Category Archives: relacje

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Na sam początek utwór Dire Straits, który zawsze wprawia mnie w dobry, ciepły nastrój.



(Dire Straits – „Your Latest Trick”)

A teraz prosto do sedna sprawy. Uwaga, będzie deklaracja! Nie lubię feminizmu, tak samo jak innych skrajnych poglądów. Nie lubię, gdy ideologia staje się ekstremizmem. Żadna przesada nie jest dobra. Moim zdaniem, ludzie dobrzy i źli zdarzają się zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn. Tak samo, jak i wśród Katolików, Prawosławnych, czy Muzułmanów. Niemcy czy Rosjanie mogą być zarówno poczciwi i uprzejmi, jak i podli i bezwzględni. W każdej grupie społecznej znajdziemy ludzi z obu biegunów. Wojny kobiet – feministek wytoczonej przeciwko mężczyznom zwyczajnie nie rozumiem. Moim zdaniem, kobiety i mężczyźni doskonale uzupełniają się i powinni się wzajemnie wspierać i szanować. Walkę o prawa dla kobiet rozumiem i popieram, jednak zaciętej walki przeciw facetom samym w sobie już nie jestem w stanie zrozumieć. Owszem, samej zdarza mi się na panów psioczyć. Irytuje mnie ich bałaganiarstwo, opieszałość, odkładanie spraw „na później”, zaleganie przed telewizorem. Jednak uważam, że bez nich świat nie mógłby istnieć, a my kobiety pozagryzałybyśmy się nawzajem. Nie przepadam za sfeminizowanymi środowiskami. Uważam, że zbyt dużo estrogenów na metr kwadratowy nigdy nie wróży nic dobrego. Najlepiej wspominam pracę, w której większość mojego zespołu stanowili mężczyźni. Dlaczego? Dlatego, że nikt tak nie potrafi zniszczyć kobiety, jak druga kobieta. A pracować razem bez zbędnych cyrków potrafią tylko kobiety inteligentne, dobre, zadowolone ze swojego życia pewne siebie i własnych kompetencji. W przeciwnym razie grozi katastrofa, mobbing i czyjeś załamanie psychiczne. A panowie skupiają się na pracy. Dziwne, nieprawdaż?

Wracając jednak do feminizmu i mężczyzn. Owszem, bywają faceci, którzy są strasznymi skurczybykami. Sama doświadczyłam z ich strony wielu okropnych rzeczy. Bywają jednak też wspomniane przeze mnie bezwzględne baby, z niskim poczuciem własnej wartości, próbujące niszczyć wszystko wokół siebie. Toksyczne potwory. Dlatego daleka jestem od feminizmu, bo traktuje świat bardzo krótkowzrocznie i jednostronnie. Ostatnio podczas jednej z moich wielu podróży przez internet trafiłam na stronę antyfeministycznego ruchu: Women Against Feminism. Na stronie tej można wrzucać swoje posty z różnymi przemyśleniami dotyczącymi tego, dlaczego kobiety nie zgadzają się z postulatami feminizmu. Weszłam na tę stronę i poczułam się, jak w domu. To, co jest fantastyczne, moim zdaniem, to zero agresji, tylko polemika. Te kobiety pokazują światu, dlaczego kochają mężczyzn, dlaczego nie walczą z ich całą populacją, tak jak czynią to niejednokrotnie feministki. Prowadzą dyskusję z feminizmem i przytaczają wiele niezbijalnych argumentów. Sami zobaczcie, to są żony, matki, dziewczyny – w różnym wieku. Przyjrzyjcie się, są kobiece, śliczne, niektóre mocno doświadczone przez życie. Mówią mądrze. Podpisuję się pod ich słowami. Nie wstydzę się tego, że jestem stuprocentową kobietą, która potrzebuje silnego mężczyzny, która wie, że nie ma piękniejszej świadomości, że siła mężczyzny doskonale uzupełnia się z moją kobiecą delikatnością. Nie udaję babochłopa. Źle czuję się w skórze wojowniczki (choć jak chcę, to potrafię). Odpowiada mi schemat związku typu „macho i blondyneczka”. Bo wiem, że prawdziwy facet jest jak skała. Cytując Breaking Bad (źródło może moralnie niefortunne, ale kontekstowo pasuje): „A man will always deliver for his family”. Wiem, że mogę na nim polegać i ufać mu bez granic. Uważam, że kobiety, które walczą z taką współzależnością, próbując na siłę ‚coś” sobie udowodnić – walczą z wiatrakami. Dlaczego? Ponieważ prawdziwa kobieta składa się z hormonów ciepła. Jest miękka i dobra. Tak, może być matką – kwoką i wcale nie ma w tym nic złego. Takie matki są cudowne i na pewno lepsze dla swych dzieci niż zimne panie w nienagannie wyprasowanych garsonkach, które wiecznie nie mają czasu na to, by posłuchać, co mają do powiedzenia ich dzieci. Cudowne są te matki, które nie wstydzą się łez wzruszenia na przedstawieniu w przedszkolu swojego dziecka. Takie, które pieką ciasta i gotują zupy. Takie, które zawsze zanim same pójdą spać, zajrzą do pokoju dziecka, aby je przykryć. Takie, które wiedzą, że ich mąż potrzebuje ich kobiecego wsparcia, ponieważ ciąży na nim presja bycia opoką dla rodziny. Choćby nie wiem co – taka jest prawda. Taka jest nasza natura, nie zostałyśmy stworzone do prac w kopalni, tylko do rodzenia dzieci, karmienia ich i darzenia czułą opieką. Poza nielicznymi wyjątkami (pamiętacie? straszne…), facet nie urodzi dziecka. Prawdziwy facet zawsze będzie czuł się odpowiedzialny materialnie za swoją rodzinę. Nawet jeśli kobieta też pracuje.

Aha, jeszcze w sprawie kobiet. Nie chcę, żebyście myśleli, że nie lubię innych kobiet. Nie przepadam tylko za tymi, które zaprzeczają własnej kobiecości i są agresywne w stosunku do innych kobiet, które są kobiece. Wiele razy w życiu spotkałam się z takimi kobietami i szczerze nie polecam. Zwykle są to to pracoholiczki, najczęściej samotne, przylutowane do swoich służbowych laptopów. Całe szczęście, że jest jeszcze całe mnóstwo tych fajnych, pięknych, ciepłych kobietek, matek i nie-matek, które są bardzo kobiece i się tego nie wstydzą. Takie są moje przyjaciółki, które uwielbiam i bez których nie wyobrażam sobie życia. Ściskam Was, Dziewczyny!!!

Dobra, powoli kończę. Zajrzyjcie na blog Women Against Feminism. Enjoy! 🙂 A teraz czekam na polemikę i biczowanie 🙂 A tymczasem pozdrawiam Was i Waszych ukochanych mężczyzn! 😉

http://womenagainstfeminism.tumblr.com/

No i czyż nie pięknie??

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Poślubne „niewiadomoco”

Poślubne „niewiadomoco”

Wpadłam w poślubne niewiadomoco. Miesiące przygotowań, dni wypełnione silnymi emocjami, ta adrenalina, ten stres – nawet jeśli pozytywny, to silny – to wszystko za nami. Siedzę więc, chorując sobie, a jakże, myśląc o tym, co dalej. Co dalej? Mam nowe nazwisko, nową rolę, nowe wyzwania. Pragnę żyć dobrze. Pragnę wstawać z uśmiechem. Chcę mimo niedoskonałości swojego organizmu cieszyć się życiem i czerpać z niego satysfakcję. Marzę o tym, żeby coś osiągnąć. Nie chodzi mi o bycie kimś wyjątkowym, tylko o osiągnięcie subiektywnie postrzeganego sukcesu własnymi siłami. Póki co, jedyne, co potrafię robić, to siedzieć z nosem w telefonie i zazdrościć innym. Taka jest brutalna prawda. Mam powoli dosyć tego stanu. Trzeba wziąć przysłowiową „dupę w troki” i pokazać sobie samej, na co mnie stać.

(Stanisława Celińska – „Uśmiechnij się”)

Pamiętacie powyższą pieśń z dawnej telewizji? Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam tę piosenkę. Pani Stanisława Celińska to aktorka najwyższej klasy, wybitna, po prostu wspaniała. Dopiero będąc dorosłą kobietą, jakieś pięć lat temu, miałam przyjemność po raz pierwszy zobaczyć panią Stanisławę na deskach teatru. Pojawiła się i „skradła” całe przedstawienie. Talent w czystej postaci. A „Uśmiechnij się” nucę ja, nuci mój mąż i nuci nasz synek. Kochamy Panią, Pani Stanisławo!

Chciałabym napisać Wam o wielu rzeczach. O sile przyjaźni. O kilku ciekawych miejscach, które ostatnio odwiedziłam i wspaniałych osobach, które poznałam. O przygotowaniach do ślubu i o wieczorze panieńskim. Chyba podzielę te wszystkie tematy na mniejsze części i każdej z tych części poświęcę jeden wpis. W ten sposób mogę zagospodarować następne dwa lata blogowe 🙂 Zacznę może od pierwszych kroków, które należy podjąć, kiedy rozpoczynamy ślubne przygotowania. Krok pierwszy to pozytywne nastawienie do absolutnie wszystkiego, co dotyczy ślubu (włącznie z samym narzeczonym, no ale to chyb a oczywista oczywistość :-)). Z takim nastawieniem nie załamiemy się nawet, gdy nam się coś po drodze wywróci do góry nogami. Krok drugi, to magiczne umiejętności zaginania czasoprzestrzeni. O to jestem spokojna, gdyż uważam, że większość inteligentnych, „ogarniętych” kobiet umiejętności te posiada od urodzenia. A matki to już w ogóle, wchodzą na wyższy poziom wtajemniczenia. Krok trzeci, to upewnienie się, że mamy wsparcie, na wszelki wypadek (czy w narzeczonym, czy w świadkowej, czy w mamie/teściowej). Jak Was znam, drogie Panny Młode, każda będzie chciała wszystko zrobić sama. Ale czasami warto poprosić kogoś o pomoc. Ja na przykład poprosiłam moją piękna i kochaną świadkową o pomoc w znalezieniu atelier, które uszyje mi sukienkę według mojego wymysłu, w odebraniu kwiatów i kilku innych drobniejszych sprawach. Na trzy przymiarki sukienkowe zabrałam bliskie mi kobiety, aby zasięgnąć ich opinii. Mojego narzeczonego poprosiłam o pomoc przy współpracy z klubokawiarnią, w której odprawialiśmy wesele. Dobra Panna Młoda musi posiadać dwie najważniejsze cechy: pełne zdecydowanie dotyczące tego, czego pragnie i czego szuka oraz umiejętności organizacyjne, w tym umiejętność delegowania zadań innym osobom. Tylko broń Boże nie próbujcie być królewnami, które wszystkim dookoła rozkazują. Asertywność i zdecydowanie to konieczność, natomiast bycie zadzierającą nosa kierowniczką – już nie do końca. Zaangażowanie, zdecydowanie i pozytywne nastawienie – oto zestaw potrzebny do tego, żeby misja zakończyła się sukcesem. Reszta to już sprawy losowe. Na pogodę w dniu ślubu nie macie wpływu. Na frekwencję wśród gości także. Względem tych rzeczy nie miejcie oczekiwań. Nie sprawdzajcie prognozy pogody. Po co macie się denerwować? Najwyżej weźmiecie tego dnia ze sobą parasol 🙂

zparasolka

A jeśli chodzi o gości, to ci, którym na Was zależy, przyjdą na pewno i nie będziecie musieli im o tym przypominać. Stawią się wcześniej niż Wy. Przyjadą mimo gorączki, mimo własnych problemów, pokonają wiele kilometrów, wiele granic – aby z Wami być. A reszta, no cóż, to zupełnie nieważne. Tego dnia ważni jesteście Wy Dwoje i Wasi najbliżsi. Bądźcie w tym cali. Tu i teraz.
Od następnego wpisu będę polecać ludzi i miejsca ślubne.
A tymczasem wracam do chorowania i oglądania… „Breakind Bad” (tak, tak, nie wiem jeszcze do końca, dlaczego to oglądam).
Na koniec piękna piosenka prosto z Zet Chilli, specjalnie dla Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

(Massivan ft. Bea Luna – „So Long” )

Pani żona

Pani żona

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!
Nie było mnie przez chwilkę, bo… wyszłam za mąż 🙂 Był ślub – i to jaki! Była ta jedna jedyna chwila, jedyna sukienka, buty, torebka, jedyne emocje, no i jedyne „tak” 🙂 Jestem najszczęśliwsza na świecie. Jestem dumna z nas, dumna, że jestem Jego Żoną i z tego, że nasza rodzina jest taka silna!

(Terence Trent D’Arby & Des’ree – „Delicate”)

Na przygotowanie naszej imprezy marzeń mieliśmy 6 miesięcy. Niektórzy z przerażeniem mówili mi „O Boże, jak mało czasu”. Jednak ja powiem Wam inaczej – to wystarczający czas. A może nawet więcej powiem – wierzę, że da się zorganizować ślub i wesele w miesiąc. Jak się chce to można. Planowanie ślubu i wesela z dwuletnim wyprzedzeniem uważam za fanaberię. My mieliśmy ślub cywilny, obiad dla najbliższych (na 42 osoby) oraz wieczorną potańcówkę (na ok. 80 osób). Udało się nam spełnić wszystkie nasze marzenia i zachcianki dotyczące wszystkich trzech elementów. Wiecie co było gwarantem sukcesu – to, że dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Ja nie jestem z tych, co wymyślają Bog-wie-co i kręcą nosem. Dlatego szło tak dobrze. Poza tym byłam tak pewna, tak w 200% pewna, że chcę tego, czułam, że to wisienka na torcie naszej miłości i że obydwoje tego pragniemy. Nie obyło się, rzecz jasna, bez „przedślubnego stresa”, bez problemów lokalowych (nasza pierwsza restauracja obiadowa została zlikwidowana na 2 miesiące przed naszym ślubem…). Jednak przez cały ten czas byliśmy pełni pozytywnej energii, wiary, że wszystko się uda i wzajemnej miłości. Dlatego było tak bardzo, bardzo fajnie. Jestem przepełniona miłością i jeszcze bardziej zakochana. A to dopiero początek przecież 😉

Życzę Wam takich cudownych i przyjemnych emocji, jak te, których miałam szansę doświadczyć.
Życzę Wam takiej miłości, jak nasza. Takiej, która przechodzi próby zwycięsko.
Życzę Wam powodów do szerokiego, promiennego uśmiechu!

IMG_9051

Pozdrawiam Was ciepło i serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dziś dla Was mam tylko przyjemną piosenkę o wolności

Dziś dla Was mam tylko przyjemną piosenkę o wolności

Znacie? Pamiętacie?



(Yomanda – „You’re Free” – original version)

Dziś ją nucę, może za jakiś czas zbiorę się w sobie i opiszę dokładniej, co się ostatnio działo. Każdy człowiek ma granice własnej wytrzymałości na złe traktowanie. Moja cierpliwość się wyczerpała. Mam jedno życie i nie pozwolę, aby nieżyczliwe, złośliwe osoby zabierały mi poczucie szczęścia. Ślub już tuż, tuż. Czuję się tak blisko mojej rodziny, jak nigdy dotąd. Czuję też bliskość i miłość moich przyjaciół. Dzięki nim przeżyłam w ogóle te ostatnie dni. Gdyby nie potworny ból głowy i podniesione ciśnienie, nie byłoby wcale tak źle.

Nasz synek miał bardzo nieprzyjemny wypadek w przedszkolu. Jest przez to w gorszej formie. Dlatego chcę być dla niego i go wspierać. Zresztą zawsze jestem dla niego, bez względu na to, co się dzieje. Czuję się szczęśliwa mogąc być DLA KOGOŚ. To sens mojego życia. Potrzebuję być potrzebna. Potrzebuję dawać ludziom siebie i im pomagać.

Pozdrawiam Was serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Życzę Wam spokojnego weekendu. Idę zrobić sobie relaksującą kąpiel, a potem „łyknę” ze dwa odcinki „The Good Wife”, bo mam potworne zaległości:))

Paryskie impresje, czerwone Martensy i niezły muzyczny kąsek

Paryskie impresje, czerwone Martensy i niezły muzyczny kąsek

W te ciemne, smętne dni chętnie capnęłabym kapelusz, którego nie mam i pojechałabym do Paryża. Do knajpy, w której poznałam sekretny przepis na naprawdę obłędne, chrupiące naleśniki z szynką, serem i sadzonym jajkiem. Do tych kolorów… Mam ogromnego „smaka” na pieczone kasztany i na słodkie, czerwone wino popijane o zachodzie słońca na Montmartre. Tak. Poproszę, dziękuję. Anonimowo, samotnie, na chwilę. Guilty pleasure.

(Caro Emerald – Paris)

Wiele lat temu byłam w Paryżu z mamą. To bardzo dobre wspomnienie, choć byłam wówczas wiecznie zbuntowaną dwudziestolatką. Pamiętam prawie każde miejsce, które zwiedziłyśmy, napotkanych ludzi, twarze, rozmowy. Pamiętam nawet, że ostatniego dnia posiłek jadłyśmy w bistro przy ulicy Rivoli 206. Pamiętam, którą linią metra należało dojechać do naszego trzygwiazdkowego hotelu, położonego w dzielnicy zamieszkałej w 99,9% przez czarnoskórych mieszkańców miasta. Nasz pokój hotelowy był tak mały, że nie sposób było się w nim obracać wokół własnej osi. Urządzony był na biało – pomarańczowo. Na śniadanie dostawaliśmy suchego tosta i małe opakowanie z dżemem. Do tego siuśko – kawa. Pamiętam joginkę, która ćwiczyła na macie pod Wieżą Eiffela. Pamiętam swoją rozmowę w hindi ze sprzedawcą kasztanów pochodzącym z Indii. Nasza przewodniczka przedstawiła nas Turkowi pracującemu w naleśnikarni. To właśnie on zdradził nam przepis na wspomniane naleśniki. Mogłabym tak opowiadać bez końca… Może opowiem Wam przy innej okazji.

A oto moja mama w Paryżu. Piękna, prawda?

MAMA

A to ja – w Martensach i małej czarnej w Ogrodach Wersalu 🙂 Do tego chlebak i wojskowa kurtka, Matko Święta i Jedyna…

Picture 451

A teraz, tak w związku z minionym Dniem Matki, chciałabym napisać parę słów o swojej mamie. Ona na pewno nie wie, że zawsze była dla mnie najważniejszym autorytetem. Podziwiam ją z siłę, za to, że poradziła sobie z samotnym macierzyństwem, z wychowaniem trochę zbyt wrażliwej dziewczyny, jaką byłam zawsze ja… Jestem jej bardzo wdzięczna, że jestem taka, jaka jestem. Z wiekiem coraz bardziej ją doceniam. Będąc matką, coraz częściej potrafię wczuć się w jej położenie, przypominam sobie różne sytuacje, w których nie rozumiałam jej zachowań, a teraz rozumiem. Rodzic to nie kumpel/koleżanka, tylko opiekun, nauczyciel i mądry przewodnik po świecie. Mam nadzieję, a w zasadzie marzę o tym, aby mój Syn w przyszłości czuł do mnie miłość, szacunek i podziw. Póki co staram się być zarówno rodzicem, jak i towarzyszem zabaw. Ostatnio mocno zatracam się we wspólnej zabawie Lego. Odkryłam siłę Ninjago. Spiiinjitzu!!!! 🙂

Lego

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

Rach, ciach – minął kolejny tydzień. Nie wiem, jak i kiedy się to stało. Pędzę. Dlaczego, skoro tego nie znoszę? Dlaczego, skoro to takie… wbrew mnie? Gdzie jest równowaga, gdzie balans? Gdzie – przede wszystkim mój work-life balance?

(Belleruche – Balance)

W ciągu tygodnia moje dziecko wychowywane jest przez przedszkole. Jedziemy razem rano samochodem (chwilkę), dajemy sobie buziaki na dobry dzień, a potem jest długie, długie rozstanie. Kiedy wracam do domu, przy założeniu, że nie muszę po pracy a. zrobić zakupów, b. pojechać na ostatnie przymiarki sukienki ślubnej, c. załatwiać innych spraw związanych z nadchodzącym ślubem, spotykam mojego Synka dopiero około godziny 18. Około 20 Synek już śpi. Mamy więc dwie godziny czasu na to, aby pobyć ze sobą. Mój Synek jest pogodny i w miarę „bezproblemowy” jeśli chodzi o zachowanie. Nie mamy problemów z jedzeniem, ubieraniem się, kładzeniem spać. Jeśli Synek jest zdrowy i nie jęczy, nasz kontakt jest miły, spokojny i ciepły. Niestety, bywa też czasami powierzchowny. To, co mnie boli i o czym chcę w tym wpisie powiedzieć, to fakt, iż pośpiech, wyścig życiowy widać także po godzinach pracy. Wracam do domu, z korporacyjnej szczurzarni, w domu czeka jeszcze wiele obowiązków. A mój kochany, cudowny Synek chce się bawić. Zaprasza mnie do swojego fantastycznego świata.

– Mamo, ja będę Spidermanem, a Ty ciocią Spidermana, dobrze?

Rozbraja mnie tymi zaproszeniami. Wiecie, z czego zdałam sobie sprawę? Z tego, że najczęściej używanym przeze mnie zwrotem w stosunku do mojego Synka jest ostatnio: „Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”. Kiedy sobie to uświadomiłam, przeraziłam się. Kiedy stoję w kuchni i próbuję zrobić/zjeść kolację, a Synek proponuje mi zabawę, czuję się rozdarta. Z jednej strony, bardzo chcę się z nim bawić, a z drugiej strony potrzebuję chwili oddechu na jedzenie/rozmowę z narzeczonym/siedzenie i myślenie (niepotrzebne skreślić). Mówię więc to straszne zdanie „Zaraz do Ciebie przyjdę” – z uśmiechem i spokojem w głosie. A potem, kiedy idziemy się kąpać, zdaję sobie sprawę z tego, że przyszłam się bawić tylko na chwilę albo co gorsza – wcale… Wiecie, jak to boli? Żadna zabawka, żaden gest materialny tego dziecku nie zrekompensuje. A żaden gest w stronę dziecka nie załata w mojej duszy dziur po serii wyrzutów sumienia.

Dlatego też postaram się częściej niż zwykle patrzeć Synkowi głęboko w oczy, aby słuchać go jeszcze lepiej. Spróbuję też nieco obniżyć standardy czystości w domu (wiem, że przyjdzie mi to z ogromnym trudem) i znaleźć w tym pędzie więcej czasu na wspólną zabawę. Bo przecież to cudownie być ciocią Spidermana, prawda? To moje wymarzone życiowe zajęcie 🙂 Nie chcę odmawiać Synkowi zbyt często zabawy także ze strachu przed tym, że kiedyś przestanie zapraszać mnie do swojego świata (choć oczywiście, dojrzewając, w naturalny sposób przestanie i ja to wiem) i straci do mnie zaufanie. Czas spędzony z nim to najcenniejszy skarb, jaki mam. Każda minuta jest ze złota. Chcę, żeby wiedział, że zawsze chcę być w jego świecie, tylko czasami po prostu nie mogę… Jak to zrobić? Jak osiągnąć tę równowagę? Jeszcze nie wiem…

2b1396193473b00334ee17d74c4b533d

(Źródło: Pinterest.com)

Mam nadzieję, że załamanie pogody (a wraz z tym mojego samopoczucia) wkrótce minie i wtedy na dobre zagości słońce i ciepło. Tego nam trzeba!

Miłego, ciepłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Z małym opóźnieniem :-)

Z małym opóźnieniem :-)

Kochani, chyba po raz pierwszy zapomniałam zawczasu złożyć Wam życzenia na Święta! Tyle się działo wokół mnie, a mnie akurat dopadła hashimotowa faza zombie – czyli migrena, osłabienie, ból wszystkiego i spuchnięta twarz. W takim skowronkowym stanie nie chciało mi się nawet ruszyć tyłka, żeby coś upiec. Jedyne, czego mi się chciało, to spać. Pierwszy raz NIC nie przygotowałam na Święta. Wstyd mi nieludzko… Chciałam zrobić przynajmniej faszerowane jajka, poszłam (z trudem) na bazar, kupiłam rzodkiewki, koperek, szczypiorek, wędliny. Zadowolona z siebie czekałam na wieczór, żeby się zabrać za przygotowanie tej potrawy, którą następnego dnia miałam zamiar przynieść do mojej teściowej w ramach wkładu własnego w Śniadanie Wielkanocne. Około 20 okazało się, że brakuje mi najważniejszego składnika. Damn it – majonezu! Wyszłam więc w domu, mimo iż czułam się tak, jakby mi ktoś do stóp przyczepił ołowiane kule. Rzecz jasna, w okolicy nie znalazłam ani jednego otwartego sklepu. Dlatego dziś rano przyszłam na Śniadanie z kupionym w cukierni makowcem oraz z największym w historii swojego życia bólem głowy. Na szczęście na stole stały pyszne jajka faszerowane i nikt nie zauważył braku mojego wkładu w imprezę…

IMG_20130725_184050

Zatem, ja – zombie – życzę Wam wesołych Świąt, bliskiego kontaktu z rodziną, ciepła i przyjemności z bycia z innymi. Taką mam refleksję w tym roku, że nie ma nic smutniejszego niż samotność w chwili, gdy wszyscy są z kimś. Współczuję tym, którzy nikogo nie mają i są skazani na samotne śniadanie, podczas gdy inni cieszą się sobą nawzajem. Nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy sami z siebie wybierają na Święta samotność. Po prostu z głowie mi się to nie mieści, a znam takich.

Życzę Wam i Waszym rodzinom przede wszystkim zdrowia i siły oraz wielu okazji do spontanicznej, prostej i niewymuszonej radości. Bo czyż nie ma nic piękniejszego niż szczery śmiech, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych? WIELU POWODÓW DO ŚMIECHU, KOCHANI !!!:)

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dużo ostatnio myślę o kwestii wzajemnego zaufania między rodzicem a dzieckiem. Myślenie to zaczęło się od luźnych skojarzeń na temat tego, jakim jestem rodzicem. Ostatnio Marta prosiła mnie w komentarzach, żebym napisała „jak być taką dobrą mamą”. No cóż… Nie uważam siebie za nadzwyczajnie dobrą matkę. Jestem matką taką sobie, zarówno dobrą, jak i beznadziejną czasami. Do moich największych przewinień należy między innymi fakt bycia hm… nadmiernie ochraniającą. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć swojemu dziecku ciągle „na ręce”, nie strofować na każdym kroku. Pragnę wyrzec się kontroli i wiecznego bycia „gorylem” na rzecz bycia większym luzakiem. Nie przychodzi mi to łatwo, niestety. Zwłaszcza, że gdzieś wyczytałam, iż rolą rodzica dziecka w wieku przedszkolnym jest przede wszystkim ochrona, a dopiero w dalszej kolejności bycie nauczycielem, kumplem, etc. Trochę się zatem usprawiedliwiam wewnętrznie, że moje schizowanie i ciągłe kontrolowanie tego, co robi mój Synek, jest w pełni słuszne. Dlatego sprawdzanie graniczące z obsesją, czy przypadkiem noga nie zwisa mu w nocy z łóżeczka albo czy idąc w nocy do naszego łóżka nie potknie się o walający się w przedpokoju pantofel uważam za zachowanie mieszczące się w normie. Mam nadzieję, że będę umiała wyczuć moment, kiedy moja Mała Dzidzia będzie już sama dobrze wiedziała, co jest dobre, a co złe i niebezpiecznie. Bardzo nie chciałabym stłamsić mojego Syna. Bardzo chcę, żeby był odważny, niezależny i silny. Dlatego wielokrotnie gryzę się w język, na który zaczynają mi już wskakiwać słowa typu „uważaj, bo to brudne” albo „zostaw to, bo się zranisz”. Zdarza się, że pozwalam mu na to, żeby sam się przekonał (oczywiście w granicach rozsądku). Chowam wtedy moje własne lęki do kieszeni. Wtedy mój M. dziwnie na mnie patrzy – jakbym była chora, czy coś 😉 Ale ja wiem, że jest ze mnie dumny w takich chwilach. Taką postawą chcę też pokazać Synkowi, że mu ufam i wierzę, że sam będzie wiedział, co zrobić.

(Skye Edwards – Monsters Demons)

W ten sposób właśnie, rozmyślając o tym, jakim jestem rodzicem, doszłam do wniosku, że najważniejsze dla mnie jest, aby mój Synek nigdy nie stracił do mnie zaufania. Chcę, aby zawsze wiedział, że może na mnie liczyć. Często się zastanawiam, jak to zrobić, żeby go nie zawieść. Kiedy widzę jego „podkówkę” (każdy rodzic wie, o jakiej minie mówię), gdy muszę odmówić mu wspólnej zabawy albo muszę wyjść z domu, kiedy on mnie potrzebuje, to mi pęka serce. Wiem, że musi się nauczyć, iż czasami nie można mieć wszystkiego, że w życiu bywa tak, że się nie ma wyjścia, no i przede wszystkim, że odmowa nie oznacza odrzucenia. Chcę też, żeby nauczył się rozumieć, że rodzic nie jest ze stali i czasami może nawet po prostu nie mieć ochoty lub siły na zabawę. Z drugiej strony mam obawy, że sprawiam mu wielki zawód spędzając z nim tak mało czasu (współczesny tryb życia i praca sprawiają, że w ciągu tygodnia roboczego tego wspólnego czasu praktycznie nie ma) i że w pewnej chwili przestanie mi ufać. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

IMG_1395

Na koniec Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego Synka. Ostatnio na spacerze biegał po swoim ulubionym murku. Murek jest dość niski, ale ja oczywiście bałam się, że Synek spadnie. Dlatego szłam blisko i chciałam, żeby złapał mnie za rękę. A mój Synek, stanowczo, acz spokojnie mówi do mnie: „Nie mamo, bo to jest moja sprawa i ja to zrobię sam!” 😉 Zamurowało mnie. Byłam bardzo dumna z tego, jak Mały zawalczył o swoje, zakomunikował mi, że moja nadmierna ochrona jest dla niego niewygodna i tym samym poprosił mnie o zwiększenie zaufania. Oczywiście, pozwoliłam mu na samodzielne chodzenie po murku. Nie macie pojęcia, jak bardzo był zadowolony! 🙂

Życzę Wam przyjemności z bycia rodzicami, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!