Category Archives: macierzyństwo – karmienie piersią, pielęgnacja dziecka

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dużo ostatnio myślę o kwestii wzajemnego zaufania między rodzicem a dzieckiem. Myślenie to zaczęło się od luźnych skojarzeń na temat tego, jakim jestem rodzicem. Ostatnio Marta prosiła mnie w komentarzach, żebym napisała „jak być taką dobrą mamą”. No cóż… Nie uważam siebie za nadzwyczajnie dobrą matkę. Jestem matką taką sobie, zarówno dobrą, jak i beznadziejną czasami. Do moich największych przewinień należy między innymi fakt bycia hm… nadmiernie ochraniającą. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć swojemu dziecku ciągle „na ręce”, nie strofować na każdym kroku. Pragnę wyrzec się kontroli i wiecznego bycia „gorylem” na rzecz bycia większym luzakiem. Nie przychodzi mi to łatwo, niestety. Zwłaszcza, że gdzieś wyczytałam, iż rolą rodzica dziecka w wieku przedszkolnym jest przede wszystkim ochrona, a dopiero w dalszej kolejności bycie nauczycielem, kumplem, etc. Trochę się zatem usprawiedliwiam wewnętrznie, że moje schizowanie i ciągłe kontrolowanie tego, co robi mój Synek, jest w pełni słuszne. Dlatego sprawdzanie graniczące z obsesją, czy przypadkiem noga nie zwisa mu w nocy z łóżeczka albo czy idąc w nocy do naszego łóżka nie potknie się o walający się w przedpokoju pantofel uważam za zachowanie mieszczące się w normie. Mam nadzieję, że będę umiała wyczuć moment, kiedy moja Mała Dzidzia będzie już sama dobrze wiedziała, co jest dobre, a co złe i niebezpiecznie. Bardzo nie chciałabym stłamsić mojego Syna. Bardzo chcę, żeby był odważny, niezależny i silny. Dlatego wielokrotnie gryzę się w język, na który zaczynają mi już wskakiwać słowa typu „uważaj, bo to brudne” albo „zostaw to, bo się zranisz”. Zdarza się, że pozwalam mu na to, żeby sam się przekonał (oczywiście w granicach rozsądku). Chowam wtedy moje własne lęki do kieszeni. Wtedy mój M. dziwnie na mnie patrzy – jakbym była chora, czy coś 😉 Ale ja wiem, że jest ze mnie dumny w takich chwilach. Taką postawą chcę też pokazać Synkowi, że mu ufam i wierzę, że sam będzie wiedział, co zrobić.

(Skye Edwards – Monsters Demons)

W ten sposób właśnie, rozmyślając o tym, jakim jestem rodzicem, doszłam do wniosku, że najważniejsze dla mnie jest, aby mój Synek nigdy nie stracił do mnie zaufania. Chcę, aby zawsze wiedział, że może na mnie liczyć. Często się zastanawiam, jak to zrobić, żeby go nie zawieść. Kiedy widzę jego „podkówkę” (każdy rodzic wie, o jakiej minie mówię), gdy muszę odmówić mu wspólnej zabawy albo muszę wyjść z domu, kiedy on mnie potrzebuje, to mi pęka serce. Wiem, że musi się nauczyć, iż czasami nie można mieć wszystkiego, że w życiu bywa tak, że się nie ma wyjścia, no i przede wszystkim, że odmowa nie oznacza odrzucenia. Chcę też, żeby nauczył się rozumieć, że rodzic nie jest ze stali i czasami może nawet po prostu nie mieć ochoty lub siły na zabawę. Z drugiej strony mam obawy, że sprawiam mu wielki zawód spędzając z nim tak mało czasu (współczesny tryb życia i praca sprawiają, że w ciągu tygodnia roboczego tego wspólnego czasu praktycznie nie ma) i że w pewnej chwili przestanie mi ufać. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

IMG_1395

Na koniec Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego Synka. Ostatnio na spacerze biegał po swoim ulubionym murku. Murek jest dość niski, ale ja oczywiście bałam się, że Synek spadnie. Dlatego szłam blisko i chciałam, żeby złapał mnie za rękę. A mój Synek, stanowczo, acz spokojnie mówi do mnie: „Nie mamo, bo to jest moja sprawa i ja to zrobię sam!” 😉 Zamurowało mnie. Byłam bardzo dumna z tego, jak Mały zawalczył o swoje, zakomunikował mi, że moja nadmierna ochrona jest dla niego niewygodna i tym samym poprosił mnie o zwiększenie zaufania. Oczywiście, pozwoliłam mu na samodzielne chodzenie po murku. Nie macie pojęcia, jak bardzo był zadowolony! 🙂

Życzę Wam przyjemności z bycia rodzicami, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Zapraszam do obejrzenia relacji z „Pytania na Śniadanie” TVP 2

Zapraszam do obejrzenia relacji z „Pytania na Śniadanie” TVP 2

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dziękuję wszystkim, którzy dziś obejrzeli mnie rano w TV. Było to bardzo fajne przeżycie, zdecydowanie pozytywne (może pomijając wstawanie o 5:30). Jeszcze raz – cieszę się ogromnie, że mogłam pomóc nagłośnić sprawę niewłaściwych opiekunek… Od razu chciałam powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz: Wiem, że gdzieś tam chodzą po świecie cudowne, kochane nianie. Żałuję, że nie trafiłam na Was, kiedy szukałam opieki dla Synka na cały etat. JA Wam, Drogie Mamy radzę: jeśli się zastanawiacie nad zatrudnieniem opiekunki, nie ufajcie zbyt pochopnie. Stosujcie zasadę ograniczonego zaufania, kontrolujcie to, co się dzieje w domu, sprawdzajcie nianię bez żenady. Tutaj przecież chodzi o Wasz największy skarb! No i pamiętajcie, że wszystko możecie wyczytać z zachowania swojego dziecka. Jeśli coś złego się dzieje, ono Wam to pokaże swoim zachowaniem. Słuchajcie swoich dzieci i ufajcie im. Zapraszam do oglądania.

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/13659958/co-robia-nianie-gdy-rodzice-wychodza

foto2

(Żródło: pytanienasniadanie.tvp.pl)

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Urodzinowy dzień mojego Synka

Urodzinowy dzień mojego Synka

Dziś jest bardzo ważny dzień. Nasz Synek skończył trzy lata. Jestem dumna i szczęśliwa, że jest taki, jaki jest. Dziś wzięłam urlop, żeby móc spędzić z nim więcej czasu. Zaprowadziłam go do przedszkola, a po południu odebrałam. Rano zanieśliśmy do przedszkola upieczone przeze mnie muffinki z borówkami oraz tort i świeczki, żeby Synek mógł świętować urodziny w gronie swoich przyjaciół. To jest piękne i wzruszające, że taki Maluszek nawiązuje przyjaźnie i ciepłe więzi z różnymi dziećmi i paniami w przedszkolu. Dziś po całym dniu wrażeń, słodkości, buziaków, telefonów z życzeniami i prezentów, był taki szczęśliwy i rozpromieniony… Dawno nie widziałam go takiego. Chciałabym, żeby każdy dzień był dla niego taki, jak dzisiaj. A świat – kolorowy i pełen cudownych możliwości.

IMAG1106

A ja siedzę i popłakuję. Wiecie dlaczego? Bo chciałabym częściej spędzać czas z Synkiem tak, jak dziś. Widziałam, jaki jest szczęśliwy. Ostatnio, jak go zapytałam, co najbardziej lubi robić w ciągu dnia odpowiedział: „Spędzać czas z Tobą, Mamo”. To największy komplement i nagroda, jaka mnie w życiu spotkała. Ciągle się głowię i zastanawiam, jak to zrobić, żeby tego naszego czasu było więcej. Niestety, mam wrażenie, że jest go coraz mniej, a pętla pędzącej codzienności zaciska mi się na szyi.

Wybaczcie mi marudzenie i rozgoryczenie. Mój post – trzydziestkowy kryzys znacznie mi się przeciąga. Pogłębia się, rozsadza od środka. Słucham piosenek mojej młodości i łzy same mi się cisną… Mam nadzieję, że takich dni, jak dziś będzie jednak więcej (jakoś to zrobię!) i moja relacja z Synkiem przetrwa wszystko i będzie jeszcze mocniejsza! O! 🙂

A teraz podzielę się z Wami trzema kawałkami, które mnie łapią za serce, przekręcają mi je o 180 stopni i potem wstawiają je z powrotem, sponiewierane i zachwycone.

Pink Floyd – „High Hopes”. Kiedy pierwszy raz to usłyszałam, to moje życie odmieniło się. Na zawsze.

King Crimson – „High Hopes”. Słuchałam tego, gdy po raz pierwszy się zakochałam.

A tego słucham codziennie rano jadąc do pracy. Tak samo, jak kilku innych kawałków Queen. W sumie mogłabym to robić całymi dniami przez 365 dni w roku i nie znudzi mi się. Tak samo jak Madonna, Michael i Whitney. Choć, kurde, Freddie to Freddie. Taki głos i taka charyzma zdarza się raz.

Sto lat, Mój Synku! Całych miliardów pięknych nut i cudownych chwil 🙂

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dawno temu pisałam Wam o tym, że musiałam zwolnić nianię w trudnych okolicznościach. Było to pod sam koniec ubiegłego roku. Była to już druga niania, którą zwolniłam. Pech? Zdecydowanie tak. Opowiem może po kolei o tym, co miało miejsce. Na początek piosenka, piękna i bardzo smutna, zawsze wywołuje u mnie łzy.

Zacznę może od tego, że w czerwcu 2012 poszłam do pracy po osiemnastu miesiącach przerwy. Przez cały ten czas byłam z moim Synkiem w domu. Między nami była wielka, głęboka więź, która mimo różnych późniejszych zawirowań przetrwała w nienaruszonym stanie – myślę, że właśnie dlatego, że tyle czasu poświęciłam Synkowi po jego urodzeniu. Znam go najlepiej na świecie i widziałam na własne oczy wszystkie ważne chwile w jego życiu. Niestety w czerwcu musiałam, nagle i gwałtownie pójść do pracy, właściwie z dnia na dzień. Tak się złożyło. Nie chciałam Synka posłać do żłobka, bałam się tego, nie chciałam fundować mu tak dużej zmiany. Dzięki mojej koleżance, udało mi się znaleźć nianię. Pracowała ona dotychczas u znajomych mojej koleżanki, jednak ich dziecko poszło do przedszkola i niania szukała pracy. Niania przyniosła ze sobą referencje. Była studentką pedagogiki, mieszkała w tej samej dzielnicy, więc wydawała się być idealną kandydatką. Dodatkowo przypominała trochę ulubioną nianię mojego Synka, Małgosię, która przez jakiś czas raz w tygodniu zajmowała się nim przez parę godzin. Nie miałam czasu zbyt głęboko się zastanawiać, czy słuchać przeczuć. Potrzebowałam kogoś od zaraz, a ona była wolna, miała dobre referencje od znajomych i kierunkowe wykształcenie. Postanowiłam ją zatrudnić. Zaczęłam nową pracę. Borykałam się z długimi dojazdami i w efekcie nie było mnie w domu przez ponad 9 godzin. Mój Synek bardzo źle znosił rozstanie, a ja chyba jeszcze gorzej. Czułam się najgorzej w życiu. Nie dość, że byłam samotną matką, to jeszcze nie mogłam znieść gwałtownej rozłąki z dzieckiem i poczucia, że ktoś inny, ktoś obcy go teraz wychowuje. Nigdy w swoim życiu, a wiele przeszłam, nie doświadczyłam tak dojmującego uczucia smutku i tak silnej depresji, jak w ciągu ostatniego roku. Wracając do niani… Po paru tygodniach pracy zaczęłam zauważać dziwne zachowania mojego Synka. Zaczął być nerwowy. Poza tym zauważyłam siniaki na jego ciele. Kiedy rano niania przychodziła, często spóźniona, wyczuwałam od niej papierosy. Nie czepiałam się tego, choć bardzo przeszkadzałoby mi, gdyby paliła przy nim. Nie chciałam też wyjść na szpiega, który niucha jak jakiś Wiedźmin. O siniaki jednak zapytałam. Niania odpowiedziała: „Spadł mi z huśtawki na plecy”. Innym razem, gdy do niej zadzwoniłam, tak jak zwykle, około godziny 14 w ciągu dnia, miała bardzo dziwnie brzmiący głos. Zapytałam, co się stało, powiedziała, że pokłóciła się z chłopakiem. Zaczęłam się niepokoić, że moje dziecko przebywa z kimś, kto jest niedojrzały. Jedna z sąsiadek mi powiedziała, że niania często rozmawia przez telefon na placu zabaw i w czasie takiej rozmowy mój Synek spadł jej z huśtawki. Nie wiedziałam, co zrobić, gdyż byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, nie chciałam kolejnej zmiany dla Synka, więc upomniałam nianię i postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Niestety, po 1,5 miesiąca pracy u mnie, niania przyszła do mnie i powiedziała, że za kilka dni wyjeżdża na wakacje ze swoim chłopakiem, na dwa tygodnie i że chce za ten czas dostać pieniądze i to jeszcze z góry. Oniemiałam, naprawdę. Absolutnie nie miałam z kim zostawić Synka na dwa tygodnie, to była pierwsza rzecz. Poza tym nie przyszło mi do głowy, że ktoś może zrobić taki numer. Płaciłam niani tygodniówki i nie umawiałam się z nią na stałe wynagrodzenie. Żądanie w takiej sytuacji wypłaty i to jeszcze z góry, przy moim ogólnym niezadowoleniu z jej zachowania, przepełniło czarę goryczy. Zapłaciłam jej więc z nawiązką i pożegnałam się z nią. W międzyczasie znalazłam inną nianię.

_MG_6575

Wiedziałam, że tym razem nie chcę już młodej dziewczyny, przeżywającej zawirowania w życiu uczuciowym. Znalazłam więc panią w wieku mojej mamy, robiącą świetne wrażenie, energiczną i wysportowaną, mającą doświadczenie w opiece nad dziećmi. Podczas rozmowy wzbudziła moje zaufanie i bardzo mi się spodobała. Konkretna, pełna życia, uśmiechnięta. Kiedy następnego dnia dzwoniłam do niej, żeby jej powiedzieć, że chcę ją zatrudnić, nie była zbyt miła przez telefon, ale się tym specjalnie nie przejęłam. Przyszła w sobotę na dzień próbny, który przebiegł bardzo obiecująco. W poniedziałek przyszła na czas, mój Synek był bardzo zadowolony. Pierwsze tygodnie to była prawdziwa sielanka. Jedyne, co mnie denerwowało, to to, że wiesza swoje ubrania w mojej szafie bez pytania i każe mojemu Synkowi mówić do siebie per „Babciu”. Powiedziałam, że mój Synek ma dwie babcie i że wolałabym, żeby do niej mówił per „Ciociu”, ale nie poskutkowało. Po dwóch tygodniach zaczął się horror. W mojej pracy atmosfera była koszmarna. Moja szefowa przechodziła kryzys w małżeństwie i wyżywała się na wszystkich dookoła. Nie dostałam też obiecanej podwyżki. Miałam koszmarną depresję, tęskniłam za Synkiem i jedyne, czego pragnęłam, to wrócić do domu, przytulić Synka i tak już zostać. Mimo to, dałam podwyżkę niani, żeby była zadowolona z pracy i chciała u nas pracować. Niestety, znów zaczęłam zauważać niepokojące szczegóły. Gdy wracałam z pracy, mój Synek uciekał z potwornym krzykiem. W nocy budził się z wrzaskiem, miał koszmary. W dzień, jak tylko usłyszał jakiś hałas, z przerażeniem w oczkach uciekał i mówił „Pam, pam idzie” (czyli „pan, pan idzie”). Któregoś dnia uklęknął przede mną, klepiąc się piąstką w brzuszek i mówiąc „Moja wina, moja wina”. Kładąc się do łóżeczka, bełkotał różne modlitwy. Zaczęłam podejrzewać, że to niania indoktrynuje go w kwestii religii i zapytałam ją o to wprost. Zapytałam, skąd u mojego Synka ta akcja z „moja wina”. Skłamała prosto w twarz. „Nie mam pojęcia, a nie była pani z nim w kościółku?”. „Nie, proszę pani, nie chodzimy z nim do kościoła, bo uważamy, że jest jeszcze za mały. Prosimy zostawić kwestię wychowania religijnego nam”. „Dobrze, ja tylko mu przed drzemką paciorek mówię i krzyżyk na główce robię, na dobry sen”. Oho! – pomyślałam – jest moher. Beret. Beton, który mnie nie słucha, nie szanuje mojego zdania. No trudno. Jak to się nie skończy, będzie trzeba ją zwolnić. Zapytałam ją też, skąd ta nerwowość i agresja u mojego dziecka jej zdaniem, to zwaliła winę, że pewnie to przez dinozaury, które tak lubi albo przez to, że chodzi z tatą na capoeirę, a to taki zły i agresywny sport.

Mijały dni. Narastające lęki mojego Synka tak mnie zaniepokoiły, że przed podjęciem decyzji o zwolnieniu, postanowiłam nagrać nianię na dyktafon i odsłuchać nagrania w wolnej chwili. To było na początku grudnia czy pod koniec listopada. Zostawiłam włączony dyktafon na cały dzień. Mój Synek był tego dnia przeziębiony, więc przebywał z nianią w domu. Następnego dnia przyjechała moja mama, która do końca grudnia miała zostać z nami i zajmować się moim Synkiem. Ja już wtedy pracowałam w mojej obecnej pracy, bardzo obiecującej, ale nowej i w związku z tym mocno stresującej, ponieważ zależało mi bardzo na dobrych wynikach. Nie miałam nawet czasu odsłuchać nagrania, zresztą, moja mama zajmowała się Synkiem, więc przestałam czuć niepokój. Nagranie leżało sobie tak do Świąt. Przed Świętami zaproponowałam niani, że przywieziemy jej wypłatę do domu, żeby nie musiała specjalnie przyjeżdżać. Tym razem umówiona byłam z nią na stałą pensję, więc mimo iż w grudniu przepracowała zaledwie parę dni, zapłaciłam jej za cały miesiąc. Dałam jej też w prezencie nową książkę znienawidzonej przeze mnie polskiej pisarki (nie napiszę jakiej, bo po co), bo wiedziałam, że niania pasjami się w niej zaczytuje. Podczas wizyty poznałam męża i szwagra niani. Zamurowało mnie, gdy mój Synek zaczął się zachowywać tak, jakby już tam był. Zrozumiałam wtedy, że za moimi plecami niania zabiera Synka do swojego mieszkania.

Kilka dni później, wiedziona intuicją i wielkim, narastającym matczynym niepokojem, postanowiłam odsłuchać nagrania z dyktafonu. Słuchałam do czwartej rano. To, co tam usłyszałam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Skończyłam słuchać trzęsąc się i płacząc histerycznie. Nadal ciężko mi o tym wszystkim pisać, napiszę tylko o paru szczegółach, które tam usłyszałam. Okazało się, że niania włącza mój prywatny komputer i przez pół dnia puszcza mojemu Synkowi bajki. Bajki, których Synek się boi, nie rozumie ich i płacze oglądając je. W tym czasie niania nie odzywa się do niego wcale, a jeśli się odzywa, to krzyczy i jest bardzo niemiła. Mówi „Głupi jesteś”, ciągle go karci podniesionym głosem, ustawia, strofuje. Jest nieczuła na jego potrzeby. Tego dnia niania miała podawać mu krople do oczu z antybiotykiem, pięć razy dziennie. Nie podała ani razu. Wyśmiewała go, szydziła, jeśli czegoś nie potrafił zrobić. Niestety zasięg dyktafonu nie był tak duży, żeby złapać dźwięki z pokoju, w którym mój Synek zasypiał, poza tym w pewnym momencie niania otworzyła na oścież balkon i przestałam słyszeć cokolwiek. Wiem tylko, że gdy mój Synek poszedł spać, niania najpierw obejrzała „Klan” na komputerze, a potem przez ponad godzinę odmawiała różaniec słuchając Radia Maryja na przenośnym radyjku. Kiedy mój Synek wstał, słuchała Radia Maryja nadal, piorąc mózg mojemu Synkowi. To, co najbardziej mnie zdenerwowało, to fakt, że w jego obecności dzwoniła do córki paskudnie mnie obgadując, mówiąc o mnie złe rzeczy. Pogardliwie się o mnie wyrażała, czepiała się, że trzeci dzień pod rząd rosół ugotowałam. To wyjaśniło mi, dlaczego na mój widok Synek krzyczy i ucieka, skoro wysłuchiwał ciągle jaka to jestem okropna.

Rano obudziłam się ze złamanym sercem. Po raz kolejny ktoś zawiódł moje zaufanie, jednocześnie krzywdząc mój najcenniejszy Skarb – mojego ukochanego Synka. Zadzwoniłam z samego rana do niani, prosząc aby przyszła w trybie natychmiastowym do nas i wyjaśniła swoje zachowanie. Powiedziałam, że wiem, co się dzieje i że oczekuję wyjaśnień. Na to niania odpowiedziała, że nie przyjdzie, bo ma wolne i nic nie musi, bo „ślubu ze mną nie brała”. Zwolniłam ją ze skutkiem natychmiastowym. Widziałam ją później raz, gdy przyszła po swoje rzeczy, oddała mi prezent, który dałam jej na Święta. Nawet w takim momencie nie wyraziła żadnej skruchy, nie przeprosiła mnie. Mój Synek nigdy o nią nie zapytał. Lęki i agresja przeszły mu w ciągu kilku tygodni. Przez kilka dni zajmowała się nim moja mama, a potem po prostu poszedł wcześniej do przedszkola, do którego był zapisany od września. Teraz wiem, że jest pod najlepszą możliwą opieką. Często choruje, ale w świetle tego, co przeżyliśmy, nie zamieniłabym przedszkola na nianię za żadne skarby.

Napisałam to wszystko ku przestrodze. Pamiętajcie, aby zatrudniając nianię, jeśli się na to decydujecie,
poświęcić bardzo dużo czasu na poznanie jej. Jedna rozmowa nie wystarczy. Potrzebny jest długi czas na adaptację. Poza tym obserwujcie bacznie dziecko i wyłapujcie sygnały, które wysyła, czasami bardzo subtelne. Zobaczycie w nich całą prawdę, nawet dziecko jeszcze nie mówi. Bądźcie wrażliwi. Nie ignorujcie podszeptów własnej intuicji. Nie dajcie się zwieść pozorom i pięknym słówkom opiekunek. Nasza niania – moher przynosiła naszemu Synkowi różne prezenty, kupowała zabawki etc. Wydawała się być urocza. A prawda okazała się być zupełnie inna. Zatrudniając nianię poinformujcie ją o tym, czego sobie życzycie a czego nie (przemyślcie dokładnie kwestie posiłków, karmienia słodyczami, nauczania modlitw, czasu spędzanego poza domem). Przede wszystkim, zadbajcie o kontrolę. Nagrywajcie na dyktafon, kamerę, zaangażujcie sąsiadki w obserwowanie opiekunki. A przede wszystkim reagujcie od razu. Nie bagatelizujcie niepokojących sygnałów.

Mam nadzieję, że będziecie mieć więcej szczęścia niż my. Ja ze swojego obecnego punktu widzenia uważam, że lepiej posłać dziecko do profesjonalnej placówki opiekuńczej. Jeśli będę miała drugie dziecko i jeśli nie będę mogła być z nim w domu do czasu pójścia do przedszkola, to poślę je do żłobka.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że nasz Synek szybko zapomniał o złych chwilach, zapomniał modlitwy i straszne bajki. Uwielbia swoje przedszkole i rozwija się bardzo szybko. Zawsze jest nadzieja na poprawę sytuacji 🙂

Dobrego tygodnia Wam życzę, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Wiecie po czym rozpoznaję, że idzie jesień? Po tym, że w domu muszę zakładać na siebie coś więcej niż tylko cienką letnią sukienkę. Pełen komfort daje mi ciepły, długi sweter. Poza tym bardziej niż latem łaknę słodyczy, czekolady, ciepłych napojów i przytulania. I takiej oto ciepłej muzyki:

Jestem smutna. Mój Synek już od ponad dwóch tygodni znów choruje. Miał wirusowe zapalenie krtani, potem były dwa dni zdrowia i chodzenia do przedszkola (REKORD!) i znów zachorował. Pewnie zaraził się ode mnie wirusem, który ja przyniosłam z pracy, bo moi współpracownicy chodzą ciągle zasmarkani i sprzedają innym swoje gluty. U mnie wirus skończył się ostrym, ropnym zapaleniem zatok i oczywiście antybiotykiem. Dawno nie byłam w tak bardzo kiepskim stanie. Zmuszona byłam wziąć zwolnienie ku „zachwytowi” moich przełożonych. W poniedziałek wróciłam do pracy, bo drugi tydzień zwolnienia byłby na pewno bardzo źle odczytany – to skończyło się niestety pogorszeniem mojego stanu. Ból całej głowy, szczęk, uszu, policzków, gardła, nosa, oczodołów – naprawdę potworność… Najgorsze w tym jest to straszne osłabienie, poczucie, że każda najmniejsza, zwykła czynność wymaga potrójnego wysiłku. W czwartek poszłam więc na dalsze zwolnienie. Lekarz zasugerował, że powinnam wziąć przynajmniej jeden tydzień zwolnienia jeszcze. Popatrzyłam jednak na niego wymownie jakby spadł z księżyca. Zwolnienie? Przecież niezastąpione korpotrybiki nie biorą zwolnień, tylko popełniają powolne karoshi dzielnie pracując mimo choroby. Strach o utratę prestiżowej pracy jest silniejszy od lęku przed śmiercią 😉 A śmierć na polu bitwy jest szczytem marzeń.

Tak sobie wyobrażam, że dla osób, które zatrudniają taką osobę jak ja, jestem problemem. Lepiej zatrudnić osobę młodą, zdrową, bez dziecka w wieku przedszkolnym. Każdy prędzej czy później ogarnie procedury korporacyjne i nauczy się prowadzenia skomplikowanych projektów. A przynajmniej nie będzie hmm… nieprzewidywalnych nieobecności.

Tak, jak mówiłam – jest mi smutno, czuję się przygnieciona i rozżalona z powodu tych paskudnych choróbsk. A co najgorsze – jesień dopiero się zaczyna. Wszystkie syfy dopiero się wylęgną. Obawiam się, że mogę tego nie wytrzymać nerwowo.

A tymczasem polecam Wam cudowny serial o pewnej rodzinie, czyli „Parenthood”. Serial wybitny, moim zdaniem, mądry, ciepły, rewelacyjnie zagrany (wg. mnie mistrzowski casting):

c698e2d3223bcd80d31d6c3f5822f751

Trzymajcie kciuki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!