Category Archives: wszystko o laktacji i odstawianiu od piersi

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

UWAGA!UWAGA!

Od czerwca, w każdą niedzielę, w przychodni Babka Medica w Warszawie prowadzę konsultacje dla kobiet w ciąży, par oczekujących dziecka oraz dla świeżo upieczonych rodziców.

Zapraszam serdecznie!

Zapisy w recepcji przychodni:

Babka Medica
Ul. Słomińskiego 19, lok. 517
00-195 Warszawa

Tel.: 606 653 853
668 34 07 21
(22) 637 50 01

Subiektywna lista endokrynologów – Warszawa

Subiektywna lista endokrynologów – Warszawa

A tak sobie wymyśliłam, że chcę konkretnie Wam pomóc, Drogie Tarczycowe Dziewczęta 🙂

Dlatego przedstawiam Wam moją subiektywną listę endokrynologów.

1. Dr Sylwia Pietrzyk – najlepsza, ukochana, mistrzyni i człowiek, który mi pomógł uporać się z tym cholerstwem na samym początku. Traktuje pacjenta w sposób całościowy, jest przemiła i rzetelna. Bez wahania zleca badania wykluczające inne schorzenia autoimmunologiczne. Jedyny lekarz, po którym rozpaczałam, gdy odszedł z Medicoveru. Teraz przyjmuje w przychodni przy ul. Białobrzeskiej 28 oraz w Platany Med przy ul. Ryżowej.

2. Dr Anna Stefanowska – wielki autorytet i bardzo rzetelny specjalista. Prowadziła mnie w czasie ciąży i dzięki niej czułam się bardzo dobrze. Sumienna i dokładna, a przy tym bardzo miła. Jedyny minus, to odległe terminy i dziki tłum chętnych. Przyjmuje w Enelmedzie oraz w Multimedzie przy Okopowej.

3. Dr Norbert Gaweł – podopieczny dr Stefanowskiej i bardzo dobry lekarz. Przesympatyczny. Ciężko u niego z terminami, ale warto „polować” na zwalniające się w ostatniej chwili wizyty. Przyjmuje w Medicoverze oraz w Babka Medica.

4. Dr Helena Jastrzębska – byłam u niej 1 raz i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Więcej na jej temat nie mogę powiedzieć. Została mi polecona jednocześnie przez dwie osoby, więc chyba warto. Przymuje przy Metrze Stare Bielany, ul. Kasprowicza 48.

Jest też jeden lekarz, którego raczej nie polecam – dr hab n. med. Urszula Stopińska – Głuszak. Jeśli ktoś jest ciekaw, dlaczego nie polecam, to zapraszam do kontaktu mailowego po szczegóły. Jest to moja subiektywna opinia, więc nie chcę pani doktor robić tutaj czarnego PR.

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O zapaleniu tarczycy raz jeszcze

O zapaleniu tarczycy raz jeszcze

Pobudka, Kochani!

Postanowiłam powrócić do tematu zapalenia tarczycy (poprzedni wpis na ten temat znajduje się TUTAJ), ponieważ zagadnienie to wzbudza Wasze spore zainteresowanie. Dziękuję za wszystkie maile, które w tej sprawie otrzymałam. Liczba wejść na moją stronę po wpisaniu hasła „poporodowe zapalenie tarczycy” oraz treść Waszych maili świadczy o tym, że temat ten jest słabo poznany i wymaga poświęcenia mu uwagi.

Chciałabym mocno podkreślić, że nie czuję się autorytetem w tej kwestii. Uważam, że najlepszym źródłem wiedzy są (a przynajmniej powinni być) lekarze. Jednak wiem, jaka jest „endokrynologiczna rzeczywistość”. Po pierwsze, mało jest dobrych endokrynologów. A jak już ktoś jest dobry, to jest tak oblegany, że dostanie się do niego na wizytę graniczy z cudem i najczęściej bardzo dużo kosztuje. Pamiętajmy też o tym, że w obrębie specjalizacji endokrynologicznej są różne subspecjalizacje i dobrze jest trafić prosto do kogoś, dla kogo oczkiem w głowie jest tarczyca. Zresztą, zauważyłam, że lekarze mają tendencję diagnozować u pacjentów to, na czym znają się najlepiej. W ten sposób jedna osoba może przejść przez podejrzenie cukrzycy, Addisona czy PCO, aż w końcu trafi na kogoś, kto zawyrokuje „zapalenie tarczycy”. Istnieją zapalenia tarczycy niezwiązane z niedawnym porodem. Ja na przykład od 2006 roku mam postawioną diagnozę: autoimmunologiczne zapalenie tarczycy Hashimoto. Zanim prawidłowo rozpoznano chorobę, przechodziłam przez piekło. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Zupełnie bez powodu byłam osowiała, spuchnięta i niemożliwie zmęczona. Zmęczenie w tej chorobie nie da się z niczym porównać. To taki rodzaj zmęczenia, który toczy od środka. Zawieszasz się wtedy i myślisz „Jak się nie położę zaraz spać, to umrę”. Zanim zachorowałam, to nie znałam tego stanu. Kiedy już poważnie zastanawiałam się, czy nie mam depresji, trafiłam na mądrą internistkę, która zleciła mi badania tarczycy. Poprodowe zapalenie tarczy objawia się bardzo podobnie. Do zmęczenia zwykłego śmiertelnika, wykończonego brakiem snu i karmieniem, dochodzi to paskudne zmęczenie związane z chorobą. Trzeba być twardzielką, żeby to znieść… Szczęśliwie, zapalenie poporodowe mija 🙂

Ostatnio jedna z Was pytała, co zrobić, gdy lekarz zdiagnozował PZT i każe odstawić dziecko od piersi. Odpowiedziałam: nie wiem, bo każdy przypadek jest inny. Co ja bym zrobiła? Zapytałabym jeszcze jednego lekarza. Czasami jest tak, że jeśli występuje duża nadczynność tarczycy, to trzeba przyjmować silne leki, które przechodzą do mleka mamy. Wtedy trzeba wybierać mniejsze zło. Czasami trzeba wziąć lek, żeby ochronić własne serce i pogodzić się z tym, że dziecko nie może być karmione. Jednak warto to skonsultować z drugim specjalistą.

Kiedy zdiagnozowano u mnie Hashimoto, usłyszałam następującą radę:
„Teraz musisz prowadzić regularny i uporządkowany tryb życia. Żadnych dużych emocji. Wysypiaj się, jedz pięć posiłków dziennie i unikaj stresów”.
Taak, powodzenia. Najlepiej zwolnić się z pracy, zamknąć w klasztorze i poświęcić się uprawianiu ogródka i robieniu dżemów. Na początku choroby starałam się rzeczywiście tego przestrzegać. Chodziłam spać o 22, regularnie się odżywiałam, zrezygnowałam z imprez i unikałam wszelkich źródeł stresu. Jednak po tych wszystkich latach choroby wiem jedno – nie ma co się za bardzo nad sobą użalać. Poza tym, jeśli chcesz żyć normalnie, to nie możesz żyć pod kloszem. Czasem trzeba zaryzykować, trzeba się porządnie zestresować. Przy odpowiednim leczeniu, pod okiem dobrego lekarza, można żyć normalnie, podróżować, pracować, zakochiwać się, wzruszać i mieć dzieci 😉

Jeśli chodzi o poporodowe zapalenie tarczycy, no to inaczej sprawy wyglądają. Myślę, że przez ten około rok po porodzie, kiedy to zapalenie trwa, faktycznie można się oszczędzać. Nie jest to długi czas, a korzyści z takiego trybu życia mogą być naprawdę duże.

Dlatego polecam: cierpliwość, sumienne przyjmowanie leków i znalezienie dobrego lekarza.
A jeśli odczuwacie tę potworną senność, której nie zwalczy żadna kawa, nie bójcie się włączyć dziecku 10 minutowej bajki i odpłynąć na kanapie. Dobra mama potrafi dbać nie tylko o dziecko, ale też o siebie!

Trzymajcie się dzielnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dobrze, ładnie i w sam raz, czyli rzecz o dopasowaniu

Dobrze, ładnie i w sam raz, czyli rzecz o dopasowaniu

Ostatnio wiele myślałam o tym, skąd wiadomo, że ktoś lub coś idealnie (lub prawie idealnie) do nas pasuje. Wydaje mi się, że większość z nas dąży do takiego stanu – w miłości, w pracy, właściwie w każdym aspekcie życia, żeby było nam dobrze i komfortowo. Oczywiście, wszyscy różnimy się od siebie pod względem konkretnych oczekiwań. Wydaje mi się, że najważniejsza jest odpowiednia proporcja między częściami składowymi – np. w miłości między „chemią” a przyjaźnią (oczywiście, ważna jest też domieszka podziwu, szacunku, zwieńczona „pokrewieństwem dusz”), w pracy – między zainteresowaniem tym, co się robi, a wynagrodzeniem i innymi korzyściami, np. kontaktami towarzyskimi. Jeśli rozmieszczenie tych części składowym nam nie odpowiada – np. w miłości brakuje iskry, a super płatna praca jest potwornie nudna – nie będziemy zadowoleni. Wielu z nas godzi się na rozwiązania pośrednie, np. tkwimy na stanowiskach pracy, które nie przynoszą nam perspektyw rozwoju albo wręcz nas uwsteczniają, bo jest nam tam wygodnie. Robimy to właśnie z wygody, czasem z wyrachowania albo po prostu próbujemy się pogodzić z sytuacją i zapomnieć o targających nami emocjach. Da się tak żyć, ale czy to jest dobre? Oczywiście, tak jak już KIEDYŚ pisałam, w pewnym momencie warto sobie zdać sprawę z tego, że ideałów nie ma, ale z drugiej strony warto próbować się do nich zbliżyć, przynajmniej dopóty, dopóki jest to jeszcze możliwe.

Chciałabym dziś znów nawiązać do zachodzących w moim życiu zmian… Tym razem postanowiłam zadbać o dopasowanie najbliższe ciału, czyli udać się do sklepu oferującego usługi profesjonalnego bra – fittingu. Byłam już w kilku takich sklepach do tej pory i w każdym coś mi nie pasowało. Obsługa, ceny, niewielki wybór – zawsze coś. Ciało kobiety, która przeszła przez ciążę, poród i karmienie zostało poddane ogromnym zmianom. Część z nich to zmiany odwracalne, część niestety nie… Dlatego kobieta, która zakończyła karmienie piersią, jest szczególnie wrażliwa na swoim punkcie. Moja poprzednia wizyta w sklepie z bielizną skończyła się łzami i wrytą w mózg myślą: „Kiedyś byłam piękna, ale potem nagle spuchłam, urodziłam dziecko, wykarmiłam je piersią, a na koniec zostałam z ciałem, którego nie rozpoznaję…”. Jednak po krótkim okresie załamywania się postanowiłam spróbować raz jeszcze. Tym razem trafiłam do salonu z bielizną Dopasowana.pl. Sklep mieści się na warszawskim Grochowie, niedaleko Ronda Wiatraczna. Z początku przestraszyłam się odległości, ponieważ mieszkam na Bielanach i Grochów zawsze wydawał mi się być końcem świata. Jednak kiedy już zdecydowałam się pojechać, to stwierdziłam, że jednak dojazd nie jest wcale zły. Dojechałam w 40 minut metrem i tramwajem.

Na miejscu spotkałam się z miłą i bardzo profesjonalną obsługą. W doborze odpowiedniego biustonosza pomogła mi Pani Monika, właścicielka sklepu, cierpliwa i bardzo pomocna. Przymierzyłam cały stos staników, mając na uwadze nadrzędny cel – znaleźć ten idealny! Na szczęście, mimo nieprzyjemnej temperatury na dworze, w przymierzalni panowało przyjemne ciepło. Nie było też za gorąco. Zdarza Wam się wchodzić do przymierzalni, w których jest taki upał, że kupicie wszystko i byle co, aby tylko szybko wyjść? Albo do takich, w których klimatyzacja chłodzi tak mocno, że można zamarznąć? Zapewniam Was, że w Dopasowanej nic takiego Wam nie grozi. Można spokojnie zabrać ze sobą dziecko (jest specjalny kącik dla dzieci), czy nawet opierającego się chłopaka (można go zachęcić perspektywą znajdującej się przed przymierzalnią wygodnej kanapy i sporego telewizora wiszącego na ścianie). Co najważniejsze – naprawdę jest w czym wybierać, sklep ma w ofercie bardzo dużo modeli, od najmniejszych do największych, w przystępnych cenach.



Po ponad czterdziestu minutach intensywnego przymierzania i dopasowywania udało mi się znaleźć trzy modele pasujące doskonale, a spośród tych trzech, jeden pasujący po prostu idealnie. Wyszłam z salonu bardzo zadowolona. Już teraz nie będę się bała kupować bielizny 😉 Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy, szczupłe, czy krąglejsze, mało – czy dużo – biuściaste – zasługujemy na to, aby czuć się dobrze i atrakcyjnie. Zatem – idźcie i dopasowujcie się:) A ja powoli szykuję się do kolejnych zmian… Do zobaczenia!

Ratunku! Ktoś mi ukradł biust! Czyli o tym, jak mama sobie radzi z odstawieniem dziecka od piersi

Ratunku! Ktoś mi ukradł biust! Czyli o tym, jak mama sobie radzi z odstawieniem dziecka od piersi

Dziś chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami po odstawieniu dziecka od piersi. Minęło już kilka tygodni. Właśnie zbieram się z lekkiego doła, jaki mnie dopadł w kilka dni po zaprzestaniu karmienia. Nie sądziłam, że to będzie takie trudne! Nie przypuszczałam, że odstawienie dziecka od piersi wiąże się z takim poczuciem straty i z tak mieszanymi uczuciami. Teraz, gdy ciemne nastroje już minęły, mogę się z nimi rozprawić, przestawiając Wam taki oto opis swoich przeżyć (z lekkim przymrużeniem oka…).

A wszystko wygląda mniej więcej tak:

Minęły dwa tygodnie od ostawienia dziecka. Budzisz się rano po tym, jak Ci się przyśnił straszny koszmar: KTOŚ UKRADŁ TWOJE PIERSI!!!! Przecierasz oczy, spoglądasz w dół i wyskakujesz z łóżka jak oparzona. Ktoś rzeczywiście ukradł Twoje piersi!!!! No, bo przecież nie zostawiłaś ich wieczorem na lodówce. Moje Kochane, wygląd biustu po laktacji jest – delikatnie mówiąc – smutny. Tak, jak wygląd piersi po porodzie jednocześnie przeraża i napawa dumą (bo nagle ze swojego jędrnego C przechodzisz w ogromniaste G), to uczucie względem własnych piersi po odstawieniu z dumą ma niewiele wspólnego. O rozpacz przyprawia utrata jędrności (podobno to po czasie się poprawia) oraz uczucie dojmującej pustki w miejscu, gdzie jeszcze dawno było pełno mleka… Poza tym – przecież z dnia na dzień tracisz coś (a nawet dwa cosie), co za Ciebie myślało przez ostatni rok, więc jest trochę tak, jakbyś straciła głowę.

Nie wiem, czy ja jestem jakaś autodestrukcyjna, czy po prostu jestem ofiarą losu… Zamiast siedzieć w domu cicho jak mysz pod miotłą, to mi się rewolucji zachciało. Co zrobiłam? Otóż chcąc sobie poprawić nastrój postanowiłam wybrać się do pobliskiego zakładu fryzjerskiego w celu podcięcia grzywki. Było to konieczne z tego powodu, że po prostu miałam trudności w patrzeniu na świat 😉

Wydawało mi się, że grzywki nie można sp…aprać. Niestety bardzo się myliłam. Zasiadłam na fotelu fryzjerskim przekonana, że za 5 minut wyjdę zadowolona. Jednak po otworzeniu oczu (no bo przecież nie da się obciąć grzywki z otwartymi oczami) skonstatowałam, że jest tragedia… Obcięta zostałam jak „łot garnca” i to jeszcze krzywo. Najgorsze było to, że już w tym momencie dwa elementy mojej fasady (biust i grzywka) nie nadawały się po pokazywania. Biust to jeszcze można schować, no ale grzywkę… W zimie pod czapką się da. Ale teraz – gdy jak na złość mamy złotą polską jesień czapki przecież nie założę.

Wróciłam więc do domu starając się nie łkać na ulicy. Wpadłam do łazienki i roniąc krokodyle łzy szalałam z nożyczkami chcąc naprawić turpistyczne dzieło osiedlowej fryzjerki (której od teraz nie mówię „Dzień Dobry”, ale broń Boże nie dlatego, że jestem wredna czy obrażalska, ale ja się po prostu boję tej szalonej kobiety, która chciała zniszczyć mi życie!). Wieczorem, gdy M. wrócił z pracy, wyglądałam już w miarę znośnie. Jednak kiedy położyłam się spać, to wróciły do mnie wszystkie emocje i znów zaczęłam ryczeć jak bóbr. Łkając biadoliłam: „Że przecież włosy tak długo odrastają, będę przez pół roku wyglądać jak kretyn, a może one wcale nie odrosną, nie pokażę się już nigdy ludziom etc.”. Nagle jednak oprzytomniałam i pomyślałam: „O co chodzi?? Czyżbym była aż tak próżna, żeby płakać z powodu głupiej grzywki?!”. Poszłam więc do łazienki, spojrzałam na siebie i dotarło do mnie, czemu się tak rozkleiłam.

Nie płakałam wcale nad pielęgnowaną i układaną pieczołowicie grzywką. Płakałam nad tą wyjątkową więzią, która łączyła mnie z moim małym Ssakiem. Płakałam z tęsknoty za tymi chwilami, gdy go karmiłam i czułam się tak bardzo potrzebna. Od uświadomienia sobie tego do poprawy mojego samopoczucia minęło trochę czasu. Ale jedno jest pewne – te stany mijają, wraz z ponownym ułożeniem się hormonów (jak te laktacyjne nas opuszczają, to wraca nasza energia) i wraz z procesem godzenia się z zaprzestaniem karmienia. Nawet jeśli to była świadoma decyzja, to odstawienie jest trudnym wydarzeniem i dla mamy i dla dziecka. Najtrudniej jest, gdy masz jeszcze pokarm, ale już zdecydowałaś, że nie karmisz, a dziecko płacze i domaga się cycusia. Gwarantuję, że popłaczecie wtedy razem.

Pamiętajmy jednak o tym, że my – mamy nie jesteśmy tylko biustem. Jesteśmy czułymi opiekunkami, które rozumieją dziecko jak nikt inny i nasze dzieci to bardzo dobrze wiedzą.

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mama podejmuje męską decyzję, czyli żegnaj cycusiu

Mama podejmuje męską decyzję, czyli żegnaj cycusiu

Wiele się mówi o karmieniu piersią (choć nadal nie wszystko – pisałam o tym TUTAJ). Jak już się przeżyje początki karmienia (które bywają trudne), potem następuje okres sielanki, a przynajmniej tak się wszystkim wydaje. To fakt: karmienie piersią jest pięknym czasem i doskonałą okazją do nawiązania wyjątkowej więzi między matką a dzieckiem.

Z czasem jednak rodzi się wiele pytań:
– Jak długo karmić?
– Jak często karmić?
– Czy karmić na żądanie, czy o określonych porach?
I wreszcie – moim zdaniem – najtrudniejsze pytanie:
– Jak odstawić dziecko od piersi?

Zacznijmy jednak od początku. Odpowiem na te wszystkie pytania na podstawie własnych doświadczeń. Zastrzegam od razu, że jest to moje subiektywne stanowisko, dobre akurat w naszym przypadku, lecz każda mama (i każde dziecko) to indywidualny „przypadek” i takie decyzje należy dostosowywać do własnych potrzeb.

JAK DŁUGO KARMIĆ DZIECKO?

To jest temat bardzo kontrowersyjny. Od wielu lat w mediach i w zaciszu ognisk domowych toczy się spór dotyczący tego, co jest lepsze: pierś czy butelka. Co kilka lat pojawiają się nowe wyniki badań wynoszące na piedestał to jedno, to drugie rozwiązanie. Do niedawna królował pogląd, że dziecko powinno być karmione wyłącznie piersią do ukończenia szóstego miesiąca życia (takie jest oficjalne stanowisko WHO w tej kwestii). Kilka miesięcy temu jednak pojawiły się nowe badania zaprzeczające temu twierdzeniu. Artykuł przedstawiający wyniki badań pojawił się między innymi w The Guardian – możecie się z nim zapoznać TUTAJ.

Jak sobie poradzić z taką liczbą bombardujących nas sprzecznych informacji? Moja odpowiedź jest prosta – można brać je pod uwagę, ale przede wszystkim należy słuchać siebie i dziecka. U nas było tak: Mały przestał przybierać na wadze i dość szybko zorientowałam się, że moje mleko mu nie wystarcza. W związku z tym nasz mały Żarłoczek dostał pierwszą kaszkę i zupkę w wieku czterech miesięcy. Od razu zaakceptował łyżeczkę i nową konsystencję pokarmów. Od tego czasu „cycuś” służył mu raczej za popitkę lub uspokajacz niż za posiłek. Uważam, że wprowadzenie stałych pokarmów tak wcześnie było dobrym rozwiązaniem. Gdybym uparcie trzymała się stanowiska WHO i karmiła Małego wyłącznie piersią, to chyba bym własne dziecko zagłodziła.

Jeśli chodzi o moment zaprzestania karmienia piersią – to też jest bardzo indywidualna decyzja. Jednak często matki z niewiadomych przyczyn znacznie przedłużają okres karmienia, mimo iż dziecko tak naprawdę wcale nie potrzebuje ich mleka. Mnie osobiście dziwią takie sceny, kiedy dziecko w wieku dwóch lat, z pełnym uzębieniem, chodzące i mówiące nadal ssie pierś matki. Tego rodzaju bliskość jest właściwa dla symbiotycznej fazy relacji matki z dzieckiem. Kiedy dziecięca indywidualność zaczyna się wyłaniać, należy pozwolić dziecku się oddalić. A ta wyjątkowa bliskość? Można ją zastąpić przytulaniem, głaskaniem, rozmową, zabawą. Zresztą, karmienie z butelki może być równie przepełnione czułością, co karmienie piersią, a matka karmiąca dziecko mieszanką (czy z wyboru, czy z konieczności) nie jest wcale gorszą matką.

JAK CZĘSTO KARMIĆ? CZY KARMIĆ NA ŻĄDANIE, CZY O OKREŚLONYCH PORACH?

Jest to dylemat, z którym zmaga się wiele początkujących mam. Nasze dziecko, które jest zupełnie nowym i nieprzewidywalnym (przynajmniej na początku) istnieniem, wymaga od nas uważnego słuchania i intuicji, które z czasem pomogą nam zrozumieć i poprawnie odgadywać jego potrzeby. Jednak na początku większość z nas nie wie, co zrobić. W szpitalu każą nam karmić dziecko co 2 godziny i budzić dziecko do karmienia. Z drugiej strony inne osoby mogą nam powtarzać: „Przecież śpiącego dziecka się nie budzi”. I co tu zrobić? Moim zdaniem, należy dostosować pory karmienia do stopniowo wyłaniającego się rytmu dobowego dziecka. W praktyce i tak na początku karmimy dziecko co dwie godziny. Mi bardzo pomagało zapisywanie każdego karmienia przez pierwszych kilka tygodni. Po pewnym czasie zauważyłam, że Mały sygnalizuje głód o dokładnie tych samych porach. Dzięki temu wyłonił się pewien schemat, który utrzymywał się przez około 4 miesiące. Potem, tak jak wspomniałam, wprowadziłam pokarmy stałe (też mniej więcej o tych samych porach). Moim zdaniem regularność posiłków jest dobra zarówno dla dziecka (daje poczucie bezpieczeństwa), jak i dla matki (można sobie zaplanować dzień). Oczywiście, jeśli dziecko jest wściekle głodne godzinę wcześniej niż zwykle, to nie głodzimy go przetrzymując do naszej stałej pory 😉

KIEDY I JAK ODSTAWIĆ DZIECKO OD PIERSI?

To pytanie zaczęło się kołatać w mojej głowie już jakiś czas temu. Zauważyłam, że często myślę: „On już się staje powoli za duży na karmienie piersią”. Dostrzegłam też u siebie znużenie i zmęczenie, a nawet zniecierpliwienie karmieniem, które ostatnio było bardzo częste. Mój synek domagał się „cyca” od 2 – 4 razy w nocy i kilka razy w dzień. W okresie ząbkowania lub intensywnego rozwoju domagał się jeszcze częściej. Nieprzespane noce i wypłukanie organizmu z wapnia dało mi się mocno we znaki. Mimo, iż te chwile, kiedy mały ssak przytula się i patrzy w oczy są naprawdę cudowne, powoli zaczynałam mieć dosyć. Czasami po prostu mama chce mieć święty spokój…

Nie wiedziałam jednak, kiedy i jak zakończyć karmienie, żeby nie zaszkodzić ani synkowi, ani sobie. Kiedy zaczęłam się z bliska przyglądać tematowi odstawiania (brzmi jak wysyłanie dziecka na odwyk… i chyba czasami tak to wygląda 😉 ), to pojawiły się nowe pytania.

SKĄD MAM WIEDZIEĆ, KIEDY JEST DOBRY MOMENT NA ODSTAWIENIE?

Moim zdaniem, żeby móc odstawić dziecko od piersi musi być spełnionych kilka warunków koniecznych. Po pierwsze – dziecko musi umieć pić z butelki. Nasz synek od samego początku był przyzwyczajany do butli (zdarzało mi się i zdarza wychodzić z domu bez niego 😉 ) i dzięki temu bez trudu zaakceptował zmianę „cycusia” na butelkę. Ponadto ważne jest, żeby dziecko znało i lubiło smak mleka modyfikowanego. Każdy z was, kto kiedykolwiek spróbował mieszanki dla niemowląt wie doskonale, jak ohydny ma ona smak. Na szczęście, dzieciom na ogół smakuje. Nasz synek zaakceptował piąte z kolei mleko (odrzucał wcześniej m.in. Bebiko, NAN, Bebilon) – Hipp Combiotik 3. Jest jeszcze jeden warunek, z którym niektóre z Was mogą się nie zgodzić – czyli obecność życzliwej, akceptowanej przez dziecko i kompetentnej osoby, która pomoże nam przejść przez proces odstawiania.

Kiedy już powyższe warunki zostaną spełnione, dziecko – TEORETYCZNIE – jest gotowe. Jednak to wszystko jest dużo bardziej złożone. Do całego obrazu należy dodać kwestie psychologiczne (aktualna faza rozwoju emocjonalnego) i czysto biologiczne (np. wspomniane już ząbkowanie czy choroba). U nas było tak – jeszcze niedawno, kiedy już myślałam o odstawieniu, ale nie byłam całkowicie tego pewna, miałam wrażenie, że nasz synek jest zbyt mały i zbyt zależny ode mnie, żeby móc go ukochanego „cycusia” pozbawić. Dlatego czekałam na odpowiedni moment i – nie ukrywam – pretekst. Dla niektórych mam takim pretekstem są np. kolejne ząbki i zwyczaj podgryzania piersi przez dziecko (mój Maluch na szczęście tego nie robił). Dla innych (tak jak i dla mnie)- szeroko pojęte naciski z zewnątrz czy tzw. wyższa konieczność – pójście do pracy, choroba i konieczność przyjmowania leków zabronionych podczas karmienia, nagły wyjazd. U mnie, oprócz pretekstu, który mnie tylko utwierdził w decyzji o odstawieniu, rolę odegrały dwa czynniki. Po pierwsze – zmęczyła mnie rola bycia „tą od cyca”. Kilka tygodniu temu zauważyłam, że mój Synek zwraca się do mnie per „tsytsa” i wskazuje palcem na dekolt, natomiast „mama” nie bardzo przechodzi mu przez usta 😉 Bycie „tsytsa” zaczęło mi już trochę doskwierać. Po drugie – i najważniejsze – nasz synek przeszedł niedawno ostatni w swoim pierwszym roczku skok rozwojowy, ogromny i bardzo ważny krok w stronę niezależności – czyli zaczął uczyć się chodzić. Jeszcze sam nie stawia kroków, ale trzymany za rączki pokonuje już całkiem spore dystanse. Potrafi też stać sam i sam decydować, czym chce się bawić i dokąd chce pójść. Zaczął mieć również wyraźne poczucie humoru i własne zdanie! Kiedy to zauważyłam, wiedziałam już, że muszę i chcę pozwolić mu trochę odejść, czyli pomóc pożegnać ukochanego cycusia. Dzięki temu możemy zbliżyć się do siebie jako dwoje coraz bardziej odrębnych istnień… A to jest naprawdę bardzo fajne!

CO BĘDZIE DALEJ PO ODSTAWIENIU?

Tego jeszcze nadal nie wiem. Jesteśmy w trakcie. Już dwie doby bez karmienia. Na razie czuję się dobrze (choć piersi moje przypominają głazy), a Mały – o dziwo – nie dopomina się o „tsytsa”. Nasz synek spędza teraz trochę więcej czasu ze swoim tatą, tymczasowo wyniosłam się do drugiego pokoju, żeby w nocy nie złamać się i nie karmić Malucha piersią. Całe szczęście, moje chłopaki świetnie sobie razem radzą. A ja mogę się cieszyć byciem wyspaną i zadowoloną mamą, która ma teraz więcej energii na wszystko!

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

W końcu porządnie się najeść…

W końcu porządnie się najeść…

Do dzisiejszego wpisu pasuje mi ten kawałek (z przymrużeniem oka, oczywiście 😉 ):

Każda mama, zwłaszcza ta na przymusowej diecie, marzy o tym, żeby w końcu porządnie się najeść. Mnie się to wczoraj udało. Miałam już serdecznie dość kaszy jaglanej, brązowego ryżu, warzywek i przetworów sojowych. Szczerze mówiąc, wszystko co sojowe jest dla mnie obrzydliwe. Śmierdzi. Ma paskudny smak. Kawa z mlekiem sojowym smakuje równie „pysznie” jak kawa z olejem rybnym. A serek tofu? Dla mnie – „to FUUUUU”! Po kilku tygodniach przerwy w jedzeniu mięsa, zamarzyłam o porządnym mięsnym obiedzie. Miałam ochotę na trzy rzeczy: ziemniaki, buraki i schab. Pasuje doskonale, prawda? Niestety, kotlety schabowe odpadają, bo jak zrobić panierkę bez jajek? Postanowiłam więc zrobić schab pieczony, który zresztą uwielbiam.

A oto przepis na mój obiad – Schab pieczony z czosnkiem i morelami, podany z puree ziemniaczanym i burakami w sezamie:

Składniki:

– 500 g schabu bez kości, pokrojonego w plastry

– 1,5 kg ziemniaków

– 0,5 kg buraków

– sól, przyprawa do mięs (ja użyłam oczywiście mojej greckiej przyprawy do musaki)

– 3 ząbki czosnku

– oliwa z oliwek

– 10 suszonych moreli

– garść ziarenek sezamu

– masło (może być też margaryna lub masło roślinne)

– mąka ziemniaczana i 2/3 szklanki wody


Sposób przygotowania:

Rozgrzewamy piekarnik do około 200 stopni. Na dno naczynia żaroodpornego wylewamy trochę oliwy z oliwek (tak, żeby zakryć dno). Na oliwie układamy kawałki mięsa (mogą się stykać). Przetykamy je pokrojonymi ząbkami czosnku i kilkoma morelami. Wierzch pocieramy rozkrojonym ząbkiem czosnku, posypujemy solą i przyprawą do mięsa. Na każdym kawałku układamy po jednej moreli. Przykrywamy naczynie i wkładamy do piekarnika. Mięso powinno się piec około 1 – 1,5 godziny.

Na ok. 45 minut przed wyjęciem mięsa z piekarnika obieramy buraki i ziemniaki. Ziemniaki gotujemy aż zmiękną. Buraki trzemy na tarce (na grubych oczkach). Na dużej patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy buraki i chwilę smażymy (ok. 10 minut), cały czas mieszając. Dodajemy roztwór mąki ziemniaczanej i wody. Podsmażamy jeszcze ok. 5 – 10 minut. Na koniec dodajemy garść ziaren sezamu i mieszamy. Ugotowane ziemniaki gnieciemy z dodatkiem masła. Ci, którzy mogą, niech dodadzą jeszcze odrobinkę mleka, wtedy puree będzie jeszcze bardziej aksamitne. Aha, takie buraczki w oderwaniu od całości świetnie nadają się na przystawkę.

Wyciągamy mięsko z piekarnika i… gotowe. Niebo w gębie. Po takim obiedzie koniecznie wypijcie szklankę rumianku albo mięty 🙂

Smacznego dnia Wam życzę. Wiosna sobie na chwilę gdzieś poszła, ale nie martwcie się, wróci i to pewnie ze zdwojoną siłą!

Mamoreksja

Mamoreksja

MAMOREKSJA – inaczej matczyny głód – jest to jednostka chorobowa nieklasyfikowalna w żaden sposób. Warunkiem wystąpienia jest posiadanie małego, karmionego piersią dziecka. Objawy: bladość, podkrążone oczy, chroniczne niewyspanie i … przeraźliwa chudość wynikająca ze skrajnego zagłodzenia.

Najcięższe zanotowane przypadki mają w domu małych alergików. Jednym ze znaków rozpoznawczych chorej jest nieobecne spojrzenie, kiedy pytamy, co słychać. Zazwyczaj taka mamorektyczka odpowiada „Wszystko w porządku”, ale w jej głowie dźwięczy jedno: „CZEKOLAAADAAA!!!” (lub po prostu „JEEEEŚŚŚĆĆĆĆ”). Myślicie, że to śmieszne, haha, też mi się tak wydawało. Jednak wcale takie śmieszne to nie jest. Jest straszne.

Kilka dni temu pediatra stwierdził, że pewne objawy występujące u mojego dziecka, mogą być wynikiem skazy białkowej. Rzecz jasna, żeby to sprawdzić, musiałam od razu przejść na dietę. Bezmleczną i bezjajeczną. No bez jaj! Dla mnie – Chronicznego Nabiałożercy – jest to prawdziwy horror. Mój codzienny jadłospis do tej pory zawierał owsiankę na mleku (z figami, migdałami, nerkowcami, bananami), kawę z mlekiem, białe pieczywo z masłem i serem (dużo! dużo! masła i dużo!dużo! sera). Do obiadu zawsze sos na bazie śmietany i SERA. Czasem naleśniki, pierogi, makarony (zrobione m.in. z jajek przecież…) etc. Poza tym co kilka dni jajka. W ramach przekąski – Danio waniliowe. W tzw. międzyczasie – moje ukochane muffinki, a w ich składzie jogurt, masło, jajka. Po tym, jak lekarz zalecił dietę, złapałam się za głowę. „I co ja mam teraz jeść?”. Tak czy siak chodzę głodna, bo dzieciątko tyle energii wraz z mlekiem wysysa, że apetyt mam ogromny. Ciągle mi mało. Do tej pory podjadałam co popadło, z czekoladą włącznie. Teraz nie wolno mi czekolady, z wyjątkiem gorzkiej, której nie lubię. Postanowiłam jednak nie rozpaczać zbyt długo, tylko porządnie zbadać grunt i przystąpić do zmiany przyzwyczajeń. Zaczęłam od zakupu masła roślinnego i woreczka kaszy jaglanej. Potem zasiadłam przed komputerem i postanowiłam poszukać przepisów i porad. Dowiedziałam się, że z taką dietą da się żyć. Zawsze może być gorzej – może być do tego dieta bezglutenowa i wtedy się zaczyna jazda. Póki co – jest świetnie. Dowiedziałam się, że kupując pieczywo muszę dokładnie sprawdzać jego skład. Koniec z białymi bułeczkami z sezamem. Śmierć drożdżóweczkom. Kawa od dziś bez mleka lub z mlekiem sojowym (bleh!). Jakby fakt, że jest bez kofeiny nie wystarczył…

W związku z dietą, mój dzisiejszy jadłospis wyglądał tak:

Na śniadanie owsianka na wodzie, wrzuciłam dwa ciasteczka Digestive (w składzie brak wrogich substancji, więc odetchnęłam z ulgą), do tego tak jak zwykle – garść migdałów i nerkowców oraz posiekana suszona figa. Banana dziś odpuściłam. Do tego Ricore bez mleka. Nie było najgorzej. Owsianka szczerze mi smakowała.
Na drugie śniadanie dwie kromki chleba tzw. rosyjskiego pytlowego (bez jajek, mleka czy masła w składzie) z wieprzową szynką i czerwoną papryką.
Na obiad kasza jaglana z groszkiem i sosem pomidorowym. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było naprawdę pyszne… A może ja już tak bardzo głodna jestem. Właśnie, jedną z cech charakterystycznych mamorektyczek jest jeszcze rzucanie się na jakiekolwiek jedzenie (jeśli już im coś wolno jeść).

Po południu widziałam się z przyjaciółką. Umówiłyśmy się pod kinem Atlantic i to był błąd. Tam jest Coffee Heaven… Mogłam jedynie spojrzeć tęsknie w tamtą stronę i ciężko westchnąć. „Kiedyś sobie odbiję” – pomyślałam. Poszłyśmy do Bordo na Chmielnej. Ci, którzy znają to miejsce, wiedzą, jak obłędnie tam pachnie jedzeniem. W menu wszystko, ale to wszystko zawiera albo masło, albo mleko, albo jajka. Zamówiłam zieloną herbatkę i, mimo iż spotkanie było bardzo, bardzo miłe, to w głębi duszy łkałam z głodu. Niestety, gwóźdź do trumny dopiero mnie czekał. Weszłyśmy do Marks&Spencer. Na tyłach sklepu jest dość spora część spożywcza. Przyprawy, dżemiki, sosy, oliwy, ciasteczka, cuda – niewidy. Same pyszności. No i pięknie pachnące pieczywo… Drożdzóweczki, bułeczki, czekolada. Obłęd. Po kilku minutach musiałam wyjść i poczekać na świeżym powietrzu, bo mi się w głowie zakręciło. Całe szczęście, dziś było dość chłodno i szybko doszłam do siebie. Po powrocie do domu zjadłam kolejną porcję kaszy jaglanej i ciągle było mi mało.

Na razie jestem w szoku, ale pewnie się przyzwyczaję. „Da się z tym żyć” – tak twierdzą wszystkie mamy będące na diecie z powodu alergii dzieci. Poza tym prędzej czy później albo mały z tego wyrośnie, albo przestanę karmić piersią. Póki co dzięki dziewczynom z zaprzyjaźnionego forum dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek (Asiu, jesteś wielka!) prowadzi fantastycznego bloga z przepisami dla mam poszkodowanych przez los 🙂 Polecam gorąco!

Dbać o siebie i karmić dziecko

Dbać o siebie i karmić dziecko

Tydzień temu byłam u lekarza. Wyjątkowo tym razem pacjentem byłam ja, a nie moje dziecko. Lekarz, endokrynolog, miał za zadanie ocenić mój stan zdrowia. Ciąża i poród pod względem hormonalnym to prawdziwa rewolucja, więc i mojej tarczycy się dostało. Diagnoza: poporodowe zapalenie tarczycy. Była to moja pierwsza wizyta u tego konkretnego lekarza. Niewiele zdań wypowiedziałam podczas tego spotkania. Pan doktor, przemiły człowiek, mówił za nas dwoje. Przytoczył mi wyniki najświeższych sensacyjnych badań, które mówią, iż kobiety z chorobami tarczycy po porodzie częściej niż przeciętni śmiertelnicy doświadczają depresji poporodowej, kończącej się próbami samobójczymi. Super. Nie bardzo wiedziałam, jak mam zareagować na takie rewelacje, więc po prostu słuchałam. Dowiedziałam się, że moja gospodarka hormonalna unormuje się (względnie) w ciągu około roku od urodzenia dziecka. W tym czasie mają prawo mną targać różne emocje. Mam prawo czuć się źle. Mam prawo nie mieć siły i energii na nic. Dobrze wiedzieć! Dobrze mieć usprawiedliwienie dla niechęci do sprzątania 🙂 Poza tym Pan doktor kazał przekazać mężowi, żeby się ze mną nie rozwodził do czasu aż mój organizm wróci do normy. Zapewnił, że powinnam znów być taka, jak dawniej. Tylko ja nie wiem, czy słowa Pana doktora powinny być skierowane akurat do mnie. W sumie nie jest mi źle tak, jak jest teraz. Mam energię, mam dzikiego wręcz powera. Czuję, że mogę wiele ogarnąć. Jestem z tych, co nie bardzo potrafią odpoczywać. Trudno mi wychodzi proste odpuszczanie w zakresie codziennych obowiązków. Staram się tego nauczyć, ale średnio mi idzie na razie.

Najlepsze Pan doktor powiedział na koniec. Stwierdził, że powinnam w najbliższym czasie wyłącznie dbać o siebie i karmić dziecko. Żadne tam sprzątanie, pranie, gotowanie, prasowanie. Zalecił też przynajmniej raz w tygodniu mieć przynajmniej godzinę dla siebie. Co do tego drugiego postulatu – jestem jak najbardziej za i stosuję, oj stosuję 🙂 Jednak to pierwsze naprawdę mnie rozbawiło. Ale że jak?! Jak najbardziej mogłabym tak zrobić, tylko ktoś musiałby opłacić pensję gosposi, która by mnie w pracach domowych wyręczała. Nie należę do tych szczęściar, która mają do pomocy non stop mamę/babcię/ciocię. Jestem zdana na siebie przez calusieńki dzień. Wieczory i weekendy to jest czas świętowania.

Zawsze zastanawiam się, po co matki targają ze sobą pół rodziny przyprowadzając dziecko na szczepienie. W maleńkiej przychodni na Kleczewskiej, gdzie poczekalnia ma wymiary metr na metr, gnieżdżą się babcie, bracia, tatusiowie. Może trochę zazdroszczę, ponieważ o godzinie 11 w dni powszednie po prostu nie ma kto ze mną pójść. Przyzwyczaiłam się do tego, że sama takie rzeczy ogarniam i chyba bym nawet nie wiedziała, co zrobić z taką osobą towarzyszącą. Ciekawa jestem, ile jest takich kobiet, jak ja, których mężowie/partnerzy pracują do 17/18 , które nie mają nikogo do pomocy, ale i tak świetnie sobie radzą. Jesteście tam?

Takie mnie nachodzą myśli pod wpływem spotkania z opisanym powyżej niezwykłym lekarzem: a może by tak trochę wyluzować? Tak, jak pisałam niedawno, spróbować sobie odpuścić? Tak zamierzam dzisiaj uczynić, wstawię tylko babeczki do piekarnika i włączę mój ulubiony ostatnio serial „In Treatment”. Spróbuję dzisiaj nie robić nic, tylko dbać o siebie i karmić dziecko. Ciekawe, czy mi się to uda…

Kwestia biustu

Kwestia biustu

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że nie ma nic prostszego niż karmienie piersią. Obserwowałam karmiące matki i sobie myślałam: „No banał – wystawiasz cyc, podajesz dziecku i już”. Wydawało mi się to proste i naturalne. Odkąd sama jestem matką wiem, jak wielki to mit… Jeśli jesteś matką, której dziecko od razu po przyjściu na świat instynktownie przyssało się do piersi – masz wielkie szczęście. Podobno większość kobiet ma na początku problem z karmieniem. Karmienie jest jedną z najczęstszych bezpośrednich przyczyn baby bluesowej fontanny łez.


Fot. Studio Qropka

Na początek przytoczę historię:

Czołowy warszawski szpital. Cztery kobiety w jednej sali. Dwie z nich mają problemy z karmieniem. Są to kobiety, które pierwszy raz rodziły, czyli nomen omen „pierworódki” (swoją drogą, kto wymyślił takie brzydkie określenie?!) Kilka godzin temu zakończyły poród. Są wykończone. Zbliża się noc, każda z nich, choć hormony jeszcze nie opadły, marzy o tym, żeby zasnąć i odreagować wielkie emocje. Martwią się jednak, że ich dzieci zamiast ssać, wolą spać. Nie wiedzą, czy przyczyną jest temperament dzieci, czy też dzieje się z nimi coś złego… W sumie powinny się cieszyć! Dziecko śpi, odpoczywa po porodzie, który przecież był dla niego równie trudny jak dla matki, a może nawet trudniejszy. Jest to doskonała okazja, żeby i matka mogła odpocząć.

Nastaje noc, do sali wparowuje położna. Podchodzi do jednej z kobiet, zaczyna budzić zarówno ją, jak i jej dziecko.
– Ssie? – pyta.
– Nie – odpowiada zaspana mama. A może powinna powiedzieć tak? Dla świętego spokoju… Ale która „pierworódka” by na to wpadła? Pokarm zaczyna się gromadzić. Piersi powoli stają się ogromne i obolałe.

Dziecko nie chce się obudzić. Położna zaczyna je bujać na wszystkie strony. Kiedy to nie pomaga, zaczyna mocno łaskotać śpiące dziecko po plecach i szczypać w udka. Następnie, kiedy to też nie pomaga, bierze wacik nasączony zimną wodą i przykłada go do twarzy dziecka dziecka. Zaskoczona takimi metodami i przerażona matka próbuje protestować. W odpowiedzi słyszy: „Dzieci muszą ssać! Chyba chce pani dla niego jak najlepiej?!”. Ta odpowiedź zamyka matce usta. Próby budzenia i przystawiania dziecka trwają całą noc. Kolejny dzień i następna noc wyglądają tak samo. Przychodzą kolejne położne. Za każdym razem pakują palec do buzi dziecka, żeby sprawdzić odruch ssania. Matka próbuje im tłumaczyć, że dziecko potrafi ssać, tylko woli spać! Sama próbuje sobie radzić jak tylko może z napływem pokarmu. W trzeciej dobie życia dziecka, matka popada w baby blues. Płacze, bo nie jest w stanie nauczyć swojego dziecka, jak ma ssać. Płacze, bo widzi, że niektórym przychodzi to bardzo naturalnie. Martwi się, że jest coś nie tak z nią lub z jej dzieckiem. Wątpi we własne kompetencje. Personel sugeruje dokarmianie sztucznym mlekiem. Kolejny raz – matka chce jak najlepiej dla dziecka, więc się zgadza. Z bólem w sercu patrzy, jak położna karmi dziecko ze strzykawki przez sondę.

W trzeciej dobie matka z dzieckiem zostają wypisani do domu. Muszą sobie poradzić sami. Muszą się siebie nauczyć. Wracają do domu i wszystko zaczyna się układać. Jest spokojnie, wygodnie, przytulnie, domowo. Szpital nie jest miejscem do nauki karmienia, ponieważ panuje w nim zgiełk, chaos i krwiożercza flora bakteryjna. Poza tym oddalenie od domu oraz sposób traktowania pacjentek przez personel może pogłębiać istniejące już problemy.

Takich historii słyszałam wiele. Zakończenia bywają różne. Niektóre mamy się poddają, bo nie mają wsparcia, nie mają możliwości skorzystania z pomocy poradni laktacyjnej albo zwyczajnie – są wykończone psychicznie.

Chciałabym przedstawić te kwestie dotyczące karmienia piersią, o których nie wiedziałam będąc w ciąży, a które uważam za bardzo ważne:

1. Karmienie piersią nie jest wcale takie proste – dziecko musi się tego nauczyć. Matka też.

2. Na początku karmienie jest bardzo niewygodne. Piekielnie boli kręgosłup. Wypracowanie sobie wygodnej pozycji przy karmieniu wymaga czasu i wprawy.

3. Często bywa tak, że laktacja ma zmienne natężenie. W związku z tym rozmiar biustu może się dość mocno wahać. Zakup stanika do karmienia powinien mieć miejsce dwa razy – tuż po porodzie i w kilka – kilkanaście tygodni po, kiedy laktacja jest już unormowana.

4. Restrykcje dotyczące tego, co wolno jeść a czego nie, są gorsze niż w ciąży. Podobnie z lekami – prawie nic nie można brać. Dzięki temu wiele osób może się wyleczyć z niepotrzebnej lekomanii:-) Z drugiej strony leczenie silnego przeziębienia sokiem malinowym potrafi wlec się w nieskończoność…

5. Podczas karmienia boli brzuch, czasami nawet bardzo – zwłaszcza tuż po porodzie. Wszystko to za sprawą oksytocyny, która wywołuje obkurczanie się macicy (to w sumie bardzo dobrze, dzięki temu brzuch maleje bardzo szybko).

6. Warto też wiedzieć, że baby blues to nie koniec huśtawek hormonalnych. Przy każdym karmieniu dostajemy znów endokrynologicznego kopa. Ten kop odpowiada za to, że w jednej chwili można z nami normalnie porozmawiać, a w drugiej zalewamy się fontanną łez wywołanych rozczuleniem na widok swojego dziecka.

7. Podczas karmienia strasznie, ale to strasznie chce się spać. Winowajcą jest prolaktyna, „hormon łagodności”. Odpowiada za nasz rzewny nastrój i tkliwość, a także za tą nieodpartą ochotę na sen. Nasz mózg krzyczy: „SPAĆ!”. Najlepiej od razu, tu i teraz! W związku z tym polecam ustawić fotel do karmienia tuż przy łóżku. Radzę też, żeby ktoś Was pilnował w czasie nocnych karmień. Mnie się zdarzyło kilka razy przysnąć kamiennym snem i obudzić się z niewyobrażalnym bólem karku. Zawsze można też karmić na leżąco, nie każdy jednak lubi.

Na koniec punkt najistotniejszy. Zanim zostałam matką, nie byłam do końca świadoma tego, jak silna więź łączy matkę z dzieckiem. Dopiero doświadczenie tego na własnej skórze uzmysłowiło mi, jak silne jest to uczucie i jednocześnie uzależnienie. Karmienie piersią dodatkowo pogłębia tę więź. Rozdzielenie na dłuższą chwilę (w moim przypadku ponad 2 godziny) wywołuje tęsknotę z niczym nie porównywalną, wymieszaną z całym spektrum różnych uczuć, których opisać nie jestem w stanie. Tęsknotę tę czuje się w głowie, w sercu i … w piersiach.

Warto już podczas ciąży przygotować się psychicznie na potencjalne kłopoty z karmieniem. Polecam też przemyśleć sobie, co zrobimy, kiedy z jakiegoś powodu karmić naturalnie nam się nie uda. Moim zdaniem, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że bez względu na to, jakie karmienie ostatecznie wybierzemy, będzie dobre dla naszego dziecka. Ja uparłam się na karmienie naturalne i udało mi się. Jeśli jednak karmienie piersią jest dla matki zbyt trudne i decyduje się ona zrezygnować, to jest to lepsze wyjście niż robienie czegoś na siłę. Nie ma nic gorszego niż stres. Zrelaksowana, pogodna i spokojna mama podająca butelkę jest równie dobrą mamą, jak ta, która karmi piersią. Jak już kiedyś wspominałam, uzbrojone w wewnętrzną siłę, optymizm i wiarę we własne matczyne kompetencje, jesteśmy w stanie dać dziecku wszystko, co najlepsze i tym samym cieszyć się z macierzyństwa.

http://www.youtube.com/watch?v=5ppsiKl6udI

Po raz kolejny – trzymam kciuki za wszystkie mamusie!