Witam serdecznie na moim blogu. Oto krótki przewodnik, który pomoże poruszać się po tej stronie.
Jeśli jesteś tu pierwszy raz i jeszcze nie wiesz, czy Ci się tu podoba, czy nie, to zacznij od przeczytania tego wpisu, nakreślającego ideę stojącą za tym blogiem.
Jeśli po jego przeczytaniu uznasz, że Ci się tutaj podoba, to:
Jeśli po bliższym zapoznaniu się z moją osobą masz ochotę kontynuować czytanie, to zapraszam do czytania kolejnych postów. Mam nadzieję, że lektura mojej strony nie będzie dla Ciebie stratą czasu:-)
Zapraszam do polubienia Nie Tylko Mamy na Facebooku: TUTAJ.
Na początek podzielę się z Wami kolejnym znaleziskiem muzycznym.
A teraz do rzeczy. Buty! Nigdy nie podobały mi się złote buty. Nigdy! Jednak coś mi się stało z głową, gdy zobaczyłam złote sandały Jimmy’ego Choo, a konkretnie model Lance (Mirror Sandals). Oszalałam z miłości. Wczoraj próbowałam znaleźć w Arkadii coś podobnego do nich, ale nic nie znalazłam. Jakieś takie pseudo brzydactwa… Jednak nie ma to jak oryginał. Najpiękniejszy i jedyny.
Pokażę Wam je, a co! Tylko nie chwalcie się, jeśli je macie, bo umrę z zazdrości!
Jak w temacie. Renesans kobiecości… i jedno nazwisko: ZUHAIR MURAD. Zapamiętajcie je!
Ten projektant zdobył moje serce. W zasadzie każda jego sukienka mi się podoba. Zuhair Murad przywrócił kobiecości należne jej miejsce na wybiegach. Kroje, materiały, nawet modelki (wcale nie takie szkapy) – to kwintesencja kobiecości.
Zajrzyjcie do tej galerii, a nie będziecie mieć wątpliwości: ZUHAIR MURAD.
Na początek jeden z moich ulubionych, nieco dziwnych, bardzo retro kawałków. I ten głos Angeli…
Uwielbiam szparagi, zwłaszcza białe. Lubię je za to, że są zdrowe, sycące, pyszne i strasznie łatwe w przyrządzeniu. Kupiłam ostatnio na bazarze szparagi i zamarzyła mi się zupa – krem. Ruszyłam więc w poszukiwaniu przepisu, przejrzałam kilka i ostatecznie zrobiłam tę zupę po swojemu – wyrzucając cebulę (bo powoduje u mnie odruch wymiotny) i upraszczając jak się da.
Oto przepis:
ZUPA KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW Składniki:
- pęczek białych szparagów
- 4 szklanki wywaru z warzyw (lub 4 szklanki wrzątku + 2 kostki rosołowe – za to rozwiązanie pewnie super – mamusie wytargałyby mnie za uszy)
- 1 łyżka masła
- kubek śmietanki 18%
- 2 żółtka
Sposób przygotowania:
Najpierw trzeba przygotować bulion/wywar. Zróbcie to, jak chcecie, końcowy efekt się liczy, czyli słonawa woda po wykąpanych warzywach W międzyczasie obierzcie szparagi. Trzeba odciąć końcówki i obrać cienko – od główki w dół. Nie wiem, jakie znaczenie ma kierunek, ale ponoć ma, więc dyskutować nie będę. Obrane szparagi pokroić na 3 części każdy. W rondelku roztopić masło, dolać szklankę bulionu, wrzucić szparagi i dusić do miękkości. Takie rozmiękczone szparagi zmiksować, dodać do reszty bulionu i gotować razem przez chwilę (5 – 10 minut). Zdjąć z ognia, chwilę odczekać. Do śmietany dodać żółtka, wymieszać ze sobą. Do zupy szparagowej (zdjętej z ognia!) powoli dodać śmietanę z żółtkami. Podawać z grzankami.
Dziś miałam dzień dla siebie. Zaczęłam od zajęć zumby, po których wróciłam z przypływem dzikiej energii. Przy tak brzydkiej pogodzie, jaka dziś jest, trudno mi było wymyślić jakieś ciekawe zajęcie. Zaczęłam więc od drobnych rzeczy, czyli sprzątania, gotowania, przeglądania ofert pracy w internecie. Potem wzięłam się za realizację projektu „Wiosna na Balkonie”, czyli umyłam balkon, wyrzuciłam z niego niepotrzebne rzeczy, a następnie wybrałam się na BioBazar po kwiatki.
Bardzo polecam BioBazar wszystkim tym, którzy lubią ekologię i takie klimaty. Można tam kupić ekologiczną żywność i kosmetyki, zutylizować stare baterie i sprzęty elektroniczne, a w zamian dostać kwiatki:-) Mnie się bardzo ta inicjatywa podoba i chyba będę tam wpadać częściej. Na razie dostałam trzy kwiatki, zapełniły jedną doniczkę, a mam ich cztery;-)
Teraz, czekając na powrót syna, piszę, czytam i słucham muzyki. Chciałam Wam coś pokazać. Posłuchajcie tego kawałka, trafiłam na niego przypadkiem, przeklikując się przez muzykę na Youtube. Jeśli chodzi o mnie, to słuchając tego miałam dreszcze na całym ciele. Piękna, piękna muzyka…
Życzę Wam udanego wieczoru, no i pogodnej niedzieli, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy
Witajcie, na początku chciałabym podzielić się Wami pozytywną piosenką odkrytą dziś przeze mnie.
Od razu płynnie przejdę od „express yourself” do mojego dziecka. Otóż od kilku tygodni zaczynam doznawać na własnej skórze przejawów buntu mojego syna. Rozchodzi się o różne rzeczy. Od razu zastrzegam, że nie uważam takiego buntu za coś złego. Jest to, owszem, niesamowicie wkurzające i męczące chwilami, jednak wiem, że to naturalny krok w procesie rozwoju psychiki dziecka i to od reakcji rodziców zależy, w którą stronę ten rozwój dalej pójdzie. Mam wrażenie, że oto właśnie teraz dzieje się coś bardzo, bardzo ważnego. Chciałabym mieć psychikę z żelaza, która to wszystko dźwignie bez zająknięcia, ciepło acz stanowczo i do tego jeszcze z humorem. Niestety, jestem mocno niedoskonała i coraz częściej towarzyszy mi lęk, że „coś zrobię źle”. Póki co całą (lub prawie całą) swoją życiową energię wkładam w to, żeby w miarę spokojnie reagować na sceny i histerie, a przy tym nie zwariować i zadbać o własny komfort psychiczny. Rzecz jasna, łatwiej mi zrobić to pierwsze, z drugim gorzej. Przyznaję, że jestem dość mocno wykończona.
Najgorsze w tym wszystkim jest to okropne poczucie bezradności, jeśli dziecko chce czegoś, czego my mu nie chcemy/nie możemy dać. Bezradności, która bierze się z wątpliwości, czy dobrze postępuję. Bezradności na widok tak bardzo silnych emocji u dziecka. Do tego dochodzi szok związany z siłą własnych emocji, które trzeba powstrzymać. Mogłabym mnożyć przykłady.
Jemy śniadanie. Omlety z serem i pomidorami. Każdy ma swój. Synek ma swój widelec i specjalny nóż. Na widok mojego noża i widelca jest histeria:
- Daaaaaaa! Nóóó! – oczywiście chodzi o mój nóż.
Dalej następuje moja odmowa plus tłumaczenie, że to mój nóż i że on ma swój. A potem… wszystkie mamy wiedzą, co się dzieje potem. Dziecko lubi się uprzeć. Wtedy też napływa do nas uczucie złości pomieszane z bezradnością. Jak sobie radzę? Na ogół odwracam uwagę dziecka. Czasem na chwilę ustępuję, ale to nie jest dobre rozwiązanie. nie muszę chyba dodawać, że po każdej takiej „sprzeczce” jestem trochę wykończona
Inny przejaw rosnącej odrębności dziecka to tendencja do robienia wszystkiego samemu. „Sam!” to teraz jego ulubione słowo. Mycie podłogi, ścielenie łóżka, jedzenie, zakładanie butów to tylko niektóre z czynności, które synek po prostu MUSI wykonać sam. Na większość mu pozwalam. Zarzewie sytuacji konfliktowych pojawia się wtedy, gdy się spieszymy lub czynność nie jest dla niego bezpieczna. Wtedy mamy podobną sytuację, jak przy omletach (płatkach, kanapkach, wstawiajcie sobie dowolnie).
Jednak dla mnie osobiście najgorsze są walki o spanie. Chodzi oczywiście o to, że dzidziuś pała dziką awersją do własnego łóżka. Nawet jeśli wieczorem uda mu się tam zasnąć, to po dwóch czy trzech godzinach następuje spektakularne przebudzenie z wrzaskiem i szlochaniem. Kiedy wchodzę do pokoju widzę zrozpaczoną buźkę mojego syna, który łkając wyciąga rączkę, pokazuje palcem na drzwi i mówi: „TAM!” – co znaczy, że chce spać w moim łóżku. I wiecie co? Żadne bajery nie pomagają. Żadne bajki, piosenki, opowieści, bujanie, tulenie, głaskanie. Próbuję i próbuję, każdej nocy, poświęcam czas, energię i kręgosłup. Zazwyczaj około godziny trzeciej w nocy następuje kryzys i niestety się poddaję. Wiem, że to wielki błąd. Wiem, że później nie będzie łatwiej. Jednak powiedzcie to moim zmęczonym rękom, nogom, głowie, całemu wykończonemu matczynemu organizmowi, żeby sobie jeszcze z godzinkę popróbował. Powiedzcie mu to, bo ja się boję.
To się Wam wyżaliłam Jak widać, żaden ze mnie ekspert, tylko zwyczajny rodzic. Jak mi się uda odnieść jakieś zwycięstwo czy wypracować metodę na te „akcje”, to się z Wami tym podzielę!
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A dziś w szczególności pozdrawiam Mamy i Nie Tylko Mamy okołodwulatków…
Oświadczam całemu światu, że po Majówce jestem tak zrelaksowana, że sobie nie wyobrażacie…
Piszę ten post z potrzeby serca i naturalnego poczucia misji. Pragnę Was zachęcić do pewnej prostej rzeczy, potrzebnej do życia jak tlen. Zanurzajcie się w teraźniejszości!
Wykorzystujcie czas wolny na to, żeby oderwać się od trudów codzienności. Dbajcie o siebie i zaspokajajcie swoje podstawowe potrzeby. Nie jesteśmy w stanie rozwijać się w kierunku spraw wyższych, jeśli nasze podstawowe potrzeby nie są zaspokojone. My – Mamuśki, mamy pod tym względem trochę przegwizdane. Wieczny deficyt snu, niedojadanie, przeciążony kręgosłup. A do tego często czujemy się nieatrakcyjne, głównie przez zmęczenie i zmiany, które zaszły w naszych ciałach po urodzeniu dziecka. Dlatego moja rada brzmi – zatapiajmy się w teraźniejszości i relaksujmy się. Im częściej, tym lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że dziecko nie biega samopas po ulicy;-) Wierzę, że szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, więc im więcej zainwestujecie w swój relaks, tym więcej energii będziecie miały na zabawę ze swoim dzieckiem i opiekę nad nim.
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Czerpcie z życia przyjemności
Na wiosenne przesilenie, zmęczenie i (tak, jak w moim przypadku) lekkie przeziębienie, polecam sałatkę, którą ostatnio zrobiłam zupełnie przypadkiem, a która mnie powaliła swoim smakiem.
Składniki:
- pół opakowania rukoli
- 2 żółte papryki
- garść bardzo słodkich rodzynek
ew. ocet balsamiczny, oliwa z oliwek lub inny dodatek, jednak ja polecam nie dodawać NIC
Sposób przygotowania:
Rukolę rozdrobnić, paprykę pokroić w kostkę, dodać rodzynki, wymieszać i gotowe. Znika w trzy minuty. Polecam jako dodatek do kolacji, pasuje do wszelkich kanapek (no może z wyjątkiem tych z dżemem), jajek, wędlin, serów.
A tak sobie wymyśliłam, że chcę konkretnie Wam pomóc, Drogie Tarczycowe Dziewczęta
Dlatego przedstawiam Wam moją subiektywną listę endokrynologów.
1. Dr Sylwia Pietrzyk - najlepsza, ukochana, mistrzyni i człowiek, który mi pomógł uporać się z tym cholerstwem na samym początku. Traktuje pacjenta w sposób całościowy, jest przemiła i rzetelna. Bez wahania zleca badania wykluczające inne schorzenia autoimmunologiczne. Jedyny lekarz, po którym rozpaczałam, gdy odszedł z Medicoveru. Teraz przyjmuje w przychodni przy ul. Białobrzeskiej 28 oraz w Platany Med przy ul. Ryżowej.
2. Dr Anna Stefanowska – wielki autorytet i bardzo rzetelny specjalista. Prowadziła mnie w czasie ciąży i dzięki niej czułam się bardzo dobrze. Sumienna i dokładna, a przy tym bardzo miła. Jedyny minus, to odległe terminy i dziki tłum chętnych. Przyjmuje w Enelmedzie oraz w Multimedzie przy Okopowej.
3. Dr Norbert Gaweł – podopieczny dr Stefanowskiej i bardzo dobry lekarz. Przesympatyczny. Ciężko u niego z terminami, ale warto „polować” na zwalniające się w ostatniej chwili wizyty. Przyjmuje w Medicoverze oraz w Babka Medica.
4. Dr Helena Jastrzębska – byłam u niej 1 raz i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Więcej na jej temat nie mogę powiedzieć. Została mi polecona jednocześnie przez dwie osoby, więc chyba warto. Przymuje przy Metrze Stare Bielany, ul. Kasprowicza 48.
Jest też jeden lekarz, którego raczej nie polecam – dr hab n. med. Urszula Stopińska – Głuszak. Jeśli ktoś jest ciekaw, dlaczego nie polecam, to zapraszam do kontaktu mailowego po szczegóły. Jest to moja subiektywna opinia, więc nie chcę pani doktor robić tutaj czarnego PR.
Postanowiłam powrócić do tematu zapalenia tarczycy (poprzedni wpis na ten temat znajduje się TUTAJ), ponieważ zagadnienie to wzbudza Wasze spore zainteresowanie. Dziękuję za wszystkie maile, które w tej sprawie otrzymałam. Liczba wejść na moją stronę po wpisaniu hasła „poporodowe zapalenie tarczycy” oraz treść Waszych maili świadczy o tym, że temat ten jest słabo poznany i wymaga poświęcenia mu uwagi.
Chciałabym mocno podkreślić, że nie czuję się autorytetem w tej kwestii. Uważam, że najlepszym źródłem wiedzy są (a przynajmniej powinni być) lekarze. Jednak wiem, jaka jest „endokrynologiczna rzeczywistość”. Po pierwsze, mało jest dobrych endokrynologów. A jak już ktoś jest dobry, to jest tak oblegany, że dostanie się do niego na wizytę graniczy z cudem i najczęściej bardzo dużo kosztuje. Pamiętajmy też o tym, że w obrębie specjalizacji endokrynologicznej są różne subspecjalizacje i dobrze jest trafić prosto do kogoś, dla kogo oczkiem w głowie jest tarczyca. Zresztą, zauważyłam, że lekarze mają tendencję diagnozować u pacjentów to, na czym znają się najlepiej. W ten sposób jedna osoba może przejść przez podejrzenie cukrzycy, Addisona czy PCO, aż w końcu trafi na kogoś, kto zawyrokuje „zapalenie tarczycy”. Istnieją zapalenia tarczycy niezwiązane z niedawnym porodem. Ja na przykład od 2006 roku mam postawioną diagnozę: autoimmunologiczne zapalenie tarczycy Hashimoto. Zanim prawidłowo rozpoznano chorobę, przechodziłam przez piekło. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Zupełnie bez powodu byłam osowiała, spuchnięta i niemożliwie zmęczona. Zmęczenie w tej chorobie nie da się z niczym porównać. To taki rodzaj zmęczenia, który toczy od środka. Zawieszasz się wtedy i myślisz „Jak się nie położę zaraz spać, to umrę”. Zanim zachorowałam, to nie znałam tego stanu. Kiedy już poważnie zastanawiałam się, czy nie mam depresji, trafiłam na mądrą internistkę, która zleciła mi badania tarczycy. Poprodowe zapalenie tarczy objawia się bardzo podobnie. Do zmęczenia zwykłego śmiertelnika, wykończonego brakiem snu i karmieniem, dochodzi to paskudne zmęczenie związane z chorobą. Trzeba być twardzielką, żeby to znieść… Szczęśliwie, zapalenie poporodowe mija
Ostatnio jedna z Was pytała, co zrobić, gdy lekarz zdiagnozował PZT i każe odstawić dziecko od piersi. Odpowiedziałam: nie wiem, bo każdy przypadek jest inny. Co ja bym zrobiła? Zapytałabym jeszcze jednego lekarza. Czasami jest tak, że jeśli występuje duża nadczynność tarczycy, to trzeba przyjmować silne leki, które przechodzą do mleka mamy. Wtedy trzeba wybierać mniejsze zło. Czasami trzeba wziąć lek, żeby ochronić własne serce i pogodzić się z tym, że dziecko nie może być karmione. Jednak warto to skonsultować z drugim specjalistą.
Kiedy zdiagnozowano u mnie Hashimoto, usłyszałam następującą radę:
„Teraz musisz prowadzić regularny i uporządkowany tryb życia. Żadnych dużych emocji. Wysypiaj się, jedz pięć posiłków dziennie i unikaj stresów”.
Taak, powodzenia. Najlepiej zwolnić się z pracy, zamknąć w klasztorze i poświęcić się uprawianiu ogródka i robieniu dżemów. Na początku choroby starałam się rzeczywiście tego przestrzegać. Chodziłam spać o 22, regularnie się odżywiałam, zrezygnowałam z imprez i unikałam wszelkich źródeł stresu. Jednak po tych wszystkich latach choroby wiem jedno – nie ma co się za bardzo nad sobą użalać. Poza tym, jeśli chcesz żyć normalnie, to nie możesz żyć pod kloszem. Czasem trzeba zaryzykować, trzeba się porządnie zestresować. Przy odpowiednim leczeniu, pod okiem dobrego lekarza, można żyć normalnie, podróżować, pracować, zakochiwać się, wzruszać i mieć dzieci
Jeśli chodzi o poporodowe zapalenie tarczycy, no to inaczej sprawy wyglądają. Myślę, że przez ten około rok po porodzie, kiedy to zapalenie trwa, faktycznie można się oszczędzać. Nie jest to długi czas, a korzyści z takiego trybu życia mogą być naprawdę duże.
Dlatego polecam: cierpliwość, sumienne przyjmowanie leków i znalezienie dobrego lekarza.
A jeśli odczuwacie tę potworną senność, której nie zwalczy żadna kawa, nie bójcie się włączyć dziecku 10 minutowej bajki i odpłynąć na kanapie. Dobra mama potrafi dbać nie tylko o dziecko, ale też o siebie!
Trzymajcie się dzielnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Ostatnio mało piszę, ponieważ nie potrafię się skoncentrować. Moją głowę zaprzątają różne myśli, rozpraszają mnie zdarzenia, które mają miejsce w moim otoczeniu. Czyli wygląda na to, że znów zbieram doświadczenia po to, żeby móc o tym pisać. Jak już pozbieram, to chyba jakąś wielką księgę stworzę
Chcę dziś powiedzieć, że czuję w sobie wielką wdzięczność względem ludzi, którzy potrafią dać otuchę, nadzieję i siłę, sami z siebie i tak po prostu. Czuję wdzięczność za to, że spotykam ich na swojej drodze.
Postanawiam sobie, że spróbuję jednocześnie cieszyć się teraźniejszością, celebrować każdą najmniejszą chwilę, z moim Synkiem, z przyjaciółmi, z ukochanymi ludźmi, a jednocześnie zrobię sobie taki ramowy plan, w którym zawrę wszystko to, co chciałabym zrobić do końca tego roku. Zbliżają się moje 29 urodziny i od tego zacznę. Powoli rysuje mi się w głowie plan dotyczący tego, co chciałabym zrobić do tego dnia, no i co będę robić dokładnie w ten dzień