Category Archives: partnerstwo

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Przez ostatnie trzy dni chodziłam prawie ślepa… Byłam tak chora, jak nigdy dotąd. Posłuszeństwa odmówiły mi absolutnie wszystkie mięśnie, łącznie z mięśniami oczu. Nie byłam w stanie na nic patrzeć, wodzić wzrokiem, patrzeć na światło. Wiecie o czym wtedy myślałam? Przy tej wysokiej gorączce, przy potwornym bólu całego ciała? O tym, że przerwałam swój 30 dniowy cykl przysiadów. Rozumiecie? Jaka durna jestem… To właśnie ten kaliber choroby zwanej perfekcjonizmem. Tyle razy już próbowałam z tym walczyć i nic z tego. Wiem dlaczego mi się nie udało – bo próbowałam osiągnąć perfekcję w walce z perfekcjonizmem. A to nie tędy droga. Trudno. Taka już zawsze będę. Zawsze będę cierpiała na chorobę, której objawem jest stawianie sobie zbyt wysokich poprzeczek.

c5818e496a703b69b0bdd686d598f36f

(Źródło: Pinterest.com (for educational purpuses only) )

Mój organizm jest jednak mądrzejszy i czasami potężnie się buntuje. Mówi mi: „Fundujesz sobie karkołomne życie”, „Stop – nie udźwigniesz tego”. A ja nie chcę, nie mogę tego słuchać i im głośniej krzyczy mój organizm, tym ja się bardziej nad nim znęcam. Przez ostatnie miesiące borykałam się z chorobą, która wracała atakując moje drogi oddechowe. Brałam antybiotyk – zabójcę, chodziłam do pracy, na zumbę, bałam się zahamować. Organizm w końcu nie wytrzymał i się złamał. Dlatego tak bardzo mnie rozłożyło. Dopiero dziś jest pierwszy dzień, kiedy jestem w stanie chodzić, nie mam dreszczy, mogę patrzeć na światło i nie jest mi niedobrze. Wracam do życia. A moja wewnętrzna mordercza trenerka szepcze „Dobrze, że schudłaś, niedobrze, bo utraciłaś mięśnie”. Zaczyna mnie podpuszczać, żebym już teraz wróciła do przysiadów, brzuszków, jogi i zumby. Chyba jednak się jeszcze powstrzymam…

68769af33fd18f1e83b4aab54bff7631

(Źródło: Pinterest.com)

W taki właśnie sposób tkwię sobie w pułapce własnego wewnętrznego krytyka, który stawia mi potwornie wysokie wymagania. Ten krytyk sprawia, że nawet nie przyjdzie mi do głowy pochwalić się szerszej grupie odbiorców tym, co robię, póki nie stwierdzę, że jest to doskonałe. Dlatego właśnie nigdy nie zgłoszę się np. do konkursu o tytuł Bloga Roku. Gratuluję wszystkim uczestnikom odwagi i pewności siebie. Może się Wam wydawać, że mi nie zależy, że się wywyższam, czy coś w tym rodzaju. Wcale nie. Po prostu uważam, że to co robię, nie ma szans na wyróżnienie, bo jest tak bardzo niedoskonałe. Zazdroszczę tym osobom, które zgłaszają swoje blogi. Blogi te czasami bywają, wybaczcie, totalnie „na kolanie” stworzone, bez pomysłu, z nieładnymi zdjęciami… Jednak przebojowość to pierwszy krok do sukcesu i tej przebojowości im zazdroszczę. Jeszcze w czasach, gdy wydana oficjalnie książka to było naprawdę COŚ, marzyłam sobie, że wydam książkę. Zdobycie uznania za taką prawdziwą książkę, nie za bloga, to byłoby dla mnie coś! Blogów są tysiące, pisać w necie każdy może i – jak czasami dobrze widać – robione jest to byle jak. A książka… To coś pięknego. Nie umniejszając niektórym świetnym blogom, które bardzo lubię, dla pisarza pisać bloga, to tak jak dla aktora teatralnego grać w serialu TV. Mój blog, choć piszę go już tak długo, jest dla mnie „tylko blogiem” i mój krytyk mówi mi, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej zgłaszać się z nim gdziekolwiek po cokolwiek. Dać Wam jeszcze przykład mojego znęcania się nad sobą? Ostatnio trafiłam na napisaną przez siebie w wieku ośmiu lat powieść fantasy (serio, nie wiem, co mi się wtedy stało) i czytając ją stwierdziłam: „Matko, w wieku ośmiu lat pisałam lepiej niż teraz. Wtedy przynajmniej miałam niczym nieskrępowaną wyobraźnię”. Masakra, prawda?

33f4dad2fe2be453594739aab5713f91

Źródło: Pinterest.com

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pcham się ani do społeczności blogerskich, ani do konkursów. Już w czasach podstawowej szkoły muzycznej zetknęłam się z wielką niesprawiedliwością tego świata. Razem ze mną na roku była dziewczyna, która grała na tym samym instrumencie, co ja. Dla niej granie była przymusem, dla mnie – czymś wyjątkowym i wspaniałym. Ludzie mówili mi – Ty masz talent, a ona ma tatę – nauczyciela w szkole muzycznej. Reszty możecie się domyślić. Kto był faworyzowany? Komu nauczycielka poświęcała więcej czasu? Która z nas dostawała się bez niepotrzebnych formalności na konkursy? Nie znoszę takich zjawisk, a niestety one są obecne wszędzie i jak tylko mogę, to ich unikam. Dobrze i bezpiecznie mi tutaj, gdzie mentalnie tkwię. Piszę sobie, co chcę i jak chcę, a jeśli to do kogoś trafia, to jestem szczęśliwa. Boję się ruszyć z tego miejsca, mimo iż wiem, że siedząc tu niczego nie osiągnę. Gdzieś w głębi duszy naiwnie wierzę, że w końcu znajdę sobie miejsce w tym świecie, za pomocą tego, co lubię robić najbardziej. Wierzę też, choć może niesłusznie, że mój perfekcjonizm, potworna wredota, okaże się wtedy moim największym sprzymierzeńcem.

ba2750101dcca2805b32b8f654791fad

(Źródło: Pinterest.com)

Parę słów ku pokrzepieniu, dla Was – nieuleczalne perfekcjonistki. Jest kilka obszarów, w których z nieukrywaną przyjemnością pozwalam sobie na niedoskonałość. Najważniejszym z nich jest macierzyństwo. Co ciekawe, to właśnie bycie mamą wychodzi mi chyba w życiu najlepiej 🙂

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Rozważania o miłości, czyli nadrabiamy zaległości filmowe

Rozważania o miłości, czyli nadrabiamy zaległości filmowe

W ramach przejścia na przedwczesną emeryturę nadrabiam zaległości filmowe. Dlaczego na przedwczesną emeryturę? Czuję się jak emerytka, bo wychodzę z domu (towarzysko) raz na pół roku, w wyznaczonych ramach czasowych. Na imprezie byłam ostatni raz 1 czerwca, w dniu swoich urodzin. Kto mnie przebije? Zaczyna mnie powoli roznosić, więc żeby zagłuszyć trochę zew szwędacza, siedzę w domu i oglądam filmy. Fałda na brzuchu rośnie, jak się ją ściśnie wygląda jak uśmiechnięta pomarańcza, ale co tam. Czyż oglądanie filmów wieczorem w domu nie jest cudowne? W sumie jest i to bardzo. Ale wracając do zaległości… Otóż wczoraj po raz pierwszy obejrzałam kultowy, zwłaszcza wśród kobiet, film „The Notebook” („Pamiętnik”). Ogląda się go dobrze (no bo jest Ryan G.), na końcu się ryczy jak bóbr, a do tego budzą się wielkie emocje, których na co dzień nie chcemy czuć, bo są one zarezerwowane dla dawnych i już troszkę zapomnianych czasów. Niestety mnie ten film trochę zdenerwował, ponieważ uważam, że niebezpiecznie ugruntowuje w i tak już wypranych mózgach kobiet (oraz niektórych mężczyzn) mit Wielkiej i Niezniszczalnej Miłości, Która Przetrwa Wszystko Aż Po Grób. A każdy, kto już cokolwiek w życiu przeżył, wie, że życie każdą taką szaloną i namiętną miłość we wszystkie strony przemieli. Jedyne, co uważam za życiowo realistyczne w tej historii to płynący z niej wniosek, że prawdziwa miłość ma zwyczaj powracać, czyli w sumie te przeciwności jakoś tam pokonuje…

4f4b6a56d5ea39e6ebefbf9e6e775782

(Źródło: Pinterest.com)

Jednak mit o tym, że szalona nastoletnia namiętność przetrwa do później starości, no cóż… Nie wierzę. Miłość ma swoje fazy, namiętność także. Jeśli obie strony są dojrzałe, to potrafią się pogodzić z faktem, że dzika namiętność przemija i potem trzeba włożyć trochę wysiłku w to, żeby nadal się kochać i żeby ta miłość była satysfakcjonująca dla obu osób. Oto bardzo fajny Ted Talk na ten temat (w którym wg mnie najważniejszy wniosek to ten, że w miarę upływu czasu trzeba się pogodzić z tym, że seks nie jest już spontaniczny tylko zaplanowany, ale to też jest fajne i można się tym cieszyć):

(Źródło: TED.COM)

Nikt jednak nie podpowiada, co trzeba zrobić, gdy jedna ze stron ciężko zachoruje – fizycznie lub psychicznie. Rzadko ktoś naprawdę mądrze (a nie idiotycznie – poradnikowo) mówi o tym, jak sobie poradzić ze związkiem, który się rozpadł, a potem zostały podjęte próby ratowania go. Nikt nie mówi o tym, jak bardzo bycie rodzicem rozwala życie intymne rodziców. W tym pięknym i jakże uroczym filmie pokazany jest idealny przebieg wielkiej i namiętnej miłości. Pokazany jest czas od zauroczenia po ślub, a potem dopiero tuż przed śmiercią. A co było pomiędzy? Kłótnie, kłopoty finansowe, małe dzieci? Rozstępy i depresje? Oczywiście, wszyscy wierzą, że same cukierki i różowe obłoczki.

A wiecie czym jest dla mnie miłość? Stabilnością, zaufaniem i takim spokojem, głęboko na dnie – wiarą, że nie musisz udawać kogoś, kim nie jesteś, żeby ten ktoś Cię lubił i kochał. Jest także wiarą w to, że bez względu na to, co Ci się przytrafi (choroba, szaleństwo, oszpecenie), ta druga osoba zostanie z Tobą. Miłość jest domem, bez względu na jego lokalizację. No i w tym cholernym „Pamiętniku” pada takie zdanie z ust Jego o Niej: „Wasza mama to mój dom”. No właśnie.

Na koniec cover pięknej piosenki w wykonaniu Skunk Anansie (jednego z moich ulubionych zespołów), dreszcze są od pierwszego dźwięku:

(„You do something to me” – Skunk Anansie)

Miłego niedzielnego popołudnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

Dziś widziałam się z moją przyjaciółką. Wiele nas łączy. Wiek, przeżycia, pewne predyspozycje psychologiczne, nawet bliźniacze doświadczenia z szefowymi – kobietami. Spotykamy się dość rzadko, jednak zawsze rozmawiamy o poważnych odkryciach i różnych zawiłych życiowych sprawach. Dziś na przykład, między innymi, rozmawiałyśmy o tym, że po trzydziestce odkrywamy prawdę o sobie. Jakby spadły nam różowe okulary. Widzimy, że pewne rzeczy, które wydawały się błędami, czy nawet schematami zachowań mogącymi ulec naprawie – są prawdą o nas samych, są nami, budują nas i koniec. A to, co było wcześniej „lekko”, „trochę”, „delikatnie” kształtuje się w nas w coś solidnego, w masę, w stan, w skostnienie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że wkraczając w wiek średni stajemy się naszymi błędami i zaburzeniami. Nie ma ucieczki. Zaczynają się też różne dolegliwości fizyczne, których wcześniej nie było albo pojawiały się tylko w lekkim stopniu. Czas więc po prostu pogodzić się ze sobą i z własnymi demonami. Oraz z tym, że młodość nigdy nie wróci, ale to nic, teraz też jest fajnie. Tylko inaczej.

Nie mam dziś siły pisać zbyt wiele, bo ten weekend był intensywny. Kolejny z trzech antybiotyków, które ostatnio brałam, zwalił mnie z nóg. Wczoraj przespałam pół dnia. Mam nadzieję, że będzie teraz dobrze. Powoli też oswajam się z samo – prawdą. Osiągnęłam chyba pełen obraz siebie, bez zaprzeczania, bez ściemy. Wiem, jaka jestem i nie wstydzę się tego. Zarówno te jasne, jak i ciemne strony, które mam w sobie, są moje i odpowiednio oswojone, mogą być dobre. Jestem wdzięczna losowi, za moich bliskich, prawdziwych, mądrych twardzieli, którzy są przy mnie mimo wszystko 🙂

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ddadc2c1c007ba7d3192d359d2e46801

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Gdzie jest mój ostatni tydzień? Ktoś widział, ktoś wie? Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że minął. Chciałabym Wam napisać o tylu rzeczach, które miały miejsce w ostatnich tygodniach mojego życia, że sama nie wiem, od czego mam zacząć. Przeczytałam ostatnio piękną książkę (jeszcze na wakacjach), pierwszy raz w życiu obejrzałam „Potwory i Spółkę”, dowiedziałam się, że bliska mi osoba spodziewa się dziecka, doświadczyłam całkowicie nieprzespanej nocy… Pierwszy raz kupiłam sobie coś w Zalando. W ciągu minionego tygodnia doświadczałam wielokrotnie tak dotkliwego uczucia głodu, jak nigdy do tej pory. Byłam z Sówką na wystawie pierwszej polskiej fotografii kolorowej. Osiągnęłam rekord w zapominalstwie i otępieniu umysłowym. Ale żyję i oto jestem.

Jest jeszcze coś, co stało się ostatnio, o czym nie wspominałam. To tak duża sprawa, że po prostu nie wiem, jak to zakomunikować. Może tylko powiem jednym zdaniem: nasza rodzina znów jest w komplecie. Silniejsi, mądrzejsi, lepsi – jesteśmy teraz niezniszczalni. Nie jestem też w stanie wyrazić, nie wylewając morza łez ze wzruszenia, jak wiele dobrego przyniosło nam odzyskanie siebie nawzajem.

Przede wszystkim nasz Synek rozkwitł, wystrzelił w kosmos rozwojowo. Pokazał, jakim jest silnym, mądrym i zaradnym chłopczykiem. Mimo złych chwil, które przyniósł nam miniony rok, mimo iż Chłopczyk nasz cierpiał bardzo, dzielnie radził sobie z sytuacją. Mimo chwilowego rozłamu, otoczony był naszą miłością i opieką z każdej strony. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że wydarzenia minionego roku zachwiały poczuciem bezpieczeństwa każdego z naszej trójki. Jednak mimo tego cierpienia, jesteśmy teraz silniejsi i kochamy się jeszcze bardziej.

To teraz opowiem Wam o czymś, co miało miejsce parę dni temu. Spędzaliśmy sobie we troje czas w domu, bawiąc się i odpoczywając. W pewnym momencie zaczęliśmy się bawić w odgrywanie ról. Mój M. zaczął udawać, że jest małym dzieciątkiem, które płacze (Synek sam zainicjował taki podział ról, wcielając się w rolę dorosłego – opiekuna). Nasz Synek zaczął wtedy najpiękniejszą ze swoich dotychczasowych zabaw.

– Chcesz piciu, dzidziu? – zapytał. Odkręcił butelkę z wodą i napoił M. Potem Synek powiedział „Ty płacz”, więc „Dzidzia” płakała dalej.
– Może mu zimno! – wypowiedziawszy te słowa, Synek pobiegł do swojego pokoju i wrócił z kołdrą i poduszką.
– Chodź, przykryję Cię, dzidziu.
„Dzidzia” płakała dalej.
– On chce zabawkę! – powiedział Synek i pobiegł do pokoju po mały zabawkowy motor. Podał motor „Dzidzi”, a wcześniej pokazał, jak się nim bawić. „Brawo! Nauczyłeś się!” powiedział, gdy „Dzidzia” nauczyła się bawić motorem. Przy podobnej zabawie ze mną podał mi pluszową małpkę i powiedział: „To jest małpka, zobacz, ma bardzo mięciutkie łapki. Teraz to jest Twój pluszak”. Wydaje mi się, że Synek w ten sposób dostosowywał odpowiednie zabawki do płci „Dzidzi”.

„Dzidzia” skończyła się bawić motorem i zaczęła znów płakać. Wtedy Synek zawołał:
– Mamusiu, przyjdź, Twoja dzidzia płacze.
Przyszłam na chwilę pocieszyć „Dzidzię” i zaproponowałam, żeby Synek pobawił się z „Dzidzią” w drugim pokoju.
Synek pokazał „Dzidzi” swoją zabawkę – Batmana. „Dzidzi” Batman spodobał się dużo bardziej niż motor.

IMAG0683

– Kochasz go, prawda? – powiedział czule Synek.
Synek uczył także „Dzidzię” prawidłowego wymawiania różnych wyrazów. Wytłumaczył także, kim jest Jake i Piraci z Nibylandii i że wrogiem Jake’a jest Kapitan Hak.
Potem „Dzidzia” brała do ręki różne zabawki i rzucała nimi. Synek przez cały czas zachowywał anielską cierpliwość. W końcu, gdy „Dzidzia” rzuciła po raz piąty zabawką, Synek powiedział tylko „Ej, nie wolno tak rzucać zabawkami, mała dzidziu”.
Zabawa ta była pełna pięknych drobnych niuansów i gestów, jakie Synek wykonywał względem „Dzidzi”. Był cierpliwy, miły, czuły, łagodny. Jego odruchy i gest były wzruszające, pełne wyczucia, troski i empatii. Pomyślałam sobie: Mimo wszystkich złych wydarzeń, nasz Chłopczyk jest normalnym, zdrowym i kochanym dzieckiem.

Rozpiera mnie taka duma i miłość, że nie potrafię tego nawet wyrazić. Życzę Wam wszystkim, żebyście doświadczyli takiego uczucia w swoim życiu przynajmniej raz. A obecność dziecka w życiu oznacza wiele takich momentów. Co do związków z partnerem, to przede wszystkim nie warto się obrażać, kłócić, zwalczać nawzajem. Szkoda życia. Nie polecam się także przekonywać o tym, jak ważny dla nas jest drugi człowiek dopiero wtedy, gdy go w naszym życiu zabraknie. Trzymajcie się więc siebie nawzajem, szanujcie i kochajcie z pełną otwartością. Nawet jeśli doświadczacie po drodze traum, kłopotów finansowych, choroby, depresji. Wszystko kiedyś mija. A najważniejsze jest, aby razem przez to przejść.

IMG_1045

Miłego długiego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Walentynkowo

Walentynkowo

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Życzę Wam, aby każdy z Was znalazł prawdziwą, czystą, szaloną, namiętną, szczerą, wielką miłość. Taką, w której obydwoje dojrzewacie razem, uczycie sie siebie i pogłębiacie wzajemne uczucie. Taką, w którą wskakuje się z zamkniętymi oczami, jak do przyjemnej, czystej, błękitnej wody w słoneczny dzień. Taką, w której mimo oporów otwierasz się na drugą osobę, bo wiesz, że warto. Taką na lata, na dobre i na złe.

fc14ab50f9b6555c8c43d4417acdb9f0

Kto ma taką miłość, niech o nią dba i trzyma mocno!

Szczęśliwego Dnia Zakochanych 🙂

I don’t want an easy ride

I don’t want an easy ride

Zawsze, kiedy myślę, że jest już dobrze, coś się wykrzacza. Staram się jednak pamiętać o tym, że nie jestem z tych, co to chcą się prześlizgnąć przez życie po powierzchni. Im trudniej, tym prawdziwiej przecież. Co nas nie zabije, to nas wzmocni i takie tam mądrości. Podzielę się z Wami mało znaną piosenką Madonny. Utwór pochodzi z płyty „American Life”. Ta ballada o bardzo mądrym tekście, towarzyszy mi co rano w drodze do pracy. Dzień w dzień. Raczej mi się nie znudzi, po tylu latach…

Czasami są w życiu chwile, kiedy przez moment wszystko się układa. Boję się takich chwil, bo łatwo się takim szczęściem zachłysnąć. A potem strata boli jeszcze bardziej. Boję się rozczarowań tak bardzo jak samotności. Jednak od niedawna nie kieruję się w życiu tym lękiem. Przestałam bać się ryzyka. Dowiedziałam się też – o dziwo od samej siebie, choć pokierowała mnie ku temu moja kochana przyjaciółka H. – czym powinnam się w życiu kierować. Wiem, że to ja jestem swoim największym sprzymierzeńcem. Ludzie bywają życzliwi, ale czasami nagle przestają, bo np. już nie wpisujemy się w ich wizję świata albo są nami rozczarowani. To boli okropnie. Jednak takie rozczarowania nie będą mnie dotykać zbyt mocno, jeśli będę miała oparcie w sobie. A od pewnego czasu mam. Wymagało to ode mnie wielkiej siły, przejścia przez koszmarny kryzys i postawienia granic osobom, którym granic postawić przez długie lata nie potrafiłam. Ale wiecie co? Warto. Bo jestem szczera sama ze sobą i wiem, czego chcę. Przez lata miałam w głowie różne stwierdzenia wpojone przez innych, co można, nie można, wypada, nie wypada, czym się kierować, co robić z życiem. Jednak nigdy nie zapytałam siebie: „A czego ja tak naprawdę chcę?”. Teraz robię to codziennie i zapisuję to sobie, żeby już nigdy więcej nie zapomnieć.
Życzę Wam wszystkim takiego dobrego zdefiniowania swoich wartości i celów. Lepiej późno niż wcale. U mnie następuje to tuż przed trzydziestką. Teoretycznie jeszcze dużo czasu, aby zbliżyć się do swojej wizji szczęścia. Trzymajcie kciuki!

Świąteczne refleksje, czyli o tym, co i jak między nami ludźmi…

Świąteczne refleksje, czyli o tym, co i jak między nami ludźmi…

Święta to niewątpliwie czas refleksji. Czas bycia blisko z ludźmi, czy tego chcemy, czy nie. Dla mnie to czas jednocześnie radosny, jednocześnie wyjątkowo smutny. Tak się składa, że podsumowuję w głowie ostatnie lata swojego życia, analizuję wszystko, co robiłam i robię oraz co mi się przytrafiło. Pytam siebie, czy byłam dobra, czy szanowałam ludzi, czy potrafiłam cieszyć się życiem. Szczegółowe wnioski są gorzkie, więc się nimi nie podzielę. Wolę podzielić się przepięknym coverem utworu Vanessy Williams w wykonaniu dwóch skarbów polskiej sceny muzycznej. Pan Mietek to talent ponadczasowy, aż dziwne jest dla mnie, że świat cały o nim nie usłyszał…

Wracając do relacji… Po 4 latach własnej terapii jestem dość mocno przeterapeutyzowana. Spędziłam wiele czasu analizując zamiast żyć pełnią życia. Pogubiłam się gdzieś w połowie drogi między „chcę”, „powinnam” a „jestem” (czyli odpowiednio: id, superego i ego). Po tym czasie stwierdzam, że jestem jak ta stonoga z dowcipu, która zastanawiała się, którą z nóg powinna ruszyć aż w końcu wszystkie nogi jej się poplątały. Nic dziwnego, że stoję w miejscu zaplatana we własnych ograniczeniach zamiast cieszyć się życiem. Ble.
To, co mi na dziś z moich przemyśleń wychodzi, to to, że nigdy do końca nie wiadomo, co składa się na sukces związku dwojga ludzi. Bardzo ważne są takie czynniki jak:bagaż doświadczeń (choć nie jest powiedziane, że musi być taki sam), oczekiwania (czy chcemy czegoś poważnego, czy lekkiego, przyjaźni czy miłości), role, które przyjmujemy (córeczki, terapeuty, despotycznego rodzica etc.), a także odporność psychiczna każdej ze stron. Szczególnie ważne wydają mi się role… Jeśli przyjmiemy konkretną rolę w związku, to bardzo trudno jest z niej później wyjść. Idealnie chyba jest, gdy udaje się w związku połączyć role kochanków, opiekunów i przyjaciół. Dwojga dorosłych, którzy siebie akceptują i wiedzą jedno: że chcą ze sobą być ponad wszystko inne. Potrafią zachować zdrowy dystans, dać sobie wolność, prawo do hobby, do cichych dni, do gorszego nastroju. Jeśli powyższe warunki nie zostają spełnione, pojawiają się silne reakcje psychosomatyczne, wzajemne obwinianie się odpowiedzialnością za niespełnione oczekiwania oraz skłonność do uciekania od siebie.

To, do czego Was namawiam, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, to szczere rozmowy. Szczerość wobec samego siebie i wobec innych. Inaczej nie można. Nie da się zamieść pod dywan niektórych spraw. Tak samo jak czasami dwoje ludzi po prostu nie potrafi być razem, mimo iż osobno są świetni. A potem wystarczy, że każde z nich trafi na odpowiednią osobę i dzieją się cuda.

112378953173673166_HcIEqAnp_c

Kochani, życzę Wam, żebyście żyli pełnią życia i cieszyli się relacjami z bliskimi w nadchodzącym roku. Wszystkiego dobrego!

Na dobranoc

Na dobranoc

Ja dziś tylko szybko, bo mam niedobory snu i zaraz się kładę (jak na mnie to wybitnie wcześnie).

Na początek fragment filmu, który pomógł mi przejść przez najtrudniejsze momenty ostatnich miesięcy:

Cieszę się, że w ogólnej beznadziei czasami cuda się zdarzają. Cud przytrafił się mojej sąsiadce Kasi, a w zasadzie jej mężowi. Jestem wdzięczna tej wspaniałej Sile, która czuwa nad dobrymi ludźmi.
A ja… A ja stwierdziłam, że po ostatnich przeżyciach stałam się twarda. Nie, twarda to złe słowo. Odporna. I na wielu frontach, mówiąc kolokwialnie, po prostu mnie oświeciło.
Uczę się też odpuszczać wszelkie złe uczucia i myśli. Chronić siebie w tym całym zamieszaniu, które wokół mnie trwa.

Słodkich Snów, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kolejne trudne zmiany, czyli gorzkie wyznania samotnej matki

Kolejne trudne zmiany, czyli gorzkie wyznania samotnej matki

Kochanie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Jak już pewnie część z Was zdążyło się domyślić, liczne zmiany, o których od pewnego czasu pisałam, spowodowane były rozpadem mojego wieloletniego związku, którego owocem jest nasz Syn.
Jak to w życiu czasem bywa, miłość się kończy, ludzie zapędzają się w złych emocjach i nagle orientują się, że nie ma za bardzo czego zbierać… Straszne i smutne są to historie. Niestety, znam ich trochę. Przez ostatnie prawie 9 miesięcy od czasu rozstania przeszłam prawdziwą przemianę, okupioną tygodniami wielkiego smutku, rozpaczy i zadawania sobie pytania: „DLACZEGO?”. Nadal w sumie nie wiem.

Dowiedziałam się kilku ważnych rzeczy o sobie, moim byłym partnerze, o naszym związku. Wyciągnęłam lekcję. Dowiedziałam się, że to, jaka jestem na zewnątrz ma się nijak do tego, jak się naprawdę czuję. Wśród moich znajomych i przyjaciół panuje jakaś kosmiczna opinia, że jestem siłaczką, herosem i babą z żelaza, co to idzie przez życie jak burza. Nic bardziej błędnego… Sama w sobie czuję się słaba, delikatna i podatna na zranienia. To, co widać na zewnątrz, to moja zbroja, moja tarcza. Przez tę nie wiadomo skąd wziętą opinię o moim heroizmie, ludzie często nie chcą mi pomagać, bo im się wydaje, że przecież dam sobie radę. A ja zawsze marzyłam, żeby w końcu, po latach, móc się na kimś oprzeć i pozwolić sobie być w końcu delikatną kobietą. Muszę chyba świadomie znaleźć złoty środek, aby fasada nie odstawała za bardzo od wnętrza. Może wtedy jakoś to będzie…

Druga rzecz, której się dowiedziałam o sobie to to, że widzę wszystko w czarnych barwach. To prawda. Od mniej więcej 5 lat moje życie stara się mi udowodnić, że mam rację, przysyłając mi różne przykre niespodzianki. Okropne to, lecz prawdziwe. Jednak nasunęła mi się ostatnio taka prosta myśl, że tymi czarnymi myślami nic nie zdziałam i nie zmienię, tylko pogarszam sprawę, psuję humor sobie i moim najbliższym. Moje postanowienie: szukać wszędzie pozytywów.

Kolejne odkrycie ostatnich miesięcy… UWAGA poważna sprawa. Ogłaszam wszem i wobec, że bycie samotną matką jest potwornie, ale to potwornie trudne. Uważam, że jest to na dłuższą metę niewykonalne i zabija organizm kobiety. Dzieci należy wychowywać we dwoje, koniec – kropka. Nawet jeśli układ wygląda tak, że kobieta zajmuje się dzieckiem, to partner jest od tego, aby zająć się kobietą. Dobry partner oczywiście. Taki, który powie: „Kochanie, ja położę dziecko spać, a Ty zrób sobie królewską kąpiel” albo powie „Wiem, jak ciężko pracujesz godząc pracę z macierzyństwem, zrobię coś dla Ciebie” po czym ugotuje obiad na dwa dni lub po prostu porządnie się Tobą zaopiekuje. Najważniejsze jest to, żeby partnerzy, którzy razem wychowują dziecko, odejmowali sobie wzajemnie stresu, a nie dodawali, żeby pomagali sobie w znoszeniu zmęczenia i ogarnianiu rzeczywistości. Samotne macierzyństwo to istny horror! Mówię Wam to ja i mój zmasakrowany kręgosłup, twarz, która postarzała się o jakieś 5 lat w ciągu ostatnich miesięcy, a o starości pogrążonej w smutku duszy już nawet nie wspomnę. Na pewno łatwiej jest takim samotnym mamom, które mają na miejscu swoją mamę, siostrę lub zaangażowanych przyjaciół. Nie chcę biadolić, ale jak się nie ma wsparcia, tylko zostaje się z dzieckiem (jego ząbkowaniem, humorami, lękami, chorobami do ogarnięcia) i trudami związanymi z pracą, to można oszaleć. Absolutnie nie chcę tutaj narzekać na mojego Synka, bo jest cudowny, lecz, naprawdę, ogarnianie jego coraz bardziej skomplikowanej psychiki to jest nie lada wyzwanie. Tłumaczenie mu świata i pomaganie w zwalczaniu przykrych stanów jest samo w sobie trudne, a jeśli mam na to tylko kilka godzin w ciągu tygodnia i niecały weekend (do podziału z ojcem), to sprawa staje się jeszcze trudniejsza.

Mój Synek znów zachorował, do kataru na dokładkę jeszcze oczko ma zainfekowane, wymaga troskliwej opieki, a ja jutro idę do nowej pracy. Praca ta wydaje się być bardzo obiecująca i jestem jej bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że mimo wszystkich niedogodności, mimo mojej rozszalałej choroby Hashimoto (jesień jest najgorsza przy tej chorobie) i wielu innych paskud, jakoś dam radę. Wiecie co jeśli uda mi się to ogarnąć i jeśli po latach wyjdę z tego kanału i zacznę żyć normalnie, to… to… Ech, pięknie by było 🙂

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Cierpliwość, stoicki spokój i czas

Cierpliwość, stoicki spokój i czas

Czas leczy rany. Wyświechtane stwierdzenie? Uważam, że nie. To coś więcej. To jedna z prawd absolutnych, tak prostych, że aż wydają się zbyt oczywiste. Zanim spotka nas coś naprawdę trudnego w życiu, nie do końca rozumiemy to stwierdzenie i nie potrafimy docenić jego mądrości.

http://www.youtube.com/watch?v=z2NuwEx_JLs

Po latach różnych doświadczeń i zmagania się z rzeczywistością wiem już, że czas naprawdę leczy rany, a cierpliwością i spokojnym oczekiwaniem można zwalczyć przeciwności losu. Oczywiście, jeśli przytrafia nam się coś bardzo trudnego, zalewające nas emocje są naturalne i trzeba im pozwolić, po kolei, się przez nas „przewalić”. Z moich doświadczeń wynika, że czas wychodzenia z ciężkiej traumy to ok. dwa lata. Po mniej więcej dwóch latach (przy odpowiednim wsparciu oczywiście) mijają irracjonalne lęki, koszmary senne, zmiany zachowania spowodowane traumą. Jeśli chodzi o lżejsze (choć nadal trudne) zdarzenia życiowe takie jak: rozwód, zwolnienie z pracy czy pogorszenie sytuacji finansowej, zajmuje to mniej czasu, ale również wymaga wielkiej cierpliwości. Osoby doświadczające trudów życia, będące w czasie wielkich przemian lub przeżywające żałobę, często nie są w stanie patrzeć perspektywicznie, są zatopione w przeszłości, która rzutuje na ich teraźniejszość i przez to ta teraźniejszość jawi się jako koszmarny sen… W takiej chwili oprócz świętego spokoju i cierpliwości, bliscy powinni tej osobie przypominać, iż każdy, nawet największy ból przemija i przyszłość przynosi zupełnie nowe rozwiązania i możliwości. Powinni przypominać o tym, że nie należy tracić nadziei i wierzyć w poprawę sytuacji. Ci, którzy mają w swoim otoczeniu przynajmniej jedną wspierającą taką osobę, są szczęściarzami.

Ważne jest również, aby osoba doświadczająca traumy czy po prostu przechodząca trudne chwile, dała sobie wewnętrzne przyzwolenie na przeżywanie targających nią emocji. A jeśli pojawiają się jakieś objawy wskazujące na poważne problemy (silne, paraliżujące lęki, myśli samobójcze, wszelkie utrudnienia w codziennym funkcjonowaniu), wówczas należy zgłosić się z tą osobą po pomoc do profesjonalisty. Tutaj znów ogromna rola mądrych bliskich, którzy powinni znaleźć taką pomoc i nakłonić cierpiącą osobę do skorzystania z niej.
Kiedy już poczujemy, że stajemy na nogach, świat otworzy się przed nami ponownie. Jest to piękny moment. Warto wtedy sięgać po pojawiające się szanse i z nich korzystać. Dobre rzeczy przyjdą same, nie ma co ich popędzać, tylko robić swoje i starać się być jak najlepszym człowiekiem. Losu nie należy poganiać. Jedyne co można, to uczyć się, otwierać na świat i nie bać korzystać z nowych możliwości.

Powolutku, cierpliwie, do celu! Dobre motto?

Życzę Wam samych sukcesów, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, tych dużych i tych małych!