Category Archives: wakacje z dzieckiem

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Witajcie Kochani! Mamy piękną pogodę. Uwielbiam lato. Chciałabym, żeby trwało wiecznie, dlatego dzisiaj dalej będę pisać o wakacjach we Włoszech. Na początek jednak piosenka, którą przypomniałam sobie surfując po Youtubie (a w zasadzie robiąc sobie wycieczkę sentymentalną), ech, kiedyś tańczyłam do tego na dyskotekach szkolnych, oj tańczyłam:

To na początek parę słów o moich obserwacjach z włoskiej plaży. Włosi są piękni – zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Bardzo lubię taki ciemny, śniady typ urody, więc zachwycałam się na każdym kroku. Oni są wszyscy śliczni i zgrabni z natury. Mało za to widziałam na plaży wysportowanych ciał, wyrzeźbionych poprzez wysiłek fizyczny. Naszła mnie taka refleksja, że ci młodzi Włosi powinni zaznać zumby 😉 Jeszcze jedna ciekawostka – prawie nie widywałam na plaży Włochów, którzy nie mieliby tatuażu. Jakieś 80% włoskich ciał przyozdabiały przeróżnej maści tatuaże, w większości niestety marnej jakości. Stwierdziłam, że ja to jednak starej daty jestem i nie podzielam tego tattoo – entuzjazmu. Zwłaszcza, gdy patrzę na wytatuowane panie w wieku naszych mam. Nieciekawie wygląda dostojna starsza kobieta z wielkim jednorożcem na szyi lub z kotkiem na łopatce. No, ale co kto lubi 😉

To teraz, tak jak obiecałam, napiszę coś więcej o miejscu, w którym nocowaliśmy. Miejsce to znajdowało się w odległości 6 km od miejscowości Garda. Znaleźliśmy je całkowicie przypadkiem, za pomocą Google 🙂 Prowadzi je czteroosobowa rodzina – starsze małżeństwo Patrizia i Valeriano wraz z dwojgiem dorosłych dzieci – Vittorią i Carlo. Są to przemili, przeuroczy ludzie. Patrizia i Valeriano mają prawietrzydziestoletnie doświadczenie w turystyce, gdyż od lat prowadzą campingi dla przyczep. Mają także swoją restaurację. A w tym sezonie otworzyli gospodarstwo agroturystyczne, w którym mieliśmy okazję wypoczywać. Było to sześć osobnych domków. My mieliśmy do dyspozycji parter domku (a na górze nikt nie mieszkał, bo góra nie była oddana do użytku) – ponad 40 m2 przepięknie urządzonej przestrzeni. Przed wejściem do domku był taras, na którym codziennie jedliśmy śniadania i kolacje. Wystarczyło przekroczyć rano próg domu i można było podziwiać uspokajający widok na dużą winnicę. Wino zrobione z tych winogron powitało nas zaraz po przyjeździe, położone na stole wraz z świeżo upieczonym ciastem i liścikiem powitalnym.

IMG_0284

IMG_0245

Nasi gospodarze przywieźli nas ze stacji kolejowej na miejsce, oddali również do naszej dyspozycji dwa nowe rowery z fotelikiem dla dziecka i kaskiem. Mimo, iż nie mieliśmy własnego samochodu, nie odczuliśmy tego zbyt mocno, gdyż nasi gospodarze wiele razy podwozili nas nad jezioro, na zakupy i bardzo nam we wszystkim pomagali. Oprócz noclegu, gospodarze zapewniali produkty niezbędne do przygotowania obfitego i pysznego śniadania (wędliny, sery, pieczywo, płatki śniadaniowe, ciasteczka, kawa, woda, soki, mleko etc.). Nasze mieszkanie było świeżo wyremontowane, wszystkie sprzęty były nowe. Mieszkanie wyposażono w luksusową łazienkę, kuchnię, ekspres do kawy, kuchenkę, telewizor i klimatyzator. Do naszej dyspozycji były pachnące ręczniki i szlafroki, ogromne łóżko, wygodne fotele. Naprawdę niczego nam nie brakowało.

fotele

Z całego serca polecamy usługi naszych gospodarzy, tutaj strona zrzeszająca je wszystkie:

http://www.gardacenter.it/

A tutaj podstrona poświecona gospodarstwu agroturystycznemu:


http://www.gardacenter.it/?page_id=253

Jeśli ktoś pragnie ciszy, spokoju, zieleni – to jest to miejsce dla takiej osoby. Jeśli Wasze dzieci potrzebują wielu atrakcji, żeby się dobrze czuć, to raczej nie polecam. To jest miejsce dla dzieci, które potrafią się bawić tym, co mają pod ręką, nie są zbyt rozpieszczone i lubią obcować z przyrodą. Rozpieszczonym mieszczuchom odradzam 😉

IMG_0631

IMG_0566

Z ciepłem i uśmiechem wspominać będę pobyt w Agroturismo Casalmenini. W drodze powrotnej z Włoch do Polski musieliśmy zaliczyć nocleg w Bolonii, skorzystaliśmy z hostelu B&BStazione, którego niestety nie polecam. Upał nieziemski, brakuje klimatyzacji, w pokojach nie ma łazienek, są dwie w całym hostelu, koedukacyjne. Goście palą papierosy w kuchni, właścicielki nie ma na miejscu, więc nie ma również poczucia bezpieczeństwa. Przez całą noc nie zmrużyłam oka, z powodu potwornego skwaru oraz hałasów dobiegających z korytarza i kuchni. Odradzam, choć rzeczywiście, tak jak można wyczytać w necie, jest to hostel bardzo, bardzo blisko Stazione Centrale w Bolonii. Niestety jest to jedyna zaleta tego miejsca.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę do Włoch i będę mogła poznać więcej pięknych zakątków tego kraju. Jestem zauroczona!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A jutro cieszcie się piękną pogodą, prognozy na najbliższe dni są cudne 🙂

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Niestety już prawie zapomniałam o tym, że byłam na wakacjach. Tryb „codzienność” włączył mi się bardzo szybko. Wrócił dziki zapiernicz, choć nawet nie byłam jeszcze w pracy. Wróciło ogarnianie wszystkiego w dzikim tempie. Mam wrażenie, że odkąd wróciłam, to nawet nie chwilę się nie zrelaksowałam. Ciągle coś piorę, sprzątam, ogarniam. Nie licząc chwil, gdy robię się tak potwornie śpiąca, że po prostu urywa mi się film, bo tak ostatnio mam. Jak stoję, tak padam i nie ma zmiłuj. Od poniedziałku wracam na stanowisko pracy i z jednej strony, wiadomo, będzie ciężko, z drugiej, hmmm, nie mogę się doczekać 🙂

8923f0a384b671d7db8ae0a6c8eccdce

(Źródło: Pinterest.com)

Chciałabym jednak wprowadzić się jeszcze na chwilę w klimat Italii i przypomnieć sobie wyjazd i związane z nim przyjemności. Od razu powiem, że pierwszy raz postanowiliśmy, że nie skorzystamy z wyjazdu zorganizowanego, tylko pojedziemy na własną rękę. Od razu powiem, że był to doskonały pomysł. Lokalizację, czyli okolice Jeziora Garda (Lago di Garda) polecili nam znajomi Włosi. Zakwaterowania szukaliśmy w Internecie. Po kilku dniach poszukiwań udało się znaleźć przepiękne miejsce – Agroturismo Corte Patrizia. Otoczona winnicami posiadłość urzekła nas swoim położeniem i skusiła bardzo atrakcyjną ceną. Oczywiście, wyjeżdżając trochę się bałam, że będzie mało luksusowo, że będziemy spać z ćmami, pająkami i jaszczurkami, jednak tak bardzo spragniona byłam zmiany klimatu, że w sumie nawet na takie warunki byłabym skłonna przystać 😉

Zanim przejdę do opisu miejsca, opowiem trochę o podróży. Najłatwiej dostać się w pobliże Gardy z Verony, która położona jest w odległości 40 km od jeziora (od najbardziej znanych miejscowości Garda czy Bardolino). Jednak w czasie, gdy my lecieliśmy na wakacje, nie było tanich biletów lotniczych do Verony, tylko do Bolonii (ach, ten Ryanair). Z Bolonii pojechaliśmy pociągiem do Verony, z Verony do miejscowości Domegliara, a stamtąd nasi gospodarze odebrali nas samochodem i przywieźli do docelowego miejsca. Mój Synek był bardzo dzielny, rezolutny, świetnie zniósł lot oraz jazdę w pociągu, w którym popsuła się klimatyzacja. Niestety, ja wszystko znosiłam gorzej niż on, ponieważ wyjeżdżałam z Warszawy totalnie przemęczona, cała spięta i w nerwach. Zmęczone oczy, mięśnie, mózg dawały mi się bardzo we znaki. A anemia w tym nie pomagała. Poza tym zmiana otoczenia to w mojej głowie pojawienie się nowych zagrożeń czyhających na moje dziecko. Więc w podróży oraz na początku pobytu w nowym miejscu miałam permanentną nerwicę, że lada chwila mój Synek zje coś zabójczego z ziemi, wlezie pod pociąg, zachłyśnie się wodą podczas kąpieli w jeziorze albo zostanie ugryziony przez bezpańskiego psa. O osach i szerszeniach już nawet nie wspomnę. Teraz jak sobie przypominam swojego nerwa to mi się śmiać chce, ale wtedy nie było mi za bardzo do śmiechu. Na szczęście po tygodniu mi przeszło. Zresztą, tak jak pisałam, mój Synek był bardzo wyluzowany i w gruncie rzeczy całkiem grzeczny, więc daliśmy radę.

W ciągu tych dwóch tygodni mój Synek bardzo się rozwinął. Oprócz tego, że nawija po włosku,niemiecku i – chyba – holendersku, to jeszcze charakterek mu się rozrósł i oto po wakacjach mam w domu Zbuntowanego Prawie Trzylatka w pełnej krasie. Niestety nie zawsze jest to fajne. Śmiesznie jest, gdy chcąc się odgryźć cytuje swój ulubiony komiks o ryjówkach i mówi do mnie „Ty mała padlino”, jednak gdy do ciumkającej nad nim przemiłej sąsiadki odkrzykuje „Idź sobie ty pani brzydka”, to trochę spalam cegłę i oddalam się zawstydzona.

Wracając jeszcze do mojej nerwicy: zaobserwowałam, że podczas pierwszego tygodnia wakacji schodziły ze mnie stresy i napięcia. Przejawiało się to w zachowaniach graniczących z obłędem. Chciało mi się wyć z przemęczenia. Poza tym dopadły mnie wszelkie możliwe uciążliwe schorzenia, w tym nie dająca się niczym wyjaśnić potworna alergia, z bąblami na ciele, kichaniem i łzawieniem oczu. Mój organizm dostał świra z daleka od morderczego codziennego zapieprzania. Zamiast się zrelaksować, rozregulował się zupełnie. Dopiero po tygodniu wygrzewania się na słońcu, jedzenia samych pyszności, kąpania w jeziorze i pływania statkami, mój organizm zrozumiał, że może się odprężyć. Jak do niego w końcu dotarło, to trzeba było wracać. Wracać i przeżywać nocowanie w badziewnym hostelu w Bolonii (zmusił nas do tego bardzo wczesny poranny lot), w dzikim upale w pokoju bez klimy, wstawanie o 4:30 i lot z turbulencjami (a ja się boję latać nadal, choć jest już o niebo lepiej).

Jest już późno, więc o naszej cudownej kwaterze (a w zasadzie domku, stylowym, przytulnym, eleganckim) w Rivoli Veronese oraz o tym, jak spędzaliśmy czas, opowiem przy innej okazji.

(P.S. Aha! Bardzo ważna rzecz! Bez Facebooka da się żyć, zyskuje się masę czasu. Przeczytałam trzy książki w ciągu trzech tygodni, dawno nie było tak dobrze!)

A tymczasem, na dobranoc stary, bardzo minimalistyczny teledysk do piosenki w wykonaniu pani o przepięknym głosie:

Śpijcie dobrze, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Ciao Bella Italia! – czyli bolesny powrót do zimnej ojczyzny

Ciao Bella Italia! – czyli bolesny powrót do zimnej ojczyzny

Wczoraj przylecieliśmy z powrotem do Warszawy po dwóch magicznych tygodniach spędzonych we Włoszech. W ciągu najbliższych dni napiszę szczegółowo o naszym pobycie tam. Teraz powiem tylko – żałuję, że nie mogliśmy tam zostać na zawsze. Tak bardzo nam się podobało… Byliśmy na wsi, nad jeziorem Garda, otoczeni winnicami, górami, otwartymi przestrzeniami. Ludzie nas goszczący byli przyjaźni i bardzo mili, mieliśmy tam po prostu WSZYSTKO. Po wakacjach mam w głowie wiele refleksji. Jedna z nich wynika zarówno z tego, że podobno większość Włochów posiada własną ziemię, jak i z lektury przepięknej książki Alexandry Fuller „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy”, opisującej losy pewnej brytyjskiej rodziny mieszkającej w Afryce. Otóż, wydaje mi się, że bez względu na to, czy jest się biednym czy bogatym, posiadanie własnej ziemi daje niczym niezastąpione poczucie bezpieczeństwa. Ziemię się kocha tak, jak kocha się drugiego człowieka. Poza tym mam jeszcze jedną refleksję: wolę wieś od miasta. Wolę życie na mniejszą skalę. Wolę naturę od architektury. Męczą mnie duże budynki, wykańczają tłumy. Za dużo bodźców, za dużo wszystkiego. Im ciszej i im mniej wszystkiego, tym lepiej odpoczywam. A najbardziej ze wszystkiego lubię pływać statkiem.

Italia

Chcę wrócić do Włoch! Warszawa powitała nas wiatrem i 15 stopniami na termometrze. Gdy wyjeżdżaliśmy z Włoch, na termometrze było 37 stopni, lekki wiatr i błękitne niebo. Wszędzie zieleń i uśmiechnięci ludzie. Czuję, że szybko wpadnę w pourlopową depresję.

Włochy

Wieczorami, w naszym ślicznym i wygodnym wakacyjnym domku, oprócz bajeczek na kanale Cartoonito, oglądaliśmy stację Capital, na której emitowano bardzo stare przeboje, z lat 70, 80 i 90. Przypomniałam sobie parę pięknych piosenek, a także poznałam parę nowych.

Dla przypomnienia k.d.lang:

A oto kawałek, którego nie znałam, a który przypomina mi nieco współczesne, stylizowane granie Mayera Hawthorne’a:

Wkrótce napiszę więcej o naszych wakacjach, a tymczasem wstawiam siódme pranie 🙂

Trzymajcie się ciepło, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Od naszego wyjazdu na Kos minął już miesiąc z kawałkiem, pełen burzliwych dni i prawdziwie monsunowych deszczy. Siedzę sobie właśnie i zastanawiam się nad tym, kto w naszym kraju nagrzeszył tak strasznie, że nam słońce wyłączyli… No i czy to już tak na zawsze…? W Indiach oprócz ulewnych deszczy monsunowych są pory gorące i morderczo słoneczne, dlatego w porze monsunowej można się cieszyć deszczem, nawet gdy zacznie padać w dniu Twojego wesela.

Pewnie część z Was zna ten piękny film – „Monsunowe Wesele” (ja go kocham, kocham absolutnie):

Ale do rzeczy – przyszedł czas na ostateczne podsumowanie „wakacji z Itaką”. Zacznę może od tego, co, delikatnie mówiąc, rozminęło się z naszymi oczekiwaniami.
Kiedy przyszłam do biura sprzedaży Itaki poprosiłam wyraźnie o kilka rzeczy:

– żeby hotel był mały, kameralny i podkreśliłam – żadnych bungalowów (mam awersję, nie mam pojęcia dlaczego…)!
– żeby klimatyzacja w pokojach była bezpłatna
– żeby w pokoju był aneks kuchenny i czajnik bezprzewodowy (sprawa bardzo ważna, gdy wyjeżdża się z małym dzieckiem na wakacje

Na miejscu niestety okazało się, że absolutnie żadem z tych warunków nie został spełniony. Trochę w tym naszej winy, bo nie sprawdziliśmy tego obiektu w internecie przed wyjazdem. Okazało się, że hotel ten był wielkim kompleksem bungalowów (cały mieścił ok. 3 000 gości). Klimatyzacja, owszem, była bezpłatna, ale dopiero od 15 czerwca (czyli na dwa dni przed naszym odjazdem). W pokoju nie było ani aneksu kuchennego, ani czajnika, po ciepłą wodę na kaszkę trzeba było biegać do restauracji, która znajdowała się na drugim końcu kompleksu hotelowego.

Największymi koszmarami tego wyjazdu były jednak inne rzeczy (wspominałam już o nich TUTAJ):

– paskudna, masowa kuchnia, gwóźdź do trumny dla matek karmiących, ale nie tylko (mimo przemiłej obsługi, nie dało się tego jeść… no może z wyjątkiem ciastka z kremem)
– straszne jędze w recepcji (z wyjątkiem jednej Polki), opieszałe i bardzo niesympatyczne
– brak możliwości wypłacenia gotówki z bankomatu w hotelu, w jego pobliżu oraz w najbliższej miejscowości – Mastichari

Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam, wakacje były naprawdę bajkowe. Dlaczego? Choćby dlatego, że wyspa Kos jest przepiękna. Palmy, zachody słońca nad morzem, rozgwieżdżone niebo. Poza tym codziennie była piękna pogoda i mnóstwo kolorów dookoła, takich których nawet na moich zielonych Bielanach nie można doświadczyć. Codziennie spotykaliśmy przemiłych ludzi, nastawionych przyjaźnie do dzieci, otwartych, uśmiechniętych.

Ponadto dzięki tym wakacjom nasz synek bardzo się rozwinął:

POZNAWCZO:

– mógł doświadczyć kolorów i faktur nie występujących w naszej przyrodzie (dotykał palm, kolorowych kwiatów, greckiego piasku)
– nauczył się jeść świeże owoce
– nauczył się pić wodę z plastikowego kubeczka
– pokochał kąpiele w morzu

SPOŁECZNIE:

– poznał swojego pierwszego kumpla od zabaw w piasku
– pierwszy raz się zakochał – upatrzył sobie pewną nastoletnią Włoszkę, którą był w stanie wypatrzyć z daleka mimo dzikiego tłumu (miała niesamowicie oryginalne okulary przeciwsłoneczne)
– zawarł dużo ciekawych znajomości

Poza tym po powrocie do domu od razu zaczął robić „pa-pa”, mówić „mama” i bić „brawo”.

Jeszcze raz podsumuję krótko nasz wyjazd: warunki były, jakie były, ale za to było ciepło… Marzy mi się ponowny wyjazd za granicę. Myślę, że tym razem byłoby mi wszystko jedno, czy bungalow, czy nie, gdybym tylko wstając rano mogła zobaczyć słońce.

Życzę Wam dużo ciepła, drogie mamy i nie tylko mamy!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się TUTAJ.

Druga część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Trzecia część tego wpisu znajduje się TUTAJ

O pewnym małym mieście na południu Polski

O pewnym małym mieście na południu Polski

Na początek piosenka o pewnej dziewczynie z małego miasta, takiej jak ja…

http://www.youtube.com/watch?v=hEgwR3stSYY

Po tygodniu spędzonym w moim rodzinnym mieście (Cieszyn), czuję się wypoczęta i odmłodzona o przynajmniej 10 lat. Miałam możliwość kąpania się codziennie w źródlanej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, spania na najwygodniejszym łóżku pod słońcem. Poza tym codziennie we wszystkim pomagała mi moja mama. Mogłam odsypiać ostatnich 10 miesięcy, podczas gdy moja mama spędzała czas ze swoim wnusiem. Mój synek pokochał babcię miłością absolutną, co dla mnie było jak zbawienie. Wieczorami, gdy Mały spał, wychodziłam z domu, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Miałam okazję doświadczyć pięknej letniej pogody (podczas gdy w tym samym czasie w Warszawie lało i lało…). Po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam czas i możliwość wybrać się spokojnie do fryzjera na dłuższą wizytę ratującą moje włosy przed nudą. Minął tydzień, musiałam wrócić do Warszawy. Niestety…

Wróciłam prosto w wir hałasu i remontów u sąsiadów. Nie wiem, czy kiedyś nastąpi ten piękny moment, kiedy w naszym kraju przyjmie się zwyczaj informowania społeczności sąsiedzkiej o planowanych remontach. Gdybym wiedziała, że po 10 miesiącach remontu u sąsiada z dołu, sąsiadka z góry zacznie skrobanie ścian, to bym sobie u mamy dłużej posiedziała. Słyszałam, że są takie wspólnoty mieszkaniowe, w których sąsiedzi informują o remontach. Wisi karteczka z dokładnymi datami, w których hałas nie będzie dawał ludziom żyć. Przynajmniej można się przygotować psychicznie. Wydaje mi się, że moje ukochane Bielany odstają kulturą od reszty świata pod tym względem. A przynajmniej mój blok. W poprzednim miejscu zamieszkania też doświadczyłam nieustającego remontu (mam jakiegoś pecha, czy co?). Sprawcy zamieszania też nie poinformowali o planowanym remoncie, zrobili za to coś innego – kiedy już skończyli, napisali do wszystkich sąsiadów liścik z przeprosinami i z zaproszeniem na parapetówkę. Tylko, że to była mała społeczność na zamkniętym osiedlu na Żoliborzu. Kultura z nieco wyższej półki.

No nic, ale nie chcę narzekać, nie mam tak źle, żebym musiała się nad sobą użalać. Mogę sobie w ciszy domowego ogniska puścić wiązankę z filmu „Dzień Świra” i to z grubsza wszystko, co mogę zrobić….

Wracając do Cieszyna – mam kilka przemyśleń po tych krótkich wakacjach. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do Warszawy (TUTAJ i TUTAJ). O miłości do rodzinnego miasta nie wspominałam. Może dlatego, że rozstanie z domem było zbyt bolesne (choć bardzo tego chciałam, bo pociągał mnie świat, inne życie etc.), a może dlatego, że do tego, by docenić małe miasto, trzeba dojrzeć. To tak, jak z buntem przeciw rodzicom w okresie adolescencji – żeby stać się dorosłym człowiekiem, musimy zanegować przekaz rodziców, żeby poznać życie na własnej skórze. Dopiero gdy przeżyjemy swoje, wracamy spokojnie myślami do rodzinnego domu i jesteśmy skłonni docenić wyniesione z niego wartości. Podobnie jest z moim sentymentem do Cieszyna. Musiałam naoglądać się świata, żeby po latach, umęczona, wrócić do domu i docenić kameralność, spokój, czyste powietrze i krystalicznie czystą wodę płynącą z kranu. Musiałam pomieszkać trochę w wielkim mieście, żeby zatęsknić za widokiem gór na horyzoncie. Szczęśliwym trafem, nawet po tylu latach mam w Cieszynie sporo znajomych. Zarówno tych, którzy tam zostali, jak i tych, którzy wyjechali i przypadkiem przyjechali akurat w tym samym czasie. Niesamowite, że nasze ścieżki przecięły się po latach w tym samym miejscu.

Ci, którzy zostali, ludzie, których znałam lata temu, bliżsi i dalsi, wydają się być tacy sami jak zawsze. Panie sprzedawczynie z drogerii, które oprócz kilku siwych włosów więcej, nie noszą na sobie wyraźnych znaków czasu. Mamy moich koleżanek z przedszkola, które nadal farbują włosy na ten sam kolor. Tylko od czasu do czasu ktoś umiera zostając na zawsze w sercach mieszkańców i w sercu miasta.

Cieszyn, mimo iż jest małym miastem (liczba mieszkańców to ok. 35 000, według danych za 2009 r.), oferuje szeroki dostęp do dóbr kultury. Mimo, iż odbywający się przez kilka lat z rzędu w Cieszynie Festiwal Nowe Horyzonty w 2006 roku „wyprowadził” się do Wrocławia, Cieszyn nie pogrążył się w rozpaczy. Zaproponował swoje własne festiwale, na mniejszą skalę, skierowane głównie do mieszkańców miasta. Wiosną odbywa się tam festiwal Kino na Granicy. Latem mają miejsce aż dwa ciekawe wydarzenia artystyczne – festiwal filmowy Wakacyjne Kadry oraz festiwal artystyczny Kręgi Sztuki . Na wszystkie imprezy obu festiwali wakacyjnych wstęp jest bezpłatny. Oprócz projekcji kinowych, odbywają się również imprezy towarzyszące, performance i wystawy, pokazy specjalne na Rynku, koncerty, warsztaty, wykłady, prezentacje. Co roku organizatorzy przygotowują również specjalny program dla dzieci.

Przez cały rok działa w Cieszynie oddział zamiejscowy Krytyki Politycznej. W ramach Krytyki działa O! Świetlica, w której organizowane są zajęcia edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Udział w zajęciach jest bezpłatny. Cały rok działa również Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości, centrum designu i sztuki nowoczesnej, w budynku którego znajduje się również bardzo stylowa kawiarenka Presso.

Po 10 latach mieszkania w Warszawie doszłam do wniosku, że w dużym mieście, mimo iż kultura jest na wyciągnięcie ręki, rzadziej korzystam z oferty kulturalnej miasta. Kiedy mieszkałam w Cieszynie, brałam udział w każdym lub prawie każdym wydarzeniu kulturalnym. Dlaczego? Na pierwszym roku studiów, w podręczniku pt. „Wstęp do psychologii” wyczytałam, iż przyczyną takiego rozdźwięku jest fakt, iż świadomość dostępności szerokiego wachlarza kulturalnych wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy zmuszeni z nich korzystać szybko i natychmiast. W małym mieście, w którym oferta jest węższa i pojawia się np. sezonowo, mieszkańcy mobilizują się i biorą udział w bieżących wydarzeniach, mając świadomość, że okazja może im „przejść koło nosa”. Chyba coś w tym jest.

Jest jeszcze jedna poważna różnica między Warszawą a Cieszynem. Po tygodniowym pobycie w Cieszynie stwierdzam, że my – warszawskie mamusie – jesteśmy trochę rozpieszczone. Ostatnio bardzo głośno mówi się o tym, że mamom z wózkiem w Warszawie jest ciężko, że są miejsca, do których trudno się dostać, przejechać etc. Walką z niewygodą w mieście zajmuje się głównie wspaniała Fundacja MaMa. Wiele matek narzeka, że np. w metrze zepsuła się winda i musiały wnosić wózek po schodach. Ja rozumiem chęć odciążenia kręgosłupa – sama nie przepadam za noszeniem wózka wraz z dzieckiem (czyli razem jakieś 25 kg ciężaru, jeśli nie więcej), rozumiem dążenie do wygody – to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce! Jednak wszystkim mamom, które narzekają, że od czasu do czasu muszą wnieść wózek po schodach (najczęściej z czyjąś pomocą, z mojego doświadczenia wynika, że ludzie po prostu rzucają się, żeby pomóc matce z wózkiem!), polecam udać się na jakiś czas do takiego miasta jak Cieszyn. Tam nie ma praktycznie żadnych udogodnień dla matek z wózkami. Wszędzie pod górkę, wszędzie schody (do każdego sklepu!), wszędzie wielkie kostki brukowe i wysokie krawężniki, przejścia dla pieszych w bardzo dziwnych miejscach i wąskie chodniki. Większość budynków to kamienice albo maksymalnie czteropiętrowe bloki z lat 70 tych, więc o windach można zapomnieć. I wiecie co, drogie warszawskie mamy? Nie spotkałam jeszcze żadnej matki z Cieszyna, ani w naszym pokoleniu, ani w pokoleniach starszych, która by narzekała na to, że ma źle czy niewygodnie. Po prostu, jak się nie ma wyboru, to się żyje tak, jak się da w zastanej rzeczywistości. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zatem, Kochane Warszawianki, doceniajcie to, co macie. Cieszcie się, że w ogóle macie windy w blokach, niskopodłogowe autobusy i obniżone krawężniki. Ja się cieszę, bo po tygodniu w Cieszynie mój kręgosłup wymaga nastawienia;-)

I to tyle o Cieszynie – pojeździe tam i się sami przekonajcie, jak tam ślicznie i fajnie! A wszystkim mamom polecam zabrać nosidełko lub chustę.

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Dziś kolejna, obiecana część opowieści wakacyjnych. Tym razem zebrałam listę przykładowych „hardkorów”, które mogą nam się przytrafić na wakacjach z dzieckiem. Lista powstała na bazie doświadczeń zarówno moich, jak i moich przyjaciół. Mam nadzieję, że nic z wymienionych katastrof, mniejszych i większych, Was nie spotka. Przeczytajcie jednak – ku przestrodze!

A na początek piosenka z cudownej płyty Playing For Change 2: Music Around The World. Piosenka, która odmładza i dodaje pozytywnej energii.

PROBLEM 1: MRÓWY I INNE ATRAKCJE ZWIĄZANE Z MIEJSCEM BYTOWANIA

Zacznę od tego, że po przyjeździe na upragnione wakacje może wcale nie być tak, jak sobie wyobraziliśmy. Coś, co w katalogu nazwano „oazą spokoju” może się okazać totalną dziurą bez ciepłej wody. Miejsce nazwane „miejscem, w którym można obcować z naturą” okazuje się być campingiem w środku lasu, gdzie oprócz ludzi jest cała masa innych żywych stworzeń, niekoniecznie przyjaźnie nastawionych. Nawet u nas, w cywilizowanym czterogwiazdkowym hotelu (o którym napiszę osobno w części IV) były takie atrakcje. Może dlatego, że hotel – a właściwie kompleks bungalowów – leżał na terenie gaju palmowego. Wiązało się to z zatrzęsieniem wściekłych komarów oraz innych żywych stworzeń. Na przykład: pewnego dnia musiałam wrócić z plaży po coś do naszego lokum. Kiedy stałam na ganku szukając klucza, spadło na mnie Z GÓRY stado mrówek! Tak naprawdę myślę, że to wcale nie były mrówki. Raczej jakieś mutanty lub inkarnacje dinozaurów. Spadły chyba z nieba – albo wysypał je ze słoika sąsiad mieszkający nad nami, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

PROBLEM 2: JEŻOWCE – ZŁOŚLIWIE ŚWINIE

Pozostając w temacie zwierząt, nie sposób nie wspomnieć o jeżowcach… Te paskudztwa żyją sobie na skałach, zarówno na brzegu morza, jak i pod powierzchnią wody. Dwa lata temu na Krecie będąc, pławiąc się w zachwycie nad błękitem i przejrzystością wody, postanowiłam skąpać swe ciało w morzu. Na tę okazję sprawiłam sobie specjalne buty (zmotywowało mnie do tego to, że poprzedniego dnia mój M. rozciął sobie stopę na skałce). Uzbrojona w buty śmiało stąpałam po kamieniach. Niestety mimo gumowego podszycia butów, kamienie okazały się zbyt śliskie i noga osunęła mi się między skałki. Poczułam jak miliard szpilek wbija mi się w stopę. Okazało się, że jeżowiec – w tym wypadku wyjątkowo paskudna świnia – przez buty dobrał się do mojego ciała. W małym palcu prawej nogi tkwił cały orszak czarnych kolców. Z bólu zobaczyłam gwiazdki. W miejscowej aptece otrzymałam jakąś maść odkażającą oraz igłę wraz z prostą instrukcją – wyciągnąć skurczybyki z palca jak najszybciej, żeby nie doszło do zakażenia. Powiem krótko – przez kolejne trzy godziny leżałam na naszym hotelowym tarasie i darłam się na czym świat stoi (w poduszkę), bynajmniej nie z rozkoszy, tylko z bólu. Nie ma to jak grzebanie igłą w palcu na żywca, dziękuję, nigdy więcej!

PROBLEM 3: ZA DUŻO SŁONKA

Osobna i bardzo popularna sprawa to oparzenia słoneczne. Ja za każdym razem popełniam ten sam błąd. Chyba nigdy się nie nauczę, chyba nigdy nie dorosnę – zawsze na początku wakacji spalę sobie plecy. Przez kolejnych parę dni nie mogę się opalać, a w nocy nie mogę spać. Mam dla siebie usprawiedliwienie – jestem zawsze tak stęskniona za słońcem, że chcę je chwytać garściami, ba, wiadrami! To wszystko dlatego! W tym roku wzięłam ze sobą Fenistil żel, który pomógł zarówno na ukąszenia komarów, jak i na spieczone ciałko.

PROBLEM 4: ATRAKCJE PODCZAS LOTU

A teraz parę słów o dzieciach. Zacznę od hardkorów w samolocie. To, czego każdy rodzic się boi najbardziej to (w kolejności przypadkowej): że dziecko zrobi przestraszliwie ogromną i śmierdzącą kupę i – co najgorsze – trzeba będzie odstawić przewijanie w samolotowej toalecie (wiadomych rozmiarów) oraz że przez cały lot ani na chwilę nie zaśnie. Pierwszej z wymienionych sytuacji nie przeżyłam osobiście, znam tylko relacje z drugiej ręki. Natomiast dziecko rozbudzone w samolocie w czasie nocnego lotu – to znam i nie polecam. Zwłaszcza, jeśli maleństwu włączy się „chcę-dotknąć-wszystkiego” mode, a jest np. 3 w nocy. Nie pośpicie ani wy, ani większość Waszych sąsiadów z samolotu.

PROBLEM 5: KASA

A na miejscu, już na wakacjach? Może się przytrafić całe mnóstwo rzeczy. Ząbkowanie, zatrucie pokarmowe, katar gigant. O gorszych wypadkach nawet nie chcę wspominać. Nam się na przykład przytrafiło ząbkowanie w wersji bardzo intensywnej (6 ząbków na raz) oraz – za przeproszeniem – pierwsze w życiu naszego synka potężne zatwardzenie. Ta druga sprawa okazała się sprawiać mu taki ból, że skorzystaliśmy z przywileju oferowanego przez naszego ubezpieczyciela, czyli wezwania lekarza do hotelu. Niestety, okazało się, że mimo wykupienia przez nas rozszerzonej polisy, musimy zapłacić za tę „imprezę” aż 100 Euro i dopiero po powrocie dopominać się o zwrot kosztów leczenia (co się wiąże z wypełnianiem koszmarnego formularza, tak strasznego, że aż daliśmy sobie spokój). W związku z koniecznością zapłaty, wypstrykaliśmy się całej gotówki, którą mieliśmy przy sobie w hotelu, ponieważ jadąc na wakacje byliśmy pewni, że na każdym kroku będzie można wypłacić pieniądze z bankomatu. Nic bardziej mylnego. Na terenie naszego hotelu nie było bankomatu. W miasteczku, które znajdowało się w odległości ok. 3 km piechotą na Wschód, też nie było bankomatu. Tzn. był podobno, ale – jak nam wytłumaczyła pani wypożyczalni samochodów – zabrano go kilka tygodni wcześniej, bo się zepsuł i do tej pory nie oddano. Najbliższy bankomat był oddalony o ok. 10 km. Ostatecznie udało nam się zdobyć gotówkę (wymagało to kombinacji z mojej strony i kosztowało nas 10% prowizji). Lekarka przyjechała.

PROBLEM 6: WZYWANIE MIEJSCOWEGO LEKARZA

Okazało się, że pani jest bardzo, bardzo młoda. Na dodatek praktycznie wcale nie zna języka angielskiego. Przypadło mi w udziale wytłumaczenia pani, co dolega mojemu dziecku.

– He’s suffering from obstruction – rzekłam.

Pani spojrzała na mnie tak, jakbym wypowiedziała to zdanie po japońsku. Pokiwała głową i wzruszyła ramionami.

– He’s got problems with poo – powiedziałam w nadziei, że może to dotrze. Reakcja była jednak wciąż ta sama.

– He cannot SHIT! – ostatnia deska ratunku również nie zadziałała. W końcu w akcie desperacji włączyłam pantomimę wykonując różne miny i gesty dodając odpowiednie odgłosy. Zauważyłam z ulgą zmianę na twarzy lekarki, wyrażającą zrozumienie.

– AAAAAAAAAA – odparła pani – Ka – Ka! He cannot Ka – Ka!

– Yes! – usiadłam wykończona na tapczanie, w duchu pękając z dumy, że udało mi się w końcu wytłumaczyć babie, co z moim dzieckiem.
Pani doktor dokonała oględzin i zawyrokowała:

– You should give him some orange juice and he will do Ka -Ka. Also you should give him this – tu wypisała receptę na czopek glicerynowy – and it will help him I think.

Dodam tylko – dla tych, którzy nie wiedzą – że cytrusy uznawane są w Polsce za silne uczulające i dlatego nie podaje się ich do czasu ukończenia przez dziecko roku. Poza tym była 6 wieczorem, my byliśmy bez gotówki, a na dodatek apteka była oddalona od hotelu o 10 km. Na szczęście okazało się później, że w biedzie Polak Polakowi pomoże. A właściwie polska matka polskiej matce, ale o tym w części IV.

CUDOWNE ROZWIĄZANIE?

No, cóż, Kochani, życie bywa złośliwe, a my możemy zrobić tak naprawdę jedno – spróbować zadziałać tak, żeby problem zniknął i cały czas mieć w głowie słowa poniższej piosenki Boba Marleya (tutaj w wykonaniu mojego ukochanego Playing For Change): „Don’t you worry about a thing, every little thing is gonna be alright”.

Zapraszam też do lektury cz. I: TUTAJ

oraz części II: TUTAJ

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Gdybym była bogata, to na wakacje zabrałabym ze sobą jakąś luksusową nianię albo opłaciła wakacje babci/cioci/doświadczonej przyjaciółce – żebym i ja wraz z moim ukochanym mogła mieć coś z wakacji (czyt. pójść do baru i skorzystać z All Inclusive, potańczyć na plaży etc) 😉 Potańczyć na plaży nam się kilka razy udało (Mały się gapił z wózka), nawiasem mówiąc – fajnie się robi spiny salsowe na bosaka w piasku.

Jednak nie było z nami niani, czy też babci, więc musieliśmy sobie radzić sami. Zapytana o to, co zabrać na wakacje z dzieckiem odpowiem bez zawahania:

„Ze cztery wielkie wiadra cierpliwości i książkę o survivalu!”

Tak, moi Kochani, jak już wspominałam, wakacje z dzieckiem to nie jest jakiś lajcik. Wszystko, co przeszkadzało Wam na wyjazdach zanim urodziła się Wasza pociecha (np. daleko do plaży, daleko do dyskoteki, za mało olejku do opalania etc.), teraz wyda Wam się błahostką niewartą wspominania, gwarantuję. Każda rzecz nabiera teraz nowego znaczenia. Przykład? Weźmy robaki, które jak wiadomo w ciepłym klimacie są większe niż w naszej poczciwej Polsce. Kiedy byliśmy na Krecie i w pokoju hotelowym znalazłam pięciocentymetrowego karalucha, to się co najwyżej wzdrygnęłam z okrzykiem: „O FUJ!”. Kiedy jest z nami małe dziecko, już nie trzęsiemy się ze wstrętu, tylko raczej ze strachu, że horda ogromnych mrówek zeżre nam dziecko. Drugim przykładem może być obecność głośnych sąsiadów. Kiedy jest się na wakacjach jeszcze bezdzietnych, to się w nocy robi wszystko oprócz spania. Odsypia się w dzień. Głośni sąsiedzi nie przeszkadzają, nawet jeśli tupią, wrzeszczą, klną, czy palą papierosy. Istnieje spora szansa, że Wy jako bezdzietna młoda para też bywacie dla nich uciążliwi. Kiedy pojawia się dziecko, które cudem udaje Wam się położyć spać o tej samej godzinie, co w domu, to każdy hałas oznacza jedno: „ukochany piszczący stworek znów się obudzi i trzeba będzie usypiać go od nowa”. Dlatego warto się nastawić psychicznie na to, że trzeba będzie dziecko kilka razy w ciągu nocy uspokajać. Najlepiej w ogóle pojechać w jakieś odludne miejsce.

Teraz czas na konkrety, czyli moją osobistą listę rzeczy, bez których nie warto ruszać się z domu:

wózek – najlepiej lekki, składany – ale też dający możliwość położenie dziecka na płasko, jeśli zaśnie – u nas hit wyjazdu (super – lekka spacerówka Inglesina)

parasolka do wózka/budka – my budki nie mieliśmy, bo się złamała jej ważna część przed wyjazdem, ale mieliśmy parasolkę, która spełniła swoje zadanie

namiot plażowy – my kupiliśmy McKinleya w Intersporcie w Arkadii

śliniaki (wiadomo, przy posiłkach, żeby ubranka się nie brudziły częściej niż to wskazane)

– dmuchany mini – basen, który służy jako wanienka turystyczna (my mieliśmy taki za 9,60 zł ze Smyka)

– dużoooo body na zmianę

czapeczki (najlepiej wiązane elastycznym sznureczkiem pod brodą, zakrywające uszy, bo wiatr nawet w ciepłym kraju bywa groźny dla malutkich uszu)

– dużo pieluch, najlepiej flanelowych służących jako przewijak (super sprawa jeśli trzeba dziecko przewinąć „na kolanie” w trakcie dalekiego spaceru lub wycieczki)

– własne prześcieradełko i kocyk/kołderkę, żeby się dziecku dobrze zasypiało

– własny duży koc, który można rozłożyć na podłodze, żeby dziecko sobie mogło pełzać, raczkować etc.

– własny ręcznik dla dziecka

– paczka Pampersów lub innych używanych przez Was pieluch (jeśli jedziecie na dłużej niż tydzień, to warto się dowiedzieć, czy w danym kraju można kupic pieluchy, jeśli nie, to trzeba wtedy zabrać zapas (najlepiej otworzyć opakowanie i upchnąć pieluszki w walizkach)

mokre chusteczki (3-4 paczki – jeśli jedziecie na 2 tygodnie)

słoiczki z jedzeniem, kaszki i mleko modyfikowane (jeśli dziecko je coś więcej oprócz mleka z piersi) – warto zrobić podobne rozeznanie, jak w przypadku pieluch i dowiedzieć się, czy smaki słoiczków nie są przypadkiem zbyt kontrowersyjne dla brzuszka polskiego maluszka

– własne łyżeczki, miseczki (choć my pod koniec wyjazdu wyluzowaliśmy i mały wcinał już zwykłymi łyżeczkami)

czajnik bezprzewodowy/ew. grzałka – jeśli nie macie pewności, że w Waszym pokoju będzie aneks kuchenny z czajnikiem, to weźcie koniecznie czajnik lub grzałkę – to daje nieocenioną wygodę

– gryzaki i ulubione zabawki dziecka (jako zabawka sprawdza się również plastikowana butelka wypełniona wodą, plastikowe kubeczki, wszelkiej maści łyżeczki, ucho taty, pępek mamy itp.)

– jakieś nowe zabawki (albo warto kupić coś na miejscu, my np. kupiliśmy wiaderko, konewkę, grabki, łopatkę, foremki – kolejny hit wakacji)

MOSKITIERA!, jak największa, najlepiej taka do owinięcia całego łóżeczka

RAID przeciw komarom do kontaktu

– Off, Autan, Anty – Bzz, cokolwiek do psikania, żeby odstraszyć komary i inne świństwa

mini – latarka – przydaje się w nocy, gdy dziecko się budzi, a Wy nie chcecie włączać głównego światła (u nas w pokoju hotelowym było mega jasne)

Osobna sprawa to apteczka, w której obowiązkowo powinny się znaleźć:

zestaw plastrów wodoodpornych z opatrunkiem

woda utleniona

Fenistil – żel łagodzący ukąszenia owadów, ale nie tylko – doskonale łagodzi tez oparzenia słoneczne u rodziców 😉

probiotyki (Dicoflor, Biogaia etc.) – warto się dowiedzieć, czy w pokoju jest lodówka, żeby móc je przechowywać

– coś przeciw wzdęciom, np. Espumisan dla niemowląt – my tego nie zabraliśmy i to był wielki błąd

czopki glicerynowe

– Dentinox lub inny żel na ząbkowanie

paracetamol w czopkach

termometr

Na koniec trzeci i ostatni hit naszego wyjazdu, czyli nosidełko ergonomiczne (w naszym przypadku Manduca). Sprawdziło się szczególnie podczas podróży (mały spał w czasie oczekiwania na autokar i podczas transferu). Równie dobrze sprawdzi się chusta czy inne nosidełko ergonomiczne (Tuli, Bondolino, Ono etc.). Odradzam wynalazki typu Womar czy Baby Bjorn – jak dla mnie te nosidła to mordercy kręgosłupów – zarówno tych dziecięcych, jak i rodzicielskich. U nas cała trójka pokochała Manducę, tatuś z dziką chęcią i dumą nosi w nim syna, a ja szczególnie doceniam możliwość noszenia, gdy chcę mieć wolne obie ręce.

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią tego wpisu, która znajduje się TUTAJ. Zachęcam też do lektury następnych części, które już wkrótce!

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy 😉

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. I – czyli dokąd jechać i na co zwrócić uwagę

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. I – czyli dokąd jechać i na co zwrócić uwagę

Kiedy chwaliłam się moim znajomym, że wyjeżdżamy na wakacje do Grecji, często słyszałam: „Zagraniczna podróż z takim małym dzieckiem? Samolotem? Nie boisz się?”. Otóż, Kochani moi, bałam się bardzo. Nie wiedziałam co mnie czeka. Nie wiedziałam też do końca, czego się boję. Odpowiadałam jednak: „No co Ty! Przecież tyle osób jeździ i lata z niemowlętami i wszystko jest w porządku”. Sama nie wiedziałam, jak takie zagraniczne wakacje z niemowlakiem mogą wyglądać. Teraz wiem i wszystko opowiem.

Jednak na początek tzw. piosenka wyjazdu. Każdy wyjazd ma zawsze swoje hasło (z którego np. pół klasy się śmieje na wycieczce klasowej), swoją anegdotę i swoją piosenkę. Nasz wyjazd miał aż dwie piosenki. Niestety jedna z nich jest tak obciachowa, że widząc/słysząc ją połowa z Was więcej by tutaj nie zajrzała (chodzi o pewną straszną piosenkę Kelly Family, którą katowano nas w hotelowej restauracji – pewnie dlatego, że 90% gości to byli Niemcy). Druga piosenka jest nieco bardziej wyjściowa, dlatego ją wrzucam. Też leciała codziennie rano w restauracji do śniadania. A poza tym 15 czerwca było częściowe zaćmienie…

Ale do rzeczy, moi Drodzy! Jeśli ktoś zadałby mi pytanie, czy należy zabierać ze sobą dziecko na zagraniczne wakacje, odpowiedziałabym, jak zazwyczaj: „To zależy!”. A w tym wypadku zależy przede wszystkim od dwóch czynników:

– od tego na jakim etapie rozwoju fizycznego i psychicznego jest dziecko

– od tego na ile rodzice są odporni psychicznie, na ile radzą sobie jako para i czy są w stanie lekko (a czasem nawet nielekko) nagiąć swoje standardy dotyczące karmienia dziecka, higieny, pielęgnacji (chodzi np. o przewijanie na szybko byle gdzie, czy dziecko raczkujące po „obcej” podłodze)

Dodatkowo dobrze jest znać kulturę kraju, do którego się wybieramy (szczególnie w zakresie podejścia do dzieci) oraz zapoznać się z warunkami, jakie oferuje nam hotel. Podróż samolotem to osobna sprawa, o której powiem na końcu. A teraz rozwinę powyższe punkty.

ETAP ROZWOJU DZIECKA

Jeśli chodzi o etap rozwoju dziecka, to należy spróbować przewidzieć, czy w czasie wyjazdu mogą wystąpić takie „atrakcje” jak ząbkowanie, nasilona chęć eksploracji czy marudzenie związane ze skokiem rozwojowym. Należy wziąć pod uwagę to, że przez zmianę klimatu/wody/jedzenia do powyższych kłopotów mogą dołączyć kłopoty z brzuszkiem. Szczególnie ważna jest nasilona chęć eksploracji – należy dziecku umożliwić pełzanie/raczkowanie/dotykanie wszystkiego, bez względu na to, gdzie się znajdujemy. Polecam na czas wakacji wyzbyć się lęku przed zarazkami i po prostu sobie odpuścić. Można się nieźle namęczyć pilnując dziecka, żeby nie lizało krzesła, na którym przedtem siedziało sto przypadkowych osób. Lepiej po prostu pomyśleć, że dzięki temu uodporni się na „wszystkie syfy świata”. Podobnie, jeśli chodzi o kontakt z ludźmi spotkanymi na wakacjach – należy dziecku umożliwić interakcję, jeśli do niej dąży, jeśli interesują go ludzie lub chronić przed obcymi, jeśli dziecko sobie nie życzy mieć z nimi kontaktu (bo jest np. na takim etapie rozwoju, że się boi obcych, a co krok jakaś starsza pani piszczy „Puciu, Puciu, jaki śliczny” i pakuje przerażonemu dziecku paluchy do oka).

SIŁA PSYCHICZNA RODZICÓW

Co do odporności rodziców – to tak jak wspominałam, trzeba umieć się trochę nagiąć. Zresztą, nawet jeśli na początku pilnujemy, żeby napotkani ludzie nie głaskali dziecka po policzku, to po którymś razie, gdy nie zdążymy zareagować, po prostu sami odpuścimy – bo czasami świata na prawdę nie da się skontrolować, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli (a w szczególności „chciały”) 😉 Warto też przed wyjazdem ustalić z partnerem strategię postępowania w sytuacjach kryzysowych, typu: „dziecko szaleje w samolocie”, „dziecko rzyga jak kot”, „dziecko upadło i się potłukło”, „hotel okazał się paskudny” – warto wiedzieć wcześnie, kto się czym zajmie w takiej sytuacji, kto będzie np. od pocieszania dziecka, a kto od spraw organizacyjnych.

KULTURA KRAJU, DO KTÓREGO JEDZIEMY

Bardzo ważne jest znać choć trochę kraj, do którego się wybieramy. My na przykład już byliśmy kilka razy w Grecji. Lubimy, kochamy wręcz ten kraj. Sami Grecy są (cytuję za koleżanką): „Tacy jak my, tylko mają lepszą pogodę”. Ma to swoje wady i zalety. Największą wadą jest to, że tak jak my, Polacy, Grecy bywają bardzo gburowaci i mają przeświadczenie o wyjątkowości swego narodu. Ale można im to wybaczyć, ponieważ Polak Greka zrozumie i odwrotnie. Jest między naszymi narodami jakieś pokrewieństwo duchowe. W Grecji fantastyczne jest też to, że oni absolutnie ubóstwiają dzieci. Nawet zimne i wredne recepcjonistki z naszego hotelu (te greckie, bo była też cudowna pani Małgosia z Polski), które nazywaliśmy Królowymi Śniegu, miękły na widok uśmiechniętego dziecka. Gwarantuję, że w Grecji nikomu nie będzie przeszkadzać dziecko w restauracji, dziecko płaczące czy krzyczące. Nikt na dziecko krzywo nie spojrzy. W naszej restauracji hotelowej obsługiwano nas naprawdę po królewsku, otwierano nam drzwi awaryjne, żebyśmy nie musieli wózka po schodach taszczyć, nawet nie zdążyliśmy wybrać stolika, a już leciał do nas kelner z krzesełkiem dla dziecka. Wszyscy, ale to wszyscy uśmiechali się, pozdrawiali, zaczepiali nasze dziecko. Poza naszym hotelem było dokładnie tak samo. To chyba grecka cecha narodowa. Poza tym wszyscy chcieli brać dzieci na ręce – nawet jedna z Królowych Śniegu wzięła naszego synka na ręce i wtedy po raz pierwszy świat ujrzał jej uśmiech (który zmienił jej rysy twarzy). Młode kelnerki całowały naszego synka w stópki i głaskały po główce. Panie sprzątaczki układały kołderkę we wstążeczkę!

Warto też zwrócić uwagę na następujące kwestie:

– zaopatrzenie sklepów w pieluchy i słoiczki/kaszki

– liczbę krwiożerczych istot zwanych komarami

Na wyspie Kos, w stosunkowo niewielkiej odległości od naszego hotelu można było kupić Pampersy (cena ok. 10 Euro za paczkę 40 sztuk) oraz słoiczki firmy Nestle. Uwaga! Skład słoiczków różni się od tych polskich. W obiadkach i zupkach jest cebula, czosnek, przyprawy. W owocowych – prawie wszystkich – znajdują się cytrusy. Warto więc zaryzykować i – jeśli dziecko jest już odpowiednio duże – podać na wakacjach pierwsze świeże owoce. Nasz synuś zajadał brzoskwinie aż mu się uszy trzęsły.

A komary… No niestety nawet na tak piękną wyspę jak Kos zawędrowały te cholerstwa. Było ich tam strasznie dużo. Na szczęście ostrzegła mnie przed tym faktem koleżanka, a moja kochana sąsiadka pożyczyła mi gigantyczną moskitierę, którą okrywaliśmy łóżeczko syna. Bilans – tylko dwa ugryzienia na cały pobyt! I to w ostatnią noc 🙂 Niestety w naszym hotelu, choć był (podobno) czterogwiazdkowy, nie było moskitier w oknach. Musieliśmy więc kupić Raid do kontaktu oraz Autan w sprayu. Nie zżarły nas. A mogły, bo było ich naprawdę ogromnie dużo.

WARUNKI ZAKWATEROWANIA I JAKOŚĆ POSIŁKÓW

A propos hotelu – to my wyszliśmy z założenia, że kupujemy wakacje, a potem „darowanemu koniowi w zęby nie zaglądamy”, powiedzieliśmy agentowi w biurze podróży jakie mamy oczekiwania i mu zaufaliśmy. Rzeczywistość okazała się nieco inna, ale o tym kiedy indziej. Teraz już wiemy, że warto sprawdzić wszystko, nawet jeśli sprzedawca się zarzekał, że jest tak, jak on nam mówi. To, co jest ważne z perspektywy rodziców z małym dzieckiem, to:

– umiejscowienie pokoju w stosunku do miejsc użytkowych typu plaża, basen, restauracja

– odległość hotelu od cywilizacji

– możliwość płatności kartą w hotelu

– blisko położony bankomat w razie nagłej potrzeby

– możliwość wezwania lekarza do hotelu

– poziom możliwości dogadania się z recepcją

– czy jest cicho – np. czy do późnej nocy nie naparza dyskoteka albo czy w pokojach jest duża akustyka

– czy w pokoju jest aneks kuchenny z czajnikiem elektrycznym (znacznie ułatwia to przygotowywanie posiłków typu kaszka, mieszanka etc.)

– w przypadku wykupienia wyżywienia – jaka jest jakość hotelowej kuchni

Kwestię wyżywienia krótko rozwinę – moim zdaniem lepiej dla nas jak mieszkamy w małym hotelu. Istnieje szansa, że w małym hotelu szef kuchni będzie się bardziej przykładał do jakości podawanych produktów i potraw niż np. w wielkim kompleksie bungalowów. W naszym wielkim kompleksie bungalowów (w liczbie ok. 1100 – nie, nie wskoczyło mi błędnie dodatkowe zero) kuchnia była po prostu masowa… Jako mama karmiąca jeszcze piersią nie bardzo miałam w czym wybierać, mimo iż posiłki serwowane były w formie szwedzkiego stołu. Podejrzewam, że w wielu potrawach czaiły się konserwanty i takie paskudztwa jak np. glutaminian sodu.

Poza tym w dużym hotelu menu komponowane jest po kątem gustu większości gości. W przypadku naszego hotelu menu ewidentnie układano tak, aby zadowolić całe chmary turystów z Niemiec- czyli tłusto!!! A także Fleisch und Wurst marnej jakości.

PRZELOT SAMOLOTEM

To tyle w kwestii hotelu i jedzenia. Na koniec obiecałam odnieść się do latania samolotem. Jakby to powiedzieć… Do niedawna miałam lekką fobię przed lataniem (może nawet więcej niż lekką). Teraz mogę rzec tyle:

– Fobia? Jaka fobia? Ja nawet nie zauważyłam, że lecimy.

Jak się leci z dzieckiem, to cały wysiłek i uwaga skoncentrowane są na tym, żeby dziecku było komfortowo. Jak wiadomo, przy zmianie ciśnień w samolocie, dzieci bardzo cierpią, ponieważ bolą je uszka. Kiedy lecieliśmy na Kos (w nocy), mój synek się obudził jeszcze na płycie lotniska. Trochę się przestraszył hałasu, ale przeważyła ciekawość i od chwili przebudzenia wszystko chciał oglądać. Pech chciał, że M. i ja siedzieliśmy osobno (dzieliło nas przejście), ponadto posadzono nas z samego przodu, gdzie ciągle ktoś chodził do toalety, gdzie stewardessy głośno rozmawiały i się chichrały (umówmy się, loty czarterowe to nie jest jakieś ąę). W związku z powyższym, nie było mowy o tym, żeby nasz synek zasnął. Był bardziej ożywiony niż zwykle, wszystkiego chciał dotknąć i wyrywał się. Byłam zrozpaczona i wykończona. Przez cały lot próbowałam za wszelką cenę przystawić synka do piersi, żeby zasnął. A jego co chwilę coś rozpraszało. Udało mi się go uspokoić dopiero przy lądowaniu. Na szczęście przespał całą jazdę autokarem do hotelu. Lot powrotny był już zupełnie spokojny (również lecieliśmy w nocy). Mały przespał prawie całą drogę z hotelu do Warszawy (obudził się na moment tuż przed wsiadaniem do samolotu). Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, to ten pierwszy lot z Warszawy na Kos pewnie byłby dużo spokojniejszy. Moja rada: Nic za wszelką cenę! Jeśli dziecko się obudziło, to nie próbujmy na siłę go usypiać, jeśli znane i sprawdzone sposoby nie działają. Kiedy wracaliśmy do domu, sama byłam dużo spokojniejsza niż w tamtą stronę. Siga, siga!

Pamiętajmy, że my – mamy jesteśmy z niemowlęciem złączone symbiotyczną więzią (do pewnego momentu oczywiście) i nasze dziecko odczuwa każdą emocję razem z nami. Dzięki tej więzi potrafimy odczuwać emocje dziecka, nawet jeśli ono jeszcze nie umie się z nami komunikować. Jeśli my jesteśmy zdenerwowane, nasze dziecko to odczuwa i samo się denerwuje. Dlatego w drodze powrotnej zadbałam o to, żebym sama była bardzo spokojna. Dzięki temu cała nasza trójka przespała lot do domu.

To tyle na dziś – będzie więcej!