Category Archives: Bez kategorii

Nowe podrygi i poczynania.

Nowe podrygi i poczynania.

Jeśli ktoś z moich dawnych czytelników jeszcze tu czasem zagląda i jest ciekaw, co mi w głowie piszczy, to zapraszam Was na moje nowe strony.

Główna działalność: blog i warsztaty dla kobiet Weź się za siebie.

Projekt pro-bono, budujący świadomość wokół chorób tarczycy: Zbadaj tarczycę!

Zapraszam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

04

(Fot. Agnieszka Lisiuk Goldenhours)

Poślubne „niewiadomoco”

Poślubne „niewiadomoco”

Wpadłam w poślubne niewiadomoco. Miesiące przygotowań, dni wypełnione silnymi emocjami, ta adrenalina, ten stres – nawet jeśli pozytywny, to silny – to wszystko za nami. Siedzę więc, chorując sobie, a jakże, myśląc o tym, co dalej. Co dalej? Mam nowe nazwisko, nową rolę, nowe wyzwania. Pragnę żyć dobrze. Pragnę wstawać z uśmiechem. Chcę mimo niedoskonałości swojego organizmu cieszyć się życiem i czerpać z niego satysfakcję. Marzę o tym, żeby coś osiągnąć. Nie chodzi mi o bycie kimś wyjątkowym, tylko o osiągnięcie subiektywnie postrzeganego sukcesu własnymi siłami. Póki co, jedyne, co potrafię robić, to siedzieć z nosem w telefonie i zazdrościć innym. Taka jest brutalna prawda. Mam powoli dosyć tego stanu. Trzeba wziąć przysłowiową „dupę w troki” i pokazać sobie samej, na co mnie stać.

(Stanisława Celińska – „Uśmiechnij się”)

Pamiętacie powyższą pieśń z dawnej telewizji? Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam tę piosenkę. Pani Stanisława Celińska to aktorka najwyższej klasy, wybitna, po prostu wspaniała. Dopiero będąc dorosłą kobietą, jakieś pięć lat temu, miałam przyjemność po raz pierwszy zobaczyć panią Stanisławę na deskach teatru. Pojawiła się i „skradła” całe przedstawienie. Talent w czystej postaci. A „Uśmiechnij się” nucę ja, nuci mój mąż i nuci nasz synek. Kochamy Panią, Pani Stanisławo!

Chciałabym napisać Wam o wielu rzeczach. O sile przyjaźni. O kilku ciekawych miejscach, które ostatnio odwiedziłam i wspaniałych osobach, które poznałam. O przygotowaniach do ślubu i o wieczorze panieńskim. Chyba podzielę te wszystkie tematy na mniejsze części i każdej z tych części poświęcę jeden wpis. W ten sposób mogę zagospodarować następne dwa lata blogowe 🙂 Zacznę może od pierwszych kroków, które należy podjąć, kiedy rozpoczynamy ślubne przygotowania. Krok pierwszy to pozytywne nastawienie do absolutnie wszystkiego, co dotyczy ślubu (włącznie z samym narzeczonym, no ale to chyb a oczywista oczywistość :-)). Z takim nastawieniem nie załamiemy się nawet, gdy nam się coś po drodze wywróci do góry nogami. Krok drugi, to magiczne umiejętności zaginania czasoprzestrzeni. O to jestem spokojna, gdyż uważam, że większość inteligentnych, „ogarniętych” kobiet umiejętności te posiada od urodzenia. A matki to już w ogóle, wchodzą na wyższy poziom wtajemniczenia. Krok trzeci, to upewnienie się, że mamy wsparcie, na wszelki wypadek (czy w narzeczonym, czy w świadkowej, czy w mamie/teściowej). Jak Was znam, drogie Panny Młode, każda będzie chciała wszystko zrobić sama. Ale czasami warto poprosić kogoś o pomoc. Ja na przykład poprosiłam moją piękna i kochaną świadkową o pomoc w znalezieniu atelier, które uszyje mi sukienkę według mojego wymysłu, w odebraniu kwiatów i kilku innych drobniejszych sprawach. Na trzy przymiarki sukienkowe zabrałam bliskie mi kobiety, aby zasięgnąć ich opinii. Mojego narzeczonego poprosiłam o pomoc przy współpracy z klubokawiarnią, w której odprawialiśmy wesele. Dobra Panna Młoda musi posiadać dwie najważniejsze cechy: pełne zdecydowanie dotyczące tego, czego pragnie i czego szuka oraz umiejętności organizacyjne, w tym umiejętność delegowania zadań innym osobom. Tylko broń Boże nie próbujcie być królewnami, które wszystkim dookoła rozkazują. Asertywność i zdecydowanie to konieczność, natomiast bycie zadzierającą nosa kierowniczką – już nie do końca. Zaangażowanie, zdecydowanie i pozytywne nastawienie – oto zestaw potrzebny do tego, żeby misja zakończyła się sukcesem. Reszta to już sprawy losowe. Na pogodę w dniu ślubu nie macie wpływu. Na frekwencję wśród gości także. Względem tych rzeczy nie miejcie oczekiwań. Nie sprawdzajcie prognozy pogody. Po co macie się denerwować? Najwyżej weźmiecie tego dnia ze sobą parasol 🙂

zparasolka

A jeśli chodzi o gości, to ci, którym na Was zależy, przyjdą na pewno i nie będziecie musieli im o tym przypominać. Stawią się wcześniej niż Wy. Przyjadą mimo gorączki, mimo własnych problemów, pokonają wiele kilometrów, wiele granic – aby z Wami być. A reszta, no cóż, to zupełnie nieważne. Tego dnia ważni jesteście Wy Dwoje i Wasi najbliżsi. Bądźcie w tym cali. Tu i teraz.
Od następnego wpisu będę polecać ludzi i miejsca ślubne.
A tymczasem wracam do chorowania i oglądania… „Breakind Bad” (tak, tak, nie wiem jeszcze do końca, dlaczego to oglądam).
Na koniec piękna piosenka prosto z Zet Chilli, specjalnie dla Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

(Massivan ft. Bea Luna – „So Long” )

Pani żona

Pani żona

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!
Nie było mnie przez chwilkę, bo… wyszłam za mąż 🙂 Był ślub – i to jaki! Była ta jedna jedyna chwila, jedyna sukienka, buty, torebka, jedyne emocje, no i jedyne „tak” 🙂 Jestem najszczęśliwsza na świecie. Jestem dumna z nas, dumna, że jestem Jego Żoną i z tego, że nasza rodzina jest taka silna!

(Terence Trent D’Arby & Des’ree – „Delicate”)

Na przygotowanie naszej imprezy marzeń mieliśmy 6 miesięcy. Niektórzy z przerażeniem mówili mi „O Boże, jak mało czasu”. Jednak ja powiem Wam inaczej – to wystarczający czas. A może nawet więcej powiem – wierzę, że da się zorganizować ślub i wesele w miesiąc. Jak się chce to można. Planowanie ślubu i wesela z dwuletnim wyprzedzeniem uważam za fanaberię. My mieliśmy ślub cywilny, obiad dla najbliższych (na 42 osoby) oraz wieczorną potańcówkę (na ok. 80 osób). Udało się nam spełnić wszystkie nasze marzenia i zachcianki dotyczące wszystkich trzech elementów. Wiecie co było gwarantem sukcesu – to, że dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Ja nie jestem z tych, co wymyślają Bog-wie-co i kręcą nosem. Dlatego szło tak dobrze. Poza tym byłam tak pewna, tak w 200% pewna, że chcę tego, czułam, że to wisienka na torcie naszej miłości i że obydwoje tego pragniemy. Nie obyło się, rzecz jasna, bez „przedślubnego stresa”, bez problemów lokalowych (nasza pierwsza restauracja obiadowa została zlikwidowana na 2 miesiące przed naszym ślubem…). Jednak przez cały ten czas byliśmy pełni pozytywnej energii, wiary, że wszystko się uda i wzajemnej miłości. Dlatego było tak bardzo, bardzo fajnie. Jestem przepełniona miłością i jeszcze bardziej zakochana. A to dopiero początek przecież 😉

Życzę Wam takich cudownych i przyjemnych emocji, jak te, których miałam szansę doświadczyć.
Życzę Wam takiej miłości, jak nasza. Takiej, która przechodzi próby zwycięsko.
Życzę Wam powodów do szerokiego, promiennego uśmiechu!

IMG_9051

Pozdrawiam Was ciepło i serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Perseweratywność, czyli o tęsknych melodiach, które nie wychodzą z głowy

Perseweratywność, czyli o tęsknych melodiach, które nie wychodzą z głowy

Moi Drodzy, witam Was serdecznie po dłuższej przerwie. Mam wielki głód pisania, lecz bardzo mało czasu, więc może być dzisiaj chaotycznie. Zacznę od opowieści prehistorycznej. Otóż w czasie studiów (a jakże, psychologicznych na MISH UW) podczas zajęć poświęconych technikom diagnostycznym stosowanym w diagnozie, pani prowadząca (za Chiny nie pamiętam nazwiska, ale była bardzo fajna) dała nam dwa testy do wykonania – test osobowości „Wielkiej Piątki” oraz kwestionariusz temperamentu FCZKT. Gdzieś w głębokich czeluściach pudeł z notatkami i materiałami ze studiów mam jeszcze wyniki. Rezultatu testu „Wielkiej Piątki” nie pamiętam, może wyparłam, a może nie było w nim nic istotnego. Jednak wynik testu temperamentu bardzo otworzył mi oczy. Zrozumiałam wiele swoich zachowań i reakcji. Już kiedyś pisałam o tym (w odniesieniu do dzieci), że pod względem cechy zwanej reaktywnością ludzie dzielą się na dwie grupy – wysoko reaktywni i nisko reaktywni. Ten archiwalny tekst znajdziecie TUTAJ. Właśnie ten wymiar temperamentu w powiązaniu z perseweratywnością, o której za chwilę, determinuje skłonność do wielu problemów emocjonalnych, w tym depresji. Osoby wysoko reaktywne nie potrzebują bodźców zewnętrznych, ponieważ w ich wnętrzu dzieje się prawdziwa burza. Są emocjonalne, wrażliwe na impulsy, gdyż tak skonstruowany jest ich organizm. Tacy są właśnie introwertycy, osoby wrażliwe i delikatne, artystyczne dusze. Inne osoby są mniej wrażliwe, wiecznie niedostymulowane, poszukujące wrażeń na zewnątrz. Znacie je – one skaczą na bungee, nurkują, odbywają dalekie podróże, latają szybowcami, wiecznie je „nosi”. Świetnie się czują w tłumie, są ekstrawertykami, mocno osadzonymi na ziemi osobami, którym obca jest artystyczna wrażliwość. Oczywiście, te dwie charakterystyki są dość mocno uogólnione, trzeba uwzględnić typy pośrednie, mieszane etc. Jednak jest w tym wszystkim sporo prawdy…

4572698b59fbe463ec80204994b918ac

(Źródło: Pinterest.com)

Jak się zapewne domyślacie, jestem typem wysoko reaktywnym. Zawsze powtarzam, że nie potrzeba mi bodźców ze świata, bo u mnie w środku wystarczająco dużo się dzieje. Już i tak ostatnio jest lepiej niż kiedyś. Życie zaprawiło mnie w boju. Lata walki z nieśmiałością i introwertycznością zmieniły mnie trochę… Jednak nie da się zmienić temperamentu, bo jest on uwarunkowany biologicznie. Urodzimy się z tym i umieramy. Mój wynik w zakresie wysokiej w teście FCZKT był bardzo wysoki. Tak samo, jak w wymiarze perseweratywności, czyli – mocno upraszczając – tendencji do rozpamiętywania, powtarzania w głowie, wielokrotnego „mielenia”, odtwarzania sytuacji, które miały miejsce. Osoby o wysokim wyniku w tym wymiarze, wielokrotnie analizują swoje zachowania, wracają do minionych zdarzeń, a nawet… nie potrafią wyrzucić z głowy usłyszanej piosenki. Wysoki poziom tych dwóch cech równa się wysokiemu ryzyku wystąpienia depresji. Ale to dla mnie żadne zaskoczenie 😉 A propos piosenek – już znacie mnie pod tym względem bardzo dobrze. W mojej głowie jest ich bardzo wiele. Jeszcze się Wam nigdy nie chwaliłam, że czasami komponuję swoje. Zazwyczaj od razu je niszczę/kasuję, bo uważam, że są beznadziejne. A właśnie, zanim przejdę do mojej najświeższe muzycznej (a właściwie piosenkowej) fascynacji, to podzielę się z Wami swoim niedawnym odkryciem. Odkryłam, co wyróżnia ludzi sukcesu od ludzi zdolnych, ale nie odnoszących sukcesu. Aby odnieść sukces, trzeba mieć w sobie poczucie, że jest się dobrym, czy nawet lepszym od innych. Poczucie, że jest się w stanie zawojować świat i spodobać się szerokiej publiczności. Są tacy ludzie, którzy tak o sobie myślą i super, zazdroszczę im bardzo. Wydaje mi się, że to się wynosi z domu i osobą, która zasiewa, pielęgnuje i podlewa takie poczucie w dziecku jest ojciec, który dodatkowo dopinguje do podejmowania konkretnych działam w stronę osiągnięcia celu. A teraz do sedna. Od piątku, gdy przypadkiem przeklikałam się do pięknych otchłani Youtube’a, siedzi mi w głowie poniższa piosenka. Śpiewam ją, nucę, powtarzam w głowie, moja perseweratywność względem tej piosenki nie zna granic 😉 Poza tym ta piękna pani przypomina mi trochę Whitney Houston z wyglądu, a także pod koniec piosenki, w wysokich nutach… Poza tym wykonaniem, jej repertuar to jest eurowizyjne disco (dwa lata temu Loreen wygrała Eurowizję), więc nie pociąga mnie za bardzo, jednak tego oto utworu w tej oto aranżacji nie mogę przestać słuchać:

(Loreen – „My Heart Is Refusing Me” Acoustic)

Dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Śpijcie i śnijcie dobrze, w głowach niech brzmią Wam takie anielskie głosy, jak ten należący do Loreen.

Z małym opóźnieniem :-)

Z małym opóźnieniem :-)

Kochani, chyba po raz pierwszy zapomniałam zawczasu złożyć Wam życzenia na Święta! Tyle się działo wokół mnie, a mnie akurat dopadła hashimotowa faza zombie – czyli migrena, osłabienie, ból wszystkiego i spuchnięta twarz. W takim skowronkowym stanie nie chciało mi się nawet ruszyć tyłka, żeby coś upiec. Jedyne, czego mi się chciało, to spać. Pierwszy raz NIC nie przygotowałam na Święta. Wstyd mi nieludzko… Chciałam zrobić przynajmniej faszerowane jajka, poszłam (z trudem) na bazar, kupiłam rzodkiewki, koperek, szczypiorek, wędliny. Zadowolona z siebie czekałam na wieczór, żeby się zabrać za przygotowanie tej potrawy, którą następnego dnia miałam zamiar przynieść do mojej teściowej w ramach wkładu własnego w Śniadanie Wielkanocne. Około 20 okazało się, że brakuje mi najważniejszego składnika. Damn it – majonezu! Wyszłam więc w domu, mimo iż czułam się tak, jakby mi ktoś do stóp przyczepił ołowiane kule. Rzecz jasna, w okolicy nie znalazłam ani jednego otwartego sklepu. Dlatego dziś rano przyszłam na Śniadanie z kupionym w cukierni makowcem oraz z największym w historii swojego życia bólem głowy. Na szczęście na stole stały pyszne jajka faszerowane i nikt nie zauważył braku mojego wkładu w imprezę…

IMG_20130725_184050

Zatem, ja – zombie – życzę Wam wesołych Świąt, bliskiego kontaktu z rodziną, ciepła i przyjemności z bycia z innymi. Taką mam refleksję w tym roku, że nie ma nic smutniejszego niż samotność w chwili, gdy wszyscy są z kimś. Współczuję tym, którzy nikogo nie mają i są skazani na samotne śniadanie, podczas gdy inni cieszą się sobą nawzajem. Nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy sami z siebie wybierają na Święta samotność. Po prostu z głowie mi się to nie mieści, a znam takich.

Życzę Wam i Waszym rodzinom przede wszystkim zdrowia i siły oraz wielu okazji do spontanicznej, prostej i niewymuszonej radości. Bo czyż nie ma nic piękniejszego niż szczery śmiech, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych? WIELU POWODÓW DO ŚMIECHU, KOCHANI !!!:)

Życzę Wam Świąt budujących mosty zamiast murów

Życzę Wam Świąt budujących mosty zamiast murów

Moi Kochani Czytelnicy,
Zbliża się koniec roku. Miniony rok był dla mnie przełomowy, choć niezwykle trudny. Wiecie jak to jest, jak się przeżyje dużo, wtedy jest się silniejszym. Banał, ale dla mnie niezwykle ważny.

large

Źródło: Pinterest.com

Z okazji Świąt życzę Wam (Waszym rodzinom) wzajemnej otwartości, gotowości na pozytywne zmiany i jak największej ilości wspólnych spraw i działań. W dzisiejszych czasach, gdy dzieci wychowują się same, warto poświęcić świąteczny czas w całości na zacieśnianie więzi. Zróbcie coś razem! Upieczcie pierniczki, zróbcie sobie wyprawę po choinkę, wykonajcie razem ozdoby i udekorujcie drzewko. Zajmijcie się upiększaniem domu/mieszkania przy pomocy własnoręcznie zrobionych dekoracji. Wiele super inspiracji można znaleźć na Pintereście w dziale DIY&Crafts.

Za mną już pierwsze najważniejsze dni po stracie rodzica. Wiem, że rozpacz jeszcze wróci. Wraca falami, w najbardziej niepozornych chwilach. Gdy ostatnio przekładałam gorącą pizzę na talerz, przypomniały mi się wyprawy na pizzę z moim tatą, zawsze gdy wracaliśmy ze szkoły muzycznej. Gdy fala rozpaczy przychodzi, ciężko ją zatrzymać. Pozwalam jej przepłynąć i wkrótce nadchodzi spokój. Mam teraz trzy tygodnie wolnego, aby całe morze przeszło przeze mnie.

cfdd1155bfada5a6b35d88ceb024b274

Źródło: Pinterest.com

Chwilowo jednak czuję się dobrze. Odczułam ogromną ulgę – z nieco innego powodu. Od początku 2013 mój Synek chorował non stop. Niedawno okazało się, że przyczyną wiecznych problemów z katarem i z oddychaniem jest ogromny trzeci migdał. Dodatkowo, po ostatniej infekcji, podczas której po prostu dusił się w nocy, okazało się, że w uszach zalega mu płyn. Pojawił się niedosłuch. W badaniach wyszło, że powstało wysiękowe zapalenie ucha. Okazało się, że trzeba koniecznie zrobić tzw. drenaż wentylacyjny uszu i jednocześnie usunąć ogromny migdał. Wyznaczono nam termin zabiegu (państwowo) na… lipiec 2014. Przez chwilę robiliśmy rozeznanie i ostatecznie postanowiliśmy skorzystać z usług prywatnego szpitala – Szpitala Medicover. Termin oczekiwania na zabieg w tym szpitalu, to… dwa tygodnie. Chętnie napiszę obszerną recenzję szpitala w jednym z kolejnych wpisów. Teraz napiszę tylko jedno – decyzja o szybkim zabiegu była jak najbardziej trafna. Począwszy od pierwszej nocy po zabiegu Synek zaczął NORMALNIE ODDYCHAĆ! Skończyły się pobudki z płaczem i chrapanie. A przede wszystkim – dopiero w dniu, gdy odbył się zabieg i wróciliśmy do domu (tego samego dnia wieczorem), poczułam jak bardzo obciążała mnie i napinała wewnętrznie nasza sytuacja. Wieczny lęk o dziecko, jego złe samopoczucie z powodu niedosłuchu, ciągłych infekcji uszu i gardła (oraz z powodu ciągłego niedotlenienia) – to wszystko miało ogromny wpływ na moje samopoczucie. Po powrocie do domu po prostu padłam na twarz i pierwszy raz od wielu miesięcy spałam spokojnie. Wręcz czułam, że moje ciało jest totalnie rozluźnione. Jeszcze raz powtarzam: WARTO JAK CHOLERA!

A na koniec pochwalę się naszymi przedświątecznymi dokonaniami:

PIERNICZKI

20131222_190902

LODOWATY BAŁWAN 😉

23.12.2013 - 1

Zrobiłam też kurczaka w sosie musztardowo – miodowo – winnym. Po Świętach chętnie podzielę się przepisem. Jest to jeden z najlepszych przepisów na kurczaka, jakie miałam okazję wypróbować. Może być to danie popisowe, gdy zapraszacie gości 🙂

Jeszcze raz – dobrych, ciepłych i spokojnych Świąt, Kochani.

.

.

Kochani, przez chwilę mnie nie będzie.

Muszę pożegnać kogoś, kto był mi bardzo bliski, choć jednocześnie daleki. Tego człowieka, który dał mi życie, a potem przez większość czasu trzymał się z daleka, z różnych powodów. Mimo iż było go tak mało, miał na mnie ogromny wpływ. To od niego mam dryg do pisania. To od niego mam też różne swoje ciemne strony, z którymi walczę. Gdy patrzę w lustro, widzę jego kości policzkowe i nos. Widzę też jego uśmiech.

Zanim przetoczą się w mojej głowie różnej barwy wspomnienia, zanim przejrzę listy, zdjęcia, przypomnę słowa, minie chwila czasu. Wrócę do Was, gdy będę mogła się skupić na czymkolwiek innym. A tymczasem, ku Waszej refleksji zostawiam moją prośbę: Dbajcie o siebie, o swoje życie, o dietę, o wszystko, co w siebie ładujecie. Im wcześniej zaczniecie, tym lepiej. Ruszajcie się, wyjdźcie z domów, otwierajcie się na ludzi, strońcie od nałogów. A przede wszystkim: nie palcie papierosów. Jeśli nie potraficie tego zrobić dla siebie – a powinniście – zróbcie to dla Waszych bliskich. Jeśli i tego nie potraficie, znaczy, że Wam na nich nie zależy. Jeśli nie radzicie sobie z życiem, cierpieniem, bólem – idźcie do psychologa, psychiatry, leczcie się zamiast faszerować gównianymi używkami. Dlaczego? Bo umrzecie w męczarniach, bez pożegnania, a Wasi bliscy zostaną z wyrwą w sercu.

Nowy styl życia, czyli projekt „Żegnaj biurwo – fałdko” czas zacząć

Nowy styl życia, czyli projekt „Żegnaj biurwo – fałdko” czas zacząć

Ostatnio, zupełnie niepotrzebnie, ale cóż, stało się, oglądałam trochę Fashion TV wieczorami. Pech chciał, że trafiałam głównie na migawki z pokazu Victoria’s Secret 2013 i na wywiady z biorącymi udział w pokazie modelkami. To, co mnie zdenerwowało, ale też zmotywowało, to odpowiedzi Aniołków na pytanie: „Co robisz, aby zadbać o wygląd przed pokazem?”. Modelki odpowiadały głównie „Śpię, jem, chodzę do SPA i na siłownię”. Jedna z nich, chyba Adriana Lima, powiedziała, że najważniejsze jest to, co się zjada, nawet ważniejsze od tego, co zakłada się na siebie. Kreacje na pokazie Victoria’s Secret są naprawdę bajkowe. To, co zwróciło moją uwagę, to doczepiane włosy (prawie każda modelka je miała) i sztuczna opalenizna (jedna z modelek o tym mówiła). Czyli my, zwykłe kobiety, nie mamy szans z modelkami Victoria’s Secret.

2012+Victoria+Secret+Fashion+Show+7O8CfeeTqP2l

Wiadomo, że modelką Victoria’s Secret nie zostanę. Jednak ostatnio dużo rozmyślam o tym, aby przywrócić swój własny healthy – look po wielu miesiącach zaniedbywania się i hodowania od czasu powrotu do pracy koszmarnej biurwo – fałdki na brzuchu. Nie chodzi o to, że się jakoś dziko zapuściłam, tylko widzę tę fałdę i wiem, że kiedyś jej tam nie było… Nigdy nie było! Zauważyłam, że przy siedzącym trybie życia, permanentnym braku czasu i wiecznym zamartwianiu się, zdrowe nawyki idą na dalszy plan. Jak to zwykle z planami bywa, warto wcielić je od razu w życie. Dlatego też, idąc za poradę Adriany Limy, zaczęłam bacznie uważać na to, co pakuję w siebie. Makijaż nie zatuszuje złego odżywania, które prędzej czy później odbija się na twarzy.

Krok pierwszy to całkowita rezygnacja z jedzenia przywożonego przez biurowy catering i przerzucenie się na jedzenie własnego wyrobu. Żegnajcie majonezowe specjały od Pana Kanapki i wczorajsze sushi za 15 złotych. Uwierzcie mi, nie potrzeba wcale ogromnych nakładów czasu, żeby przygotować sobie rano kanapkę ze świeżego pieczywa z ulubionymi dodatkami. Ugotowanie pożywnego rosołu drobiowo – wołowego to też żadna filozofia. Obiad składający się z kotletów, ziemniaczków i buraków to już większe przedsięwzięcie, ale uwierzcie mi, warto. Gwarantuję, że nie będzie żadnych wzdęć, przelewań, odbijania czy niestrawności. A biurwo – fałdce odechce się rosnąć.

Dlatego krok drugi to samodzielne gotowanie. Z czego powinna składać się zdrowa dieta? Każdy powinien indywidualnie dopasować ją do siebie. Według mnie powinna być przede wszystkim bardzo kolorowa, jedzenie powinno mieć różne faktury, różne odcienie smaków.

Moje hity to:

– kiełki (rzodkiewki lub lucerny)
– marchewka (świeża)
– buraczki (w każdej postaci)
– chuda szynka
– pieczony schab
– jajka, dużo jajek (gotowanych)
– seler naciowy
– ciepłe zupy na mięsie
– świeże, pachnące pomidory

Kolejny, trzeci krok: żegnajcie ciężkie desery i ostre sosy. Należy całkowicie wyeliminować takie wspaniałości jak – ciężkie desery śmietanowe (auć, wiem, boli, mnie też…), majonez (na szczęście nie jem nigdy), sos sojowy (psuje cerę).

Krok czwarty: rusz zadek.
To jest absolutnie najważniejsze – trzeba się ruszać. Jak już od dawna wiecie – ja kocham zumbę i staram się chodzić na zajęcia 1-2 razy w tygodniu i ciągle mi mało. Kto nie lubi zajęć w klubie, może ćwiczyć w domu. Wkrótce przygotuję Wam autorski program brzuszków na wszystkie partie mięśni. W sumie 50 brzuszków, codziennie wieczorem. Do tego pompki oraz obowiązkowo ćwiczenia na nogi i pośladki.

Szybki przepis na kolorową sałatkę SAMO ZDROWIE

– paczka seleru naciowego
– kiełki rzodkiewki
– dwa pomidory
– dwie średnie marchewki
– 2 jajka
– pudełko łagodnego sera typu feta
– oliwa i przyprawy (lub gotowy sos włoski Knorr – uwielbiam, mam słabość…)

Seler, pomidory i marchewkę kroimy na kawałki, rzucamy do dużej miski. Fetę kroimy w drobną kostkę i wrzucamy do miski. Jajka gotujemy na twardo, studzimy, kroimy i wrzucamy do miski. Dodajemy trochę kiełków (według uznania), dolewamy oliwy i doprawiamy solą, pieprzem, ziołami (lub dodajemy gotowy Sos Włoski Knorra). Wszystko mieszamy i voila! UWAGA! Dla mnie tę sałatkę można traktować raczej jako przekąskę lub dodatek do obiadu, a nie jako danie zastępujące obiad. Na pewno jest to bomba witaminowa i upiększy Was od środka!

20131120_184938

W kolejnych tygodniach spodziewajcie się zestawu ćwiczeń, rekomendacji kosmetyków na cellulit oraz kolejnych przepisów. Pamiętajcie, żeby nie odkłądać odchudzania do wiosny, tylko zacząć dbać o siebie już teraz!

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A na koniec piosenka, która mnie dziś wzruszyła. Ach, ta Amy miała doskonały wokal i potrafiła zbudować klimat…

Tylko ja mam taką torebkę, czyli chwalę się zdolnym Ukochanym

Tylko ja mam taką torebkę, czyli chwalę się zdolnym Ukochanym

Mój Ukochany jest prawdziwym artystą. Skromnym, pracowitym człowiekiem, najzdolniejszym, jakiego znam. Ma niezwykły umysł, dzięki któremu potrafi skonstruować wszystko ze wszystkiego, złotą rączką, kreatywnym twórcą, a także perfekcyjnym wykonawcą. Z zawodu informatyk pracujący w dużej korporacji, ma wiele nietuzinkowych zainteresowań. Rzemiosłem skórzanym zainteresował się kilka lat temu, zgłębił je od postaw, sam ucząc się jego tajników. Pamiętam, jak robił swoje pierwsze etui na scyzoryk, a potem były kolejne wyroby, większe i mniejsze. Teraz, po kilku latach, doświadczenie ma już ogromne, nabywcy dobijają się z każdej strony. A ja dziś dostałam przepiękną torbę, którą zaprojektowaliśmy razem, a którą mój Ukochany MK zrobił całkowicie sam, bez użycia maszyny. Efekt jest niesamowity, a ja dumna i szczęśliwa, że mam taką torbę, jedną jedyną na świecie, zrobioną tylko dla mnie.

A oto parę zdjęć torby:

IMG_1587

x2scrap

x2scrap4

Inne wyroby można obejrzeć tutaj: MKLEATHERS

Na koniec, na wieczór piosenka, którą dziś odkryłam i mnie zatkało kompletnie.

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Lubię wolność – o tym, dlaczego dezaktywowałam konto na Fejsie

Lubię wolność – o tym, dlaczego dezaktywowałam konto na Fejsie

Dziś, po kilku miesiącach rozważania tego kroku, dezaktywowałam konto na Facebooku. Powodów jest wiele, o tym za chwilę. Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? Bo nie chciałam stracić fanpage’a Nie Tylko Mamy. Myślałam, że się nie da uśpić/usunąć konta, a zostawić fanpage’a. Dziś jednak wpadłam na genialny pomysł, żeby po prostu komuś innemu przekazać uprawnienia administratora! Tym samym fanpage nadal żyje, a moje prywatne konto jest aktualnie w śpiączce.

To teraz przejdę do powodów:

1. Facebook stał się dla mnie pożeraczem czasu, potęgującym zmęczenie – ostatnio narzekałam, że nie mam czasu czytać. A na Fejsie spędziłam w ostatnich latach z miliard durnogodzin, spędzonych kompletnie na niczym z wyjątkiem oglądania obrazków czy czytania statusów. Jak sobie myślę, ile rzeczy pożytecznych, ważnych, ciekawych mogłam zrobić w tym czasie, to mnie szlag trafia.

2. Zaczęłam mieć poczucie, że tracę kontrolę, że nieświadomie, a nawet trochę wbrew sobie siedzę z nosem w telefonie, zamiast bawić się czy rozmawiać ze swoim synem. Jak w nałogu, sprawdzałam Fejsa sto razy na godzinę. Naprawdę nie wiem po co. Cenię sobie wolność, nie lubię mieć poczucia, że ktoś lub coś mną steruje, a przyznaję szczerze, że uzależnienie od Facebooka zaczynało już wymykać się spod mojej kontroli.

3. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam pojęcia, ilu z prawie 400 moich znajomych to ludzie naprawdę mi życzliwi (bo bliskich to jest mniej niż palców jednej ręki), a ilu ma gdzieś moje życie i zagląda na mój profil ze wścibstwa, ciekawości, czy nawet w celach zwyczajnie szyderczych. Kilku osobom szczególnie dziękuję za uświadomienie mi tego.

4. Poza tym, kontakty z ludźmi na Facebooku, mimo iż znacznie częstsze i szybsze, stały się dużo płytsze. Miałam już dość dialogów w stylu:

JA: Dlaczego się ostatnio nie odzywasz?
X: Bo na Fejsie widziałam, że u Ciebie wszystko w porządku.

No, cholera. Oglądanie profili na Facebooku zastępuje rozmowę, serio?

5. Podobnie jak w punkcie pierwszym – zaczęłam czuć męczący i duszący przesyt informacjami. Taki ze mnie egzemplarz, który cierpi na nadwrażliwość sensoryczną. Mam zmysły Wiedźmina, jestem wysoko reaktywna jeśli chodzi o typ temperamentu, więc nadmiar bodźców raczej mi szkodzi niż pomaga. Dlatego też będę je rozsądnie ograniczać.

6. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że konto na Facebooku łatwo jest zastąpić. Zdjęcia można wrzucać na Picasę i Instagram, ładne obrazki oglądać na Pintereście, czatować na Gmailu, a wiadomości, jeśli nie ma się możliwości zadzwonić, można pisać na adres mailowy. Wrzucanie statusów? No cóż, jest Twitter. Ja nie używam i nie zamierzam używać, a „statusy”, w dłuższej formie, mogę wrzucać na bloga.

Jeszcze jedno: robię to po prostu dla siebie (a także dla swoich najbliższych). Robię, bo mam odwagę eksperymentować i zmieniać swoje życie tak, żeby było lepiej!

Jest jedna rzecz, której będzie mi brakować – informacji o wydarzeniach kulturalnych. Jednak wierzę, że jeśli ktoś będzie chciał mnie gdzieś zaprosić, to i tak mnie zaprosi używając maila lub telefonu, a ja – jak będę chciała gdzieś się wybrać, to użyję Google’a lub po prostu znajomych, żeby się dowiedzieć, co się dzieje „na mieście”.

Uff… 🙂 Dobrze mi z tą decyzją, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Nie powiem, że polecam, bo to indywidualna sprawa. Jednak czuję, że dla mnie to dobry krok.

57308d67dece4c519778e9f6727a8cd8

Źródło: Pinterest.com