Category Archives: relacje

Pożegnanie.

Pożegnanie.

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy,
Będę dziś bezpośrednia! Znudziło mi się pisanie „w eter”, nie wiadomo w zasadzie do kogo… Ponadto nie mam w sobie już takiej przemożnej chęci dzielenia się sobą z „publicznością”. Czyżbym dojrzała? Wyleczyła się z narcyzmu? Nie wiem. Nie sądzę 😉 Kiedy wiele lat temu zakładałam tego bloga, chciałam się dzielić doświadczeniami ze swojego życia, aby pomagać innym. Drugim celem było też ciągłe ćwiczenie warsztatu pisarskiego. A trzecim – wyrażenie siebie i znalezienie odbiorców, nawiązanie dialogu z ludźmi – z własnej, egoistycznej potrzeby zaspokojenia poczucia samotności. Od wielu miesięcy jednak brakuje mi wyraźnej motywacji i celu w tym wszystkim. Brak mi pomysłu na ten blog. Brakuje mi też odzewu ze strony czytających. Blogów o macierzyństwie jest w tej chwili naprawdę masa, w większości są one identyczne (proszę o wybaczenie – ale taka jest prawda). Rodzice dzielą się zdjęciami, prywatnymi wydarzeniami z życia swoich dzieci, szastają swoim i dzieciaków wizerunkiem na prawo i lewo. Instagram jest pełen otwartych, publicznych kont dziewczyn – blogerek, które raczą ten zły i popaprany świat kilkoma zdjęciami swoich dzieci dziennie. Podobnie jest z samymi blogami – wszystkie te światy Lenek, Leosiów, mojej trójki czy co tam jeszcze, są wystawione na pazury świata i na oczy obcych ludzi. Ja się pytam: PO CHOLERĘ? W czasach, gdy następuje taka eksplozja ekshibicjonizmu, pozbawionego krztyny ostrożności, ja poczułam wielką chęć schowania się. Mój blog zawsze był wyłącznie po to, aby dzielić się przemyśleniami. Nie testowałam tu żadnych produktów, nie pisałam artykułów sponsorowanych. „Prawdziwa blogosfera” nigdy mnie nie interesowała i miałam to po prostu gdzieś. A teraz już zwyczajnie nie chce mi się prowadzić tego bloga.

Jest jeszcze inny powód – staram się ostatnio zmieniać swoje zgubne nawyki, a w szczególności ROZDRABNIANIE SIĘ. Od dziecka miałam tendencję do chwytania tysiąca srok za ogon. Nieskromnie to zabrzmi, ale miałam wiele obiecujących talentów. Niestety, wybór był za duży, zbyt dużo rzeczy na raz chciałam robić i zmarnowałam wiele lat na uganianiu się za czymś ulotnym, za mitycznym zajęciem, które byłoby dla mnie idealne i zaspokoiłoby w pełni moją potrzebę samospełnienia. W takim pędzie tkwiłam wiele lat i teraz jestem na takim etapie, że talentów nie wykorzystałam, mózg mi się zestarzał, ciało też i czuję, że robi się późno. A ja tak naprawdę w niczym nie czuję się na tyle dobra, aby móc się tym pochwalić. Są rzeczy, w których czuję się mocna – pisanie czy szeroko pojęta muzyka. Ale to nie wystarczy. Nie jestem w tym wybitnie dobra – tzn. na pewno nie na tyle, na ile mogłabym być, gdybym więcej czasu i motywacji zainwestowała w skupienie się na jednej rzeczy. Może jest jest jeszcze za późno na odsiewanie niepotrzebnych rzeczy, na pozbycie się kretyńskiego nawyku rozdrabniania się? Ciężko będzie walczyć z czymś, co robiłam całe życie, ale bardzo się staram, uwierzcie mi. Robię wszystko w tym kierunku. Nie wiem, czy osiągnę sukces, ale wiem, że muszę spróbować. Kiedy zamykam oczy i wyciszam się, aby osiągnąć skupienie, powtarzam sobie dwa zdania „LET GO” – skierowane do niepotrzebnych myśli, które zabierają mi energię, a także „LESS IS MORE” – czyli motto minimalistów. Staram się też zwalniać tempo – tak ogólnie. Po to, aby energię mieć w sobie, a nie wytracać ją na zewnątrz. Czym się zajmę? Na czym się skupię? Na pewno na dzieciach – to jasne jak słońce. Ale przecież poza spełnieniem w roli matki i żony czuję w sobie wielki głód bycia sobą. Sobą – tą Magdą z dawnych lat, w której piosenki wzbudzały dreszcze, która tańczyła w deszczu i dużo się śmiała. Porzuciłam swoje ja w ostatnim czasie. Zdusiłam swoje pragnienie samorealizacji. Depresja maczała w tym palce, to pewne. Ale przede wszystkim – ja jej na to pozwoliłam. Dlatego piosenki z dawnych lat zamiast mnie cieszyć, smucą mnie. Dlatego płakać mi się chce, gdy myślę, co mogłabym już osiągnąć, gdybym odpowiednio wcześniej się na tym skupiła. Tamta Magda, ta radosna, spontaniczna dziewczyna – ona musi wrócić. Nie chcę widzieć już w lustrze oczu starej kobiety.

Po tym wstępie chcę Wam powiedzieć, że ostatecznie zaprzestaję pisania tego bloga. Nie usuwam go, bo mam sentyment do tego, co tu wypisywałam, jest to kawał mojego życia i wiem, że zdarza się niektórym osobom jeszcze tutaj zaglądać. Jednak jeśli miałabym stworzyć coś nowego, to nie będzie to już NieTylkoMama. Zamiast szukać relacji z ludźmi w czeluściach anonimowego internetu, poszukam szczęścia w tej kwestii w realnym świecie, poza domem. A co do pisania, na pewno nie przestanę. W końcu jest to coś, co kocham. Tylko, że prawdziwe pisanie to jest ciężka praca i sam talent nie wystarczy. Dużo poświęconego czasu, rutyna, wysiłek, frustracja i zwątpienie – to główne części składowe procesu twórczego, gdy piszący wyznacza sobie jakiś większy cel. Zrywy natchnienia, błysk w oku i przygryzione z emocji wargi – to tylko niewielkie, acz bardzo przyjemne aspekty pisania. Ja się z tym powoli godzę i jestem gotowa się z tym zmierzyć.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Cierpliwości, akceptacji, samoakceptacji, dystansu do siebie i świata. Bądźcie wdzięczni losowi za wszystko, co macie, bo to jest droga do poczucia spełnienia 🙂 Do zobaczenia kiedyś, gdzieś!

(Sheryl Crow – „Tommorow Never Dies”)

312801_2228540626580_134404720_n

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was postanowiłam dzisiaj przedstawić moje poglądy dotyczące wychowywania dzieci. Jest to ogromny temat, w związku z którym mam bardzo wiele przemyśleń. Od razu zaznaczam, że nie czuję się w tej kwestii żadnym autorytetem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia i zasady, którymi staram się kierować. Oczywiście, jak to w życiu, rezultaty bywają nieprzewidziane – bo dziecko to nie plastelina, tylko twór niezwykle tajemniczy, który żyje własnym życiem 😉 Żarty żartami, ale prawda jest taka, że nawet jeśli rodzic staje na rzęsach, by dobrze i mądrze wychować młodego człowieka, może się okazać, że odniesie porażkę. Nie wiadomo, czy to geny, czy wpływ środowiska rówieśniczego/szkolnego potrafią pokrzyżować plany rodziców. Jedno jest pewne – gwarancji nie ma… Jednak dobry rodzic nigdy, przenigdy się nie podda.

(Lauryn Hill – „Zion”)

Na początku chciałabym zaznaczyć sprawę najważniejszą – nie toleruję żadnej formy kar fizycznych wobec dzieci. Jest to dla mnie zupełnie oczywiste i nie zamierzam do tego wracać. Nadrzędnymi zasadami, którymi kieruję się w procesie wychowywania mojego syna są: szacunek do dziecka, słuchanie go, dogłębne analizowanie jego emocji (w większości przypadków wyrażanych zupełnie nie wprost) oraz aktywne zaangażowanie w jego świat, do którego mnie (a w zasadzie nas – rodziców) zaprasza. Tematem na osobny wpis będzie przy okazji zagadnienie dotyczące tego, czy da się być zaangażowanym rodzicem, gdy pracuje się od rana do wieczora. Obiecuję Wam, że napiszę parę słów na ten temat – nie w najbliższym czasie, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

A teraz do rzeczy – od początku. Podobnie jak wiele kobiet, które znam, zanim urodziłam swoje pierwsze dziecko myślałam w sposób bardzo idealistyczny. Myślałam: „Nigdy nie podniosę głosu na swoje dziecko. Zawsze będę cierpliwa. Nigdy nie zastosuję szantażu emocjonalnego. Nie okłamię go.” Tak… Teraz, znając już realia życia z dzieckiem wiem jedno – te wszystkie wyidealizowane stwierdzenia nijak mają się do rzeczywistości. Zaręczam, że nieraz każda matka traci cierpliwość, podnosi głos, stosuje umiarkowany szantażyk emocjonalny (gdy w grę wchodzi tzw. „wyższa konieczność”) oraz ściemnia, gdy zachodzi taka potrzeba (też – podobnie jak w przypadku szantażyku – dla dobra dziecka). Wszystkie idealne mamuśki, które właśnie się oburzyły zachęcam do zaniechania dalszego czytania tego wpisu, bo się nie dogadamy.

20140813_125712

Po czterech latach bycia rodzicem – zaangażowanym po uszy, kochającym do bólu i bardzo świadomym – mam już dość mocno ukształtowany pogląd na to, co jest ok, a co nie. Zjawisko, któremu chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę uwagi, to osławione „bezstresowe wychowanie”. Jest to pojęcie używane dość powszechnie przez internautów. Pojawia się licznie w komentarzach pod artykułami dotyczącymi przestępczości wśród dzieci i młodzieży. Często jest przedstawiany przez komentujących jako gorsza alternatywa w stosunku do surowego wychowania, nie stroniącego od kar cielesnych. Ludzie bardzo często piszą „No i oto są skutki bezstresowego wychowania. Mnie ojciec lał i wyszedłem na ludzi”. Moim zdaniem, zarówno kary cielesne, jak i bezstresowe wychowanie, są to modele wychowawcze ogromnie krzywdzące. Bijąc – wychowujemy dziecko pełne strachu i skumulowanej wewnątrz agresji. Nie wychowując wcale (jak w przypadku rodziców wychowujących bezstresowo, nadmiernie przyzwalających) – tworzymy dzieciaki nie znające granic, rozhamowane, rozpuszczone i zwyczajnie nie ukształtowane. Co więcej – te dzieci nie znają życia, nie szanują rodziców i potem nie potrafią uszanować innych autorytetów (np. nauczycieli). Jestem zwolenniczką podejścia wychowawczego, w którym dziecko jednocześnie czuje się kochane, szanowane i słuchane, a z drugiej strony ma respekt względem rodziców i zaufanie do nich, a także wiarę, że jednak rodzic „wie lepiej” i jest dla nich autorytetem. Oczywiście, wszystko to wywala się do góry nogami w okresie dojrzewania, ale wierzę, że ciężka praca nad dobrym wychowaniem w dzieciństwie, potrafi przynieść dobre owoce po przejściu burzy czasu nastoletniego.

Niezmiernie ważną zasadą panującą w „moim” modelu wychowawczym jest stanowcze rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka. Jeśli wychowujesz dziecko jako swojego kumpla/partnera – to tutaj zrozumienia nie znajdziesz. Rodzic to rodzic, musi mieć u dziecka autorytet, zbudowany na bazie zaufania i szacunku. Podejście „kumplowskie” zaciera granice potrzebne do ustanowienia i respektowania podstawowych zasad wychowawczych. Jeszcze gorsze od tego jest „odwrócenie ról”, kiedy to dziecko staje się opiekunem/wybawicielem/pocieszycielem rodziców. To wielka krzywda dla dziecka i bardzo patologiczna sytuacja, o której nie będę się tutaj rozpisywać. Jeśli chodzi o prawidłowe rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka, to nie jest to łatwe – zresztą – oczywista oczywistość – NIC W RODZICIELSTWIE NIE JEST ŁATWE! Wychowywanie dziecka wymaga wysiłku i przekraczania samego siebie. Oczywiście, często są takie sytuacje, gdy nie ma się siły, jest się chorym, zestresowanym, zmęczonym etc. Każdy ma wtedy prawo do potknięć, bo nikt nie jest ideałem. Jednak chodzi o ogólny model wychowawczy, stosowany w miarę możliwości konsekwentnie. Nie wolno nam iść na łatwiznę. Kiedy dziecko zaczyna o coś ryczeć, chce aby mu pobłażać, odpuścić (np. pójście do przedszkola, udział w jakichś zajęciach), próbuje na nas coś wymusić płaczem – zakup, jakieś zachowanie etc. – NIE WOLNO NAM SIĘ PODDAĆ! Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze dla naszego własnego dobra, bo dzieci szybko się uczą i potem wykorzystują raz sprawdzony mechanizm, a po drugie – i ważniejsze – dla dobra dziecka. Dziecko, któremu się nie odmawia i nie stawia wymagań, nie nauczy się życia w społeczeństwie i dostosowywania się do zasad panujących w świecie. Oczywiście, super łatwo jest ustąpić albo dać mu jakiś uspokajacz – słodycze, bajkę, zabawkę. Ale od takich drobnych ustępstw zaczyna się lawina, którą później trudno zatrzymać i dziecko nasze kochane będzie z uporem maniaka włazić nam na głowę. Nie dlatego, że dzieci to jakieś demoniczne czyste zło. Tylko dlatego, że kiedy rodzic niesłusznie ustępuje, dla świętego spokoju, to dziecko uczy się, że tak można. A jeśli można, no to można. W głowie dziecka jest tak: jeśli można trochę, to można jeszcze bardziej. Dzieci są tak skonstruowane, że z natury nie są wyposażone w granice – to my je stawiamy i uczymy dziecko ich respektowania. Dzięki temu też potem dziecko umie dbać o swoje własne granice. Banalne, co? Ale cholernie prawdziwe. Dlatego właśnie dziecko musi:
– słyszeć i szanować słowo „NIE” płynące z ust rodzica
– słyszeć, znać i respektować stanowczy ton głosu rodzica, jeśli coś przeskrobało
– nauczyć się panować nad zachowaniami, które rodzic określa jako złe – pomoże mu w tym pamiętanie, że złe zachowanie = dezaprobata rodzica
– znać i respektować mechanizm: złe zachowanie = konsekwencje. Zawsze.

IMG_6127

Tutaj z chęcią podam przykład. Niedawno, nieważne gdzie – mój Synek, który ostatnio miewa zachowania nieco agresywne wobec innych dzieci (pracujemy nad tym intensywnie – temat osobny), mocno uderzył głową drugiego chłopca w klatkę piersiową. Akurat siedziałam kawałek dalej. Niedaleko stały też matki innych obecnych w tym miejscu dzieci. Zawołałam Synka do siebie i stanowczo powiedziałam, że widziałam, co się stało, że bardzo źle zrobił i musi natychmiast przeprosić kolegę. Mój Synek od razu po takich zachowaniach bardzo się wstydzi, wie, że źle postąpił i ten wstyd wzbudza w nim poczucie winy. Chowa się wtedy, ucieka i nie chce konfrontacji z dzieckiem, które uderzył. Tego dnia byliśmy umówieni na wspólny seans filmowy. Miała do być nagroda za kilka dni grzecznego zachowania (czytaj – pozbawionego wybuchów histerii, zachowań agresywnych etc.). Kiedy więc Synek płonąc ze wstydu ciskał się, że nie przeprosi kolegi, tupał nóżką i złorzeczył, że to tamten zawinił (faktycznie – wziął coś, co mój Synek też chciał akurat wziąć – tylko tamto dziecko nie wiedziało o zamiarze mojego Synka), powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo: „Kochanie, jeśli nie przeprosisz kolegi, to nie będziemy dziś oglądać filmu”. Prosty komunikat: złe zachowanie = konsekwencje. Oczywiście, Synek natychmiast poszedł i przeprosił chłopca. Widziałam, że ma poczucie winy i jest mu przykro. To, co mnie jednak zdenerwowało, to komentarz jednej ze stojących za mną matek: „Ojej, jaka ostra mama”. Nie odwróciłam się, więc nie wiem nawet, kto to powiedział. Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam: „Że co?? Ostra? Po prostu wychowuję swojego syna”. Niestety, wiele znanych mi matek, w takich sytuacjach sterczy jak słup soli i z bezradnym uśmiechem patrzy jak ich dzieci tłuką inne dzieci. W przedszkolu, na placach zabaw, na ulicy widzę masę takich dzieciaków, które leją inne dzieci, a matki nic. NIC. To jest dopiero patologia, moi kochani. Dziecko musi usłyszeć, że źle zrobiło i to od razu. Powiedzenie mu tego później nic już nie da. Dzieci bardzo szybko zapominają, gubią skojarzenie z sytuacją i jeśli dostają „ochrzan” z opóźnieniem – dość często nie kojarzą za co.

Chciałabym teraz wrócić na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej drobnego manipulowania, kombinowania i szantażyków emocjonalnych, do których rodzic czasami musi się uciec w sytuacjach podbramkowych. Moja mama często powtarzała mi: „Mądry rodzic musi być sprytniejszy od swojego dziecka”. To jest absolutnie święta prawda. Dziecko musi wiedzieć, że nie może rodzica przechytrzyć. Nie chodzi tu o jakąś rozgrywkę czy rywalizację o to, kto jest sprytniejszy. Chodzi raczej o to, żeby rodzic potrafił sprytnie i inteligentnie tłumaczyć dziecku świat, bajerować go czasem bajkowymi przykładami, mówić jego językiem, aby dziecko zrozumiało. Ważne jest też to, żeby rodzic potrafił, a przynajmniej próbował w sytuacjach mocno naszpikowanych trudnymi emocjami ze strony dziecka, zachować spokój, a najlepiej – uśmiech. A także – niezwykle ważne jest rozróżnienie dwóch sytuacji. Pierwsza sytuacja jest wtedy, gdy dziecko „sprawdza” rodzica i histerią/złym zachowaniem próbuje coś wymusić (chociażby coś tak banalnego jak ciągłe zwracanie na siebie uwagi rodziców). Wtedy nie ma miejsca na „ciaćkanie się” z dzieckiem. Tego rodzaju zachowania trzeba ukrócać, stanowczo i konsekwentnie, bez długotrwałego tłumaczenia i pochylania się nad sprawą. Trzeba pokazać, że zachowanie jest złe, nazwać ewentualne konsekwencje i twardo przeczekać aż dziecko przestanie – bez uginania się. Druga sytuacja jest wtedy, gdy dziecko zachowuje się „źle”, czyli niewłaściwie, „niegrzecznie” i wpada w histerię, bo nie radzi sobie z własnymi emocjami, które eskalują tak, że nie potrafi już samo tego zatrzymać. Wtedy trzeba dziecku pomóc, poświęcić mu sto procent uwagi. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji wymaga od rodzica głębokiej intuicji, znajomości własnego dziecka, a także wglądu w samego siebie (to pomaga w empatycznym odbiorze zachowań dziecka). Podam Wam przykład. Ostatnio nasz Synek miewa napady histerii – gdyż po prostu nie radzi sobie z faktem, że jestem w ciąży. Po kilku tygodniach jest już coraz lepiej – głównie dzięki naszej ciężkiej pracy – wspólnej, bo Synek dużo nam komunikuje i dzięki temu pracuje się łatwiej. Było jednak kilka takich sytuacji, gdy w naszego kochanego Chłopczyka wstępował sam diabeł. Mały miotał się w nieokiełznanej złości, wydawać by się mogło, że bez powodu. Któregoś dnia przeszedł sam siebie, kiedy to na chodniku, blisko ruchliwej ulicy zaczął mnie szczypać i kopać, a potem wyrywać mi się i mówić, że jestem głupia. Najpierw zareagowałam bardzo emocjonalnie i pomyślałam, że jest to zachowanie, które trzeba ukrócić. Oczywiście, najważniejsze było to, aby Synek uspokoił się szybko, aby nie doszło do jakiejś tragedii (żeby nie wbiegł pod samochód albo nie zgubił się w tłumie). Wtedy nie było czasu na to, aby dyskutować, bo Synek był w amoku. Powiedziałam więc, że tam niedaleko stoi policjant, który zaraz tutaj przyjdzie. Jest to właśnie przykład wspomnianego już przeze mnie szantażyku emocjonalnego/ściemy/manipulacji w imię tzw. wyższej konieczności. Nie jestem z tego szczególnie dumna, ale podziałało… Synek nieco się uspokoił i przynajmniej zaprzestał zachowań silnie destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. Cały czas jednak w drodze do domu był na mnie wściekły i rozżalony. Kiedy dojechaliśmy do naszej stacji i wysiedliśmy, postanowiłam usiąść z nim a ławce i poświęcić chwilę czasu na analizę tej sytuacji. Dostrzegłam w jego oczach, gdzieś pod powierzchnią jego zachowań, coś, co sprawiło, że zamiast ukrócać zachowanie Synka, postanowiłam zajrzeć głębiej. Po chwili rozmowy dowiedziałam się, co było przyczyną… Okazało się, że jeszcze w przedszkolu zrobiłam nieświadomie coś, co mój Synek źle odebrał, o co miał do mnie żal. Kiedy weszłam do szatni, usłyszałam jak jeden chłopiec stojący obok mojego Synka coś śpiewa. Powiedziałam: „O, jak Ty ładnie śpiewasz”. Wyobraźcie sobie, że te słowa były przyczyną wybuchu mojego dziecka. Potem okazało się, że ten śpiewający chłopiec robił mojemu Synkowi na złość i śpiewał mu prosto do ucha, mimo iż mój Synek bardzo prosił, aby przestał. Dostrzegłam to i widziałam, że mój Synek jest zmęczony nadmiarem bodźców- nie wiedziałam jednak, że słowa wypowiedziane przeze mnie na samym początku wzbudzą w nim tak silne emocje. Gdybym nie zaczęła drążyć, zastanawiać się i nie poświęciłabym uwagi Synkowi, nigdy nie dowiedziałabym się jak mój Synek poczuł się przeze mnie „zdradzony”. Udało nam się tę sprawę wyjaśnić i spędziliśmy razem piękny, spokojny wieczór.

20141017_105411

Mogłabym tak pisać i pisać bez końca, podawać Wam przykłady – ale Wy sami dobrze znacie podobne sceny z własnego życia. Tak jak już wspominałam – żaden ze mnie autorytet. Ja tylko staram się jak mogę wychować mojego Syna na dobrego, mądrego i zaradnego chłopaka. Chcę dać mu siłę i poczucie własnej wartości. Powyżej pisałam tylko w swoim imieniu, żeby nie wcielać się rolę kogoś, kto mówi za obydwoje rodziców – jednak zapewniam Was, że równie ważne jak szacunek dla dziecka, rozdzielenie ról Rodzic-Dziecko oraz bycie konsekwentnym w działaniu, jest wspólny front obydwojga rodziców. Jest to trudne i przyznam Wam, że często się nie udaje. Ważne, aby się starać. U nas jest tak, że uzupełniamy się bardzo dobrze i tam, gdzie ja nie daję rady, radzi sobie mój Mąż, a jeśli zdarza się coś, w czym on jest słabszy, sprawdzam się ja. A wiecie co jest najlepszą nagrodą za nasze starania? To, że nasz wspaniały Synek ufa nam bez granic. Wiele osób dziwi się, że Synek opowiada nam o wszystkim, co dzieje się w przedszkolu. Chce się z nami dzielić swoim światem i to jest najpiękniejsze. Oczywiście, wiem, że jeszcze nieraz będzie ciężko. Będą problemy, będą trudne chwile. Jednak wierzę mocno, że nasz Synek będzie wiedział, że w nas, swoich Rodzicach, zawsze będzie miał wsparcie – nie ślepe i bezkrytyczne, ale rozsądne, trzeźwe i takie, które nauczy go życia. Tego bardzo chcę! 🙂

20140828_141455

Trzymajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Pozdrawiam Was gorąco.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O pomaganiu innym oraz o życiu w moim wyśnionym świecie.

O pomaganiu innym oraz o życiu w moim wyśnionym świecie.

Zatraciłam sens w prawe wszystkim, co robię. Jedyne, na co wystarcza mi sił witalnych, to bycie żoną i matką. Staram się też nie stracić przyjaciół, których mam. Niestety depresja zbiera swoje żniwo i przestaję czerpać przyjemność nawet z tego, co dawniej niezawodnie mnie cieszyło. Przestałam chodzić na zumbę, znalazłam sobie milion powodów, które stały się wymówkami. Ból w stawach, przećwiczenie, znużenie formułą zajęć, za mocna klimatyzacja w sali, za głośna muzyka. Wszystko jest na „nie”. Do tej pory zumba i ten blog były jedynymi ostojami, które przypominały mi, że mam pasje, że coś potrafię, że jestem silna. Teraz nawet bloga pisać mi się nie chce. Nie wiem, o czym pisać, żeby zainteresować swoich odbiorców. Często też brak mi energii, aby siedzieć i skupić się przez chwilę. Czy to przejściowy stan? Nie wiem. Nie chcę pisać o niczym, o jakichś nieistotnych bzdetach. Nie chcę, aby to był tylko i wyłącznie mój wirtualny pamiętnik. Czasami miewam pomysły, jednak brak mi motywacji do porządnego pisania. Poza tym mocno uaktywnił się mój wewnętrzny krytyk, który, jak zły szef, bombarduje moje pomysły i dusi je w zarodku.

Vincent_Willem_van_Gogh_002

(„At Eternity’s Gate” – Vincent Van Gogh, Źródło: Wikipedia)

Nie chcę, aby ten blog miał formułę pitolenia a’la Coelho, przepełnionego pseudo-psychologicznymi mądrościami i motywacyjnymi hasełkami. Od początku istnienia tego bloga chciałam, aby czytelnik tutaj trafiający spojrzał i pomyślał: „Samo życie”. Jednak muszę przyznać, że moje rozczarowanie światem oraz moje zgorzknienie spowodowane tym rozczarowaniem powodują, że wolę się schować niż próbować szukać sensu. To, co najważniejsze, dzieje się u nas w rodzinach, w domu. Jeśli miałabym się silić na jakieś mądrości, to chcę, aby były z życia wzięte. Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, moja wielka prośba i apel do Was: Kochajcie swoich partnerów i dzieci całym sercem i duszą, otwierajcie się na swoich bliskich i poświęcajcie im maksimum swojego czasu i swojej energii. Codziennie staram się pracować nad tym, jakim rodzicem i partnerką jestem. Uczę się od swojego dziecka, że uśmiech działa cuda. Naprawdę, nawet teraz, cierpiąc z powodu depresji i – wisienka na torcie – grypy stulecia, staram się witać moje dziecko uśmiechem, na każdym razem, gdy do mnie podchodzi. Patrzę mu w oczy i uśmiecham się, mimo iż boli mnie cała twarz, wszystkie mięśnie i stawy. Nie zmuszam się do tego, po prostu chcę mieć dla mojego dziecka uśmiech w zanadrzu. Zawsze. Od razu jest mi lepiej, odrobinę. Nie zmniejsza to ogromu mojego smutku i poczucia głębokiego rozczarowania światem zewnętrznym. Sprawia jednak, że nasza relacja jest lepsza, a ja mam chęć dawać z siebie jak najwięcej.

(Phil Collins – „Another Day in Paradise”)

Jest takie wyświechtane powiedzenie: „Chcesz zmienić świat, to zacznij od siebie”. Każdy słyszał to tyle razy, że przestaliśmy się zastanawiać, co ono znaczy. Niedawno przypomniałam sobie, co to znaczy, a w każdym razie, co CHCIAŁABYM, aby znaczyło. Tutaj małe wyjaśnienie. Od wielu lat poważnie boleję nad tym, że ludzie postępują bezmyślnie wobec innych i są obojętni na ludzkie cierpienie. Za każdym razem, gdy wychodzę z domu, prawie codziennie widzę niestety przykład ludzkich zachowań, które o tym świadczą. Zresztą, nie muszę wychodzić z domu, wystarczy, że czytam w internecie o pijanych kierowcach, którzy zabijają niewinnych ludzi na drogach. Kiedy wychodzę z domu, mijam plac budowy nowego osiedla. Wiele razy, w godzinach porannych, widziałam robotników stojących przy ogrodzeniu budowy, pijących piwo. O dziewiątej razy wychylają cztery piwa zanim zaczną przerzucać cegły albo – co gorsza, wsiądą za ster żurawia. W metrze, zwłaszcza gdy jeżdżę z dzieckiem, spotykam się z całkowitą obojętnością współpasażerów wobec osób starszych, kobiet w ciąży czy osób z małymi dziećmi. Kiedyś pisałam dość jadowicie o tym, że to panowie, z nosami w smartfonach, siedzą jak święte krowy i nie ustąpią miejsca. Przyznaję jednak, że nie tylko panowie. Otóż ostatnio najczęściej widzę młode kobiety, które udają ślepe. Mało tego, zdarzyło mi się dwa razy poprosić o ustąpienie miejsca w metrze, gdy jechałam z Synkiem, objuczona torbą i plecakiem z rzeczami do przedszkola. Obie poproszone przeze mnie dziewczyny miały ok. 20-25 lat. O godzinie 9 zrobione jak na wybieg. Od jednej usłyszałam: „Może niech cię mąż samochodem wozi”. Od drugiej – prychnięcie plus przewracanie oczami. Takie zachowanie wzbudza we mnie srogi gniew. Mnie po prostu inaczej wychowano. Uważam, że w takich chwilach przydaliby się jacyś superbohaterowie, którzy by przemówili do rozsądku takim rozpieszczonym królewnom, które nie rozumieją, że małe dziecko przy gwałtownym hamowaniu pociągu może doznać poważnych urazów, podobnie jak osoba starsza. Pomijam już fakt, że po prostu nie wypada siedzieć na d… w takiej sytuacji. Kiedy pewnego wieczoru rozpaczałam nad złem tego świata, przytaczając powyższe przykłady, mój mąż powiedział mi: Jedyne, co możesz zrobić, to sama postępować inaczej, aby dać innym dobry przykład”. Właśnie, zacząć od siebie. Święta prawda. Staram się wierzyć, że to prawda. Tylko, że ja od zawsze tak postępuję, nie przechodzę obojętnie, staram się pomóc za każdym razem. A świat się nie zmienia. Przykro mi to mówić, ale coraz częściej spotykam się z okrutną znieczulicą wśród ludzi. Tracę wiarę w Polaków. To, co widzę, to wzajemna nienawiść, zawiść, zazdrość. A przecież można inaczej!

Jakiś czas temu jechałam sama tramwajem do lekarza, wysiadłam na skrzyżowaniu przy Kinie Femina. Skrzyżowanie Jana Pawła z Al. Solidarności jest wielkie i bardzo dynamiczne – piesi, tramwaje, autobusy, samochody. Kiedy już wysiadłam z tramwaju i zbliżałam się do pasów, zobaczyłam takiego maleńkiego starszego pana, który w bardzo wolnym tempie poruszał się przy pomocy balkonika. Perspektywa pokonania przez niego tego ogromnego skrzyżowania przeraziła mnie do głębi. Przez chwilę zastanawiałam się, co zrobić. Zwykle podchodzę od razu do takiej osoby i pomagam, jednak byłam mocno przeziębiona i zarażająca, więc przez chwilę się wahałam. To trwało jakieś 5-10 sekund. Nagle zobaczyłam grupkę obcokrajowców, chłopaków trochę młodszych ode mnie. Było ich pięciu. Wyobraźcie sobie moje osłupienie i radość, kiedy zobaczyłam, iż ta wesoła banda podchodzi do tego maleńkiego staruszka, sadza go na jego balkoniku i przewozi go na drugą stronę skrzyżowania. Uwierzcie mi, Kochani, że ja, kompletnie niewierząca i niepraktykująca, spojrzałam w niebo i miałam ochotę przybić piątkę temu, kto czuwał z góry nad tym dziadkiem. Widzicie – można! Marzę o takim świecie, w którym ludzie pomagaliby sobie nawzajem, w którym nie byłoby łamania zasad wspólnego użytkowania przestrzeni publicznej, nie byłoby parkowania na miejscach dla niepełnosprawnych czy w miejscach niedozwolonych, zastawiania chodnika („bo przyjechałam tylko na chwilę”), tych polskich kombinacji w stylu „jestem królem ulicy i wszystko mi się należy”. Marzę o takim świecie, w którym sąsiad uprzedza wszystkich o planowanym remoncie, w którym przestrzega się zakazu palenia na klatkach schodowych i w windach, w którym faktycznie sprząta się po psach. Marzę o tym, aby ktoś mądry zakazał trzymania dużych psów w miniaturowych mieszkankach w blokach. Marzę o takim dniu, kiedy ktoś ustanowi prawo, które odpowiednio karze osoby jeżdżące po pijaku lub na kacu. Moim zdaniem każdy, kto wsiada za kółko będąc pod wpływem lub „wczorajszy” powinien odpowiadać jak za usiłowanie zabójstwa.

Rozumiecie, dlaczego to wszystko, co widzę wokół tak mnie „boli”? Bo wiem, że mój wyśniony, idealny świat nigdy nie będzie istniał. Musiałaby się dokonać rewolucja w ludzkich umysłach. Musiałaby się zwiększyć ludzka świadomość, empatia. Prawda jest taka, iż nie wierzę, że jest to możliwe. Dlatego doskonale rozumiem ludzi, którzy zrywają kontakt ze światem, wyprowadzają się na wieś i żyją ze sprzedaży domowego pesto.

(Fokus i Gutek – „Są Dni”)

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, życzę Wam dobrego tygodnia. Bądźcie dobrzy dla siebie nawzajem

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dolna 14/16/18 – czyli dokąd się wybrać po bajkową suknię ślubną.

Dolna 14/16/18 – czyli dokąd się wybrać po bajkową suknię ślubną.

Obiecałam Wam, że systematycznie będą powstawały wpisy związane z tematyką ślubną. Sama nie wiem, od czego mam zacząć 🙂 Może, hmm, jak zawsze od piosenki? Oto piosenka zaśpiewana najczystszym, najsłodszym i jednocześnie najmocniejszym głosem, jaki słyszał świat. Prosta, piękna, wzruszająca. Uwielbiam ją nucić. A mój Synek często upomina się tę melodię przed snem („Mamusiu, zaśpiewaj mi >lalalalala, lalalalala<"). Panie i Panowie, "Loving You" Minnie Riperton. http://www.youtube.com/watch?v=kE0pwJ5PMDg (Minnie Riperton – „Loving You”).

A teraz do rzeczy 🙂 Ślub to projekt i wyzwanie. Wcale nie takie ogromne, jeśli się wie, czego się chce. Najważniejsza ze wszystkiego jest oczywiście sukienka. No, poza samym mężem oczywiście 😉
Chciałam, aby moja była jedyna w swoim rodzaju. Chciałam, aby pasowała do mnie. Marzyłam, aby była trochę retro, tak jak lubię. Szukałam miejsca, w którym moje marzenie będzie mogło zostać spełnione za pośrednictwem wprawnych oczu projektantki, z udziałem zdolnych, krawieckich rąk. Wysłałam maila do trzech salonów oferujących szycie sukienek na miarę. Jeden z tych maili do tej pory pozostał bez odpowiedzi. Na pozostałe dwa otrzymałam szybkie odpowiedzi. Od początku moim faworytem było to miejsce, w którym moja sukienka została uszyta. Już w mailach było widać i czuć, że po drugiej strony „siedzi” ktoś naprawdę fajny. Umówiłam się jednak z obiema paniami, które mi odpowiedziały. Niestety, w jednym z tych miejsc bardzo mi się nie podobało. Niby wszystko ok, ale pani zlustrowała mnie i osobę mi towarzyszącą z góry na dół, po czym zaczęła się do nas zwracać protekcjonalnym, niemiłym tonem. Była niezwykle przemądrzała, a do tego sukienki, które mi prezentowała były po prostu brzydkie i kiczowate. Na szczęście, już wcześniej zdążyłam być w swoim wyśnionym salonie i wiedziałam, że to właśnie TAM zostanie uszyta moja sukienka.

To miejsce to Atelier Vie De Chateu przy ul. Dolnej. Stylowe, ze smakiem urządzone wnętrze, wzbudziło mój zachwyt od pierwszego wejrzenia. Każdy szczegół wnętrza jest dopracowany, wszystko idealnie pasuje i cieszy oko. Można odnieść wrażenie, że po salonie przechadzają się duchy Coco Chanel i Audrey Hepburn. Po prostu – szyk i styl. Salon prowadzi niezwykle urocza i sympatyczna pani Malwina. Jest profesjonalistką w każdym calu, ma bardzo naturalne, niewymuszone dobre podejście do klienta. Ja chyba nie byłam zbyt marudząca ani wymagająca, jednak słyszałam kilka razy jak pani Malwina rozmawia z bardziej rozpieszczonymi pannami młodymi i podziwiałam ją szczerze za cierpliwość i ciepłe podejście do kręcących nosem panien młodych. Jeśli chodzi o samą sukienkę, to na podstawie kilku zdjęć i naszych wspólnych pomysłów, pani Malwina stworzyła przepiękny projekt. Moja sukienka była właśnie taka, jak chciałam. Wymarzona. Idealna na ten jeden jedyny, najpiękniejszy dzień mojego życia.

IMG_0931

Polecam wszystkim pannom młodym współpracę z Atelier Vie De Chateu. Na sukienkę chwilę się czeka, ale efekt jest po prostu… jak z bajki!

http://www.atelier.nadolnej.pl/

Pozdrawiam Was, wszystkie Panny Młode, Mamy i Nie Tylko Mamy!

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

Dziś chciałabym powiedzieć kilka słów na temat chorób psychicznych. Niestety, media popularyzują wizerunek chorego psychicznie jako żądnego krwi szaleńca, który urządza masakrę na wyspie (jak Breivik), czy wyścig na Monciaku (kierowca Hondy z Sopotu). Wiele osób nie rozróżnia psychopatów (czyli ludzi z osobowością psychopatyczną=antyspołeczną) od chorych psychicznie. Większość ludzi nie wie także, że należy rozróżnić zaburzenia osobowości (np. osobowość narcystyczną, wspomnianą psychopatię etc.) od chorób psychicznych takich jak schizofrenia, depresja czy choroba dwubiegunowa itp. Brak wiedzy sprawia, że osoby chorujące na te ostatnie wspomniane choroby są odrzucane, stygmatyzowane i traktowane w sposób krzywdzący. Mało kto wie, że depresja (jedno i dwubiegunowa) czy schizofrenia mają podłoże chemiczne, ponieważ w mózgu chorego pewne substancje, które u innych, zdrowych ludzi są w normie, mają zaburzone proporcje. Choroby takie jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa dotykają ludzi szczególnie wrażliwych, często wyjątkowo uzdolnionych, jednak bardzo delikatnie skonstruowanych psychicznie. Niemniej wystarczy spojrzeć na listę sławnych osób cierpiących na choroby psychiczne, a wniosek nasuwa się sam: wybitne zdolności i pospolicie nazwane „szaleństwo” często idą w parze:


http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_with_bipolar_disorder

http://www.wcvb.com/health/14414700#!bkFrz7

Niestety, choroby psychicznie mają to do siebie, że znacznie utrudniają funkcjonowanie osobie chorującej i bardzo często, w połączeniu z niskim statusem społecznym, sprawiają, że osoby chore lądują poza marginesem społecznym. Często próbują się także „ratować” alkoholem i lub narkotykami – co pogrąża ich jeszcze bardziej w otchłani choroby. Kiedy byłam młodsza, a potem, gdy studiowałam psychologię, chciałam wiedzieć jak najwięcej o tych chorobach, żeby móc pomagać innym. A potem sama padłam ofiarą straszliwej depresji. Dlatego mówię do Was z samego środka tego „innego świata”, którego tak wiele ludzi się boi. Ludzie chorujący na „choroby duszy” są wszędzie obok nas. Często tego nie dostrzegamy. Oni sami męczą się, wstydząc się o tym mówić. Boją się, że zostaną wyśmiani, zlinczowani, odrzuceni. Wcale się im nie dziwię. Niestety, nawet wśród bardzo wykształconych ludzi z tzw. „wyższych sfer” można się spotkać z żenującym podejściem do tego tematu. Tym ludziom przede wszystkim wydaje się, że problem ich nie dotyczy. Otaczają się przepychem, bogactwem, zbytkami, udając, że ten smutny, wrażliwy świat nie istnieje. A potem zdarza się największa tragedia – czyli na przykład ich dziecko zapada na chorobę psychiczną. I co wtedy? Udają, że problemu nie ma. Zamiast leczyć dziecko, izolują je od społeczeństwa. Udają, że nic się nie stało, podczas, gdy część ich samych, ta słabsza, wrażliwsza, woła o pomoc… Ile takich historii słyszeliście? O tym, że syn bogatego biznesmena popełnił samobójstwo? Albo o tym, że córka burmistrza miasta po pijaku rozbiła się samochodem na drzewie? Czy takie historie nie powinny ludzi otrzeźwić? Czyż nie powinno się edukować społeczeństwa w kwestii tego, czym tak naprawdę są choroby psychiczne?

Źródło: http://msw.usc.edu/ Niestety, nie znalazłam takiej infografiki opisującej ten temat naszym kraju…

A na koniec historia, która doskonale obrazuje to, o czym powyżej pisałam.
Pewnego dnia rano, przed wyjściem do pracy, przeklikując się przez Youtube, odkryłam, że Sir Anthony Hopkins, doskonały amerykański aktor jest także kompozytorem. Natknęłam się na jego kompozycję, pewien walc – genialny, absolutnie zapierający dech w piersi. Posłuchajcie sami…

(André Rieu – „And the Waltz Goes” On by Sir Anthony Hopkins)

Z ciekawości zaczęłam czytać w internecie na temat Hopkinsa. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że od lat cierpi on na schizofrenię paranoidalną. Schizofrenia paranoidalna jest najcięższą z chorób psychicznych. Chory najbardziej cierpi, schizofrenia niszczy najgłębiej i sieje spustoszenia w najbliższym otoczeniu chorego. Jednak często przynosi także talent ponad wszelkie wyobrażenia. Gdyż mózg osoby chorej jest po prostu wyjątkowy.
W czasie przerwy na lunch, siedziałam w firmowej kuchni z dwiema koleżankami z pracy. Jadłyśmy i rozmawiałyśmy na różne tematy z kategorii „światopogląd we wszelkich odsłonach”. Wtedy właśnie luźno, choć nie bez pewnej ekscytacji, podzieliłam się swoim odkryciem:

– Dziewczyny, dziś dowiedziałam się, że Anthony Hopkins jest także kompozytorem.
– Naprawdę? O, nie wiedziałam – odpowiedziała jedna z nich.
– No, ja też nie – odpowiedziała druga.
– Skomponował pięknego walca, można go posłuchać na Youtubie.
– O, to muszę posłuchać – odpowiedziała pierwsza.
– Dowiedziałam się również, że choruje na schizofrenię paranoidalną – dodałam i zaczęłam rozwijać myśl – To wiele wyjaśnia… – Tutaj chciałam powiedzieć, że to wyjaśnia jego wielka wrażliwość i zdolności, takie jak na przykład komponowanie pięknej muzyki. Nie zdążyłam jednak, gdyż jedna z moich rozmówczyń dokończyła po swojemu.
– No, to wyjaśnia dlaczego tak świetnie gra rolę takich psycholi i morderców, jak w „Milczeniu Owiec”.

No i mnie zatkało… Wyobrażacie sobie? Widzicie tę wykształconą, teoretycznie światłą osobę, która mówi coś takiego, wsadzając do jednego „wora” kanibalistycznego mordercę i utalentowanego schizofrenika? Żałuję, że nie podjęłam polemiki z nią, choć w miejscu pracy nie bardzo miałam ochotę na takie dyskusje. Jednak, mimo iż rozmowa ta miała miejsce już wiele miesięcy temu, słowa te brzmią w moich uszach. Czuję wewnętrzny obowiązek, aby zrobić coś w sprawie zwiększenia wiedzy na temat chorób psychicznych. Nie może tak być, jak w Średniowieczu, kiedy osoby chore uznawało się za opętane albo palono je na stosie. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, do cholery! Dlatego postanowiłam napisać ten post. Tyle mogę… Mam nadzieję, że z czasem takich głosów będzie więcej. Dzięki edukacji na ten temat, chorzy będą mogli czuć się bezpieczniej, będą odważniej sięgać po pomoc. Kto wie, może mniejszy odsetek z nich wybierze samobójstwo jako lekarstwo na swoje bezgraniczne cierpienie?

29319a2c6fc3a89a4c596db3d5341947

(Źródło: Pinterest.com)

Zostawiam Wam ten temat do przemyślenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!