Category Archives: zmiany

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Gdzie jest mój ostatni tydzień? Ktoś widział, ktoś wie? Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że minął. Chciałabym Wam napisać o tylu rzeczach, które miały miejsce w ostatnich tygodniach mojego życia, że sama nie wiem, od czego mam zacząć. Przeczytałam ostatnio piękną książkę (jeszcze na wakacjach), pierwszy raz w życiu obejrzałam „Potwory i Spółkę”, dowiedziałam się, że bliska mi osoba spodziewa się dziecka, doświadczyłam całkowicie nieprzespanej nocy… Pierwszy raz kupiłam sobie coś w Zalando. W ciągu minionego tygodnia doświadczałam wielokrotnie tak dotkliwego uczucia głodu, jak nigdy do tej pory. Byłam z Sówką na wystawie pierwszej polskiej fotografii kolorowej. Osiągnęłam rekord w zapominalstwie i otępieniu umysłowym. Ale żyję i oto jestem.

Jest jeszcze coś, co stało się ostatnio, o czym nie wspominałam. To tak duża sprawa, że po prostu nie wiem, jak to zakomunikować. Może tylko powiem jednym zdaniem: nasza rodzina znów jest w komplecie. Silniejsi, mądrzejsi, lepsi – jesteśmy teraz niezniszczalni. Nie jestem też w stanie wyrazić, nie wylewając morza łez ze wzruszenia, jak wiele dobrego przyniosło nam odzyskanie siebie nawzajem.

Przede wszystkim nasz Synek rozkwitł, wystrzelił w kosmos rozwojowo. Pokazał, jakim jest silnym, mądrym i zaradnym chłopczykiem. Mimo złych chwil, które przyniósł nam miniony rok, mimo iż Chłopczyk nasz cierpiał bardzo, dzielnie radził sobie z sytuacją. Mimo chwilowego rozłamu, otoczony był naszą miłością i opieką z każdej strony. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że wydarzenia minionego roku zachwiały poczuciem bezpieczeństwa każdego z naszej trójki. Jednak mimo tego cierpienia, jesteśmy teraz silniejsi i kochamy się jeszcze bardziej.

To teraz opowiem Wam o czymś, co miało miejsce parę dni temu. Spędzaliśmy sobie we troje czas w domu, bawiąc się i odpoczywając. W pewnym momencie zaczęliśmy się bawić w odgrywanie ról. Mój M. zaczął udawać, że jest małym dzieciątkiem, które płacze (Synek sam zainicjował taki podział ról, wcielając się w rolę dorosłego – opiekuna). Nasz Synek zaczął wtedy najpiękniejszą ze swoich dotychczasowych zabaw.

– Chcesz piciu, dzidziu? – zapytał. Odkręcił butelkę z wodą i napoił M. Potem Synek powiedział „Ty płacz”, więc „Dzidzia” płakała dalej.
– Może mu zimno! – wypowiedziawszy te słowa, Synek pobiegł do swojego pokoju i wrócił z kołdrą i poduszką.
– Chodź, przykryję Cię, dzidziu.
„Dzidzia” płakała dalej.
– On chce zabawkę! – powiedział Synek i pobiegł do pokoju po mały zabawkowy motor. Podał motor „Dzidzi”, a wcześniej pokazał, jak się nim bawić. „Brawo! Nauczyłeś się!” powiedział, gdy „Dzidzia” nauczyła się bawić motorem. Przy podobnej zabawie ze mną podał mi pluszową małpkę i powiedział: „To jest małpka, zobacz, ma bardzo mięciutkie łapki. Teraz to jest Twój pluszak”. Wydaje mi się, że Synek w ten sposób dostosowywał odpowiednie zabawki do płci „Dzidzi”.

„Dzidzia” skończyła się bawić motorem i zaczęła znów płakać. Wtedy Synek zawołał:
– Mamusiu, przyjdź, Twoja dzidzia płacze.
Przyszłam na chwilę pocieszyć „Dzidzię” i zaproponowałam, żeby Synek pobawił się z „Dzidzią” w drugim pokoju.
Synek pokazał „Dzidzi” swoją zabawkę – Batmana. „Dzidzi” Batman spodobał się dużo bardziej niż motor.

IMAG0683

– Kochasz go, prawda? – powiedział czule Synek.
Synek uczył także „Dzidzię” prawidłowego wymawiania różnych wyrazów. Wytłumaczył także, kim jest Jake i Piraci z Nibylandii i że wrogiem Jake’a jest Kapitan Hak.
Potem „Dzidzia” brała do ręki różne zabawki i rzucała nimi. Synek przez cały czas zachowywał anielską cierpliwość. W końcu, gdy „Dzidzia” rzuciła po raz piąty zabawką, Synek powiedział tylko „Ej, nie wolno tak rzucać zabawkami, mała dzidziu”.
Zabawa ta była pełna pięknych drobnych niuansów i gestów, jakie Synek wykonywał względem „Dzidzi”. Był cierpliwy, miły, czuły, łagodny. Jego odruchy i gest były wzruszające, pełne wyczucia, troski i empatii. Pomyślałam sobie: Mimo wszystkich złych wydarzeń, nasz Chłopczyk jest normalnym, zdrowym i kochanym dzieckiem.

Rozpiera mnie taka duma i miłość, że nie potrafię tego nawet wyrazić. Życzę Wam wszystkim, żebyście doświadczyli takiego uczucia w swoim życiu przynajmniej raz. A obecność dziecka w życiu oznacza wiele takich momentów. Co do związków z partnerem, to przede wszystkim nie warto się obrażać, kłócić, zwalczać nawzajem. Szkoda życia. Nie polecam się także przekonywać o tym, jak ważny dla nas jest drugi człowiek dopiero wtedy, gdy go w naszym życiu zabraknie. Trzymajcie się więc siebie nawzajem, szanujcie i kochajcie z pełną otwartością. Nawet jeśli doświadczacie po drodze traum, kłopotów finansowych, choroby, depresji. Wszystko kiedyś mija. A najważniejsze jest, aby razem przez to przejść.

IMG_1045

Miłego długiego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Witajcie Kochani! Mamy piękną pogodę. Uwielbiam lato. Chciałabym, żeby trwało wiecznie, dlatego dzisiaj dalej będę pisać o wakacjach we Włoszech. Na początek jednak piosenka, którą przypomniałam sobie surfując po Youtubie (a w zasadzie robiąc sobie wycieczkę sentymentalną), ech, kiedyś tańczyłam do tego na dyskotekach szkolnych, oj tańczyłam:

To na początek parę słów o moich obserwacjach z włoskiej plaży. Włosi są piękni – zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Bardzo lubię taki ciemny, śniady typ urody, więc zachwycałam się na każdym kroku. Oni są wszyscy śliczni i zgrabni z natury. Mało za to widziałam na plaży wysportowanych ciał, wyrzeźbionych poprzez wysiłek fizyczny. Naszła mnie taka refleksja, że ci młodzi Włosi powinni zaznać zumby 😉 Jeszcze jedna ciekawostka – prawie nie widywałam na plaży Włochów, którzy nie mieliby tatuażu. Jakieś 80% włoskich ciał przyozdabiały przeróżnej maści tatuaże, w większości niestety marnej jakości. Stwierdziłam, że ja to jednak starej daty jestem i nie podzielam tego tattoo – entuzjazmu. Zwłaszcza, gdy patrzę na wytatuowane panie w wieku naszych mam. Nieciekawie wygląda dostojna starsza kobieta z wielkim jednorożcem na szyi lub z kotkiem na łopatce. No, ale co kto lubi 😉

To teraz, tak jak obiecałam, napiszę coś więcej o miejscu, w którym nocowaliśmy. Miejsce to znajdowało się w odległości 6 km od miejscowości Garda. Znaleźliśmy je całkowicie przypadkiem, za pomocą Google 🙂 Prowadzi je czteroosobowa rodzina – starsze małżeństwo Patrizia i Valeriano wraz z dwojgiem dorosłych dzieci – Vittorią i Carlo. Są to przemili, przeuroczy ludzie. Patrizia i Valeriano mają prawietrzydziestoletnie doświadczenie w turystyce, gdyż od lat prowadzą campingi dla przyczep. Mają także swoją restaurację. A w tym sezonie otworzyli gospodarstwo agroturystyczne, w którym mieliśmy okazję wypoczywać. Było to sześć osobnych domków. My mieliśmy do dyspozycji parter domku (a na górze nikt nie mieszkał, bo góra nie była oddana do użytku) – ponad 40 m2 przepięknie urządzonej przestrzeni. Przed wejściem do domku był taras, na którym codziennie jedliśmy śniadania i kolacje. Wystarczyło przekroczyć rano próg domu i można było podziwiać uspokajający widok na dużą winnicę. Wino zrobione z tych winogron powitało nas zaraz po przyjeździe, położone na stole wraz z świeżo upieczonym ciastem i liścikiem powitalnym.

IMG_0284

IMG_0245

Nasi gospodarze przywieźli nas ze stacji kolejowej na miejsce, oddali również do naszej dyspozycji dwa nowe rowery z fotelikiem dla dziecka i kaskiem. Mimo, iż nie mieliśmy własnego samochodu, nie odczuliśmy tego zbyt mocno, gdyż nasi gospodarze wiele razy podwozili nas nad jezioro, na zakupy i bardzo nam we wszystkim pomagali. Oprócz noclegu, gospodarze zapewniali produkty niezbędne do przygotowania obfitego i pysznego śniadania (wędliny, sery, pieczywo, płatki śniadaniowe, ciasteczka, kawa, woda, soki, mleko etc.). Nasze mieszkanie było świeżo wyremontowane, wszystkie sprzęty były nowe. Mieszkanie wyposażono w luksusową łazienkę, kuchnię, ekspres do kawy, kuchenkę, telewizor i klimatyzator. Do naszej dyspozycji były pachnące ręczniki i szlafroki, ogromne łóżko, wygodne fotele. Naprawdę niczego nam nie brakowało.

fotele

Z całego serca polecamy usługi naszych gospodarzy, tutaj strona zrzeszająca je wszystkie:

http://www.gardacenter.it/

A tutaj podstrona poświecona gospodarstwu agroturystycznemu:


http://www.gardacenter.it/?page_id=253

Jeśli ktoś pragnie ciszy, spokoju, zieleni – to jest to miejsce dla takiej osoby. Jeśli Wasze dzieci potrzebują wielu atrakcji, żeby się dobrze czuć, to raczej nie polecam. To jest miejsce dla dzieci, które potrafią się bawić tym, co mają pod ręką, nie są zbyt rozpieszczone i lubią obcować z przyrodą. Rozpieszczonym mieszczuchom odradzam 😉

IMG_0631

IMG_0566

Z ciepłem i uśmiechem wspominać będę pobyt w Agroturismo Casalmenini. W drodze powrotnej z Włoch do Polski musieliśmy zaliczyć nocleg w Bolonii, skorzystaliśmy z hostelu B&BStazione, którego niestety nie polecam. Upał nieziemski, brakuje klimatyzacji, w pokojach nie ma łazienek, są dwie w całym hostelu, koedukacyjne. Goście palą papierosy w kuchni, właścicielki nie ma na miejscu, więc nie ma również poczucia bezpieczeństwa. Przez całą noc nie zmrużyłam oka, z powodu potwornego skwaru oraz hałasów dobiegających z korytarza i kuchni. Odradzam, choć rzeczywiście, tak jak można wyczytać w necie, jest to hostel bardzo, bardzo blisko Stazione Centrale w Bolonii. Niestety jest to jedyna zaleta tego miejsca.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę do Włoch i będę mogła poznać więcej pięknych zakątków tego kraju. Jestem zauroczona!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A jutro cieszcie się piękną pogodą, prognozy na najbliższe dni są cudne 🙂

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Niestety już prawie zapomniałam o tym, że byłam na wakacjach. Tryb „codzienność” włączył mi się bardzo szybko. Wrócił dziki zapiernicz, choć nawet nie byłam jeszcze w pracy. Wróciło ogarnianie wszystkiego w dzikim tempie. Mam wrażenie, że odkąd wróciłam, to nawet nie chwilę się nie zrelaksowałam. Ciągle coś piorę, sprzątam, ogarniam. Nie licząc chwil, gdy robię się tak potwornie śpiąca, że po prostu urywa mi się film, bo tak ostatnio mam. Jak stoję, tak padam i nie ma zmiłuj. Od poniedziałku wracam na stanowisko pracy i z jednej strony, wiadomo, będzie ciężko, z drugiej, hmmm, nie mogę się doczekać 🙂

8923f0a384b671d7db8ae0a6c8eccdce

(Źródło: Pinterest.com)

Chciałabym jednak wprowadzić się jeszcze na chwilę w klimat Italii i przypomnieć sobie wyjazd i związane z nim przyjemności. Od razu powiem, że pierwszy raz postanowiliśmy, że nie skorzystamy z wyjazdu zorganizowanego, tylko pojedziemy na własną rękę. Od razu powiem, że był to doskonały pomysł. Lokalizację, czyli okolice Jeziora Garda (Lago di Garda) polecili nam znajomi Włosi. Zakwaterowania szukaliśmy w Internecie. Po kilku dniach poszukiwań udało się znaleźć przepiękne miejsce – Agroturismo Corte Patrizia. Otoczona winnicami posiadłość urzekła nas swoim położeniem i skusiła bardzo atrakcyjną ceną. Oczywiście, wyjeżdżając trochę się bałam, że będzie mało luksusowo, że będziemy spać z ćmami, pająkami i jaszczurkami, jednak tak bardzo spragniona byłam zmiany klimatu, że w sumie nawet na takie warunki byłabym skłonna przystać 😉

Zanim przejdę do opisu miejsca, opowiem trochę o podróży. Najłatwiej dostać się w pobliże Gardy z Verony, która położona jest w odległości 40 km od jeziora (od najbardziej znanych miejscowości Garda czy Bardolino). Jednak w czasie, gdy my lecieliśmy na wakacje, nie było tanich biletów lotniczych do Verony, tylko do Bolonii (ach, ten Ryanair). Z Bolonii pojechaliśmy pociągiem do Verony, z Verony do miejscowości Domegliara, a stamtąd nasi gospodarze odebrali nas samochodem i przywieźli do docelowego miejsca. Mój Synek był bardzo dzielny, rezolutny, świetnie zniósł lot oraz jazdę w pociągu, w którym popsuła się klimatyzacja. Niestety, ja wszystko znosiłam gorzej niż on, ponieważ wyjeżdżałam z Warszawy totalnie przemęczona, cała spięta i w nerwach. Zmęczone oczy, mięśnie, mózg dawały mi się bardzo we znaki. A anemia w tym nie pomagała. Poza tym zmiana otoczenia to w mojej głowie pojawienie się nowych zagrożeń czyhających na moje dziecko. Więc w podróży oraz na początku pobytu w nowym miejscu miałam permanentną nerwicę, że lada chwila mój Synek zje coś zabójczego z ziemi, wlezie pod pociąg, zachłyśnie się wodą podczas kąpieli w jeziorze albo zostanie ugryziony przez bezpańskiego psa. O osach i szerszeniach już nawet nie wspomnę. Teraz jak sobie przypominam swojego nerwa to mi się śmiać chce, ale wtedy nie było mi za bardzo do śmiechu. Na szczęście po tygodniu mi przeszło. Zresztą, tak jak pisałam, mój Synek był bardzo wyluzowany i w gruncie rzeczy całkiem grzeczny, więc daliśmy radę.

W ciągu tych dwóch tygodni mój Synek bardzo się rozwinął. Oprócz tego, że nawija po włosku,niemiecku i – chyba – holendersku, to jeszcze charakterek mu się rozrósł i oto po wakacjach mam w domu Zbuntowanego Prawie Trzylatka w pełnej krasie. Niestety nie zawsze jest to fajne. Śmiesznie jest, gdy chcąc się odgryźć cytuje swój ulubiony komiks o ryjówkach i mówi do mnie „Ty mała padlino”, jednak gdy do ciumkającej nad nim przemiłej sąsiadki odkrzykuje „Idź sobie ty pani brzydka”, to trochę spalam cegłę i oddalam się zawstydzona.

Wracając jeszcze do mojej nerwicy: zaobserwowałam, że podczas pierwszego tygodnia wakacji schodziły ze mnie stresy i napięcia. Przejawiało się to w zachowaniach graniczących z obłędem. Chciało mi się wyć z przemęczenia. Poza tym dopadły mnie wszelkie możliwe uciążliwe schorzenia, w tym nie dająca się niczym wyjaśnić potworna alergia, z bąblami na ciele, kichaniem i łzawieniem oczu. Mój organizm dostał świra z daleka od morderczego codziennego zapieprzania. Zamiast się zrelaksować, rozregulował się zupełnie. Dopiero po tygodniu wygrzewania się na słońcu, jedzenia samych pyszności, kąpania w jeziorze i pływania statkami, mój organizm zrozumiał, że może się odprężyć. Jak do niego w końcu dotarło, to trzeba było wracać. Wracać i przeżywać nocowanie w badziewnym hostelu w Bolonii (zmusił nas do tego bardzo wczesny poranny lot), w dzikim upale w pokoju bez klimy, wstawanie o 4:30 i lot z turbulencjami (a ja się boję latać nadal, choć jest już o niebo lepiej).

Jest już późno, więc o naszej cudownej kwaterze (a w zasadzie domku, stylowym, przytulnym, eleganckim) w Rivoli Veronese oraz o tym, jak spędzaliśmy czas, opowiem przy innej okazji.

(P.S. Aha! Bardzo ważna rzecz! Bez Facebooka da się żyć, zyskuje się masę czasu. Przeczytałam trzy książki w ciągu trzech tygodni, dawno nie było tak dobrze!)

A tymczasem, na dobranoc stary, bardzo minimalistyczny teledysk do piosenki w wykonaniu pani o przepięknym głosie:

Śpijcie dobrze, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mały, malusieńki meltdown przed trzydziestką

Mały, malusieńki meltdown przed trzydziestką

Wpadłam tutaj właśnie, żeby trochę pomarudzić, ale chyba wcale nie chcę. Jutro są moje trzydzieste urodziny i przygotowując się do nich robię wszystko inaczej niż zwykle. Dlatego zamiast narzekać, wyciągnę jakieś pozytywne wnioski.

Jakiś czas temu ktoś mi powiedział, że w tym wieku ludzie już nie potrafią się zmieniać. Trochę prawda (bo diametralnie nie możemy się zmieniać), a jednak trochę nieprawda 🙂 Widzę po sobie, że przy odpowiednim wysiłku, kiedy ruszymy zardzewiałe koła zębate naszego charakteru, jesteśmy w stanie (tzn. ja jestem) modyfikować swój sposób myślenia, ba, nawet zmieniać swoje reakcje! Bezustannie, codziennie uczę się, że można żyć inaczej. Kolejny wyświechtany, banalny zwrot okazał się być prawdą absolutną: Świata nie zmienisz. Jak zmienisz siebie, to Twoje życie też się zmieni.

Trzydzieste urodziny to kolejna dobra okazja, żeby zrobić podsumowania, zweryfikować rzeczywistość, zobaczyć, co poszło nie tak, a co było dobre. Zastanowić się, kto z otaczających mnie ludzi był przy mnie wtedy, gdy przechodziłam przez najgorszy czas mojego życia, a kto ulotnił się jak kamfora. Po raz kolejny lista przyjaciół staje się krótsza, ale… so what? Takie jet życie. Nie rozpaczam już nad nieudanymi relacjami. Biorę te, które są i daję im z siebie maksimum i uczę się także brać dla siebie to, co dobre. Zarówno w związkach, jak i w przyjaźniach, najważniejsze jest to, że po latach ciągle chce się starać, ciągle dbać o to, żeby uczucie nie wygasło. Tylko tutaj jest pewien warunek konieczny – wzajemność. Nawet najlepsze starania, jeśli są jednostronne, na nic się zdadzą. Ważne, żeby dbać w tym całym szaleństwie o siebie, swoje granice, a przede wszystkim – znać siebie na wylot i wiedzieć, czego się chce. Nie udaje się coś? No i co z tego?! Czasami trzeba odpuścić i iść dalej. A czasami warto zaczekać i postarać się bardziej, poczekać aż druga osoba zdecyduje, czego sama chce i otworzy się z pełną wzajemnością. Wszystko zależy od tego, gdzie leży granica naszej cierpliwości.

tumblr_m24bltkVm21qz4d4bo1_500

Źródło: Pinterest.com

Moje podsumowania trzydziestkowe, mimo iż niosą ze sobą zmiany, wcale nie są bardzo gorzkie (choć może odrobinę smutne). Dużo się nauczyłam ostatnio. Wiem, czego chcę, wiem, kim jestem i wiem, gdzie leżą moje granice. Dojście do tego momentu zajęło mi chwilę i była to momentami droga przez mękę.

Jestem teraz gotowa po prostu żyć. No to 3…2…1… nową dekadę czas zacząć:)

Kwitnie

Kwitnie

Słuchajcie, chyba w końcu przyszła wiosna! Serio, czuję to. Coś mi w środku kwitnie.

fb1d2f36bf82394ba7026d3c4a78050b

Po Świętach Wielkanocnych, podczas których miałam czas na wszystko i doskonale wypoczęłam, nabrałam motywacji do działania. Czas poszukać dla siebie nowej, dobrej drogi.

Miniony weekend był dla tak fajny, że aż strach. Uśmiech rzadko schodził mi z twarzy. Spotykałam się z ludźmi, robiłam to, na co miałam ochotę i jeszcze zaznałam na koniec słońca i ciepła (bo taka dziś piękna niedziela była). Wiem jedno – nie ma recepty na szczęście. Trzeba chyba znaleźć to szczęście w sobie i wyprojektować je na zewnątrz. Szukając go na siłę w świecie, można umrzeć nieszczęśliwym. Stwierdzam tez po latach stylówy na intelektualistkę, że nie warto czasami zbyt dużo myśleć. To, co warto, to stawiać granice wtedy, kiedy czujemy, że to potrzebne oraz potrafić je trochę nagiąć, gdy uśmiecha się do nas los. Dokonywaniu trafnych wyborów sprzyjają: bogate doświadczenie, zdrowy rozsądek i dobra intuicja. Moja intuicja bywa niestety trochę kopnięta albo pijana (mimo, iż raczej stronię od picia alkoholu). Uczę się jednak naprawiać ją, sklejać, dzięki doświadczeniom, których nabyłam, szczególnie w ciągu ostatniego roku.

A to, co mnie najbardziej cieszy? Mój cudownie rozwijający się synek, słońce i nowe perspektywy. Cieszę się, bo kwiecień zapowiada się bardzo ciekawie. Każdy weekend mam już zaplanowany i za każdym razem ma być to coś naprawdę fajnego. Jaki z tego wszystkiego wniosek? Nie powinno być zimy, ciemności, chłodu. Idealnie by było, gdybym żyła w kraju wiecznego lata (albo przynajmniej wiosny). Niestety idealnie nie jest i nie będzie, może się w końcu kiedyś przystosuję 😉 A tymczasem czas zamknąć drzwi za zimą. Szczelnie. Zwłaszcza, że rozwalił mi się zamek w kurtce. Na amen. Nie może być więcej zimno.

Miłego wyczekiwania wiosny, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Szczyt marzeń oraz o tym, że dostałam inspiracyjnego kopa

Szczyt marzeń oraz o tym, że dostałam inspiracyjnego kopa

Wiecie jaki był mój dzisiejszy szczyt marzeń? Żeby położyć się rano jeszcze na godzinkę spać… Mój Synek wstał o 6:30. Ja w nocy spać nie mogłam, więc zerwanie się rano razem z nim było potwornie bolesne. Męczyłam się przeraźliwie aż do godziny mniej więcej jedenastej, kiedy to wymyśliłam, że skoro jest tak bardzo zimno na dworze, to może by spróbować się nie obudzić tym rześkim powietrzem… Dlatego natarliśmy dzioby tłustym kremem i wyszliśmy z Małym na ten mróz. Było całkiem przyjemnie, zaliczyliśmy plac zabaw, weszliśmy do pobliskiego kościoła, bo Synek bardzo chciał zobaczyć tę „wielką budoowlęę”. Oczywiście ja, bezbożnik, zapomniałam, że dziś Niedziela Palmowa. Mały jęczał, że chce te „kwiatuszki”, a ja, frajer, ani grosza z domu nie wzięłam. Wróciliśmy do domu przemarznięci do szpiku kości, ale za to odechciało mi się spać chyba na tydzień z tego zimna. Zjedliśmy ciepłą zupę i bawiliśmy się w superbohaterów.

momsup

(Źródło: Pinterest.com)

Wczoraj spędziłam cały dzień w samotności. Dałam sobie ten czas, żeby ułożyć sobie w głowie (i w szafkach trochę też, bo był bałagan). Bardzo mi to było potrzebne, choć otarłam się o nieciekawe stany emocjonalne. Dziś już gotowa byłam otworzyć się na świat. Jednak chyba muszę z tym chwilę zaczekać, bo świat (a przynajmniej jego wycinek) jakiś taki niegotowy… Trudno. Na szczęście, niespodziewanie, w ciągu ostatnich dwóch tygodni wydarzyły się dwie rzeczy, które przywracają mi wiarę w sens życia. Oba wydarzenia wiążą się z poznaniem wspaniałych osób, bratnich dusz, bardzo inspirujących ludzi. Dostałam kopa od losu, tym razem pozytywnego. Po wpływem tego kopa chyba niedługo wybiorę się do Wrocławia na wycieczkę 🙂

Postanowiłam także spróbować zrobić coś na kształt Eat Pray Love w najbliższych miesiącach, z naciskiem na Eat & Pray, bo z tym Love to jakoś niezbyt różowo jest. Chcę trochę posmakować świata, póki nie jest jeszcze za późno. A wokół swoich trzydziestych urodzin chcę zrobić coś specjalnego. Nie stać mnie na wyjazd na Bali, ale na włoskie wakacje pewnie mogę sobie pozwolić. Na początku czerwca powinna już być ładna pogoda, prawda?

Pierwszy raz od wielu miesięcy czuję, że coś mnie miłego czeka w przyszłości. Cudowna odmiana po czarnych myślach, jakie mnie ostatnio dopadały. Dziękuję

Do zobaczenia wkrótce, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

O tym jak utknęłam w miejscu i włączyłam tryb SURVIVE do czasu aż motyl nie usiądzie mi na ramieniu

Utknęłam. Ale w ramach zmiany podejścia do wszystkiego i w ramach pracy nad własnym optymizmem napiszę: Utknęłam! Jest wspaniale! 😉

Choć tak naprawdę nie jest wspaniale. Ja po prostu już nie mam siły narzekać. Nie chcę być toksycznym mrukiem, który widzi wszystko w czarnych barwach. Jednak ostatnio w wyniku nawarstwienia się różnych kłopotów, o których wspominałam, trochę zamroziłam się emocjonalnie. Nie umiem inaczej przetrwać tego przesilenia zimowo – wiosennego. Inaczej zatopiłabym się w gorzkich żalach związanych z przeszłością, w trudach obecnej egzystencji i w wyuczonej bezradności jaka mi towarzyszy od mniej więcej roku. Jak długo życie się goi? Kiedy w końcu przestajemy katować się wspomnieniami przeszłości i wyrzutami względem siebie (co mogłam zrobić lepiej, co zrobiłam beznadziejnie, jaka jestem i co z tego wynika etc.)? Kiedy się w końcu zapomina? Kiedy następuje ten moment, że czuje się w końcu gotowość pójścia do przodu? Czy może zostaje się już ostrożnym, zamkniętym, bezradnym i cynicznym na całe życie? Bardzo chciałabym poczuć się lepiej, ale to „lepiej” jakoś nie nadchodzi. Jednak trochę się boję, że może czegoś ważnego nie dostrzegam, dlatego przestaję się gorączkować. Zatrzymuję się i trwam. Czekam. Może w tym stanie zacznę lepiej widzieć szczęście, które już u mnie jest…

motylek

Mój tryb SURVIVE polega na tym, że wstaję, robię swoje, po „minimalu”, niestety. Wysiłek wkładam tylko w to, co jest absolutnie najważniejsze. Uważam, że reszta spraw, jeśli jest tego warta i wartościowa, poczeka aż będę gotowa i będę miała więcej siły. Wierzę, że z wiosną gotowość może pojawić się w sposób naturalny. Teraz jeszcze chwilę posiedzę sobie w skorupce.

Trzymajcie kciuki za mnie, ja trzymam za Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Nadaję z wojennego frontu

Nadaję z wojennego frontu

Kochani czytelnicy Nietylkomamy!

Niedługo wrócę. Jednak muszę najpierw trochę powalczyć na życiowym froncie. Wszystko na raz zwaliło mi się na głowę. Kilka dużych rzeczy i masa pierdół. Tak się wszystko wokół zawzięło, że w jednym tygodniu odpadły mi drzwiczki szafki w kuchni, popsuł się czajnik, przepaliła suszarka i popsuły słuchawki od mp3. A to właśnie tylko te najdrobniejsze drobiazgi. Te duże rzeczy są tak duże i poważne, że nawet nie chcę o nich mówić. Pierwszy odruch jaki miałam, to ucieczka. W siebie do wewnątrz przede wszystkim. Potem trochę rozpaczania. A wczoraj nagle chyba popadłam w obłęd, ponieważ poczułam w sobie tak ogromną dawkę pozytywnej energii, że jestem w szoku. Wszystko mi się zwaliło na głowę, a ja się śmieję i idę do przodu jak burza. Albo jestem szalona albo po prostu nagle stałam się bardzo silna.

To trzymajcie się ciepło, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy i trzymajcie kciuki, żebym to wszystko ogarnęła

indeks

Nietylkomama ma już 2 lata!

Nietylkomama ma już 2 lata!

Kochani,
Tak zaangażowały mnie ostatnio moje prywatne sprawy, że przegapiłam 2 urodziny Nietylkomamy (21 stycznia)!

Chce podziękować wszystkim, którzy czytają i komentują mojego bloga od tych dwóch lat. Dziękuję także tym wszystkim, którzy są częścią mojego życia, inspirują mnie, otwierają oczy na duże i małe sprawy – dzięki Wam mam o czym pisać i mam siłę, aby żyć i czerpać z tego życia mądrość.
Najbardziej jestem wdzięczna mojemu Synkowi, Mikołajowi, bez którego ten blog w ogóle by nie powstał. Jego obecność w moim życiu zmieniła dosłownie wszystko i otworzyła moje serce oraz oczy na świat. Dziękuję też moim przyjaciołom (paniom i panom), jesteście moją drugą rodziną.

(Trentemoeller – „Shades of Marble”)

P.S. Chcę tam!

I don’t want an easy ride

I don’t want an easy ride

Zawsze, kiedy myślę, że jest już dobrze, coś się wykrzacza. Staram się jednak pamiętać o tym, że nie jestem z tych, co to chcą się prześlizgnąć przez życie po powierzchni. Im trudniej, tym prawdziwiej przecież. Co nas nie zabije, to nas wzmocni i takie tam mądrości. Podzielę się z Wami mało znaną piosenką Madonny. Utwór pochodzi z płyty „American Life”. Ta ballada o bardzo mądrym tekście, towarzyszy mi co rano w drodze do pracy. Dzień w dzień. Raczej mi się nie znudzi, po tylu latach…

Czasami są w życiu chwile, kiedy przez moment wszystko się układa. Boję się takich chwil, bo łatwo się takim szczęściem zachłysnąć. A potem strata boli jeszcze bardziej. Boję się rozczarowań tak bardzo jak samotności. Jednak od niedawna nie kieruję się w życiu tym lękiem. Przestałam bać się ryzyka. Dowiedziałam się też – o dziwo od samej siebie, choć pokierowała mnie ku temu moja kochana przyjaciółka H. – czym powinnam się w życiu kierować. Wiem, że to ja jestem swoim największym sprzymierzeńcem. Ludzie bywają życzliwi, ale czasami nagle przestają, bo np. już nie wpisujemy się w ich wizję świata albo są nami rozczarowani. To boli okropnie. Jednak takie rozczarowania nie będą mnie dotykać zbyt mocno, jeśli będę miała oparcie w sobie. A od pewnego czasu mam. Wymagało to ode mnie wielkiej siły, przejścia przez koszmarny kryzys i postawienia granic osobom, którym granic postawić przez długie lata nie potrafiłam. Ale wiecie co? Warto. Bo jestem szczera sama ze sobą i wiem, czego chcę. Przez lata miałam w głowie różne stwierdzenia wpojone przez innych, co można, nie można, wypada, nie wypada, czym się kierować, co robić z życiem. Jednak nigdy nie zapytałam siebie: „A czego ja tak naprawdę chcę?”. Teraz robię to codziennie i zapisuję to sobie, żeby już nigdy więcej nie zapomnieć.
Życzę Wam wszystkim takiego dobrego zdefiniowania swoich wartości i celów. Lepiej późno niż wcale. U mnie następuje to tuż przed trzydziestką. Teoretycznie jeszcze dużo czasu, aby zbliżyć się do swojej wizji szczęścia. Trzymajcie kciuki!