Category Archives: zdrowie

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

Dziś chciałabym powiedzieć kilka słów na temat chorób psychicznych. Niestety, media popularyzują wizerunek chorego psychicznie jako żądnego krwi szaleńca, który urządza masakrę na wyspie (jak Breivik), czy wyścig na Monciaku (kierowca Hondy z Sopotu). Wiele osób nie rozróżnia psychopatów (czyli ludzi z osobowością psychopatyczną=antyspołeczną) od chorych psychicznie. Większość ludzi nie wie także, że należy rozróżnić zaburzenia osobowości (np. osobowość narcystyczną, wspomnianą psychopatię etc.) od chorób psychicznych takich jak schizofrenia, depresja czy choroba dwubiegunowa itp. Brak wiedzy sprawia, że osoby chorujące na te ostatnie wspomniane choroby są odrzucane, stygmatyzowane i traktowane w sposób krzywdzący. Mało kto wie, że depresja (jedno i dwubiegunowa) czy schizofrenia mają podłoże chemiczne, ponieważ w mózgu chorego pewne substancje, które u innych, zdrowych ludzi są w normie, mają zaburzone proporcje. Choroby takie jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa dotykają ludzi szczególnie wrażliwych, często wyjątkowo uzdolnionych, jednak bardzo delikatnie skonstruowanych psychicznie. Niemniej wystarczy spojrzeć na listę sławnych osób cierpiących na choroby psychiczne, a wniosek nasuwa się sam: wybitne zdolności i pospolicie nazwane „szaleństwo” często idą w parze:


http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_with_bipolar_disorder

http://www.wcvb.com/health/14414700#!bkFrz7

Niestety, choroby psychicznie mają to do siebie, że znacznie utrudniają funkcjonowanie osobie chorującej i bardzo często, w połączeniu z niskim statusem społecznym, sprawiają, że osoby chore lądują poza marginesem społecznym. Często próbują się także „ratować” alkoholem i lub narkotykami – co pogrąża ich jeszcze bardziej w otchłani choroby. Kiedy byłam młodsza, a potem, gdy studiowałam psychologię, chciałam wiedzieć jak najwięcej o tych chorobach, żeby móc pomagać innym. A potem sama padłam ofiarą straszliwej depresji. Dlatego mówię do Was z samego środka tego „innego świata”, którego tak wiele ludzi się boi. Ludzie chorujący na „choroby duszy” są wszędzie obok nas. Często tego nie dostrzegamy. Oni sami męczą się, wstydząc się o tym mówić. Boją się, że zostaną wyśmiani, zlinczowani, odrzuceni. Wcale się im nie dziwię. Niestety, nawet wśród bardzo wykształconych ludzi z tzw. „wyższych sfer” można się spotkać z żenującym podejściem do tego tematu. Tym ludziom przede wszystkim wydaje się, że problem ich nie dotyczy. Otaczają się przepychem, bogactwem, zbytkami, udając, że ten smutny, wrażliwy świat nie istnieje. A potem zdarza się największa tragedia – czyli na przykład ich dziecko zapada na chorobę psychiczną. I co wtedy? Udają, że problemu nie ma. Zamiast leczyć dziecko, izolują je od społeczeństwa. Udają, że nic się nie stało, podczas, gdy część ich samych, ta słabsza, wrażliwsza, woła o pomoc… Ile takich historii słyszeliście? O tym, że syn bogatego biznesmena popełnił samobójstwo? Albo o tym, że córka burmistrza miasta po pijaku rozbiła się samochodem na drzewie? Czy takie historie nie powinny ludzi otrzeźwić? Czyż nie powinno się edukować społeczeństwa w kwestii tego, czym tak naprawdę są choroby psychiczne?

Źródło: http://msw.usc.edu/ Niestety, nie znalazłam takiej infografiki opisującej ten temat naszym kraju…

A na koniec historia, która doskonale obrazuje to, o czym powyżej pisałam.
Pewnego dnia rano, przed wyjściem do pracy, przeklikując się przez Youtube, odkryłam, że Sir Anthony Hopkins, doskonały amerykański aktor jest także kompozytorem. Natknęłam się na jego kompozycję, pewien walc – genialny, absolutnie zapierający dech w piersi. Posłuchajcie sami…

(André Rieu – „And the Waltz Goes” On by Sir Anthony Hopkins)

Z ciekawości zaczęłam czytać w internecie na temat Hopkinsa. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że od lat cierpi on na schizofrenię paranoidalną. Schizofrenia paranoidalna jest najcięższą z chorób psychicznych. Chory najbardziej cierpi, schizofrenia niszczy najgłębiej i sieje spustoszenia w najbliższym otoczeniu chorego. Jednak często przynosi także talent ponad wszelkie wyobrażenia. Gdyż mózg osoby chorej jest po prostu wyjątkowy.
W czasie przerwy na lunch, siedziałam w firmowej kuchni z dwiema koleżankami z pracy. Jadłyśmy i rozmawiałyśmy na różne tematy z kategorii „światopogląd we wszelkich odsłonach”. Wtedy właśnie luźno, choć nie bez pewnej ekscytacji, podzieliłam się swoim odkryciem:

– Dziewczyny, dziś dowiedziałam się, że Anthony Hopkins jest także kompozytorem.
– Naprawdę? O, nie wiedziałam – odpowiedziała jedna z nich.
– No, ja też nie – odpowiedziała druga.
– Skomponował pięknego walca, można go posłuchać na Youtubie.
– O, to muszę posłuchać – odpowiedziała pierwsza.
– Dowiedziałam się również, że choruje na schizofrenię paranoidalną – dodałam i zaczęłam rozwijać myśl – To wiele wyjaśnia… – Tutaj chciałam powiedzieć, że to wyjaśnia jego wielka wrażliwość i zdolności, takie jak na przykład komponowanie pięknej muzyki. Nie zdążyłam jednak, gdyż jedna z moich rozmówczyń dokończyła po swojemu.
– No, to wyjaśnia dlaczego tak świetnie gra rolę takich psycholi i morderców, jak w „Milczeniu Owiec”.

No i mnie zatkało… Wyobrażacie sobie? Widzicie tę wykształconą, teoretycznie światłą osobę, która mówi coś takiego, wsadzając do jednego „wora” kanibalistycznego mordercę i utalentowanego schizofrenika? Żałuję, że nie podjęłam polemiki z nią, choć w miejscu pracy nie bardzo miałam ochotę na takie dyskusje. Jednak, mimo iż rozmowa ta miała miejsce już wiele miesięcy temu, słowa te brzmią w moich uszach. Czuję wewnętrzny obowiązek, aby zrobić coś w sprawie zwiększenia wiedzy na temat chorób psychicznych. Nie może tak być, jak w Średniowieczu, kiedy osoby chore uznawało się za opętane albo palono je na stosie. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, do cholery! Dlatego postanowiłam napisać ten post. Tyle mogę… Mam nadzieję, że z czasem takich głosów będzie więcej. Dzięki edukacji na ten temat, chorzy będą mogli czuć się bezpieczniej, będą odważniej sięgać po pomoc. Kto wie, może mniejszy odsetek z nich wybierze samobójstwo jako lekarstwo na swoje bezgraniczne cierpienie?

29319a2c6fc3a89a4c596db3d5341947

(Źródło: Pinterest.com)

Zostawiam Wam ten temat do przemyślenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dziś dla Was mam tylko przyjemną piosenkę o wolności

Dziś dla Was mam tylko przyjemną piosenkę o wolności

Znacie? Pamiętacie?



(Yomanda – „You’re Free” – original version)

Dziś ją nucę, może za jakiś czas zbiorę się w sobie i opiszę dokładniej, co się ostatnio działo. Każdy człowiek ma granice własnej wytrzymałości na złe traktowanie. Moja cierpliwość się wyczerpała. Mam jedno życie i nie pozwolę, aby nieżyczliwe, złośliwe osoby zabierały mi poczucie szczęścia. Ślub już tuż, tuż. Czuję się tak blisko mojej rodziny, jak nigdy dotąd. Czuję też bliskość i miłość moich przyjaciół. Dzięki nim przeżyłam w ogóle te ostatnie dni. Gdyby nie potworny ból głowy i podniesione ciśnienie, nie byłoby wcale tak źle.

Nasz synek miał bardzo nieprzyjemny wypadek w przedszkolu. Jest przez to w gorszej formie. Dlatego chcę być dla niego i go wspierać. Zresztą zawsze jestem dla niego, bez względu na to, co się dzieje. Czuję się szczęśliwa mogąc być DLA KOGOŚ. To sens mojego życia. Potrzebuję być potrzebna. Potrzebuję dawać ludziom siebie i im pomagać.

Pozdrawiam Was serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Życzę Wam spokojnego weekendu. Idę zrobić sobie relaksującą kąpiel, a potem „łyknę” ze dwa odcinki „The Good Wife”, bo mam potworne zaległości:))

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Dobry wieczór, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Przyszła wiosna, lepiej Wam? U mnie dobrze. Dzisiaj miałam wolne i załatwiałam kilka spraw z kategorii papierologia – urzędy. Cieszę się, bo udało mi się odhaczyć ważny punkt na mojej liście „do zrobienia – ważne i pilne”. Jeszcze kilka takich punktów i odetchnę z ulgą. Jeszcze kilka miesięcy i będę mogła znów trochę głębiej zasypiać.

Do ślubu wszystko gotowe. Czekamy w pasach startowych. Już niedługo nastąpi ten wielki dzień! A przed nim jeszcze wieczór panieński 😉 Nie wiem, co się na nim wydarzy, ale podobno same przyjemności! Nie mogę się doczekać. Oczekując na te wszystkie ważne momenty, staram się odnaleźć w rzeczywistości. Chyba trochę się uspokoiłam. Udaje mi się także odnaleźć przyjemność w życiu codziennym. Odkryłam, że warto czasem zmieniać przyzwyczajenia, także te drobne, aby osiągnąć efekt świeżości, nowości i większego zadowolenia. Otóż odkąd zrobiło się trochę cieplej, zmieniłam nieco trasę z domu do pracy. Chodzę innymi ścieżkami. Po wyjściu z metra, zamiast iść razem z pochodem zombie – korpo – garniturków (P.S. właśnie zdałam sobie sprawę, że słowo korpo kojarzy mi się z corpse, czyli trup po angielsku), idę inną trasą, przyjemniejszą, wraz z pochodem kolorowych i niedbale ubranych studentów Politechniki 😉 Na trasie tej spotykam więcej zadowolonych ludzi. Po drodze kupuję śniadanie i sok jednodniowy z marchewki (planuję nabrać ładnych kolorków przed ślubem). Przychodzę do pracy w duzo lepszym nastroju, bo nie zdąży ze mnie wyssać energii pochód zombiaków. O, mam skojarzenie! Muszę Wam o czymś opowiedzieć. Przy okazji układania playlisty na wesele, dokonałam niezwykłego odkrycia. Wydawało mi się, że w muzyce pop z lat 90. nie ma dla mnie żadnych, ale to żadnych tajemnic. Okazało się, jednak, że ominęła mnie znajomość pewnego niezwykłego zespołu, jakim jest The Cure. Jak byłam mała, okropnie bałam się teledysków do ich piosenek, dlatego zawsze przełączałam kanał. Znałam tylko „Friday I’m In Love” – bo kto tego nie znał?! Ostatnio przesłuchując różne posiadane w domu płyty, trafiłam na składankę MTV z jakiegoś jubileuszu, a na niej znalazło się takie oto cudo jak poniżej, a ja nie miałam pojęcia, że to jest piosenka The Cure!!! (Uwaga! Teledysk jest dla mnie NADAL straszny, dlatego nie oglądam. Za to słucham z zachwytem).

(The Cure – „Lullaby”)

Kolejny szczegół, jaki zmieniłam ostatnio, to włączanie radia podczas kąpieli (zamiast głuchej ciszy w mojej klaustrofobicznej łazience). Jestem fanatyczką Radia Zet Chilli, jak już wiecie. Jednak z uwagi na lepszy odbiór, w łazience słucham Radia Złote Przeboje (101 FM). Któregoś dnia przy wieczornej kąpieli, kiedy leżałam sobie i relaksowałam się w wannie, usłyszałam piękny utwór śpiewany przez kogoś, kto mógłby być z głosu synem Sinatry i Armstronga. Pomyślałam, że to jakiś wielki hit z lat 50., którego nie znałam do tej pory. Okazało się, że jednak nie… Głos należał do chłopaka z Irlandii, mającego zaledwie 27 lat, śpiewającego tak, że poczułam się rozmiękczona. Do tej pory jedyny Paolo, z jakim się zetknęłam, kojarzył mi się źle. Był to włoski chłopak mojego współlokatorki z akademika, Agnieszki. Krótko ze sobą wytrzymałyśmy, bo była głośna, ekspansywna, zabierała mi rzeczy, grzebała w szafkach, czyli po prostu nie dawała mi żyć. A ja świeżo się rozstałam z moim chłopakiem, po dwóch latach bycia razem, z mojej winy. Rozpaczałam bardzo, choć na zewnątrz nie dawałam tego po sobie poznać. Agnieszka wprowadziła się do mikroskopijnego pokoju, w którym wcześniej mieszkałam z moim ukochanym. Swoim głośnym i teatralnym zachowaniem bardzo mnie denerwowała. W tym samym czasie trwał remont na naszym piętrze. Agnieszka lubiła stawać na korytarzu w samej bieliźnie i pokazywać się robotnikom. Nie przeszkadzał jej w tym fakt, że miała chłopaka o imieniu Paolo, o którym wiedziałam niewiele, jednak na samo wspomnienie robi mi się słabo. Otóż codziennie w nocy, około północy, Paolo dzwonił do Agnieszki na stacjonarny telefon w naszym pokoju. Niestety, aparat był umieszczony tuż przy mojej głowie. Przez godzinę słyszałam tylko „Paolo, si, mi amor, si, Paolo”. Ze złamanym sercem, niewyspana, wściekła, miałam ochotę wywalić przez okno ten cholerny telefon. Na szczęście, po krótkim czasie udało mi się wyprowadzić od tego dziwadła. Od tamtej pory na imię Paolo reagowałam paniką i mdłościami.

Na szczęście jest Paolo Nutini. On jest dobry na wszystko. Jest w stanie sprawić, że zapomnę o tamtym Paolo 😉 Posłuchajcie sami…

(Paolo Nutini – „One Day”)

Udanego długiego weekendu, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy! Wypoczywajcie 🙂

aede430778df1ca8dc644677fbeb543d

(Źródło: Pinterest.com)

Jak być w formie, gdy ciało odmawia posłuszeństwa?

Jak być w formie, gdy ciało odmawia posłuszeństwa?

Witajcie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Przeleżałam cały weekend w łóżku. W zakichanym łóżku. Nie leżałam czytając „Grę o Tron”, oglądając seriale, pachnąc, wcierając w siebie balsamy, czy malując paznokcie. Niestety, leżałam umierając z powodu kataru, światłowstrętu i bólu całego ciała. Nie wiem, o co chodzi, ale trzy tygodnie temu miałam to samo. Co to, do jasnej, jest? Czy zarażam się ciągle wirusami od mojego Syna? A może klimatyzacja w pracy tak mnie wykańcza? Czy może to, że mnie kilka razy przewiało w piątek (a było zimno, brr) sprawiło, że wczoraj i dziś bolały mnie wszystkie stawy i wszystkie mięśnie? Staram się myśleć pozytywnie i zachowywać pełen optymizm, no ale… w takim stanie jest ciężko.

(Marky Mark and The Funky Bunch – „Good Vibrations”)

Zastanawiam się, czy wprowadzony niedawno reżim ćwiczeniowy nie rozstroił mi odporności. Fakt, zaczęłam dużo bardziej intensywnie ćwiczyć. Mój narzeczony znalazł taką stronę: http://30dayfitnesschallenges.com/. Już Wam pisałam, że podjęłam i zwycięsko zakończyłam 30 dniowe wyzwanie przysiadowe. Teraz na tapecie jest u mnie 30 days Little Black Dress challenge. Chodzi, oczywiście, o przygotowanie do ślubu, nie do małej czarnej, tylko księżniczkowatej białej sukienki 😉 Wiem, że intensywne ćwiczenia (wspominałam Wam, że oprócz tych wyzwań ćwiczę brzuszki, jogę i zumbę), mogły mnie rozstroić. Staram się to rekompensować zdrową dietą i wysypianiem się. Najwyraźniej jednak czegoś mi brakuje.

36aafcf321b3a7d18eecea5c9c516aa3

Przygotowania do ślubu idą pełną parą, po drodze nie brakuje potknięć, ale jesteśmy dzielni i dajemy radę. Teraz jestem na etapie układania wymarzonej playlisty na imprezę (zawsze marzyłam o tym, żeby odpowiadać za oprawę muzyczną własnego wesela). Oczywiście, oprócz tego, że mam z tego dziką radość, to z przerażeniem stwierdzam, że nie da się zmieścić dwóch dekad muzyki naszej młodości w dwustu piosenkach. Trzeba by chyba kilka wesel wyprawić.

(Madonna – „Vogue”)

Dobrej Nocy, Drogie mamy i Nie Tylko Mamy!
Na pytanie zawarte w temacie nie potrafię sobie odpowiedzieć. Muszę to jakoś przetrwać… Życzę Wam i sobie/nam dużo zdrowia!

Slow life, wiosna i Marylin

Slow life, wiosna i Marylin

Poszukuję wyciszenia. Subtelnych dźwięków, pustej przestrzeni. Dużo się ostatnio dzieje – prawie same pozytywne rzeczy, ale jak zwykle bodźców jest zbyt wiele. Dlatego potrzebne są mi marmurowe dźwięki.



(Marble Sounds – Leave a light on)

Do ślubu zostały dwa miesiące, więc przygotowania idą pełną parą. W pracy przybyło mi obowiązków, więc w ciągu dnia czasami nie mam czasu nawet porządnie zjeść. Dlatego w domu, na ile to możliwe na 40 m2 z moją ożywioną i radosną rodzinką, wprowadzać zasady mojego ulubionego slow life 🙂 Staram się gotować pyszne, zdrowe rzeczy. Wróciłam do ćwiczeń, a przede wszystkim do jogi. Już zapomniałam jak to jest oddychać spokojnie i głęboko. W pędzie codzienności, w stresie, jest miejsce tylko na krótki wdech i wydech. Czasami lepiej nie oddychać, zwłaszcza, gdy się jeździ komunikacją miejską 🙂 A ja lubię głęboko oddychać. Tak samo, jak lubię smak życia. Bardzo lubię też uspokajające mruczenie mojego niezwykle upasionego syjamskiego kota – Zuzki.

IMG_20130901_150141

Jak idą Wam przygotowania do wiosny? Ja właśnie kończę swój 30 dniowy „challenge” przysiadów (jestem na 230, zostały mi jeszcze 3 dni treningu do liczby 250). Codziennie ćwiczę jogę i brzuszki. Jedzenie kupuję głównie na bazarku. Dziś jedliśmy krem z pomidorów malinowych ze świeżą bazylią, a na drugie pieczonego pstrąga z kuskusem razowym. No po prostu obłęd w groszki! Przygotowuję się zatem do wiosny, do ślubu i staram się rekompensować sobie jakoś stresy w pracy za pomocą miłych aktywności w życiu prywatnym. W pracy mogę być chmurna i twarda, ale w domu… Chciałabym zawsze mieć na twarzy niewymuszony uśmiech. Gdy zmęczenie bierze górę nad wszystkim, to o ten uśmiech bardzo trudno. Jednak ostatnio odkryłam, że moje zmęczenie, poza tarczycą, deprechą etc. bierze się od przemęczonych i na wiór wysuszonych oczu. Poszłam z tym do lekarza, gdyż od klimatyzacji i 8 godzin przy komputerze moje oczy miały się bardzo źle i bardzo często padały ofiarą zapalenia spojówek. Dostałam super krople przeciwalergiczne, drugie krople nawilżające i żel do oczu na noc. Oczy mają się świetnie! A ja dzięki temu czuję się dużo mniej zmęczona. Odkryłam też, że dość często bolą mnie uszy. Trochę od słuchania mojej ukochanej empetrójki, ale przede wszystkim od zajęć zumby, na których muzyka puszczana jest niezwykle głośno. Przestaję to wytrzymywać, niestety:/ Nie wiem, czy nie będę musiała zrobić sobie trochę przerwy w zumbie w związku z tym.

Na koniec chciałabym Wam opowiedzieć o pewnym filmie. Film ten nie jest nowy, ale ja obejrzałam go dopiero niedawno w telewizji. Chodzi o „Mój tydzień z Marylin”. O mojej fascynacji Marylin Monroe już Wam opowiadałam. „Pół żartem, pół serio” oraz „Mężczyźni wolą blondynki” to moje ulubione komedie, jestem wielką fanką urody i talentu Marylin. Zawsze lubiłam jej styl, głos, mimikę. „Mój tydzień z Marylin” przypomniał mi o tym 🙂 Dowiedziałam się też z niego sporo o samej MM. Zobaczyłam w niej trochę z siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o te chwile, gdy była smutna, bezbronna i hm… „słabo ogarniająca”. Obejrzałam ten film i stwierdziłam, że Marylin musiała mieć niedoczynność tarczycy albo Hashimoto, bez dwóch zdań. A depresję miała na pewno…

Marilyn+Monroe+my+queen

(Źródło: Google grafika)

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Dbajcie o siebie na Wiosnę 🙂 I Panowie, bądźcie dla nas dobrzy też! 🙂

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Przez ostatnie trzy dni chodziłam prawie ślepa… Byłam tak chora, jak nigdy dotąd. Posłuszeństwa odmówiły mi absolutnie wszystkie mięśnie, łącznie z mięśniami oczu. Nie byłam w stanie na nic patrzeć, wodzić wzrokiem, patrzeć na światło. Wiecie o czym wtedy myślałam? Przy tej wysokiej gorączce, przy potwornym bólu całego ciała? O tym, że przerwałam swój 30 dniowy cykl przysiadów. Rozumiecie? Jaka durna jestem… To właśnie ten kaliber choroby zwanej perfekcjonizmem. Tyle razy już próbowałam z tym walczyć i nic z tego. Wiem dlaczego mi się nie udało – bo próbowałam osiągnąć perfekcję w walce z perfekcjonizmem. A to nie tędy droga. Trudno. Taka już zawsze będę. Zawsze będę cierpiała na chorobę, której objawem jest stawianie sobie zbyt wysokich poprzeczek.

c5818e496a703b69b0bdd686d598f36f

(Źródło: Pinterest.com (for educational purpuses only) )

Mój organizm jest jednak mądrzejszy i czasami potężnie się buntuje. Mówi mi: „Fundujesz sobie karkołomne życie”, „Stop – nie udźwigniesz tego”. A ja nie chcę, nie mogę tego słuchać i im głośniej krzyczy mój organizm, tym ja się bardziej nad nim znęcam. Przez ostatnie miesiące borykałam się z chorobą, która wracała atakując moje drogi oddechowe. Brałam antybiotyk – zabójcę, chodziłam do pracy, na zumbę, bałam się zahamować. Organizm w końcu nie wytrzymał i się złamał. Dlatego tak bardzo mnie rozłożyło. Dopiero dziś jest pierwszy dzień, kiedy jestem w stanie chodzić, nie mam dreszczy, mogę patrzeć na światło i nie jest mi niedobrze. Wracam do życia. A moja wewnętrzna mordercza trenerka szepcze „Dobrze, że schudłaś, niedobrze, bo utraciłaś mięśnie”. Zaczyna mnie podpuszczać, żebym już teraz wróciła do przysiadów, brzuszków, jogi i zumby. Chyba jednak się jeszcze powstrzymam…

68769af33fd18f1e83b4aab54bff7631

(Źródło: Pinterest.com)

W taki właśnie sposób tkwię sobie w pułapce własnego wewnętrznego krytyka, który stawia mi potwornie wysokie wymagania. Ten krytyk sprawia, że nawet nie przyjdzie mi do głowy pochwalić się szerszej grupie odbiorców tym, co robię, póki nie stwierdzę, że jest to doskonałe. Dlatego właśnie nigdy nie zgłoszę się np. do konkursu o tytuł Bloga Roku. Gratuluję wszystkim uczestnikom odwagi i pewności siebie. Może się Wam wydawać, że mi nie zależy, że się wywyższam, czy coś w tym rodzaju. Wcale nie. Po prostu uważam, że to co robię, nie ma szans na wyróżnienie, bo jest tak bardzo niedoskonałe. Zazdroszczę tym osobom, które zgłaszają swoje blogi. Blogi te czasami bywają, wybaczcie, totalnie „na kolanie” stworzone, bez pomysłu, z nieładnymi zdjęciami… Jednak przebojowość to pierwszy krok do sukcesu i tej przebojowości im zazdroszczę. Jeszcze w czasach, gdy wydana oficjalnie książka to było naprawdę COŚ, marzyłam sobie, że wydam książkę. Zdobycie uznania za taką prawdziwą książkę, nie za bloga, to byłoby dla mnie coś! Blogów są tysiące, pisać w necie każdy może i – jak czasami dobrze widać – robione jest to byle jak. A książka… To coś pięknego. Nie umniejszając niektórym świetnym blogom, które bardzo lubię, dla pisarza pisać bloga, to tak jak dla aktora teatralnego grać w serialu TV. Mój blog, choć piszę go już tak długo, jest dla mnie „tylko blogiem” i mój krytyk mówi mi, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej zgłaszać się z nim gdziekolwiek po cokolwiek. Dać Wam jeszcze przykład mojego znęcania się nad sobą? Ostatnio trafiłam na napisaną przez siebie w wieku ośmiu lat powieść fantasy (serio, nie wiem, co mi się wtedy stało) i czytając ją stwierdziłam: „Matko, w wieku ośmiu lat pisałam lepiej niż teraz. Wtedy przynajmniej miałam niczym nieskrępowaną wyobraźnię”. Masakra, prawda?

33f4dad2fe2be453594739aab5713f91

Źródło: Pinterest.com

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pcham się ani do społeczności blogerskich, ani do konkursów. Już w czasach podstawowej szkoły muzycznej zetknęłam się z wielką niesprawiedliwością tego świata. Razem ze mną na roku była dziewczyna, która grała na tym samym instrumencie, co ja. Dla niej granie była przymusem, dla mnie – czymś wyjątkowym i wspaniałym. Ludzie mówili mi – Ty masz talent, a ona ma tatę – nauczyciela w szkole muzycznej. Reszty możecie się domyślić. Kto był faworyzowany? Komu nauczycielka poświęcała więcej czasu? Która z nas dostawała się bez niepotrzebnych formalności na konkursy? Nie znoszę takich zjawisk, a niestety one są obecne wszędzie i jak tylko mogę, to ich unikam. Dobrze i bezpiecznie mi tutaj, gdzie mentalnie tkwię. Piszę sobie, co chcę i jak chcę, a jeśli to do kogoś trafia, to jestem szczęśliwa. Boję się ruszyć z tego miejsca, mimo iż wiem, że siedząc tu niczego nie osiągnę. Gdzieś w głębi duszy naiwnie wierzę, że w końcu znajdę sobie miejsce w tym świecie, za pomocą tego, co lubię robić najbardziej. Wierzę też, choć może niesłusznie, że mój perfekcjonizm, potworna wredota, okaże się wtedy moim największym sprzymierzeńcem.

ba2750101dcca2805b32b8f654791fad

(Źródło: Pinterest.com)

Parę słów ku pokrzepieniu, dla Was – nieuleczalne perfekcjonistki. Jest kilka obszarów, w których z nieukrywaną przyjemnością pozwalam sobie na niedoskonałość. Najważniejszym z nich jest macierzyństwo. Co ciekawe, to właśnie bycie mamą wychodzi mi chyba w życiu najlepiej 🙂

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Ostatnio coraz częściej zaczynam doceniać fakt, iż moja pamięć, jak dotąd niezawodna, zaczyna się ulatniać 😉 Pomaga mi to wybaczać niektóre urazy oraz – po prostu – odpuszczać.



(Soyka – „Cud niepamięci”)

A teraz będzie kulinarnie. No więc… jak ja mam, CHOLERA, schudnąć, skoro dziś znów gotowałam i to takie pyszności… Staram się ostatnio jeść mniejsze porcje i unikać jedzenia słodyczy, ale… tyle jest pokus! Wszędzie! Na szczęście zbliża się wiosna, spacery, więcej (mam nadzieję) energii… Może będę więcej spalać 😉

Chcecie poznać sekrety pysznego niedzielnego obiadu z udziałem pieczonego mięsa? Nie zdradzę Wam wszystkich, bo każda gospodyni powinna zachować dla siebie kilka takich sztuczek, których nie wyjawi nikomu. Niektóre z sekretów mogę Wam jednak wyjawić:
– Naprawdę wysokiej jakości mięso (np. spod Hali Mirowskiej albo – w ostateczności – z Merkurego przy Placu Wilsona).
– Dłuuuugie marynowanie w ogromnej ilości przypraw (bez konserwantów) i oliwy (może być z oliwek, choć ja ostatnio przerzuciłam się na stary dobry słonecznikowy, bo bardziej mi smakuje). Takie marynowanie powinno trwać przynajmniej 12 godzin (w lodówce, pod przykryciem).
Dłuuugie pieczenie mięsa w średniej temperaturze. W trakcie pieczenia należy kontrolować mięso dość często, skrapiać oliwą, podlewać wodą. Aby nie spaliło się od góry, warto przykryć naczynie żaroodporne folią aluminiową, a dopiero potem nałożyć pokrywę. Serio.

A oto przepis na obiad, z pieczonym indykiem w roli głównej. Inne mięsa (takie jak karkówka, schab czy kurczak) należy nieco inaczej marynować (z innymi dodatkami), w trakcie pieczenia pojawią się także inne dodatki. Ponadto zdradzę Wam sposób na pyszne pieczone ziemniaki – z wykorzystaniem formy do muffinek 🙂

PRZEPIS NA NIEDZIELNY OBIAD NA WIELKIM WYPASIE:

Składniki:

MIĘSO:
– Duża (naprawdę super wielka, ogromniasta) pierś z indyka
– Olej słonecznikowy
– Przyprawy
– Czosnek

PIECZONE ZIEMNIAKI:
– 12 ziemniaków (najlepsze są takie z Carrefoura, specjalne do frytek i do pieczenia, nie wymagają absolutnie żadnych przypraw, bo same w sobie są przepyszne)
– Masło
– Tarta bułka

SAŁATKA Z RUKOLI:
– Rukola (paczka)
– Sos włoski (albo z paczki – Knorra, albo samodzielnie przygotowany z oliwy, octu balsamicznego, bazylii i – opcjonalnie – czosnku)

SURÓWKA Z MARCHEWKI:
– 8 średnich marchewek
– 1 duże jabłko
– Kilka kropelek soku z cytryny

Extra dodatek: Konfitura z borówek – domowej roboty.

IMG_20140223_215331

Sposób przygotowania:

Zaczynamy od marynowania mięsa – dzień wcześniej (np. w piątek). Do dużej miski wkładamy posoloną pierś z indyka, zalewamy ją oliwą/olejem do 2/3 wysokości. Od góry posypujemy mięso BARDZO OBFICIE ulubionymi przyprawami (ja np. używam przywiezionych z Grecji mieszanek świeżych ziół i przypraw). Rękami mieszamy przyprawy z oliwą tak, aby nasmarować całe mięso. Tak przygotowaną marynat przykrywamy i zostawiamy w lodówce. Następnego dnia, np. w sobotę zaczynamy piec mięso z odpowiednim wyprzedzeniem. Wkładamy mięso do naczynia żaroodpornego, dodajemy jeszcze przepołowione ząbki czosnku i inne ulubione dodatki (ja np. często dodaję żurawinę suszoną lub rodzynki). Pieczemy w temperaturze max 180 stopni, cały czas kontrolując, czy mięso się nie przypala. Przez cały czas pieczenia (ok. 2-3 godziny, oczywiście po pewnym czasie odpowiednio zmniejszamy temperaturę pieczenia) mięso musi być przynajmniej w 1/4 zatopione w tłuszczu z przyprawami i wodą. Kiedy na nasze „oko” mięso jest już gotowe, wyłączamy piekarnik i zostawiamy mięso w nagrzanym piekarniku do wystygnięcia.

Kolejna sprawa – pieczone ziemniaki. Zabieramy się za nie w niedzielę, na około 1,5 godziny przed wypasionym obiadem. Carrefour wypuścił taki „wynalazek” jak ziemniaki przeznaczone do różnych celów. Znaleźć tam można np. ziemniaki „do gotowania” oraz „do frytek i do pieczenia”. Nam będą potrzebne te ostatnie oraz (tak, czasami miewam takie przebłyski geniuszu) forma do muffinek. Bierzemy 12 ziemniaków, obieramy je, obtaczamy w tartej bułce i wkładamy do formy uprzednio obficie nasmarowanej masłem. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Formę przykrywamy folią aluminiową. Pieczemy w ten sposób przygotowane ziemniaki przez ok. 1,5 godziny.

Marchewki rozdrabnioany w blenderze lub ścieramy na tarce z drobnymi oczkami. Podobnie traktujemy jabłko 😉 Mieszamy oba składniki, dodajemy parę kropli soku z cytryny i wszystko razem mieszamy. Rukolę myjemy i dokładnie osuszamy. Przed podaniem polewamy sosem włoskim.

Mięso z ziemniakami podajemy na półmisku. Surówkę i sałatkę w osobnych miskach. Jako alternatywę do ziemniaków polecam grzanki z bagietki. Jako super dodatek do mięsa polecam jeszcze podać konfiturę z żurawiny lub – jeszcze lepiej – borówki.

No i już 🙂 Uff 🙂 Wcale nie było z tym tak dużo roboty. A tak bardzo było warto!

Smacznego i dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Android pisze o swoich tęsknotach

Android pisze o swoich tęsknotach

Ogłaszam uroczyście, że nic (albo prawie nic) nie „jara” mnie już tak, jak kiedyś.
Czy to kwestia wieku, czy zgorzknienia – nie mam pojęcia. Trwa to już od pewnego czasu i obawiam się, że nie jest to stan przejściowy, tylko nowy stan stały, który muszę zaakceptować. W sumie dobre to dla mojego zdrowia, bo nie powinnam przeżywać zbyt silnych emocji. Choroba Hashimoto tego nie lubi, tak samo jak depresja. Dlatego bycie robotem bez uczuć jest dla mnie stanem optymalnym. Trochę szkoda, bo porywy emocjonalne potrafią być fajne.

Zumba i blog, pomijając związki z ludźmi, to moje dwie stałe, długoletnie relacje. Aktualnie zumba zaniedbana, bo jestem chora i siedzę zgięta wpół modląc się, aby mój żołądek przestał boleć. Mam nadzieję, że po tej przerwie wrócę szybko do formy. Z wiekiem wraca mi się trudniej do prawidłowego „ukształtowania terenu”. Nawet mały przestój w ćwiczeniach owocuje cellulitem, opuchliznami i sflaczeniem mięśni. Tydzień w domu i widzę w lustrze grubasa.

ea33971cf827389718056cad3e2acebe

(Źródło: Pinterest.com)

Zastanawiam się, czy jestem gotowa zaakceptować stan przejścia w androida, czy może powinnam zacząć szukać nowych zajęć, którymi się „zajaram”. Napisałam, że „prawie nic mnie nie jara”, bo ostatnio trafiłam na jedną rzecz, która ruszyła moje skostniałe zwoje. Te zwoje, które przez powtarzalne, nużące codzienne zajęcia zapomniały, czym jest wyobraźnia. W moje ręce trafił pożyczony Kindle. Pomiędzy różnymi lekturami, które mnie w ogóle nie zainteresowały, trafiłam na… „Grę o Tron”. Trochę antyhipstersko, bo tę książkę czytali już chyba wszyscy. A jak nie czytali, to oglądali serial. Choć tłumaczenie polskie woła o pomstę do nieba, to wkręciłam się po uszy. Niektóre zdania w polskim tłumaczeniu są w stylu humoru z zeszytów szkolnych, ale jakoś udaje mi się to zignorować. Mam teraz wreszcie coś, co mnie pochłania na tyle, że się odcinam od bodźców. Pierwszy raz od dawna tak się zaczytałam, że prawie przejechałam docelową stację metra. Cieszę się jak głupia, że przede mną jeszcze kilka tomów 🙂 Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to literatura „nie w moim stylu”. Cholera, może już dawno powinnam była zmienić styl!

40dad3373d3b301d2bb2a7c2ac113f0c

(Źródło: Pinterest.com)

Pochorowałam się tak mocno, że nie mogę się rozkoszować nawet jedzeniem (a na ogół sprawia mi to względną radość). Jem kaszki dla dzieci i popijam chłodną wodą. Czasami – jak mam siłę siedzieć – to siedzę przy kompie lub oglądam coś na National Geographic. W głębi duszy wiem, co mogłoby mi pomóc wyjść z obecnego stanu skostnienia: podróż albo przeprowadzka na wieś. Owoce prosto z drzewa. Świeże, pachnące jedzenie. Cisza i otwarta przestrzeń. Drzewa i widok nieba. Chyba wychodzi ze mnie po latach ta dziewczynka z małego miasta, która wiele lat temu przyjechała do Warszawy i czuła się tutaj zagubiona. Stęskniona za widokiem gór, pagórkowatym terenem i ostrym południowym powietrzem. Ta odważna i przebojowa dziewczyna, która przez wiele lat walczyła z samotnością, brakiem wsparcia i bezdusznością dużego miasta, nagle przestała mieć siłę. Oto ja – cofnęłam się o jakieś 14 lat.



Madonna – This used to be my playground

Może to cofnięcie nie jest takie złe… Może przypomnę sobie dawne zainteresowania, a może zmotywuję się do odkrywania nowych? Zawsze kochałam literaturę, artystów, ich życiorysy. Ostatnio przypadkiem odkryłam bardzo fajnego bloga literackiego, jest to dla mnie prawdziwa perła blogosfery. Polecam lekturę bloga pani Zientek:

http://zientek.blog.pl/

Oto wybrane, bardzo ciekawe wpisy:

O PRZYBYSZEWSKIM

O VIRGINII WOOLF I WIELU INNYCH

Zaczynam od literackich, delikatnych „zajarań”. Powoli wracają mi kolorowe, pełne życia sny. Może coś jeszcze mnie zaciekawi… Polecacie coś?

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Ogólne zniechęcenie, czyli o co chodzi z tym dziwacznym przesileniem

Ogólne zniechęcenie, czyli o co chodzi z tym dziwacznym przesileniem

Już połowa lutego, a ja prawie nic nie piszę. Nie jestem w stanie. Miałam w planie napisać o kilku ważnych tematach – związkach, seksie, przygotowaniach ślubnych, ale nie potrafię się zebrać. Po długim czasie pełnego rozpędu chwilowo wyhamowuję. Moje życie tak strasznie przyspieszyło, że przestałam mieć czas na podtrzymywanie i pielęgnowanie relacji z ludźmi poza moimi domownikami. Praca, dom – to wszystko. Zawsze byłam bardzo zależna od pogody, od ciśnienia atmosferycznego, od ilości światła itp. Dlatego też teraz czuję się fatalnie. Mój organizm podpowiada mi, że zimą musi być zimno i to nagłe ocieplenie bardzo źle mi służy. Jestem senna, słaba i otępiała. Zamiast mówić – bełkoczę i mam w głowie jedno, jedyne marzenie – wejść pod kołdrę i nigdy spod niej nie wyjść. Tak potwornie chce mi się spać…

e00e02a72bb8aa53aa67927d93778b3a

Źródło: Pinterest.com

Mały jest chory, przez dwa dni pełnię dyżur domowy przy nim, jest nam razem świetnie, choć nie mam zbyt wiele energii. Żałuję, że nie mam Google Glass albo wiecznie włączonego dyktafonu, bo chętnie zapisywałabym wszystkiego jego super teksty. Zapisywanie na kartce często nie oddaje klimatu wypowiedzi, intonacji głosu, uśmiechu brzmiącego w głosie. Ostatnio na przykład rozbroił mnie takim oto tekstem:

JA: Kochanie, pobawimy się w szkołę?

SYNEK: Tak, mhmm, nie mam zamiaru.

Nie powiem, usłyszałam w tym echo własnych słów (czasami zdarza mi się coś takiego powiedzieć, w innym kontekście). A w tej sytuacji to zabrzmiało tak strasznie śmiesznie 🙂

Właśnie totalnie zasypiam, ryję nosem w klawisze, mimo iż spałam od osiemnastej do dwudziestej pierwszej, nie poszłam nawet na zumbę… Po prostu urwał mi się film. Nie wiem, co mnie tak męczy, dręczy od środka, że po prostu muszę „przymknąć na to oczy”. Chciałabym wiedzieć. Wiem jedno, marzy mi się duża przestrzeń. Czuję się przytłoczona, zamknięta w więzieniu. Ciągle tylko ciasne wnętrza – biuro, metro, dom. A ja pragnę dużej przestrzeni, chcę biec, płynąć gdzieś w dal, poczuć w piersiach powietrze, wziąć pełen oddech i sycić się wolnością. Czy jeszcze kiedyś będę mogła?

Z przyzwyczajenia chciałam właśnie napisać „Kind Regards” i podpisać się 😀 Ale czad 😀

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy! Mam nadzieję, że wkrótce moja głowa znów będzie pełna świeżych pomysłów i będę mogła się nimi z Wami podzielić.

(Faith No More – Easy)