Category Archives: macierzyństwo – karmienie piersią, pielęgnacja dziecka

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Z empatią, czułością i zrozumieniem – czyli o pewnej pięknej zabawie naszego Synka

Gdzie jest mój ostatni tydzień? Ktoś widział, ktoś wie? Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że minął. Chciałabym Wam napisać o tylu rzeczach, które miały miejsce w ostatnich tygodniach mojego życia, że sama nie wiem, od czego mam zacząć. Przeczytałam ostatnio piękną książkę (jeszcze na wakacjach), pierwszy raz w życiu obejrzałam „Potwory i Spółkę”, dowiedziałam się, że bliska mi osoba spodziewa się dziecka, doświadczyłam całkowicie nieprzespanej nocy… Pierwszy raz kupiłam sobie coś w Zalando. W ciągu minionego tygodnia doświadczałam wielokrotnie tak dotkliwego uczucia głodu, jak nigdy do tej pory. Byłam z Sówką na wystawie pierwszej polskiej fotografii kolorowej. Osiągnęłam rekord w zapominalstwie i otępieniu umysłowym. Ale żyję i oto jestem.

Jest jeszcze coś, co stało się ostatnio, o czym nie wspominałam. To tak duża sprawa, że po prostu nie wiem, jak to zakomunikować. Może tylko powiem jednym zdaniem: nasza rodzina znów jest w komplecie. Silniejsi, mądrzejsi, lepsi – jesteśmy teraz niezniszczalni. Nie jestem też w stanie wyrazić, nie wylewając morza łez ze wzruszenia, jak wiele dobrego przyniosło nam odzyskanie siebie nawzajem.

Przede wszystkim nasz Synek rozkwitł, wystrzelił w kosmos rozwojowo. Pokazał, jakim jest silnym, mądrym i zaradnym chłopczykiem. Mimo złych chwil, które przyniósł nam miniony rok, mimo iż Chłopczyk nasz cierpiał bardzo, dzielnie radził sobie z sytuacją. Mimo chwilowego rozłamu, otoczony był naszą miłością i opieką z każdej strony. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że wydarzenia minionego roku zachwiały poczuciem bezpieczeństwa każdego z naszej trójki. Jednak mimo tego cierpienia, jesteśmy teraz silniejsi i kochamy się jeszcze bardziej.

To teraz opowiem Wam o czymś, co miało miejsce parę dni temu. Spędzaliśmy sobie we troje czas w domu, bawiąc się i odpoczywając. W pewnym momencie zaczęliśmy się bawić w odgrywanie ról. Mój M. zaczął udawać, że jest małym dzieciątkiem, które płacze (Synek sam zainicjował taki podział ról, wcielając się w rolę dorosłego – opiekuna). Nasz Synek zaczął wtedy najpiękniejszą ze swoich dotychczasowych zabaw.

– Chcesz piciu, dzidziu? – zapytał. Odkręcił butelkę z wodą i napoił M. Potem Synek powiedział „Ty płacz”, więc „Dzidzia” płakała dalej.
– Może mu zimno! – wypowiedziawszy te słowa, Synek pobiegł do swojego pokoju i wrócił z kołdrą i poduszką.
– Chodź, przykryję Cię, dzidziu.
„Dzidzia” płakała dalej.
– On chce zabawkę! – powiedział Synek i pobiegł do pokoju po mały zabawkowy motor. Podał motor „Dzidzi”, a wcześniej pokazał, jak się nim bawić. „Brawo! Nauczyłeś się!” powiedział, gdy „Dzidzia” nauczyła się bawić motorem. Przy podobnej zabawie ze mną podał mi pluszową małpkę i powiedział: „To jest małpka, zobacz, ma bardzo mięciutkie łapki. Teraz to jest Twój pluszak”. Wydaje mi się, że Synek w ten sposób dostosowywał odpowiednie zabawki do płci „Dzidzi”.

„Dzidzia” skończyła się bawić motorem i zaczęła znów płakać. Wtedy Synek zawołał:
– Mamusiu, przyjdź, Twoja dzidzia płacze.
Przyszłam na chwilę pocieszyć „Dzidzię” i zaproponowałam, żeby Synek pobawił się z „Dzidzią” w drugim pokoju.
Synek pokazał „Dzidzi” swoją zabawkę – Batmana. „Dzidzi” Batman spodobał się dużo bardziej niż motor.

IMAG0683

– Kochasz go, prawda? – powiedział czule Synek.
Synek uczył także „Dzidzię” prawidłowego wymawiania różnych wyrazów. Wytłumaczył także, kim jest Jake i Piraci z Nibylandii i że wrogiem Jake’a jest Kapitan Hak.
Potem „Dzidzia” brała do ręki różne zabawki i rzucała nimi. Synek przez cały czas zachowywał anielską cierpliwość. W końcu, gdy „Dzidzia” rzuciła po raz piąty zabawką, Synek powiedział tylko „Ej, nie wolno tak rzucać zabawkami, mała dzidziu”.
Zabawa ta była pełna pięknych drobnych niuansów i gestów, jakie Synek wykonywał względem „Dzidzi”. Był cierpliwy, miły, czuły, łagodny. Jego odruchy i gest były wzruszające, pełne wyczucia, troski i empatii. Pomyślałam sobie: Mimo wszystkich złych wydarzeń, nasz Chłopczyk jest normalnym, zdrowym i kochanym dzieckiem.

Rozpiera mnie taka duma i miłość, że nie potrafię tego nawet wyrazić. Życzę Wam wszystkim, żebyście doświadczyli takiego uczucia w swoim życiu przynajmniej raz. A obecność dziecka w życiu oznacza wiele takich momentów. Co do związków z partnerem, to przede wszystkim nie warto się obrażać, kłócić, zwalczać nawzajem. Szkoda życia. Nie polecam się także przekonywać o tym, jak ważny dla nas jest drugi człowiek dopiero wtedy, gdy go w naszym życiu zabraknie. Trzymajcie się więc siebie nawzajem, szanujcie i kochajcie z pełną otwartością. Nawet jeśli doświadczacie po drodze traum, kłopotów finansowych, choroby, depresji. Wszystko kiedyś mija. A najważniejsze jest, aby razem przez to przejść.

IMG_1045

Miłego długiego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Spiderman był zajęty, czyli wyrzut sumienia pracującego rodzica

Spiderman był zajęty, czyli wyrzut sumienia pracującego rodzica

Dzisiaj rano zaraz po obudzeniu nasz Synek powiedział mi:

– Mamusiu, miałem straszny sen.
– A co Ci się śniło, Kochanie?
– Przyszedł do mnie ten czarny Spiderman – Venom i mnie zaatakował.
– I co się dalej stało?
– I nikt mnie nie obronił… (rozkłada rączki)
– Ojej! A dlaczego nikt Cię nie obronił?
Bo wszyscy byli w pracy…A Batman był bezradny. A Spiderman zajęty.

Sami możecie sobie wyobrazić, że jedzone przeze mnie wtedy śniadanie stanęło mi w gardle. Słowa mojego Synka oddały doskonale to, co często czuję, kiedy wychodzę na cały dzień do pracy. Czuję, że bardzo wiele mnie omija, że nie mogę dzielić z moim Synkiem jego codzienności. Wychodząc z domu o 8 i wracając o 18 po prostu nie można być rodzicem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kiedy byłam mała, to moja mama wracała z pracy najpóźniej o 16. Naturalną koleją rzeczy jest moment, gdy dziecko idzie do przedszkola i spędza tam większość dnia. Jednak popołudnie i wieczór to powinien być wspólny czas dla rodziców i dzieci. Ostatnio gdzieś czytałam, że współczesne pokolenie dzieci z dużych miast to dzieci bogate, lecz strasznie samotne. Nagłówki gazet grzmią – większość rodzin ma tylko jedno dziecko. Czyżbyśmy wychowywali pokolenie małych cyborgów, które nie znają pojęcia biedy, które dostaną wszystko, czego pragną pod względem materialnym, czy w zakresie edukacji, ale nie będą znały dźwięków i zapachu pełnego, wielopokoleniowego domu, kłótni rodzeństwa, czy posiłków przy wspólnym stole? Trochę mnie to przeraża…

IMG_0258

W Warszawie te wszystkie zjawiska są szczególnie wyraźne. Myślę, że często jest to domena tzw. Słoików, czyli przyjezdnych, takich jak ja. Aby cokolwiek osiągnąć w tym mieście, bez znajomości, bez rodzinnego wsparcia, musimy się dorobić kasy, nabrać kredytów, najlepiej pracować w dużej firmie, żeby zapewnić rodzinie prestiż i warunki rozwoju. Słoiki, takie jak ja, maszerują co rano w pochodach z metra/tramwaju do mrówczych biurowców, w których siedzą w pokojach, jeden przy drugim, jak miniaturowe zabawki w pustych pudełkach od zapałek. Inne Słoiki, te nieco lepsze, rano wsiadają do samochodu w garażu podziemnym, jadą do pracy, parkują w garażu podziemnym, po drodze podrzucając do szkoły/przedszkola swoje słoikowe dzieci. Dzieci z przedszkola musi odebrać sowicie opłacana opiekunka, bo rodzice pracują minimum do 17. Wliczając dojazd mogą odebrać dziecko około 18. A większość szkół i przedszkoli zamykanych jest wcześniej. Zatem, Kochani Bracia i Siostry Słoiki, jeśli nie macie babci na miejscu – to odkładajcie kasę na nianię. Albo módlcie się, żeby Wasz druga połowa mogła wcześniej wyjść z pracy i odebrać Pacholę z instytucji.

Taka jest rzeczywistość. Dawniej było inaczej. Teraz jest tak, jak jest. Od razu powiem – nie narzekam. Mnie jako Słoikowi życie ułożyło się całkiem nieźle. Tylko kiedy wracam do domu około 18 i mam świadomość, że moje Dziecko idzie spać za dwie godziny, ogarnia mnie gorzki smutek. Jesteśmy weekendowymi rodzicami, czy tego chcemy czy nie. Ale wiecie, w życiu nie można mieć wszystkiego. Pozostaje mi tylko liczyć na to, że mój Synek zrozumie, że tak trzeba, że trzeba jeść, mieszkać, ubierać się i wybaczy mi to, że wracam do domu pod wieczór…

To dziś na koniec będzie fajna retro piosenka:

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Jeszcze trochę wyrosnę i pójdę strzelać na wojnę” – powiedział dziś do mnie mój Synek. Zdębiałam, a moja szczęka z potężnym hukiem opadła na podłogę. Zobaczywszy zgrozę w moich oczach Synek dodał troskliwie: „Ale nie martw się, zabiorę Cię ze sobą”. Extra, skaczę pod sufit po prostu.

Dzisiejszy dzień należy do tych niezbyt udanych. Chciałabym go po prostu przeskoczyć i pójść dalej, wzruszyć ramionami na wszystkie te paskudztwa, co się dzieją i powiedzieć: „So what?”. „Nie udało się? – So what?!”, „Nie będzie happy endu? So what?!”, „Masz lepsze opcje? So what?!”. Super by było mieć w d… te wszystkie rzeczy. Dlatego od dziś zaczynam nad tym pracować. „So what?!” od dziś jest moim wewnętrznym głosem. Chórzysta numer jeden, w pierwszym rzędzie.

W celu poprawienia nastroju, postanowiłam upiec z Synkiem ciastka. Takie kruche, waniliowe, jak na Święta. Wyszły, oczywiście, bo jakże mogłyby nie wyjść ciastka z mąki, masła i cukru. Jednak chyba nie trafiłam w smak mojego Synka, który ugryzł ciastko, skrzywił się i z powagą rzekł: „Źle upiekłeś!”. No cóż, moja wina, źle upiekłam. Biorę to na siebie. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

a274814b34f912783c22d5871ac67ff8

Dziś rozmyślam o wielu sprawach (niestety za dużo mam czasu, uroki zamknięcia na całą Majówkę w domu z chorującym dzieckiem), w tym o tym, jak wielką i piękną rewolucję zrobił w moim życiu mój Synek. Oczywiście, czasami myślę, jak by to było, gdybym mogła nagle mieć więcej czasu etc. Jednak wiem i dobrze pamiętam, że zanim stałam się mamą, nie byłam wcale fajna. Mój Synek i relacja z nim zmieniła mnie i dała mi więcej niż jakakolwiek inna relacja w moim życiu. Współcześnie ludzie uciekają od bliskości emocjonalnej, wolą relacje dalekie, zdystansowane. Kochani, z dzieckiem się tak nie da. Z dzieckiem albo jesteś blisko, albo nie jesteś wcale. Dzięki mojemu dziecku nauczyłam się być w bliskiej relacji i cieszyć się tym. Wiem teraz, że umiem i że wszystko ze mną w porządku. Nie boję się czuć potrzebna, kochana, nie boję się też potrzebować i kochać. Boję się za to innych rzeczy. Najbardziej ze wszystkiego boję się samotności (w sensie braku dorosłego partnera w domu u swojego boku). Mam schizy, że na przykład zadławię się jedzeniem, a w domu nie będzie nikogo, kto mnie uratuje. Zupełnie identycznie jak Miranda w jednym z odcinków „Seksu w wielkim mieście”. I – o zgrozo – kota też mam…

Na szczęście te lęki i schizy są krótkie i przemijające. Dobrze, że do końca weekendu już tylko 3 dni i wróci normalność 🙂

Miłej Majówki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Chłopczyk rozmawia, czyli o perełkach z mowy mojego Synka

Chłopczyk rozmawia, czyli o perełkach z mowy mojego Synka

W związku z tym, że to w końcu blog dla mam (choć nie tylko), postanowiłam dziś napisać trochę o moich ostatnich konwersacjach z Synem. To niesamowite, jak ten Chłopczyk rozwija się odkąd poszedł do przedszkola! Zawsze był towarzyski i otwarty, a teraz to już jest jakaś cudowna przesada 😉 Poza tym zaczął się etap jego niesamowitych opowieści i błyskotliwych maksym wypowiadanych na podstawie różnych skojarzeń.

Ostatnio pisałam o buziakach. Otóż kilka dni temu udało mi się ukraść jednego, po czym mój Synek spojrzał na mnie i stwierdził: „Nie ma więcej buziaków. Skończyły się”.

17_no-kissing124

Tego samego dnia mieliśmy też długą rozmowę na temat kar i przewinień, między innymi tłumaczyłam Synkowi koncept „zamykania w więzieniu”. Wieczorem robimy naleśniki. Zakręcam mleko. Synek do mnie: „Co zrobiłeś?” (czasami mylą mu się jeszcze rodzaje). A ja na to: „Zamknęłam mleko”. Odpowiedź: „W więzieniu?” 🙂

Jeszcze w kwestii rodzajów i odmian i w ogóle języka polskiego. Synek rozmawia ze swoim tatą i mówi: „Wzięłem”. Tata poprawia go: „Mówi się >wziąłem<". A Synek zdziwiony:"A przecież mama mówi >wzięłam<". No cóż... I weź wytłumacz dziecku, że język ma ułatwiać ludziom komunikację 😉 Poza tym mam z nim prawie codziennie pogadankę o dzidziusiach w brzuszku. Synek mówi, że chce takiego dzidziusia. Kupić w sklepie najlepiej. Braciszka, bo siostrzyczki to nie chce. "Chciałem wybrać sobie sam dzidziusia!" - krzyczy. Kiedy mu wytłumaczyłam, że dzidziusiów się nie kupuje w sklepie, tylko one wychodzą z brzuszka mamy, to bardzo się zdziwił. No cóż... Nie wszystko da się kupić. Chociaż dziś stwierdził, że jak chcę, to mogę sobie u niego kupić buziaki. Trzy. A na deser wczorajsze wygłupy. Ja gotuję czy zmywam, czy coś w ten deseń - w każdym razie sterczę w kuchni. Młody bawi się w pokoju (a dokładnie rozmontowuje na części mój wałek do ciasta. Tak, da się), nagle przybiega z patykiem, wskazuje na mnie i teatralnym głosem mówi: "Proszę Państwa! Oto mama! Chętnie Państwu łapę poda. Nie chce podać? A to szkoda!" i wybiega z szalonym chichotem. No więc, proszę Państwa, nie podam łapy. Dobranoc, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! http://www.youtube.com/watch?v=aSbrEkLFZI8

…bo chłopaków się nie całuje

…bo chłopaków się nie całuje

Wczoraj wieczorem dawałam Synkowi buziaka na dobranoc. A on na to, ku mojemu zdziwieniu (tzn. po prostu zatkało mnie) powiedział: „Ej, przestań, chłopaków się nie całuje!”. Ktoś mu tak powiedział, wiem już kto i wiem, że nie miał złych intencji. Niestety okazało się, że Mały wziął sobie te słowa mocno do serca. Jaki z tego wniosek? Mój chłopiec przestaje być moją dzidzią. Przeżywam to podobnie jak odstawienie od piersi. Z jednej strony jestem dumna z niego, widząc jak się usamodzielnia, jak walczy o autonomię i z ciekawością eksploruje świat. Książkowy proces separacji – indywiduacji dzieje się na moich oczach. Z drugiej strony, moje matczyne serce smuci się, bo chciałoby tę dzidzię zatrzymać przy sobie jak najdłużej (bo przecież bliżej znaczy bezpiecznie, no i oczywiście, pod pełną kontrolą zatroskanej mamy). Staram się nie brać do siebie tych zachowań, ale czasami mój pierwszy odruch to po prostu łezka w oku… Inne zachowania manifestujące niezależność są mniej wzruszające. Dziś na przykład rysowaliśmy sporo, między innymi pokazywałam Synkowi jak narysować falistą linię. A on podniósł krzyk: „Nie! Nie! Ja sam! To nie rysuj to!”. Potem nastąpiło wściekłe zamalowywanie linii, którą narysowałam, a jak emocje opadły, to Synek zaczął rysować swoją wersję takiej linii. Czyli narysował ich od razu pięćdziesiąt. Na kartce, na stole i na mojej ręce. Dzieci są cudowne 😉

IMG_20130414_225620

Czyli teraz to już tak będzie? Będę musiała kraść te buziaki? Trochę sobie żartuję, bo wiem, że nasza relacja stanie się teraz po prostu inna. Już coraz częściej widzę, że z moim Synkiem można po prostu fajnie pogadać. Ma świetne komentarze do rzeczywistości. Obserwując jego zabawę, można się bardzo wiele nauczyć. Dlatego też jakoś przetrwam ten etap, kiedy Maluch przestaje być moją dzidzią, oddala się o kolejny krok, żeby pójść w stronę świata.

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Szczyt marzeń oraz o tym, że dostałam inspiracyjnego kopa

Szczyt marzeń oraz o tym, że dostałam inspiracyjnego kopa

Wiecie jaki był mój dzisiejszy szczyt marzeń? Żeby położyć się rano jeszcze na godzinkę spać… Mój Synek wstał o 6:30. Ja w nocy spać nie mogłam, więc zerwanie się rano razem z nim było potwornie bolesne. Męczyłam się przeraźliwie aż do godziny mniej więcej jedenastej, kiedy to wymyśliłam, że skoro jest tak bardzo zimno na dworze, to może by spróbować się nie obudzić tym rześkim powietrzem… Dlatego natarliśmy dzioby tłustym kremem i wyszliśmy z Małym na ten mróz. Było całkiem przyjemnie, zaliczyliśmy plac zabaw, weszliśmy do pobliskiego kościoła, bo Synek bardzo chciał zobaczyć tę „wielką budoowlęę”. Oczywiście ja, bezbożnik, zapomniałam, że dziś Niedziela Palmowa. Mały jęczał, że chce te „kwiatuszki”, a ja, frajer, ani grosza z domu nie wzięłam. Wróciliśmy do domu przemarznięci do szpiku kości, ale za to odechciało mi się spać chyba na tydzień z tego zimna. Zjedliśmy ciepłą zupę i bawiliśmy się w superbohaterów.

momsup

(Źródło: Pinterest.com)

Wczoraj spędziłam cały dzień w samotności. Dałam sobie ten czas, żeby ułożyć sobie w głowie (i w szafkach trochę też, bo był bałagan). Bardzo mi to było potrzebne, choć otarłam się o nieciekawe stany emocjonalne. Dziś już gotowa byłam otworzyć się na świat. Jednak chyba muszę z tym chwilę zaczekać, bo świat (a przynajmniej jego wycinek) jakiś taki niegotowy… Trudno. Na szczęście, niespodziewanie, w ciągu ostatnich dwóch tygodni wydarzyły się dwie rzeczy, które przywracają mi wiarę w sens życia. Oba wydarzenia wiążą się z poznaniem wspaniałych osób, bratnich dusz, bardzo inspirujących ludzi. Dostałam kopa od losu, tym razem pozytywnego. Po wpływem tego kopa chyba niedługo wybiorę się do Wrocławia na wycieczkę 🙂

Postanowiłam także spróbować zrobić coś na kształt Eat Pray Love w najbliższych miesiącach, z naciskiem na Eat & Pray, bo z tym Love to jakoś niezbyt różowo jest. Chcę trochę posmakować świata, póki nie jest jeszcze za późno. A wokół swoich trzydziestych urodzin chcę zrobić coś specjalnego. Nie stać mnie na wyjazd na Bali, ale na włoskie wakacje pewnie mogę sobie pozwolić. Na początku czerwca powinna już być ładna pogoda, prawda?

Pierwszy raz od wielu miesięcy czuję, że coś mnie miłego czeka w przyszłości. Cudowna odmiana po czarnych myślach, jakie mnie ostatnio dopadały. Dziękuję

Do zobaczenia wkrótce, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Duma mamy, czyli o wzruszeniach płynących z macierzyństwa

Kiedy mój synek zasypia, zawsze mówię mu: „Kocham Cię. Jesteś wspaniały”. Na ogół słyszę: „Nie jestem wspaniały, jestem Mikołajem” 😉 Ostatnio coraz częściej mówię mu jeszcze jedno: „Jestem z Ciebie dumna”, bo to właśnie duma, pomieszana z ciepłym wzruszeniem, jest ostatnio dominującym uczuciem, jakie żywię w związku z rozwojem mojego Przedszkolaczka.

Jestem dumna z tego, jak odważnie i rezolutnie wszedł w grupę rówieśniczą. Wzrusza mnie to, że ma swoich pierwszych kolegów i koleżanki. Kiedy oglądam jego pierwsze rysunki czy pierwsze koślawe cyferki wiszące na ścianie w przedszkolu, moje serce rośnie. Widzę, jak śmiało podchodzi do kolejnych zadań i jak bezpośrednio komunikuje pojawiające się trudności. To piękne, jakim darzy mnie zaufaniem, mówiąc mi o tym, że inne dziecko popchnęło go w przedszkolu. Słucha, gdy mu doradzam: „Powiedz dziewczynce: >Nie popychaj mnie, Kasiu, przykro mi, gdy mnie popychasz<" i obiecuje, że tak powie następnym razem. Przytula się mocniej, gdy mówię, że nikt nie ma prawa go popychać. Szczerze mówiąc, jestem dumna też trochę z siebie, że mimo różnych trudności, jakie napotykam w swoim życiu, udało mi się zbudować razem z moim synkiem tak dobrą, bezpieczną i silną więź. Z dumą patrzę, jak rośnie obok mnie ten wspaniały człowiek, który przed snem śpiewa strasznie śmieszne piosenki, podaje mi chusteczki, kiedy mam katar (sam z siebie!) i który ma niesamowite poczucie humoru. Dziś kolejny milowy krok za nami, związany z nocnikiem! Wystarczyło, że Mały poszedł do przedszkola w odpowiednim momencie i trening czystości rozpoczął się sam. Nigdy wcześniej go do tego nie zmuszałam, jedynie przed kąpielą sadzałam go na nocniku, nie przykładając jednak do tego jakiejś wielkiej wagi. I okazało się, że to dobra droga. Wszystko naturalnie i bez pośpiechu stało się samo. To mówiłam ja - kobieta, spełniona w macierzyństwie 🙂

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

No i mam przedszkolaczka

No i mam przedszkolaczka

Zarówno koniec 2012 jak i początek 2013 do przyjemnych nie należały. No cóż… Nie pozostaje mi nic, tylko wciąż nastawiać się na przetrwanie, dbać o siebie i zobaczyć, co będzie.
Dziś nadrabiam wszelkie zaległości. W spaniu, jedzeniu, piciu, witaminach i porządkowaniu mieszkania. To chyba dobry sposób na polepszenie sobie samopoczucia, prawda? Poza tym oglądam serial „Homeland”, który strasznie mnie wciągnął.

Z nowości – mój Synek od poniedziałku chodzi do przedszkola. Prawie od razu się zaadaptował. Przyznaję, że trochę to przeżywam, to jego uniezależnienie się, ale radzę sobie. Stratę niani już prawie przebolałam, choć nadal na samo wspomnienie, serce trzepoce mi jak skrzydła jakiegoś szalonego kolibra. O sprawie z nianią nie pisałam, bo to dla mnie ciężki temat. Może jak się zbiorę w sobie, to napiszę – ku przestrodze… W każdym razie, okoliczności życiowe popchnęły nas do tego, by Mały poszedł wcześniej do przedszkola i wygląda na to, że całkiem przypadkiem sprawiliśmy mu tym wiele radości. Mimo iż logistycznie będzie się trzeba mocno spinać, żeby go zaprowadzać i odbierać, ale poza tym dla wszystkich tak będzie po prostu lepiej. A Synek będzie miał to, co lubi najbardziej – dużo zabawy, inne dzieci i możliwość swobodnego rozwoju!

122160208614287171_vqhdtpl4_c

Trzymajcie się ciepło, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gapa do potęgi

Gapa do potęgi

Dziś śmiało można mnie nazwać rekordzistką w gapowatości. Od kilku dni już wybierałam się rano z synkiem na pobranie krwi (morfologia). Wstaliśmy więc (bardzo wyspani, o czym powiem później), zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy i w te śniegi, w te mrozy, pojechaliśmy do przychodni. Tam tłum dziki i szalony, w wąskim korytarzu, zamieszanie, każdy ma na sobie tysiąc czapek, kurtek, szalików, stoją wózki, biegają dzieci. Chwilę wcześniej targałam na górę (bo winda popsuta) wózek na zmianę z dzieckiem, więc zmęczyłam się i zgrzałam. To wystarczy, by już zaczynać mieć dość, ale byłam twarda. W chwili gdy już mieliśmy wchodzić do gabinetu zdałam sobie sprawę z jednego bardzo ważnego szczegółu. Domyślacie się jakiego? No właśnie, cofnijcie się o parę zdań… „Zjedliśmy śniadanie”! Ergo – nie byliśmy na czczo! Ergo – nie mogliśmy zrobić badania. Wyszliśmy więc stamtąd znów pokonując tysiąc schodów, tym razem w dół. A jeszcze po drodze zgubiłam swoją super zimową czapkę, piękną, ze skóry z futerkiem, była droga jak sam diabeł, gdy kupowałam ją 3 lata temu.
Zatem nie załatwiliśmy nic, a ja zgubiłam czapkę. Gapa do potęgi to ja…

Potem jak wracaliśmy, Mały usnął po drodze w wózku i właśnie śpi na balkonie. Uwaga, zagadka: znajdź dziecko na tym obrazku:))

A z dobrych rzeczy? Wczoraj po pracy byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam już jak się nazywam. Postanowiłam więc położyć się spać z moim synkiem. Co więcej – postanowiłam od razu pozwolić mu spać w moim łóżku. Od kilku miesięcy co wieczór usypiam go w jego pokoju, trwa to od godziny do dwóch. Potem idę na paluszkach do siebie, zaczynam mieć kawałek swojego własnego życia, ogarniam obowiązki domowe, potem idę spać (z reguły po 1). Synek i tak, każdej nocy budzi się i ląduje u mnie. Postanowiłam więc odpuścić. Dzięki temu spałam dziś 10,5 godziny. Dawno nie zaznałam takiego luksusu.

Dobrego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kolejne trudne zmiany, czyli gorzkie wyznania samotnej matki

Kolejne trudne zmiany, czyli gorzkie wyznania samotnej matki

Kochanie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Jak już pewnie część z Was zdążyło się domyślić, liczne zmiany, o których od pewnego czasu pisałam, spowodowane były rozpadem mojego wieloletniego związku, którego owocem jest nasz Syn.
Jak to w życiu czasem bywa, miłość się kończy, ludzie zapędzają się w złych emocjach i nagle orientują się, że nie ma za bardzo czego zbierać… Straszne i smutne są to historie. Niestety, znam ich trochę. Przez ostatnie prawie 9 miesięcy od czasu rozstania przeszłam prawdziwą przemianę, okupioną tygodniami wielkiego smutku, rozpaczy i zadawania sobie pytania: „DLACZEGO?”. Nadal w sumie nie wiem.

Dowiedziałam się kilku ważnych rzeczy o sobie, moim byłym partnerze, o naszym związku. Wyciągnęłam lekcję. Dowiedziałam się, że to, jaka jestem na zewnątrz ma się nijak do tego, jak się naprawdę czuję. Wśród moich znajomych i przyjaciół panuje jakaś kosmiczna opinia, że jestem siłaczką, herosem i babą z żelaza, co to idzie przez życie jak burza. Nic bardziej błędnego… Sama w sobie czuję się słaba, delikatna i podatna na zranienia. To, co widać na zewnątrz, to moja zbroja, moja tarcza. Przez tę nie wiadomo skąd wziętą opinię o moim heroizmie, ludzie często nie chcą mi pomagać, bo im się wydaje, że przecież dam sobie radę. A ja zawsze marzyłam, żeby w końcu, po latach, móc się na kimś oprzeć i pozwolić sobie być w końcu delikatną kobietą. Muszę chyba świadomie znaleźć złoty środek, aby fasada nie odstawała za bardzo od wnętrza. Może wtedy jakoś to będzie…

Druga rzecz, której się dowiedziałam o sobie to to, że widzę wszystko w czarnych barwach. To prawda. Od mniej więcej 5 lat moje życie stara się mi udowodnić, że mam rację, przysyłając mi różne przykre niespodzianki. Okropne to, lecz prawdziwe. Jednak nasunęła mi się ostatnio taka prosta myśl, że tymi czarnymi myślami nic nie zdziałam i nie zmienię, tylko pogarszam sprawę, psuję humor sobie i moim najbliższym. Moje postanowienie: szukać wszędzie pozytywów.

Kolejne odkrycie ostatnich miesięcy… UWAGA poważna sprawa. Ogłaszam wszem i wobec, że bycie samotną matką jest potwornie, ale to potwornie trudne. Uważam, że jest to na dłuższą metę niewykonalne i zabija organizm kobiety. Dzieci należy wychowywać we dwoje, koniec – kropka. Nawet jeśli układ wygląda tak, że kobieta zajmuje się dzieckiem, to partner jest od tego, aby zająć się kobietą. Dobry partner oczywiście. Taki, który powie: „Kochanie, ja położę dziecko spać, a Ty zrób sobie królewską kąpiel” albo powie „Wiem, jak ciężko pracujesz godząc pracę z macierzyństwem, zrobię coś dla Ciebie” po czym ugotuje obiad na dwa dni lub po prostu porządnie się Tobą zaopiekuje. Najważniejsze jest to, żeby partnerzy, którzy razem wychowują dziecko, odejmowali sobie wzajemnie stresu, a nie dodawali, żeby pomagali sobie w znoszeniu zmęczenia i ogarnianiu rzeczywistości. Samotne macierzyństwo to istny horror! Mówię Wam to ja i mój zmasakrowany kręgosłup, twarz, która postarzała się o jakieś 5 lat w ciągu ostatnich miesięcy, a o starości pogrążonej w smutku duszy już nawet nie wspomnę. Na pewno łatwiej jest takim samotnym mamom, które mają na miejscu swoją mamę, siostrę lub zaangażowanych przyjaciół. Nie chcę biadolić, ale jak się nie ma wsparcia, tylko zostaje się z dzieckiem (jego ząbkowaniem, humorami, lękami, chorobami do ogarnięcia) i trudami związanymi z pracą, to można oszaleć. Absolutnie nie chcę tutaj narzekać na mojego Synka, bo jest cudowny, lecz, naprawdę, ogarnianie jego coraz bardziej skomplikowanej psychiki to jest nie lada wyzwanie. Tłumaczenie mu świata i pomaganie w zwalczaniu przykrych stanów jest samo w sobie trudne, a jeśli mam na to tylko kilka godzin w ciągu tygodnia i niecały weekend (do podziału z ojcem), to sprawa staje się jeszcze trudniejsza.

Mój Synek znów zachorował, do kataru na dokładkę jeszcze oczko ma zainfekowane, wymaga troskliwej opieki, a ja jutro idę do nowej pracy. Praca ta wydaje się być bardzo obiecująca i jestem jej bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że mimo wszystkich niedogodności, mimo mojej rozszalałej choroby Hashimoto (jesień jest najgorsza przy tej chorobie) i wielu innych paskud, jakoś dam radę. Wiecie co jeśli uda mi się to ogarnąć i jeśli po latach wyjdę z tego kanału i zacznę żyć normalnie, to… to… Ech, pięknie by było 🙂

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!