Category Archives: zdrowie

Pożegnanie.

Pożegnanie.

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy,
Będę dziś bezpośrednia! Znudziło mi się pisanie „w eter”, nie wiadomo w zasadzie do kogo… Ponadto nie mam w sobie już takiej przemożnej chęci dzielenia się sobą z „publicznością”. Czyżbym dojrzała? Wyleczyła się z narcyzmu? Nie wiem. Nie sądzę 😉 Kiedy wiele lat temu zakładałam tego bloga, chciałam się dzielić doświadczeniami ze swojego życia, aby pomagać innym. Drugim celem było też ciągłe ćwiczenie warsztatu pisarskiego. A trzecim – wyrażenie siebie i znalezienie odbiorców, nawiązanie dialogu z ludźmi – z własnej, egoistycznej potrzeby zaspokojenia poczucia samotności. Od wielu miesięcy jednak brakuje mi wyraźnej motywacji i celu w tym wszystkim. Brak mi pomysłu na ten blog. Brakuje mi też odzewu ze strony czytających. Blogów o macierzyństwie jest w tej chwili naprawdę masa, w większości są one identyczne (proszę o wybaczenie – ale taka jest prawda). Rodzice dzielą się zdjęciami, prywatnymi wydarzeniami z życia swoich dzieci, szastają swoim i dzieciaków wizerunkiem na prawo i lewo. Instagram jest pełen otwartych, publicznych kont dziewczyn – blogerek, które raczą ten zły i popaprany świat kilkoma zdjęciami swoich dzieci dziennie. Podobnie jest z samymi blogami – wszystkie te światy Lenek, Leosiów, mojej trójki czy co tam jeszcze, są wystawione na pazury świata i na oczy obcych ludzi. Ja się pytam: PO CHOLERĘ? W czasach, gdy następuje taka eksplozja ekshibicjonizmu, pozbawionego krztyny ostrożności, ja poczułam wielką chęć schowania się. Mój blog zawsze był wyłącznie po to, aby dzielić się przemyśleniami. Nie testowałam tu żadnych produktów, nie pisałam artykułów sponsorowanych. „Prawdziwa blogosfera” nigdy mnie nie interesowała i miałam to po prostu gdzieś. A teraz już zwyczajnie nie chce mi się prowadzić tego bloga.

Jest jeszcze inny powód – staram się ostatnio zmieniać swoje zgubne nawyki, a w szczególności ROZDRABNIANIE SIĘ. Od dziecka miałam tendencję do chwytania tysiąca srok za ogon. Nieskromnie to zabrzmi, ale miałam wiele obiecujących talentów. Niestety, wybór był za duży, zbyt dużo rzeczy na raz chciałam robić i zmarnowałam wiele lat na uganianiu się za czymś ulotnym, za mitycznym zajęciem, które byłoby dla mnie idealne i zaspokoiłoby w pełni moją potrzebę samospełnienia. W takim pędzie tkwiłam wiele lat i teraz jestem na takim etapie, że talentów nie wykorzystałam, mózg mi się zestarzał, ciało też i czuję, że robi się późno. A ja tak naprawdę w niczym nie czuję się na tyle dobra, aby móc się tym pochwalić. Są rzeczy, w których czuję się mocna – pisanie czy szeroko pojęta muzyka. Ale to nie wystarczy. Nie jestem w tym wybitnie dobra – tzn. na pewno nie na tyle, na ile mogłabym być, gdybym więcej czasu i motywacji zainwestowała w skupienie się na jednej rzeczy. Może jest jest jeszcze za późno na odsiewanie niepotrzebnych rzeczy, na pozbycie się kretyńskiego nawyku rozdrabniania się? Ciężko będzie walczyć z czymś, co robiłam całe życie, ale bardzo się staram, uwierzcie mi. Robię wszystko w tym kierunku. Nie wiem, czy osiągnę sukces, ale wiem, że muszę spróbować. Kiedy zamykam oczy i wyciszam się, aby osiągnąć skupienie, powtarzam sobie dwa zdania „LET GO” – skierowane do niepotrzebnych myśli, które zabierają mi energię, a także „LESS IS MORE” – czyli motto minimalistów. Staram się też zwalniać tempo – tak ogólnie. Po to, aby energię mieć w sobie, a nie wytracać ją na zewnątrz. Czym się zajmę? Na czym się skupię? Na pewno na dzieciach – to jasne jak słońce. Ale przecież poza spełnieniem w roli matki i żony czuję w sobie wielki głód bycia sobą. Sobą – tą Magdą z dawnych lat, w której piosenki wzbudzały dreszcze, która tańczyła w deszczu i dużo się śmiała. Porzuciłam swoje ja w ostatnim czasie. Zdusiłam swoje pragnienie samorealizacji. Depresja maczała w tym palce, to pewne. Ale przede wszystkim – ja jej na to pozwoliłam. Dlatego piosenki z dawnych lat zamiast mnie cieszyć, smucą mnie. Dlatego płakać mi się chce, gdy myślę, co mogłabym już osiągnąć, gdybym odpowiednio wcześniej się na tym skupiła. Tamta Magda, ta radosna, spontaniczna dziewczyna – ona musi wrócić. Nie chcę widzieć już w lustrze oczu starej kobiety.

Po tym wstępie chcę Wam powiedzieć, że ostatecznie zaprzestaję pisania tego bloga. Nie usuwam go, bo mam sentyment do tego, co tu wypisywałam, jest to kawał mojego życia i wiem, że zdarza się niektórym osobom jeszcze tutaj zaglądać. Jednak jeśli miałabym stworzyć coś nowego, to nie będzie to już NieTylkoMama. Zamiast szukać relacji z ludźmi w czeluściach anonimowego internetu, poszukam szczęścia w tej kwestii w realnym świecie, poza domem. A co do pisania, na pewno nie przestanę. W końcu jest to coś, co kocham. Tylko, że prawdziwe pisanie to jest ciężka praca i sam talent nie wystarczy. Dużo poświęconego czasu, rutyna, wysiłek, frustracja i zwątpienie – to główne części składowe procesu twórczego, gdy piszący wyznacza sobie jakiś większy cel. Zrywy natchnienia, błysk w oku i przygryzione z emocji wargi – to tylko niewielkie, acz bardzo przyjemne aspekty pisania. Ja się z tym powoli godzę i jestem gotowa się z tym zmierzyć.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Cierpliwości, akceptacji, samoakceptacji, dystansu do siebie i świata. Bądźcie wdzięczni losowi za wszystko, co macie, bo to jest droga do poczucia spełnienia 🙂 Do zobaczenia kiedyś, gdzieś!

(Sheryl Crow – „Tommorow Never Dies”)

312801_2228540626580_134404720_n

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Witajcie Kochani,
Piękną wiosnę dziś mamy. Minione tygodnie to była prawdziwa pogodowa huśtawka. Muszę przyznać, że w ciąży nie przeżywam tak mocno zmian w pogodzie jak w stanie „normalnym”. Może dlatego, że w ciąży mam dużo lepsze ciśnienie niż zazwyczaj. Zwykle mam trupio niskie, a w ciąży idealne: 110/70. A może też dlatego, że jestem mocno skupiona na sobie i wahania pogodowe tak bardzo mnie nie obchodzą 😉

(MØ – „Pilgrim”)

To niesamowite, jak czas pędzi. To już 25 tydzień ciąży. Za chwilkę kończy się drugi trymestr. Trymestr najlepszy, najlżejszy jeśli chodzi o objawy i chyba najspokojniejszy. Oczywiście, ma swoje wady, rosnący brzuch rozwala mi kręgosłup, rwa kulszowa daje o sobie znać i przywala w najmniej odpowiednich chwilach. Na przykład wieczorem, gdy czytam Synkowi książkę. Ostatnio zakochaliśmy się w Neli Małej Reporterce i pochłaniamy już trzeci tom jej przygód. Któregoś wieczoru czytaliśmy sobie spokojnie. Kiedy chciałam wstać i odłożyć książkę, nagle: TRACH! Rwa dorwała. Nie mogę się ruszyć. W absolutnie żadną stronę. Ból rozsadza pośladki. Mój mąż musiał zabrać Synka, a ja próbowałam wstać. Zajęło to dłuższą chwilę. Nic przyjemnego. Do tego wielki brzucho uciska wszystko. Uciska żyłę główną – mam żylaki. Uciska żołądek – mam koszmarną zgagę i refluks. No po prostu czad… Poza tym wszystkim jestem marudzącą, przewrażliwioną, nieznośną, zapominalską księżniczką. Szczerze współczuję mojemu mężowi, że musi to znosić. Na szczęście on sobie z tym dobrze radzi.

Poza tym wszystkim, drugi trymestr jest fajny. Jeszcze w miarę dobrze się śpi. Melisa wypita na noc, stopery do uszu (bo jestem przewrażliwiona także na hałasy) i zasypiam w ciągu dwóch sekund. Mam kolorowe, zwariowane, ekscytujące sny. Rano budzę się wypoczęta. Jeszcze jestem na tyle lekka (na razie przybrałam 7 kg), że poruszam się w miarę zgrabnie. Czuję się kobieco, bo mam bujne włosy. Pożegnałam się z przetłuszczonymi strąkami, które towarzyszyły mi w pierwszym trymestrze. No i do tego ten absolutnie imponujący biust! Ach, gdyby mógł taki zostać na zawsze 😉 Niestety, mam w pamięci to, co się dzieje z biustem po odstawieniu Malucha od piersi, więc… staram się za bardzo nie przywiązywać do tych królewskich kształtów.

Uwielbiam ciążowy „instynkt gniazdowania”. Ten pęd do porządkowania, segregowania, pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Dzięki temu czuję, że zmieścimy się w naszym małym mieszkanku. Zrobimy mały remont i wszystko będzie jak trzeba. Te przestrzenno – porządkowe kombinacje dają mi poczucie spokoju. Moja walizka do szpitala jest już w 2/3 spakowana. Czekam… Doczekać się nie mogę!

DSCN0221

W tej ciąży dbam jeszcze bardziej o swoje ciało niż poprzednio. Za pierwszym razem smarowałam się preparatami przeciw rozstępom i przez całą ciążę nie pojawiło się nic. Dopiero, o zgrozo, kilka kresek wyskoczyło po porodzie. I to w dziwnym miejscu – bo nad kolanami (że co??). Teraz na mojej łazienkowej półce stoją następujące specyfiki:

TWARZ:
– płyn micelarny Lirene
– pianka oczyszczająca Iwostin Purritin
– krem Iwostin Purritin Rehydrin
– żel punktowy Iwostin Purritin
Trzy powyższe poleciła mi pani dermatolog na moje problemy z cerą. Do tego zrobiła mi mazidło na bazie cynku i siarki, bezpieczne dla kobiet w ciąży. Nie jest idealnie, ale za to jest o niebo lepiej.

DŁONIE:
– olej arganowy nakładany na opuszki i płytkę paznokci
– krem do rąk Garnier
– odżywka do paznokci Eveline 8w1

WŁOSY:
– olej kokosowy – nakładany co drugi dzień na całe włosy i skórę głowy, przed myciem. TOTALNA REWELACJA
– na zmianę dwa szampony – Head& Shoulders cytrusowy i miętowy Nivea

CIAŁO:
– Nogi: żel do zmęczonych nóg dla kobiet w ciąży Efektima
– Brzuch, uda i pośladki: na zmianę olej kokosowy (ten zapach, cudo!) oraz Palmers’ Massage Lotion for Stretch Marks
– Ramiona: niezawodna i ukochana Mixa (balsam dla skóry suchej i bardzo suchej) na zmianę z olejem kokosowym
– Biust: do tej pory miałam krem do biustu Lirene dla kobiet w ciąży, a wczoraj kupiłam inny, firmy Efektima i UWAGA przestrzegam: śmierdzi jak stara szmata, na którą nasikał kot. Serio.

Pamiętajcie, żeby uważnie stosować kosmetyki w pierwszym trymestrze. Z powyższych zupełnie bezpiecznie można używać od samego początku oleju kokosowego oraz Palmersa. Olej kokosowy zamawiam na stronie Biotanic.pl. Mają tam także doskonałej jakości olej arganowy.

Obiecuję pisać więcej o ciążowych produktach, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może skorzystacie 🙂

Pozdrawiam Was gorąco, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dziś nie będę się wymądrzać. Nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Skupię się więc na lekkich tematach. Cieszy mnie zbliżająca się wiosna! Cieszą mnie ruchy Maleństwa w brzuchu. Cieszę się także tym, że od paru tygodniu ustąpiły mdłości i mogę w końcu jeść, znów cieszę się różnymi smakami i odkrywam w sobie nowe pokłady cierpliwości do gotowania.

(Christina Aguilera – „Save me from myself”)

Wczoraj spędziłam cały dzień w domu – gotując, sprzątając, zmywając (to ostatnie niedługo się skończy, bo za ok. 2 miesiące w naszym domu zamieszka zmywarka i wtedy oszaleję ze szczęścia!). Czułam się sfrustrowana i zła przez to siedzenie w domu, ale za to udało mi się zrobić pyszny obiad i deser. Chciałabym się z Wami podzielić tymi „osiągnięciami” 😉 Chyba nie mam gdzie wyżyć się twórczo, więc wymyślam przepisy. Wczoraj powstał przepis na pieczone żeberka, mój własny! Jestem z niego dumna, bo wyszło pysznie i dlatego chcę się nim podzielić. Przepis na babeczki zaczerpnęłam z książki „Fotografia Smaku” Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego.

Jeśli chodzi o żeberka, to najważniejsze jest zdobycie naprawdę dobrego, świeżego mięsa. Od pewnego czasu w ogóle nie kupuję mięsa w marketach. To nie jest mięso, to jest jakiś dziwny syf. Warto się dobrze rozeznać i znaleźć w swojej okolicy naprawdę dobry sklep z mięsem. Takie sklepy najczęściej można znaleźć na bazarkach, np. pod Halą Mirowską. Oczywiście, zdarzają się wyjątki: kiedyś zakupiłam mięso na bazarku przy Włościańskiej i potem bardzo, bardzo chorowałam. Na szczęście przyjaciółka poleciła mi inne miejsce i teraz tylko tam robię zakupy. Mój sklepik znajduje się na Żoliborzu, jest mały i niepozorny. W tej brązowej budce znaleźć można naprawdę wyjątkowej jakości mięso. Właściciel jest niezwykle uprzejmy. Można u niego nawet zamówić coś telefonicznie, jeśli jest taka potrzeba (np. kaczkę lub gęś albo wątróbki cielęce). Tak to właśnie powinno wyglądać! Kiedy ma się już naprawdę dobre mięso, to można sobie coś dobrego wyczarować.

NIETYLKOMAMOWY PRZEPIS NA PIECZONE ŻEBERKA:

UWAGA: mięso najpierw trzeba przez 12 godzin marynować w lodówce. Potem czas przygotowania wynosi ok. 2,5 godziny.


Składniki:

– Świeże żeberka (dwa długie pasy, ok. 30-40 cm)

Na marynatę:
– 3 łyżeczki musztardy miodowej
– Duża łyżka miodu
– 3 łyżeczki przyprawy miodowej do żeberek (Prymat)

Na sos:
– 2 łyżki masła
– Biała cebula: 1 mała lub pół dużej
– 3/4 szklanki wody
– 1/4 szklanki sosu sojowego jasnego
– 1/8 szklanki whisky
– 1/4 łyżeczki ostrej papryki w proszku
– 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Sposób przygotowania:

Żeberka pokroić na kawałki (6-7 cm). Posolić, posypać przyprawą do żeberek, wszystko dobrze wsmarować w mięso. W szklance wymieszać musztardę z miodem. Powstałą marynatą dokładnie wysmarować mięso. Żeberka ułożyć w misce, przykryć folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki (na ok. 12 godzin). Na ok. 2,5 godziny przed podaniem obiadu: przygotować dużą patelnię, rozpuścić w niej 2 łyżki masła. Na roztopione masło wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Wlać odrobinę wody i ułożyć na patelni mięso. Krótko wszystko razem smażyć (oczywiście, mięso po obu stronach). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Podsmażone żeberka (bez cebuli i bez sosu) ułożyć w naczyniu żaroodpornym, skropić oliwą z oliwek. UWAGA: Nie wyrzucać tego, co zostało na patelni! Żeberka piec najpierw przez godzinę w bez przykrycia (po ok. 30 minut z każdej strony), a potem przykryć i piec jeszcze przez godzinę.

Sos: Na małym ogniu podgrzać to, co zostało nam ze smażenia żeberek na patelni. Dolać wodę (3/4 szklanki), sos sojowy, whisky i ostrą paprykę. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z ognia. Następnie przecedzić sos przez sitko na małą patelnię. Cebulę wyrzucić (albo spożytkować inaczej, wg własnego uznania). Przed podaniem żeberek sos podgrzać i zagęścić mąką ziemniaczaną.

Danie można serwować np. z kluskami śląskimi i sałatą (u nas była to roszponka).
Smacznego!

IMG_20150307_143412

A teraz deserek! 🙂
Uwielbiam proste przepisy typu zamieszać/zagnieść, wstawić do piekarnika i siup: gotowe! Dlatego jak zobaczyłam przepis na babeczki Zofii Nasierowskiej to aż podskoczyłam ze szczęścia. Proste, wręcz banalne, kruche babeczki, które można dowolnie udekorować – no, marzenie 🙂 W przypadku tego przepisu ważne jest, aby ciasto zagnieść minimum 24 godziny przed upieczeniem babeczek. U nas połowa ciasta została upieczona po 24 godzinach, a druga po pięciu dniach – z kruchym ciastem tak można!

A oto przepis z książki „Fotografia Smaku”, odrobinę przeze mnie zmodyfikowany:

BABECZKI Z BITĄ ŚMIETANĄ I KONFITURĄ (lub dowolnym wybranym dodatkiem)

Składniki:

– 300 g mąki
– 300 g masła
– 100 g cukru pudru
– 3 żółtka
– śmietanka kremówka lub dowolny krem
– konfitura
– co tam jeszcze chcecie 🙂

Sposób przygotowania:

Mąkę, masło, cukier i żółtka zagnieść na jednolitą masę (UWAGA: dodam od siebie, że na początku ciasto potwornie się klei – ja dodawałam mąki, szczypta za szczyptą, jednocześnie wyrabiając ciasto – aż do skutku). Włożyć ciasto do lodówki nawet na parę dni (ja owinęłam wałki folią aluminiową i włożyłam do lodówki). Z ciasta uformować podłużne wałki (o średnicy ok. 3 cm). Odcinać plasterki grubości ok. 2 cm, wkładać do foremek (ja piekłam babeczki w formie do muffinek, w papilotkach) i wykleić palcami. Piec przez ok. 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Udekorować można dowolnie. Ja ubijałam kremówkę z cukrem pudrem i Śmietan – Fixem (żeby się lepiej trzymała), na górę wrzuciłam wisienkę (konfitura Łowicz się kłania) i wszystko posypałam cukrową posypką.

Proste? Proste! A jakie pyszne 🙂

IMG_20150307_203057

Jeszcze raz: SMACZNEGO, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was postanowiłam dzisiaj przedstawić moje poglądy dotyczące wychowywania dzieci. Jest to ogromny temat, w związku z którym mam bardzo wiele przemyśleń. Od razu zaznaczam, że nie czuję się w tej kwestii żadnym autorytetem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia i zasady, którymi staram się kierować. Oczywiście, jak to w życiu, rezultaty bywają nieprzewidziane – bo dziecko to nie plastelina, tylko twór niezwykle tajemniczy, który żyje własnym życiem 😉 Żarty żartami, ale prawda jest taka, że nawet jeśli rodzic staje na rzęsach, by dobrze i mądrze wychować młodego człowieka, może się okazać, że odniesie porażkę. Nie wiadomo, czy to geny, czy wpływ środowiska rówieśniczego/szkolnego potrafią pokrzyżować plany rodziców. Jedno jest pewne – gwarancji nie ma… Jednak dobry rodzic nigdy, przenigdy się nie podda.

(Lauryn Hill – „Zion”)

Na początku chciałabym zaznaczyć sprawę najważniejszą – nie toleruję żadnej formy kar fizycznych wobec dzieci. Jest to dla mnie zupełnie oczywiste i nie zamierzam do tego wracać. Nadrzędnymi zasadami, którymi kieruję się w procesie wychowywania mojego syna są: szacunek do dziecka, słuchanie go, dogłębne analizowanie jego emocji (w większości przypadków wyrażanych zupełnie nie wprost) oraz aktywne zaangażowanie w jego świat, do którego mnie (a w zasadzie nas – rodziców) zaprasza. Tematem na osobny wpis będzie przy okazji zagadnienie dotyczące tego, czy da się być zaangażowanym rodzicem, gdy pracuje się od rana do wieczora. Obiecuję Wam, że napiszę parę słów na ten temat – nie w najbliższym czasie, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

A teraz do rzeczy – od początku. Podobnie jak wiele kobiet, które znam, zanim urodziłam swoje pierwsze dziecko myślałam w sposób bardzo idealistyczny. Myślałam: „Nigdy nie podniosę głosu na swoje dziecko. Zawsze będę cierpliwa. Nigdy nie zastosuję szantażu emocjonalnego. Nie okłamię go.” Tak… Teraz, znając już realia życia z dzieckiem wiem jedno – te wszystkie wyidealizowane stwierdzenia nijak mają się do rzeczywistości. Zaręczam, że nieraz każda matka traci cierpliwość, podnosi głos, stosuje umiarkowany szantażyk emocjonalny (gdy w grę wchodzi tzw. „wyższa konieczność”) oraz ściemnia, gdy zachodzi taka potrzeba (też – podobnie jak w przypadku szantażyku – dla dobra dziecka). Wszystkie idealne mamuśki, które właśnie się oburzyły zachęcam do zaniechania dalszego czytania tego wpisu, bo się nie dogadamy.

20140813_125712

Po czterech latach bycia rodzicem – zaangażowanym po uszy, kochającym do bólu i bardzo świadomym – mam już dość mocno ukształtowany pogląd na to, co jest ok, a co nie. Zjawisko, któremu chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę uwagi, to osławione „bezstresowe wychowanie”. Jest to pojęcie używane dość powszechnie przez internautów. Pojawia się licznie w komentarzach pod artykułami dotyczącymi przestępczości wśród dzieci i młodzieży. Często jest przedstawiany przez komentujących jako gorsza alternatywa w stosunku do surowego wychowania, nie stroniącego od kar cielesnych. Ludzie bardzo często piszą „No i oto są skutki bezstresowego wychowania. Mnie ojciec lał i wyszedłem na ludzi”. Moim zdaniem, zarówno kary cielesne, jak i bezstresowe wychowanie, są to modele wychowawcze ogromnie krzywdzące. Bijąc – wychowujemy dziecko pełne strachu i skumulowanej wewnątrz agresji. Nie wychowując wcale (jak w przypadku rodziców wychowujących bezstresowo, nadmiernie przyzwalających) – tworzymy dzieciaki nie znające granic, rozhamowane, rozpuszczone i zwyczajnie nie ukształtowane. Co więcej – te dzieci nie znają życia, nie szanują rodziców i potem nie potrafią uszanować innych autorytetów (np. nauczycieli). Jestem zwolenniczką podejścia wychowawczego, w którym dziecko jednocześnie czuje się kochane, szanowane i słuchane, a z drugiej strony ma respekt względem rodziców i zaufanie do nich, a także wiarę, że jednak rodzic „wie lepiej” i jest dla nich autorytetem. Oczywiście, wszystko to wywala się do góry nogami w okresie dojrzewania, ale wierzę, że ciężka praca nad dobrym wychowaniem w dzieciństwie, potrafi przynieść dobre owoce po przejściu burzy czasu nastoletniego.

Niezmiernie ważną zasadą panującą w „moim” modelu wychowawczym jest stanowcze rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka. Jeśli wychowujesz dziecko jako swojego kumpla/partnera – to tutaj zrozumienia nie znajdziesz. Rodzic to rodzic, musi mieć u dziecka autorytet, zbudowany na bazie zaufania i szacunku. Podejście „kumplowskie” zaciera granice potrzebne do ustanowienia i respektowania podstawowych zasad wychowawczych. Jeszcze gorsze od tego jest „odwrócenie ról”, kiedy to dziecko staje się opiekunem/wybawicielem/pocieszycielem rodziców. To wielka krzywda dla dziecka i bardzo patologiczna sytuacja, o której nie będę się tutaj rozpisywać. Jeśli chodzi o prawidłowe rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka, to nie jest to łatwe – zresztą – oczywista oczywistość – NIC W RODZICIELSTWIE NIE JEST ŁATWE! Wychowywanie dziecka wymaga wysiłku i przekraczania samego siebie. Oczywiście, często są takie sytuacje, gdy nie ma się siły, jest się chorym, zestresowanym, zmęczonym etc. Każdy ma wtedy prawo do potknięć, bo nikt nie jest ideałem. Jednak chodzi o ogólny model wychowawczy, stosowany w miarę możliwości konsekwentnie. Nie wolno nam iść na łatwiznę. Kiedy dziecko zaczyna o coś ryczeć, chce aby mu pobłażać, odpuścić (np. pójście do przedszkola, udział w jakichś zajęciach), próbuje na nas coś wymusić płaczem – zakup, jakieś zachowanie etc. – NIE WOLNO NAM SIĘ PODDAĆ! Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze dla naszego własnego dobra, bo dzieci szybko się uczą i potem wykorzystują raz sprawdzony mechanizm, a po drugie – i ważniejsze – dla dobra dziecka. Dziecko, któremu się nie odmawia i nie stawia wymagań, nie nauczy się życia w społeczeństwie i dostosowywania się do zasad panujących w świecie. Oczywiście, super łatwo jest ustąpić albo dać mu jakiś uspokajacz – słodycze, bajkę, zabawkę. Ale od takich drobnych ustępstw zaczyna się lawina, którą później trudno zatrzymać i dziecko nasze kochane będzie z uporem maniaka włazić nam na głowę. Nie dlatego, że dzieci to jakieś demoniczne czyste zło. Tylko dlatego, że kiedy rodzic niesłusznie ustępuje, dla świętego spokoju, to dziecko uczy się, że tak można. A jeśli można, no to można. W głowie dziecka jest tak: jeśli można trochę, to można jeszcze bardziej. Dzieci są tak skonstruowane, że z natury nie są wyposażone w granice – to my je stawiamy i uczymy dziecko ich respektowania. Dzięki temu też potem dziecko umie dbać o swoje własne granice. Banalne, co? Ale cholernie prawdziwe. Dlatego właśnie dziecko musi:
– słyszeć i szanować słowo „NIE” płynące z ust rodzica
– słyszeć, znać i respektować stanowczy ton głosu rodzica, jeśli coś przeskrobało
– nauczyć się panować nad zachowaniami, które rodzic określa jako złe – pomoże mu w tym pamiętanie, że złe zachowanie = dezaprobata rodzica
– znać i respektować mechanizm: złe zachowanie = konsekwencje. Zawsze.

IMG_6127

Tutaj z chęcią podam przykład. Niedawno, nieważne gdzie – mój Synek, który ostatnio miewa zachowania nieco agresywne wobec innych dzieci (pracujemy nad tym intensywnie – temat osobny), mocno uderzył głową drugiego chłopca w klatkę piersiową. Akurat siedziałam kawałek dalej. Niedaleko stały też matki innych obecnych w tym miejscu dzieci. Zawołałam Synka do siebie i stanowczo powiedziałam, że widziałam, co się stało, że bardzo źle zrobił i musi natychmiast przeprosić kolegę. Mój Synek od razu po takich zachowaniach bardzo się wstydzi, wie, że źle postąpił i ten wstyd wzbudza w nim poczucie winy. Chowa się wtedy, ucieka i nie chce konfrontacji z dzieckiem, które uderzył. Tego dnia byliśmy umówieni na wspólny seans filmowy. Miała do być nagroda za kilka dni grzecznego zachowania (czytaj – pozbawionego wybuchów histerii, zachowań agresywnych etc.). Kiedy więc Synek płonąc ze wstydu ciskał się, że nie przeprosi kolegi, tupał nóżką i złorzeczył, że to tamten zawinił (faktycznie – wziął coś, co mój Synek też chciał akurat wziąć – tylko tamto dziecko nie wiedziało o zamiarze mojego Synka), powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo: „Kochanie, jeśli nie przeprosisz kolegi, to nie będziemy dziś oglądać filmu”. Prosty komunikat: złe zachowanie = konsekwencje. Oczywiście, Synek natychmiast poszedł i przeprosił chłopca. Widziałam, że ma poczucie winy i jest mu przykro. To, co mnie jednak zdenerwowało, to komentarz jednej ze stojących za mną matek: „Ojej, jaka ostra mama”. Nie odwróciłam się, więc nie wiem nawet, kto to powiedział. Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam: „Że co?? Ostra? Po prostu wychowuję swojego syna”. Niestety, wiele znanych mi matek, w takich sytuacjach sterczy jak słup soli i z bezradnym uśmiechem patrzy jak ich dzieci tłuką inne dzieci. W przedszkolu, na placach zabaw, na ulicy widzę masę takich dzieciaków, które leją inne dzieci, a matki nic. NIC. To jest dopiero patologia, moi kochani. Dziecko musi usłyszeć, że źle zrobiło i to od razu. Powiedzenie mu tego później nic już nie da. Dzieci bardzo szybko zapominają, gubią skojarzenie z sytuacją i jeśli dostają „ochrzan” z opóźnieniem – dość często nie kojarzą za co.

Chciałabym teraz wrócić na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej drobnego manipulowania, kombinowania i szantażyków emocjonalnych, do których rodzic czasami musi się uciec w sytuacjach podbramkowych. Moja mama często powtarzała mi: „Mądry rodzic musi być sprytniejszy od swojego dziecka”. To jest absolutnie święta prawda. Dziecko musi wiedzieć, że nie może rodzica przechytrzyć. Nie chodzi tu o jakąś rozgrywkę czy rywalizację o to, kto jest sprytniejszy. Chodzi raczej o to, żeby rodzic potrafił sprytnie i inteligentnie tłumaczyć dziecku świat, bajerować go czasem bajkowymi przykładami, mówić jego językiem, aby dziecko zrozumiało. Ważne jest też to, żeby rodzic potrafił, a przynajmniej próbował w sytuacjach mocno naszpikowanych trudnymi emocjami ze strony dziecka, zachować spokój, a najlepiej – uśmiech. A także – niezwykle ważne jest rozróżnienie dwóch sytuacji. Pierwsza sytuacja jest wtedy, gdy dziecko „sprawdza” rodzica i histerią/złym zachowaniem próbuje coś wymusić (chociażby coś tak banalnego jak ciągłe zwracanie na siebie uwagi rodziców). Wtedy nie ma miejsca na „ciaćkanie się” z dzieckiem. Tego rodzaju zachowania trzeba ukrócać, stanowczo i konsekwentnie, bez długotrwałego tłumaczenia i pochylania się nad sprawą. Trzeba pokazać, że zachowanie jest złe, nazwać ewentualne konsekwencje i twardo przeczekać aż dziecko przestanie – bez uginania się. Druga sytuacja jest wtedy, gdy dziecko zachowuje się „źle”, czyli niewłaściwie, „niegrzecznie” i wpada w histerię, bo nie radzi sobie z własnymi emocjami, które eskalują tak, że nie potrafi już samo tego zatrzymać. Wtedy trzeba dziecku pomóc, poświęcić mu sto procent uwagi. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji wymaga od rodzica głębokiej intuicji, znajomości własnego dziecka, a także wglądu w samego siebie (to pomaga w empatycznym odbiorze zachowań dziecka). Podam Wam przykład. Ostatnio nasz Synek miewa napady histerii – gdyż po prostu nie radzi sobie z faktem, że jestem w ciąży. Po kilku tygodniach jest już coraz lepiej – głównie dzięki naszej ciężkiej pracy – wspólnej, bo Synek dużo nam komunikuje i dzięki temu pracuje się łatwiej. Było jednak kilka takich sytuacji, gdy w naszego kochanego Chłopczyka wstępował sam diabeł. Mały miotał się w nieokiełznanej złości, wydawać by się mogło, że bez powodu. Któregoś dnia przeszedł sam siebie, kiedy to na chodniku, blisko ruchliwej ulicy zaczął mnie szczypać i kopać, a potem wyrywać mi się i mówić, że jestem głupia. Najpierw zareagowałam bardzo emocjonalnie i pomyślałam, że jest to zachowanie, które trzeba ukrócić. Oczywiście, najważniejsze było to, aby Synek uspokoił się szybko, aby nie doszło do jakiejś tragedii (żeby nie wbiegł pod samochód albo nie zgubił się w tłumie). Wtedy nie było czasu na to, aby dyskutować, bo Synek był w amoku. Powiedziałam więc, że tam niedaleko stoi policjant, który zaraz tutaj przyjdzie. Jest to właśnie przykład wspomnianego już przeze mnie szantażyku emocjonalnego/ściemy/manipulacji w imię tzw. wyższej konieczności. Nie jestem z tego szczególnie dumna, ale podziałało… Synek nieco się uspokoił i przynajmniej zaprzestał zachowań silnie destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. Cały czas jednak w drodze do domu był na mnie wściekły i rozżalony. Kiedy dojechaliśmy do naszej stacji i wysiedliśmy, postanowiłam usiąść z nim a ławce i poświęcić chwilę czasu na analizę tej sytuacji. Dostrzegłam w jego oczach, gdzieś pod powierzchnią jego zachowań, coś, co sprawiło, że zamiast ukrócać zachowanie Synka, postanowiłam zajrzeć głębiej. Po chwili rozmowy dowiedziałam się, co było przyczyną… Okazało się, że jeszcze w przedszkolu zrobiłam nieświadomie coś, co mój Synek źle odebrał, o co miał do mnie żal. Kiedy weszłam do szatni, usłyszałam jak jeden chłopiec stojący obok mojego Synka coś śpiewa. Powiedziałam: „O, jak Ty ładnie śpiewasz”. Wyobraźcie sobie, że te słowa były przyczyną wybuchu mojego dziecka. Potem okazało się, że ten śpiewający chłopiec robił mojemu Synkowi na złość i śpiewał mu prosto do ucha, mimo iż mój Synek bardzo prosił, aby przestał. Dostrzegłam to i widziałam, że mój Synek jest zmęczony nadmiarem bodźców- nie wiedziałam jednak, że słowa wypowiedziane przeze mnie na samym początku wzbudzą w nim tak silne emocje. Gdybym nie zaczęła drążyć, zastanawiać się i nie poświęciłabym uwagi Synkowi, nigdy nie dowiedziałabym się jak mój Synek poczuł się przeze mnie „zdradzony”. Udało nam się tę sprawę wyjaśnić i spędziliśmy razem piękny, spokojny wieczór.

20141017_105411

Mogłabym tak pisać i pisać bez końca, podawać Wam przykłady – ale Wy sami dobrze znacie podobne sceny z własnego życia. Tak jak już wspominałam – żaden ze mnie autorytet. Ja tylko staram się jak mogę wychować mojego Syna na dobrego, mądrego i zaradnego chłopaka. Chcę dać mu siłę i poczucie własnej wartości. Powyżej pisałam tylko w swoim imieniu, żeby nie wcielać się rolę kogoś, kto mówi za obydwoje rodziców – jednak zapewniam Was, że równie ważne jak szacunek dla dziecka, rozdzielenie ról Rodzic-Dziecko oraz bycie konsekwentnym w działaniu, jest wspólny front obydwojga rodziców. Jest to trudne i przyznam Wam, że często się nie udaje. Ważne, aby się starać. U nas jest tak, że uzupełniamy się bardzo dobrze i tam, gdzie ja nie daję rady, radzi sobie mój Mąż, a jeśli zdarza się coś, w czym on jest słabszy, sprawdzam się ja. A wiecie co jest najlepszą nagrodą za nasze starania? To, że nasz wspaniały Synek ufa nam bez granic. Wiele osób dziwi się, że Synek opowiada nam o wszystkim, co dzieje się w przedszkolu. Chce się z nami dzielić swoim światem i to jest najpiękniejsze. Oczywiście, wiem, że jeszcze nieraz będzie ciężko. Będą problemy, będą trudne chwile. Jednak wierzę mocno, że nasz Synek będzie wiedział, że w nas, swoich Rodzicach, zawsze będzie miał wsparcie – nie ślepe i bezkrytyczne, ale rozsądne, trzeźwe i takie, które nauczy go życia. Tego bardzo chcę! 🙂

20140828_141455

Trzymajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Pozdrawiam Was gorąco.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Pamiętacie silne emocje, które towarzyszą okresowi dojrzewania? Wzruszenia, zakochania, smutki? Miliardy filmów, które poruszały – bo po raz pierwszy na ekranie widzieliśmy coś, czego jeszcze w życiu nie zaznaliśmy. Pierwsze rozczarowania. Książki, które pochłaniały. Piosenki, które rozdzierały serce. W moim życiu wrażliwca było tego sporo. Mimo iż nadal jestem wrażliwcem ciężkiego kalibru, to jednak z czasem tych wielkich wrażeń jest coraz mniej. Dawno nie przeczytałam książki, która by mnie zwaliła z nóg. Niezmiennie książką – ideałem jest dla mnie „Na Wschód od Edenu” Johna Steinbecka. Odkąd jestem matką, wzruszają i obchodzą mnie głównie sprawy związane ciaśniej lub luźniej z moim dzieckiem. Dopiero pojawienie się mojego synka na świecie przyniosło prawdziwe, namacalne doświadczenie i życiową mądrość, której przedtem mi brakowało (bardzo, oj bardzo brakowało). Trochę mi źle z tym, że tak mało rzeczy zewnętrznych mnie „rusza”. Jednak, gdy już coś takiego znajdę, poruszona jestem do głębi.

W dzieciństwie, pierwszą piosenką, która wzruszyła mnie tak mocno, że wycisnęła łzy, było „Twist in my Sobriety” Tanity Tikaram. Wtedy też po razy pierwszy usłyszałam dźwięk oboju, który niezmiennie wywołuje we mnie ciarki. W latach młodzieńczych poznałam pewną piosenkę, która zawsze, zawsze rozwalała mnie na części pierwsze. Było to „Kissing You” Des’ree. Piosenka sama w sobie jest piękna. To pianino, ten głęboki wokal, tekst… To wszystko zawsze łapało mnie za duszę. Do tego okoliczności, w których jej słuchałam, dodawały jej znaczenia. Do tej pory porusza ona najgłębsze struny we mnie.

Dwa lata temu odkryłam piosenkę, która stała się kolejnym mocno znaczącym dla mnie utworem. Mniej więcej w tym samym czasie wałkowałam też ścieżkę dźwiękową filmu „Pina”, który również wiele dla mnie znaczy. Jednak poniższy utwór jest tak doskonały, tak mocny i tak boleśnie piękny, że nie ma sobie równych. Mogę słuchać go bez końca. Wokal Jose Jamesa jest jak balsam. Do tego te wspaniałe dźwięki fortepianu (czy już Wam mówiłam, jak bardzo kocham ten instrument?), słodka wiolonczela, a potem eksplozja różnych dźwięków wzmocniona perkusją… Boże… Jestem w muzycznym niebie i nie chcę zejść na ziemię, nie chcę!

(Jazzanova feat. Jose James – „Little Bird”)

No, ale przecież ostatnio pisałam, że szukam wesołych piosenek. To prawda 🙂 Słucham głównie radosnych kawałków. Staram się też oglądać komedie i czytać lekkie książki. Jednak nie zawsze udaje mi się uniknąć silnych emocji. Na przykład kilka dni temu wpadł w moje ręce film „Gwiazd naszych wina”. Wcześniej wiedziałam mniej więcej o czym jest i miałam mieszane uczucia. Wiadomo, tematyka umierania i raka to nie jest dobra rzecz dla osoby w mojej obecnej kondycji psychicznej. Mój mąż jednak namówił mnie na obejrzenie tego filmu. Powiem Wam tak… Jestem dużą dziewczyną, doświadczoną przez życie, widziałam wiele wzruszających filmów, ale ten film… ten film… Nie da się tego dobrze opowiedzieć. Dość często wzruszam się na filmach, ale takiej fontanny łez podczas seansu nie doświadczyłam od lat. Jeśli ktoś z Was potrzebuje się wypłakać (bo jest to wyciskacz łez) i ma ochotę obejrzeć film naprawdę mądry, to polecam Wam z całego serca. Oczywiście, znawcy kina mogą się wielu rzeczy czepiać, ale człowiek, który czuje i przeżywa emocje, z pewnością dobrze ten film oceni. Znacie „Czułe Słówka” albo „Stalowe Magnolie” albo – z nowszych „Jeden dzień”? Możecie się spodziewać podobnych wzruszeń. Choć „Gwiazd naszych wina” jest bardziej uniwersalny, mniej „babski”. Zła byłam trochę, że dałam się namówić na ten film, jednak po kilku dniach, kiedy ochłonęłam i dotarł do mnie jego przekaz, jestem wdzięczna mojemu mężowi. Ten film jest po prostu piękny i zrobił na mnie ogromne wrażenie.

ap_the-fault_in_our_stars_3_kb_140605_16x9_992

(Źródło: Google Grafika)

Teraz wracam jednak do treści lekkich i zabawnych. Mówię Wam – taka terapia pozytywnymi treściami naprawdę DZIAŁA!!!!

Trzymajcie się ciepło i radośnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

W ciągu ostatnich kilku dni przestały mi smakować nawet zupy. Wszystko smakuje jak drewno oblane benzyną. Potrafię jeść jedynie przy kimś, a i tak niemal wszystko, co lubiłam do niedawna, stało się dla mnie obrzydliwe. Karmię się więc muzyką. Coraz więcej gram na pianinie, po klasyce przyszedł czas na największe hity muzyki rozrywkowej. Udało mi się dopaść nuty do takich perełek jak „Kissing You” Des’ree, „Lemon Tree” Fool’s Garden, „Beautiful” Christiny Aguilery, „Stairway to Heaven” Led Zeppelin i „Uninvited” Alanis Morisette. Nie umiem jeszcze tego dobrze grać, nie mówiąc już o sprawnym graniu i śpiewaniu jednocześnie, ale czyż nie ma nic lepszego na doła niż wyznaczenie sobie jakiegoś ambitnego postanowienia? To jest jedno z moich dwóch dużych postanowień na najbliższy czas. Postanowień leczniczych. Do jednego się przyznaję, do drugiego nie 😉



(„Uninvited” – Alanis Morisette”)

Jeśli ktoś z Was spotka na Żoli/Bielanach patykowatego zombiaka w hipsterskiej czapce, to to będę ja. Najprawdopodobniej w wielkich słuchawkach na uszach. A po godzinach bez słuchawek, ale za to z bardzo fajnym dzieckiem za rączkę 🙂

Nic więcej dziś nie mam do powiedzenia. Posłuchajcie ze mną Alanis, poczujcie te dreszcze muzyczne, które czuję ja. Pamiętajcie o pielęgnowaniu swoich pasji. Poza rodziną, pasja to najważniejsza sprawa w życiu. Podlewajcie, pielęgnujcie, rozwijajcie! 🙂

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!