkanie się” z dzieckiem. Tego rodzaju zachowania trzeba ukrócać, stanowczo i konsekwentnie, bez długotrwałego tłumaczenia i pochylania się nad sprawą. Trzeba pokazać, że zachowanie jest złe, nazwać ewentualne konsekwencje i twardo przeczekać aż dziecko przestanie – bez uginania się. Druga sytuacja jest wtedy, gdy dziecko zachowuje się „źle”, czyli niewłaściwie, „niegrzecznie” i wpada w histerię, bo nie radzi sobie z własnymi emocjami, które eskalują tak, że nie potrafi już samo tego zatrzymać. Wtedy trzeba dziecku pomóc, poświęcić mu sto procent uwagi. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji wymaga od rodzica głębokiej intuicji, znajomości własnego dziecka, a także wglądu w samego siebie (to pomaga w empatycznym odbiorze zachowań dziecka). Podam Wam przykład. Ostatnio nasz Synek miewa napady histerii – gdyż po prostu nie radzi sobie z faktem, że jestem w ciąży. Po kilku tygodniach jest już coraz lepiej – głównie dzięki naszej ciężkiej pracy – wspólnej, bo Synek dużo nam komunikuje i dzięki temu pracuje się łatwiej. Było jednak kilka takich sytuacji, gdy w naszego kochanego Chłopczyka wstępował sam diabeł. Mały miotał się w nieokiełznanej złości, wydawać by się mogło, że bez powodu. Któregoś dnia przeszedł sam siebie, kiedy to na chodniku, blisko ruchliwej ulicy zaczął mnie szczypać i kopać, a potem wyrywać mi się i mówić, że jestem głupia. Najpierw zareagowałam bardzo emocjonalnie i pomyślałam, że jest to zachowanie, które trzeba ukrócić. Oczywiście, najważniejsze było to, aby Synek uspokoił się szybko, aby nie doszło do jakiejś tragedii (żeby nie wbiegł pod samochód albo nie zgubił się w tłumie). Wtedy nie było czasu na to, aby dyskutować, bo Synek był w amoku. Powiedziałam więc, że tam niedaleko stoi policjant, który zaraz tutaj przyjdzie. Jest to właśnie przykład wspomnianego już przeze mnie szantażyku emocjonalnego/ściemy/manipulacji w imię tzw. wyższej konieczności. Nie jestem z tego szczególnie dumna, ale podziałało… Synek nieco się uspokoił i przynajmniej zaprzestał zachowań silnie destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. Cały czas jednak w drodze do domu był na mnie wściekły i rozżalony. Kiedy dojechaliśmy do naszej stacji i wysiedliśmy, postanowiłam usiąść z nim a ławce i poświęcić chwilę czasu na analizę tej sytuacji. Dostrzegłam w jego oczach, gdzieś pod powierzchnią jego zachowań, coś, co sprawiło, że zamiast ukrócać zachowanie Synka, postanowiłam zajrzeć głębiej. Po chwili rozmowy dowiedziałam się, co było przyczyną… Okazało się, że jeszcze w przedszkolu zrobiłam nieświadomie coś, co mój Synek źle odebrał, o co miał do mnie żal. Kiedy weszłam do szatni, usłyszałam jak jeden chłopiec stojący obok mojego Synka coś śpiewa. Powiedziałam: „O, jak Ty ładnie śpiewasz”. Wyobraźcie sobie, że te słowa były przyczyną wybuchu mojego dziecka. Potem okazało się, że ten śpiewający chłopiec robił mojemu Synkowi na złość i śpiewał mu prosto do ucha, mimo iż mój Synek bardzo prosił, aby przestał. Dostrzegłam to i widziałam, że mój Synek jest zmęczony nadmiarem bodźców- nie wiedziałam jednak, że słowa wypowiedziane przeze mnie na samym początku wzbudzą w nim tak silne emocje. Gdybym nie zaczęła drążyć, zastanawiać się i nie poświęciłabym uwagi Synkowi, nigdy nie dowiedziałabym się jak mój Synek poczuł się przeze mnie „zdradzony”. Udało nam się tę sprawę wyjaśnić i spędziliśmy razem piękny, spokojny wieczór.

20141017_105411

Mogłabym tak pisać i pisać bez końca, podawać Wam przykłady – ale Wy sami dobrze znacie podobne sceny z własnego życia. Tak jak już wspominałam – żaden ze mnie autorytet. Ja tylko staram się jak mogę wychować mojego Syna na dobrego, mądrego i zaradnego chłopaka. Chcę dać mu siłę i poczucie własnej wartości. Powyżej pisałam tylko w swoim imieniu, żeby nie wcielać się rolę kogoś, kto mówi za obydwoje rodziców – jednak zapewniam Was, że równie ważne jak szacunek dla dziecka, rozdzielenie ról Rodzic-Dziecko oraz bycie konsekwentnym w działaniu, jest wspólny front obydwojga rodziców. Jest to trudne i przyznam Wam, że często się nie udaje. Ważne, aby się starać. U nas jest tak, że uzupełniamy się bardzo dobrze i tam, gdzie ja nie daję rady, radzi sobie mój Mąż, a jeśli zdarza się coś, w czym on jest słabszy, sprawdzam się ja. A wiecie co jest najlepszą nagrodą za nasze starania? To, że nasz wspaniały Synek ufa nam bez granic. Wiele osób dziwi się, że Synek opowiada nam o wszystkim, co dzieje się w przedszkolu. Chce się z nami dzielić swoim światem i to jest najpiękniejsze. Oczywiście, wiem, że jeszcze nieraz będzie ciężko. Będą problemy, będą trudne chwile. Jednak wierzę mocno, że nasz Synek będzie wiedział, że w nas, swoich Rodzicach, zawsze będzie miał wsparcie – nie ślepe i bezkrytyczne, ale rozsądne, trzeźwe i takie, które nauczy go życia. Tego bardzo chcę! 🙂

20140828_141455

Trzymajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Pozdrawiam Was gorąco.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Przerwa

Przerwa

Kochani Czytelnicy i Czytelniczki,
Muszę zrobić sobie przerwę. Po prostu. Brak mi motywacji i weny do pisania. Przechodzę teraz mało twórczy czas. To nie znaczy, że jest jakoś bardzo źle – po prostu nie mam napędu do pisania. Za bardzo pochłania mnie proza życia, problemy zdrowotne i różne inne perypetie. Nie chcę pisać o byle czym, byle tylko „odbębnić” odpowiednią liczbę wpisów w miesiącu. Dam sobie chwilę czasu i wrócę w styczniu, w drugiej połowie.

Po przerwie obiecuję wrócić z ciekawymi tematami – jak sobie nazbieram trochę treści w głowie 🙂 A tymczasem, zwijam się w kłębek i czekam aż zima przymrozi i sypnie śniegiem.

(Hungry Ghosts – Trying To Lift A Rock With A Bottle On Your Head)