Category Archives: wychowywanie dziecka

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

Mój kodeks wychowawczy oraz wielkie NIE dla tzw. bezstresowego wychowania.

W odpowiedzi na prośbę jednej z Was postanowiłam dzisiaj przedstawić moje poglądy dotyczące wychowywania dzieci. Jest to ogromny temat, w związku z którym mam bardzo wiele przemyśleń. Od razu zaznaczam, że nie czuję się w tej kwestii żadnym autorytetem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia i zasady, którymi staram się kierować. Oczywiście, jak to w życiu, rezultaty bywają nieprzewidziane – bo dziecko to nie plastelina, tylko twór niezwykle tajemniczy, który żyje własnym życiem 😉 Żarty żartami, ale prawda jest taka, że nawet jeśli rodzic staje na rzęsach, by dobrze i mądrze wychować młodego człowieka, może się okazać, że odniesie porażkę. Nie wiadomo, czy to geny, czy wpływ środowiska rówieśniczego/szkolnego potrafią pokrzyżować plany rodziców. Jedno jest pewne – gwarancji nie ma… Jednak dobry rodzic nigdy, przenigdy się nie podda.

(Lauryn Hill – „Zion”)

Na początku chciałabym zaznaczyć sprawę najważniejszą – nie toleruję żadnej formy kar fizycznych wobec dzieci. Jest to dla mnie zupełnie oczywiste i nie zamierzam do tego wracać. Nadrzędnymi zasadami, którymi kieruję się w procesie wychowywania mojego syna są: szacunek do dziecka, słuchanie go, dogłębne analizowanie jego emocji (w większości przypadków wyrażanych zupełnie nie wprost) oraz aktywne zaangażowanie w jego świat, do którego mnie (a w zasadzie nas – rodziców) zaprasza. Tematem na osobny wpis będzie przy okazji zagadnienie dotyczące tego, czy da się być zaangażowanym rodzicem, gdy pracuje się od rana do wieczora. Obiecuję Wam, że napiszę parę słów na ten temat – nie w najbliższym czasie, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy.

A teraz do rzeczy – od początku. Podobnie jak wiele kobiet, które znam, zanim urodziłam swoje pierwsze dziecko myślałam w sposób bardzo idealistyczny. Myślałam: „Nigdy nie podniosę głosu na swoje dziecko. Zawsze będę cierpliwa. Nigdy nie zastosuję szantażu emocjonalnego. Nie okłamię go.” Tak… Teraz, znając już realia życia z dzieckiem wiem jedno – te wszystkie wyidealizowane stwierdzenia nijak mają się do rzeczywistości. Zaręczam, że nieraz każda matka traci cierpliwość, podnosi głos, stosuje umiarkowany szantażyk emocjonalny (gdy w grę wchodzi tzw. „wyższa konieczność”) oraz ściemnia, gdy zachodzi taka potrzeba (też – podobnie jak w przypadku szantażyku – dla dobra dziecka). Wszystkie idealne mamuśki, które właśnie się oburzyły zachęcam do zaniechania dalszego czytania tego wpisu, bo się nie dogadamy.

20140813_125712

Po czterech latach bycia rodzicem – zaangażowanym po uszy, kochającym do bólu i bardzo świadomym – mam już dość mocno ukształtowany pogląd na to, co jest ok, a co nie. Zjawisko, któremu chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę uwagi, to osławione „bezstresowe wychowanie”. Jest to pojęcie używane dość powszechnie przez internautów. Pojawia się licznie w komentarzach pod artykułami dotyczącymi przestępczości wśród dzieci i młodzieży. Często jest przedstawiany przez komentujących jako gorsza alternatywa w stosunku do surowego wychowania, nie stroniącego od kar cielesnych. Ludzie bardzo często piszą „No i oto są skutki bezstresowego wychowania. Mnie ojciec lał i wyszedłem na ludzi”. Moim zdaniem, zarówno kary cielesne, jak i bezstresowe wychowanie, są to modele wychowawcze ogromnie krzywdzące. Bijąc – wychowujemy dziecko pełne strachu i skumulowanej wewnątrz agresji. Nie wychowując wcale (jak w przypadku rodziców wychowujących bezstresowo, nadmiernie przyzwalających) – tworzymy dzieciaki nie znające granic, rozhamowane, rozpuszczone i zwyczajnie nie ukształtowane. Co więcej – te dzieci nie znają życia, nie szanują rodziców i potem nie potrafią uszanować innych autorytetów (np. nauczycieli). Jestem zwolenniczką podejścia wychowawczego, w którym dziecko jednocześnie czuje się kochane, szanowane i słuchane, a z drugiej strony ma respekt względem rodziców i zaufanie do nich, a także wiarę, że jednak rodzic „wie lepiej” i jest dla nich autorytetem. Oczywiście, wszystko to wywala się do góry nogami w okresie dojrzewania, ale wierzę, że ciężka praca nad dobrym wychowaniem w dzieciństwie, potrafi przynieść dobre owoce po przejściu burzy czasu nastoletniego.

Niezmiernie ważną zasadą panującą w „moim” modelu wychowawczym jest stanowcze rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka. Jeśli wychowujesz dziecko jako swojego kumpla/partnera – to tutaj zrozumienia nie znajdziesz. Rodzic to rodzic, musi mieć u dziecka autorytet, zbudowany na bazie zaufania i szacunku. Podejście „kumplowskie” zaciera granice potrzebne do ustanowienia i respektowania podstawowych zasad wychowawczych. Jeszcze gorsze od tego jest „odwrócenie ról”, kiedy to dziecko staje się opiekunem/wybawicielem/pocieszycielem rodziców. To wielka krzywda dla dziecka i bardzo patologiczna sytuacja, o której nie będę się tutaj rozpisywać. Jeśli chodzi o prawidłowe rozdzielenie ról Rodzica i Dziecka, to nie jest to łatwe – zresztą – oczywista oczywistość – NIC W RODZICIELSTWIE NIE JEST ŁATWE! Wychowywanie dziecka wymaga wysiłku i przekraczania samego siebie. Oczywiście, często są takie sytuacje, gdy nie ma się siły, jest się chorym, zestresowanym, zmęczonym etc. Każdy ma wtedy prawo do potknięć, bo nikt nie jest ideałem. Jednak chodzi o ogólny model wychowawczy, stosowany w miarę możliwości konsekwentnie. Nie wolno nam iść na łatwiznę. Kiedy dziecko zaczyna o coś ryczeć, chce aby mu pobłażać, odpuścić (np. pójście do przedszkola, udział w jakichś zajęciach), próbuje na nas coś wymusić płaczem – zakup, jakieś zachowanie etc. – NIE WOLNO NAM SIĘ PODDAĆ! Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze dla naszego własnego dobra, bo dzieci szybko się uczą i potem wykorzystują raz sprawdzony mechanizm, a po drugie – i ważniejsze – dla dobra dziecka. Dziecko, któremu się nie odmawia i nie stawia wymagań, nie nauczy się życia w społeczeństwie i dostosowywania się do zasad panujących w świecie. Oczywiście, super łatwo jest ustąpić albo dać mu jakiś uspokajacz – słodycze, bajkę, zabawkę. Ale od takich drobnych ustępstw zaczyna się lawina, którą później trudno zatrzymać i dziecko nasze kochane będzie z uporem maniaka włazić nam na głowę. Nie dlatego, że dzieci to jakieś demoniczne czyste zło. Tylko dlatego, że kiedy rodzic niesłusznie ustępuje, dla świętego spokoju, to dziecko uczy się, że tak można. A jeśli można, no to można. W głowie dziecka jest tak: jeśli można trochę, to można jeszcze bardziej. Dzieci są tak skonstruowane, że z natury nie są wyposażone w granice – to my je stawiamy i uczymy dziecko ich respektowania. Dzięki temu też potem dziecko umie dbać o swoje własne granice. Banalne, co? Ale cholernie prawdziwe. Dlatego właśnie dziecko musi:
– słyszeć i szanować słowo „NIE” płynące z ust rodzica
– słyszeć, znać i respektować stanowczy ton głosu rodzica, jeśli coś przeskrobało
– nauczyć się panować nad zachowaniami, które rodzic określa jako złe – pomoże mu w tym pamiętanie, że złe zachowanie = dezaprobata rodzica
– znać i respektować mechanizm: złe zachowanie = konsekwencje. Zawsze.

IMG_6127

Tutaj z chęcią podam przykład. Niedawno, nieważne gdzie – mój Synek, który ostatnio miewa zachowania nieco agresywne wobec innych dzieci (pracujemy nad tym intensywnie – temat osobny), mocno uderzył głową drugiego chłopca w klatkę piersiową. Akurat siedziałam kawałek dalej. Niedaleko stały też matki innych obecnych w tym miejscu dzieci. Zawołałam Synka do siebie i stanowczo powiedziałam, że widziałam, co się stało, że bardzo źle zrobił i musi natychmiast przeprosić kolegę. Mój Synek od razu po takich zachowaniach bardzo się wstydzi, wie, że źle postąpił i ten wstyd wzbudza w nim poczucie winy. Chowa się wtedy, ucieka i nie chce konfrontacji z dzieckiem, które uderzył. Tego dnia byliśmy umówieni na wspólny seans filmowy. Miała do być nagroda za kilka dni grzecznego zachowania (czytaj – pozbawionego wybuchów histerii, zachowań agresywnych etc.). Kiedy więc Synek płonąc ze wstydu ciskał się, że nie przeprosi kolegi, tupał nóżką i złorzeczył, że to tamten zawinił (faktycznie – wziął coś, co mój Synek też chciał akurat wziąć – tylko tamto dziecko nie wiedziało o zamiarze mojego Synka), powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo: „Kochanie, jeśli nie przeprosisz kolegi, to nie będziemy dziś oglądać filmu”. Prosty komunikat: złe zachowanie = konsekwencje. Oczywiście, Synek natychmiast poszedł i przeprosił chłopca. Widziałam, że ma poczucie winy i jest mu przykro. To, co mnie jednak zdenerwowało, to komentarz jednej ze stojących za mną matek: „Ojej, jaka ostra mama”. Nie odwróciłam się, więc nie wiem nawet, kto to powiedział. Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam: „Że co?? Ostra? Po prostu wychowuję swojego syna”. Niestety, wiele znanych mi matek, w takich sytuacjach sterczy jak słup soli i z bezradnym uśmiechem patrzy jak ich dzieci tłuką inne dzieci. W przedszkolu, na placach zabaw, na ulicy widzę masę takich dzieciaków, które leją inne dzieci, a matki nic. NIC. To jest dopiero patologia, moi kochani. Dziecko musi usłyszeć, że źle zrobiło i to od razu. Powiedzenie mu tego później nic już nie da. Dzieci bardzo szybko zapominają, gubią skojarzenie z sytuacją i jeśli dostają „ochrzan” z opóźnieniem – dość często nie kojarzą za co.

Chciałabym teraz wrócić na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej drobnego manipulowania, kombinowania i szantażyków emocjonalnych, do których rodzic czasami musi się uciec w sytuacjach podbramkowych. Moja mama często powtarzała mi: „Mądry rodzic musi być sprytniejszy od swojego dziecka”. To jest absolutnie święta prawda. Dziecko musi wiedzieć, że nie może rodzica przechytrzyć. Nie chodzi tu o jakąś rozgrywkę czy rywalizację o to, kto jest sprytniejszy. Chodzi raczej o to, żeby rodzic potrafił sprytnie i inteligentnie tłumaczyć dziecku świat, bajerować go czasem bajkowymi przykładami, mówić jego językiem, aby dziecko zrozumiało. Ważne jest też to, żeby rodzic potrafił, a przynajmniej próbował w sytuacjach mocno naszpikowanych trudnymi emocjami ze strony dziecka, zachować spokój, a najlepiej – uśmiech. A także – niezwykle ważne jest rozróżnienie dwóch sytuacji. Pierwsza sytuacja jest wtedy, gdy dziecko „sprawdza” rodzica i histerią/złym zachowaniem próbuje coś wymusić (chociażby coś tak banalnego jak ciągłe zwracanie na siebie uwagi rodziców). Wtedy nie ma miejsca na „ciaćkanie się” z dzieckiem. Tego rodzaju zachowania trzeba ukrócać, stanowczo i konsekwentnie, bez długotrwałego tłumaczenia i pochylania się nad sprawą. Trzeba pokazać, że zachowanie jest złe, nazwać ewentualne konsekwencje i twardo przeczekać aż dziecko przestanie – bez uginania się. Druga sytuacja jest wtedy, gdy dziecko zachowuje się „źle”, czyli niewłaściwie, „niegrzecznie” i wpada w histerię, bo nie radzi sobie z własnymi emocjami, które eskalują tak, że nie potrafi już samo tego zatrzymać. Wtedy trzeba dziecku pomóc, poświęcić mu sto procent uwagi. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji wymaga od rodzica głębokiej intuicji, znajomości własnego dziecka, a także wglądu w samego siebie (to pomaga w empatycznym odbiorze zachowań dziecka). Podam Wam przykład. Ostatnio nasz Synek miewa napady histerii – gdyż po prostu nie radzi sobie z faktem, że jestem w ciąży. Po kilku tygodniach jest już coraz lepiej – głównie dzięki naszej ciężkiej pracy – wspólnej, bo Synek dużo nam komunikuje i dzięki temu pracuje się łatwiej. Było jednak kilka takich sytuacji, gdy w naszego kochanego Chłopczyka wstępował sam diabeł. Mały miotał się w nieokiełznanej złości, wydawać by się mogło, że bez powodu. Któregoś dnia przeszedł sam siebie, kiedy to na chodniku, blisko ruchliwej ulicy zaczął mnie szczypać i kopać, a potem wyrywać mi się i mówić, że jestem głupia. Najpierw zareagowałam bardzo emocjonalnie i pomyślałam, że jest to zachowanie, które trzeba ukrócić. Oczywiście, najważniejsze było to, aby Synek uspokoił się szybko, aby nie doszło do jakiejś tragedii (żeby nie wbiegł pod samochód albo nie zgubił się w tłumie). Wtedy nie było czasu na to, aby dyskutować, bo Synek był w amoku. Powiedziałam więc, że tam niedaleko stoi policjant, który zaraz tutaj przyjdzie. Jest to właśnie przykład wspomnianego już przeze mnie szantażyku emocjonalnego/ściemy/manipulacji w imię tzw. wyższej konieczności. Nie jestem z tego szczególnie dumna, ale podziałało… Synek nieco się uspokoił i przynajmniej zaprzestał zachowań silnie destrukcyjnych i autodestrukcyjnych. Cały czas jednak w drodze do domu był na mnie wściekły i rozżalony. Kiedy dojechaliśmy do naszej stacji i wysiedliśmy, postanowiłam usiąść z nim a ławce i poświęcić chwilę czasu na analizę tej sytuacji. Dostrzegłam w jego oczach, gdzieś pod powierzchnią jego zachowań, coś, co sprawiło, że zamiast ukrócać zachowanie Synka, postanowiłam zajrzeć głębiej. Po chwili rozmowy dowiedziałam się, co było przyczyną… Okazało się, że jeszcze w przedszkolu zrobiłam nieświadomie coś, co mój Synek źle odebrał, o co miał do mnie żal. Kiedy weszłam do szatni, usłyszałam jak jeden chłopiec stojący obok mojego Synka coś śpiewa. Powiedziałam: „O, jak Ty ładnie śpiewasz”. Wyobraźcie sobie, że te słowa były przyczyną wybuchu mojego dziecka. Potem okazało się, że ten śpiewający chłopiec robił mojemu Synkowi na złość i śpiewał mu prosto do ucha, mimo iż mój Synek bardzo prosił, aby przestał. Dostrzegłam to i widziałam, że mój Synek jest zmęczony nadmiarem bodźców- nie wiedziałam jednak, że słowa wypowiedziane przeze mnie na samym początku wzbudzą w nim tak silne emocje. Gdybym nie zaczęła drążyć, zastanawiać się i nie poświęciłabym uwagi Synkowi, nigdy nie dowiedziałabym się jak mój Synek poczuł się przeze mnie „zdradzony”. Udało nam się tę sprawę wyjaśnić i spędziliśmy razem piękny, spokojny wieczór.

20141017_105411

Mogłabym tak pisać i pisać bez końca, podawać Wam przykłady – ale Wy sami dobrze znacie podobne sceny z własnego życia. Tak jak już wspominałam – żaden ze mnie autorytet. Ja tylko staram się jak mogę wychować mojego Syna na dobrego, mądrego i zaradnego chłopaka. Chcę dać mu siłę i poczucie własnej wartości. Powyżej pisałam tylko w swoim imieniu, żeby nie wcielać się rolę kogoś, kto mówi za obydwoje rodziców – jednak zapewniam Was, że równie ważne jak szacunek dla dziecka, rozdzielenie ról Rodzic-Dziecko oraz bycie konsekwentnym w działaniu, jest wspólny front obydwojga rodziców. Jest to trudne i przyznam Wam, że często się nie udaje. Ważne, aby się starać. U nas jest tak, że uzupełniamy się bardzo dobrze i tam, gdzie ja nie daję rady, radzi sobie mój Mąż, a jeśli zdarza się coś, w czym on jest słabszy, sprawdzam się ja. A wiecie co jest najlepszą nagrodą za nasze starania? To, że nasz wspaniały Synek ufa nam bez granic. Wiele osób dziwi się, że Synek opowiada nam o wszystkim, co dzieje się w przedszkolu. Chce się z nami dzielić swoim światem i to jest najpiękniejsze. Oczywiście, wiem, że jeszcze nieraz będzie ciężko. Będą problemy, będą trudne chwile. Jednak wierzę mocno, że nasz Synek będzie wiedział, że w nas, swoich Rodzicach, zawsze będzie miał wsparcie – nie ślepe i bezkrytyczne, ale rozsądne, trzeźwe i takie, które nauczy go życia. Tego bardzo chcę! 🙂

20140828_141455

Trzymajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Pozdrawiam Was gorąco.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

Rach, ciach – minął kolejny tydzień. Nie wiem, jak i kiedy się to stało. Pędzę. Dlaczego, skoro tego nie znoszę? Dlaczego, skoro to takie… wbrew mnie? Gdzie jest równowaga, gdzie balans? Gdzie – przede wszystkim mój work-life balance?

(Belleruche – Balance)

W ciągu tygodnia moje dziecko wychowywane jest przez przedszkole. Jedziemy razem rano samochodem (chwilkę), dajemy sobie buziaki na dobry dzień, a potem jest długie, długie rozstanie. Kiedy wracam do domu, przy założeniu, że nie muszę po pracy a. zrobić zakupów, b. pojechać na ostatnie przymiarki sukienki ślubnej, c. załatwiać innych spraw związanych z nadchodzącym ślubem, spotykam mojego Synka dopiero około godziny 18. Około 20 Synek już śpi. Mamy więc dwie godziny czasu na to, aby pobyć ze sobą. Mój Synek jest pogodny i w miarę „bezproblemowy” jeśli chodzi o zachowanie. Nie mamy problemów z jedzeniem, ubieraniem się, kładzeniem spać. Jeśli Synek jest zdrowy i nie jęczy, nasz kontakt jest miły, spokojny i ciepły. Niestety, bywa też czasami powierzchowny. To, co mnie boli i o czym chcę w tym wpisie powiedzieć, to fakt, iż pośpiech, wyścig życiowy widać także po godzinach pracy. Wracam do domu, z korporacyjnej szczurzarni, w domu czeka jeszcze wiele obowiązków. A mój kochany, cudowny Synek chce się bawić. Zaprasza mnie do swojego fantastycznego świata.

– Mamo, ja będę Spidermanem, a Ty ciocią Spidermana, dobrze?

Rozbraja mnie tymi zaproszeniami. Wiecie, z czego zdałam sobie sprawę? Z tego, że najczęściej używanym przeze mnie zwrotem w stosunku do mojego Synka jest ostatnio: „Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”. Kiedy sobie to uświadomiłam, przeraziłam się. Kiedy stoję w kuchni i próbuję zrobić/zjeść kolację, a Synek proponuje mi zabawę, czuję się rozdarta. Z jednej strony, bardzo chcę się z nim bawić, a z drugiej strony potrzebuję chwili oddechu na jedzenie/rozmowę z narzeczonym/siedzenie i myślenie (niepotrzebne skreślić). Mówię więc to straszne zdanie „Zaraz do Ciebie przyjdę” – z uśmiechem i spokojem w głosie. A potem, kiedy idziemy się kąpać, zdaję sobie sprawę z tego, że przyszłam się bawić tylko na chwilę albo co gorsza – wcale… Wiecie, jak to boli? Żadna zabawka, żaden gest materialny tego dziecku nie zrekompensuje. A żaden gest w stronę dziecka nie załata w mojej duszy dziur po serii wyrzutów sumienia.

Dlatego też postaram się częściej niż zwykle patrzeć Synkowi głęboko w oczy, aby słuchać go jeszcze lepiej. Spróbuję też nieco obniżyć standardy czystości w domu (wiem, że przyjdzie mi to z ogromnym trudem) i znaleźć w tym pędzie więcej czasu na wspólną zabawę. Bo przecież to cudownie być ciocią Spidermana, prawda? To moje wymarzone życiowe zajęcie 🙂 Nie chcę odmawiać Synkowi zbyt często zabawy także ze strachu przed tym, że kiedyś przestanie zapraszać mnie do swojego świata (choć oczywiście, dojrzewając, w naturalny sposób przestanie i ja to wiem) i straci do mnie zaufanie. Czas spędzony z nim to najcenniejszy skarb, jaki mam. Każda minuta jest ze złota. Chcę, żeby wiedział, że zawsze chcę być w jego świecie, tylko czasami po prostu nie mogę… Jak to zrobić? Jak osiągnąć tę równowagę? Jeszcze nie wiem…

2b1396193473b00334ee17d74c4b533d

(Źródło: Pinterest.com)

Mam nadzieję, że załamanie pogody (a wraz z tym mojego samopoczucia) wkrótce minie i wtedy na dobre zagości słońce i ciepło. Tego nam trzeba!

Miłego, ciepłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dużo ostatnio myślę o kwestii wzajemnego zaufania między rodzicem a dzieckiem. Myślenie to zaczęło się od luźnych skojarzeń na temat tego, jakim jestem rodzicem. Ostatnio Marta prosiła mnie w komentarzach, żebym napisała „jak być taką dobrą mamą”. No cóż… Nie uważam siebie za nadzwyczajnie dobrą matkę. Jestem matką taką sobie, zarówno dobrą, jak i beznadziejną czasami. Do moich największych przewinień należy między innymi fakt bycia hm… nadmiernie ochraniającą. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć swojemu dziecku ciągle „na ręce”, nie strofować na każdym kroku. Pragnę wyrzec się kontroli i wiecznego bycia „gorylem” na rzecz bycia większym luzakiem. Nie przychodzi mi to łatwo, niestety. Zwłaszcza, że gdzieś wyczytałam, iż rolą rodzica dziecka w wieku przedszkolnym jest przede wszystkim ochrona, a dopiero w dalszej kolejności bycie nauczycielem, kumplem, etc. Trochę się zatem usprawiedliwiam wewnętrznie, że moje schizowanie i ciągłe kontrolowanie tego, co robi mój Synek, jest w pełni słuszne. Dlatego sprawdzanie graniczące z obsesją, czy przypadkiem noga nie zwisa mu w nocy z łóżeczka albo czy idąc w nocy do naszego łóżka nie potknie się o walający się w przedpokoju pantofel uważam za zachowanie mieszczące się w normie. Mam nadzieję, że będę umiała wyczuć moment, kiedy moja Mała Dzidzia będzie już sama dobrze wiedziała, co jest dobre, a co złe i niebezpiecznie. Bardzo nie chciałabym stłamsić mojego Syna. Bardzo chcę, żeby był odważny, niezależny i silny. Dlatego wielokrotnie gryzę się w język, na który zaczynają mi już wskakiwać słowa typu „uważaj, bo to brudne” albo „zostaw to, bo się zranisz”. Zdarza się, że pozwalam mu na to, żeby sam się przekonał (oczywiście w granicach rozsądku). Chowam wtedy moje własne lęki do kieszeni. Wtedy mój M. dziwnie na mnie patrzy – jakbym była chora, czy coś 😉 Ale ja wiem, że jest ze mnie dumny w takich chwilach. Taką postawą chcę też pokazać Synkowi, że mu ufam i wierzę, że sam będzie wiedział, co zrobić.

(Skye Edwards – Monsters Demons)

W ten sposób właśnie, rozmyślając o tym, jakim jestem rodzicem, doszłam do wniosku, że najważniejsze dla mnie jest, aby mój Synek nigdy nie stracił do mnie zaufania. Chcę, aby zawsze wiedział, że może na mnie liczyć. Często się zastanawiam, jak to zrobić, żeby go nie zawieść. Kiedy widzę jego „podkówkę” (każdy rodzic wie, o jakiej minie mówię), gdy muszę odmówić mu wspólnej zabawy albo muszę wyjść z domu, kiedy on mnie potrzebuje, to mi pęka serce. Wiem, że musi się nauczyć, iż czasami nie można mieć wszystkiego, że w życiu bywa tak, że się nie ma wyjścia, no i przede wszystkim, że odmowa nie oznacza odrzucenia. Chcę też, żeby nauczył się rozumieć, że rodzic nie jest ze stali i czasami może nawet po prostu nie mieć ochoty lub siły na zabawę. Z drugiej strony mam obawy, że sprawiam mu wielki zawód spędzając z nim tak mało czasu (współczesny tryb życia i praca sprawiają, że w ciągu tygodnia roboczego tego wspólnego czasu praktycznie nie ma) i że w pewnej chwili przestanie mi ufać. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

IMG_1395

Na koniec Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego Synka. Ostatnio na spacerze biegał po swoim ulubionym murku. Murek jest dość niski, ale ja oczywiście bałam się, że Synek spadnie. Dlatego szłam blisko i chciałam, żeby złapał mnie za rękę. A mój Synek, stanowczo, acz spokojnie mówi do mnie: „Nie mamo, bo to jest moja sprawa i ja to zrobię sam!” 😉 Zamurowało mnie. Byłam bardzo dumna z tego, jak Mały zawalczył o swoje, zakomunikował mi, że moja nadmierna ochrona jest dla niego niewygodna i tym samym poprosił mnie o zwiększenie zaufania. Oczywiście, pozwoliłam mu na samodzielne chodzenie po murku. Nie macie pojęcia, jak bardzo był zadowolony! 🙂

Życzę Wam przyjemności z bycia rodzicami, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Zapraszam do obejrzenia relacji z „Pytania na Śniadanie” TVP 2

Zapraszam do obejrzenia relacji z „Pytania na Śniadanie” TVP 2

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dziękuję wszystkim, którzy dziś obejrzeli mnie rano w TV. Było to bardzo fajne przeżycie, zdecydowanie pozytywne (może pomijając wstawanie o 5:30). Jeszcze raz – cieszę się ogromnie, że mogłam pomóc nagłośnić sprawę niewłaściwych opiekunek… Od razu chciałam powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz: Wiem, że gdzieś tam chodzą po świecie cudowne, kochane nianie. Żałuję, że nie trafiłam na Was, kiedy szukałam opieki dla Synka na cały etat. JA Wam, Drogie Mamy radzę: jeśli się zastanawiacie nad zatrudnieniem opiekunki, nie ufajcie zbyt pochopnie. Stosujcie zasadę ograniczonego zaufania, kontrolujcie to, co się dzieje w domu, sprawdzajcie nianię bez żenady. Tutaj przecież chodzi o Wasz największy skarb! No i pamiętajcie, że wszystko możecie wyczytać z zachowania swojego dziecka. Jeśli coś złego się dzieje, ono Wam to pokaże swoim zachowaniem. Słuchajcie swoich dzieci i ufajcie im. Zapraszam do oglądania.

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/13659958/co-robia-nianie-gdy-rodzice-wychodza

foto2

(Żródło: pytanienasniadanie.tvp.pl)

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dawno temu pisałam Wam o tym, że musiałam zwolnić nianię w trudnych okolicznościach. Było to pod sam koniec ubiegłego roku. Była to już druga niania, którą zwolniłam. Pech? Zdecydowanie tak. Opowiem może po kolei o tym, co miało miejsce. Na początek piosenka, piękna i bardzo smutna, zawsze wywołuje u mnie łzy.

Zacznę może od tego, że w czerwcu 2012 poszłam do pracy po osiemnastu miesiącach przerwy. Przez cały ten czas byłam z moim Synkiem w domu. Między nami była wielka, głęboka więź, która mimo różnych późniejszych zawirowań przetrwała w nienaruszonym stanie – myślę, że właśnie dlatego, że tyle czasu poświęciłam Synkowi po jego urodzeniu. Znam go najlepiej na świecie i widziałam na własne oczy wszystkie ważne chwile w jego życiu. Niestety w czerwcu musiałam, nagle i gwałtownie pójść do pracy, właściwie z dnia na dzień. Tak się złożyło. Nie chciałam Synka posłać do żłobka, bałam się tego, nie chciałam fundować mu tak dużej zmiany. Dzięki mojej koleżance, udało mi się znaleźć nianię. Pracowała ona dotychczas u znajomych mojej koleżanki, jednak ich dziecko poszło do przedszkola i niania szukała pracy. Niania przyniosła ze sobą referencje. Była studentką pedagogiki, mieszkała w tej samej dzielnicy, więc wydawała się być idealną kandydatką. Dodatkowo przypominała trochę ulubioną nianię mojego Synka, Małgosię, która przez jakiś czas raz w tygodniu zajmowała się nim przez parę godzin. Nie miałam czasu zbyt głęboko się zastanawiać, czy słuchać przeczuć. Potrzebowałam kogoś od zaraz, a ona była wolna, miała dobre referencje od znajomych i kierunkowe wykształcenie. Postanowiłam ją zatrudnić. Zaczęłam nową pracę. Borykałam się z długimi dojazdami i w efekcie nie było mnie w domu przez ponad 9 godzin. Mój Synek bardzo źle znosił rozstanie, a ja chyba jeszcze gorzej. Czułam się najgorzej w życiu. Nie dość, że byłam samotną matką, to jeszcze nie mogłam znieść gwałtownej rozłąki z dzieckiem i poczucia, że ktoś inny, ktoś obcy go teraz wychowuje. Nigdy w swoim życiu, a wiele przeszłam, nie doświadczyłam tak dojmującego uczucia smutku i tak silnej depresji, jak w ciągu ostatniego roku. Wracając do niani… Po paru tygodniach pracy zaczęłam zauważać dziwne zachowania mojego Synka. Zaczął być nerwowy. Poza tym zauważyłam siniaki na jego ciele. Kiedy rano niania przychodziła, często spóźniona, wyczuwałam od niej papierosy. Nie czepiałam się tego, choć bardzo przeszkadzałoby mi, gdyby paliła przy nim. Nie chciałam też wyjść na szpiega, który niucha jak jakiś Wiedźmin. O siniaki jednak zapytałam. Niania odpowiedziała: „Spadł mi z huśtawki na plecy”. Innym razem, gdy do niej zadzwoniłam, tak jak zwykle, około godziny 14 w ciągu dnia, miała bardzo dziwnie brzmiący głos. Zapytałam, co się stało, powiedziała, że pokłóciła się z chłopakiem. Zaczęłam się niepokoić, że moje dziecko przebywa z kimś, kto jest niedojrzały. Jedna z sąsiadek mi powiedziała, że niania często rozmawia przez telefon na placu zabaw i w czasie takiej rozmowy mój Synek spadł jej z huśtawki. Nie wiedziałam, co zrobić, gdyż byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, nie chciałam kolejnej zmiany dla Synka, więc upomniałam nianię i postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Niestety, po 1,5 miesiąca pracy u mnie, niania przyszła do mnie i powiedziała, że za kilka dni wyjeżdża na wakacje ze swoim chłopakiem, na dwa tygodnie i że chce za ten czas dostać pieniądze i to jeszcze z góry. Oniemiałam, naprawdę. Absolutnie nie miałam z kim zostawić Synka na dwa tygodnie, to była pierwsza rzecz. Poza tym nie przyszło mi do głowy, że ktoś może zrobić taki numer. Płaciłam niani tygodniówki i nie umawiałam się z nią na stałe wynagrodzenie. Żądanie w takiej sytuacji wypłaty i to jeszcze z góry, przy moim ogólnym niezadowoleniu z jej zachowania, przepełniło czarę goryczy. Zapłaciłam jej więc z nawiązką i pożegnałam się z nią. W międzyczasie znalazłam inną nianię.

_MG_6575

Wiedziałam, że tym razem nie chcę już młodej dziewczyny, przeżywającej zawirowania w życiu uczuciowym. Znalazłam więc panią w wieku mojej mamy, robiącą świetne wrażenie, energiczną i wysportowaną, mającą doświadczenie w opiece nad dziećmi. Podczas rozmowy wzbudziła moje zaufanie i bardzo mi się spodobała. Konkretna, pełna życia, uśmiechnięta. Kiedy następnego dnia dzwoniłam do niej, żeby jej powiedzieć, że chcę ją zatrudnić, nie była zbyt miła przez telefon, ale się tym specjalnie nie przejęłam. Przyszła w sobotę na dzień próbny, który przebiegł bardzo obiecująco. W poniedziałek przyszła na czas, mój Synek był bardzo zadowolony. Pierwsze tygodnie to była prawdziwa sielanka. Jedyne, co mnie denerwowało, to to, że wiesza swoje ubrania w mojej szafie bez pytania i każe mojemu Synkowi mówić do siebie per „Babciu”. Powiedziałam, że mój Synek ma dwie babcie i że wolałabym, żeby do niej mówił per „Ciociu”, ale nie poskutkowało. Po dwóch tygodniach zaczął się horror. W mojej pracy atmosfera była koszmarna. Moja szefowa przechodziła kryzys w małżeństwie i wyżywała się na wszystkich dookoła. Nie dostałam też obiecanej podwyżki. Miałam koszmarną depresję, tęskniłam za Synkiem i jedyne, czego pragnęłam, to wrócić do domu, przytulić Synka i tak już zostać. Mimo to, dałam podwyżkę niani, żeby była zadowolona z pracy i chciała u nas pracować. Niestety, znów zaczęłam zauważać niepokojące szczegóły. Gdy wracałam z pracy, mój Synek uciekał z potwornym krzykiem. W nocy budził się z wrzaskiem, miał koszmary. W dzień, jak tylko usłyszał jakiś hałas, z przerażeniem w oczkach uciekał i mówił „Pam, pam idzie” (czyli „pan, pan idzie”). Któregoś dnia uklęknął przede mną, klepiąc się piąstką w brzuszek i mówiąc „Moja wina, moja wina”. Kładąc się do łóżeczka, bełkotał różne modlitwy. Zaczęłam podejrzewać, że to niania indoktrynuje go w kwestii religii i zapytałam ją o to wprost. Zapytałam, skąd u mojego Synka ta akcja z „moja wina”. Skłamała prosto w twarz. „Nie mam pojęcia, a nie była pani z nim w kościółku?”. „Nie, proszę pani, nie chodzimy z nim do kościoła, bo uważamy, że jest jeszcze za mały. Prosimy zostawić kwestię wychowania religijnego nam”. „Dobrze, ja tylko mu przed drzemką paciorek mówię i krzyżyk na główce robię, na dobry sen”. Oho! – pomyślałam – jest moher. Beret. Beton, który mnie nie słucha, nie szanuje mojego zdania. No trudno. Jak to się nie skończy, będzie trzeba ją zwolnić. Zapytałam ją też, skąd ta nerwowość i agresja u mojego dziecka jej zdaniem, to zwaliła winę, że pewnie to przez dinozaury, które tak lubi albo przez to, że chodzi z tatą na capoeirę, a to taki zły i agresywny sport.

Mijały dni. Narastające lęki mojego Synka tak mnie zaniepokoiły, że przed podjęciem decyzji o zwolnieniu, postanowiłam nagrać nianię na dyktafon i odsłuchać nagrania w wolnej chwili. To było na początku grudnia czy pod koniec listopada. Zostawiłam włączony dyktafon na cały dzień. Mój Synek był tego dnia przeziębiony, więc przebywał z nianią w domu. Następnego dnia przyjechała moja mama, która do końca grudnia miała zostać z nami i zajmować się moim Synkiem. Ja już wtedy pracowałam w mojej obecnej pracy, bardzo obiecującej, ale nowej i w związku z tym mocno stresującej, ponieważ zależało mi bardzo na dobrych wynikach. Nie miałam nawet czasu odsłuchać nagrania, zresztą, moja mama zajmowała się Synkiem, więc przestałam czuć niepokój. Nagranie leżało sobie tak do Świąt. Przed Świętami zaproponowałam niani, że przywieziemy jej wypłatę do domu, żeby nie musiała specjalnie przyjeżdżać. Tym razem umówiona byłam z nią na stałą pensję, więc mimo iż w grudniu przepracowała zaledwie parę dni, zapłaciłam jej za cały miesiąc. Dałam jej też w prezencie nową książkę znienawidzonej przeze mnie polskiej pisarki (nie napiszę jakiej, bo po co), bo wiedziałam, że niania pasjami się w niej zaczytuje. Podczas wizyty poznałam męża i szwagra niani. Zamurowało mnie, gdy mój Synek zaczął się zachowywać tak, jakby już tam był. Zrozumiałam wtedy, że za moimi plecami niania zabiera Synka do swojego mieszkania.

Kilka dni później, wiedziona intuicją i wielkim, narastającym matczynym niepokojem, postanowiłam odsłuchać nagrania z dyktafonu. Słuchałam do czwartej rano. To, co tam usłyszałam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Skończyłam słuchać trzęsąc się i płacząc histerycznie. Nadal ciężko mi o tym wszystkim pisać, napiszę tylko o paru szczegółach, które tam usłyszałam. Okazało się, że niania włącza mój prywatny komputer i przez pół dnia puszcza mojemu Synkowi bajki. Bajki, których Synek się boi, nie rozumie ich i płacze oglądając je. W tym czasie niania nie odzywa się do niego wcale, a jeśli się odzywa, to krzyczy i jest bardzo niemiła. Mówi „Głupi jesteś”, ciągle go karci podniesionym głosem, ustawia, strofuje. Jest nieczuła na jego potrzeby. Tego dnia niania miała podawać mu krople do oczu z antybiotykiem, pięć razy dziennie. Nie podała ani razu. Wyśmiewała go, szydziła, jeśli czegoś nie potrafił zrobić. Niestety zasięg dyktafonu nie był tak duży, żeby złapać dźwięki z pokoju, w którym mój Synek zasypiał, poza tym w pewnym momencie niania otworzyła na oścież balkon i przestałam słyszeć cokolwiek. Wiem tylko, że gdy mój Synek poszedł spać, niania najpierw obejrzała „Klan” na komputerze, a potem przez ponad godzinę odmawiała różaniec słuchając Radia Maryja na przenośnym radyjku. Kiedy mój Synek wstał, słuchała Radia Maryja nadal, piorąc mózg mojemu Synkowi. To, co najbardziej mnie zdenerwowało, to fakt, że w jego obecności dzwoniła do córki paskudnie mnie obgadując, mówiąc o mnie złe rzeczy. Pogardliwie się o mnie wyrażała, czepiała się, że trzeci dzień pod rząd rosół ugotowałam. To wyjaśniło mi, dlaczego na mój widok Synek krzyczy i ucieka, skoro wysłuchiwał ciągle jaka to jestem okropna.

Rano obudziłam się ze złamanym sercem. Po raz kolejny ktoś zawiódł moje zaufanie, jednocześnie krzywdząc mój najcenniejszy Skarb – mojego ukochanego Synka. Zadzwoniłam z samego rana do niani, prosząc aby przyszła w trybie natychmiastowym do nas i wyjaśniła swoje zachowanie. Powiedziałam, że wiem, co się dzieje i że oczekuję wyjaśnień. Na to niania odpowiedziała, że nie przyjdzie, bo ma wolne i nic nie musi, bo „ślubu ze mną nie brała”. Zwolniłam ją ze skutkiem natychmiastowym. Widziałam ją później raz, gdy przyszła po swoje rzeczy, oddała mi prezent, który dałam jej na Święta. Nawet w takim momencie nie wyraziła żadnej skruchy, nie przeprosiła mnie. Mój Synek nigdy o nią nie zapytał. Lęki i agresja przeszły mu w ciągu kilku tygodni. Przez kilka dni zajmowała się nim moja mama, a potem po prostu poszedł wcześniej do przedszkola, do którego był zapisany od września. Teraz wiem, że jest pod najlepszą możliwą opieką. Często choruje, ale w świetle tego, co przeżyliśmy, nie zamieniłabym przedszkola na nianię za żadne skarby.

Napisałam to wszystko ku przestrodze. Pamiętajcie, aby zatrudniając nianię, jeśli się na to decydujecie,
poświęcić bardzo dużo czasu na poznanie jej. Jedna rozmowa nie wystarczy. Potrzebny jest długi czas na adaptację. Poza tym obserwujcie bacznie dziecko i wyłapujcie sygnały, które wysyła, czasami bardzo subtelne. Zobaczycie w nich całą prawdę, nawet dziecko jeszcze nie mówi. Bądźcie wrażliwi. Nie ignorujcie podszeptów własnej intuicji. Nie dajcie się zwieść pozorom i pięknym słówkom opiekunek. Nasza niania – moher przynosiła naszemu Synkowi różne prezenty, kupowała zabawki etc. Wydawała się być urocza. A prawda okazała się być zupełnie inna. Zatrudniając nianię poinformujcie ją o tym, czego sobie życzycie a czego nie (przemyślcie dokładnie kwestie posiłków, karmienia słodyczami, nauczania modlitw, czasu spędzanego poza domem). Przede wszystkim, zadbajcie o kontrolę. Nagrywajcie na dyktafon, kamerę, zaangażujcie sąsiadki w obserwowanie opiekunki. A przede wszystkim reagujcie od razu. Nie bagatelizujcie niepokojących sygnałów.

Mam nadzieję, że będziecie mieć więcej szczęścia niż my. Ja ze swojego obecnego punktu widzenia uważam, że lepiej posłać dziecko do profesjonalnej placówki opiekuńczej. Jeśli będę miała drugie dziecko i jeśli nie będę mogła być z nim w domu do czasu pójścia do przedszkola, to poślę je do żłobka.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że nasz Synek szybko zapomniał o złych chwilach, zapomniał modlitwy i straszne bajki. Uwielbia swoje przedszkole i rozwija się bardzo szybko. Zawsze jest nadzieja na poprawę sytuacji 🙂

Dobrego tygodnia Wam życzę, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Spiderman był zajęty, czyli wyrzut sumienia pracującego rodzica

Spiderman był zajęty, czyli wyrzut sumienia pracującego rodzica

Dzisiaj rano zaraz po obudzeniu nasz Synek powiedział mi:

– Mamusiu, miałem straszny sen.
– A co Ci się śniło, Kochanie?
– Przyszedł do mnie ten czarny Spiderman – Venom i mnie zaatakował.
– I co się dalej stało?
– I nikt mnie nie obronił… (rozkłada rączki)
– Ojej! A dlaczego nikt Cię nie obronił?
Bo wszyscy byli w pracy…A Batman był bezradny. A Spiderman zajęty.

Sami możecie sobie wyobrazić, że jedzone przeze mnie wtedy śniadanie stanęło mi w gardle. Słowa mojego Synka oddały doskonale to, co często czuję, kiedy wychodzę na cały dzień do pracy. Czuję, że bardzo wiele mnie omija, że nie mogę dzielić z moim Synkiem jego codzienności. Wychodząc z domu o 8 i wracając o 18 po prostu nie można być rodzicem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kiedy byłam mała, to moja mama wracała z pracy najpóźniej o 16. Naturalną koleją rzeczy jest moment, gdy dziecko idzie do przedszkola i spędza tam większość dnia. Jednak popołudnie i wieczór to powinien być wspólny czas dla rodziców i dzieci. Ostatnio gdzieś czytałam, że współczesne pokolenie dzieci z dużych miast to dzieci bogate, lecz strasznie samotne. Nagłówki gazet grzmią – większość rodzin ma tylko jedno dziecko. Czyżbyśmy wychowywali pokolenie małych cyborgów, które nie znają pojęcia biedy, które dostaną wszystko, czego pragną pod względem materialnym, czy w zakresie edukacji, ale nie będą znały dźwięków i zapachu pełnego, wielopokoleniowego domu, kłótni rodzeństwa, czy posiłków przy wspólnym stole? Trochę mnie to przeraża…

IMG_0258

W Warszawie te wszystkie zjawiska są szczególnie wyraźne. Myślę, że często jest to domena tzw. Słoików, czyli przyjezdnych, takich jak ja. Aby cokolwiek osiągnąć w tym mieście, bez znajomości, bez rodzinnego wsparcia, musimy się dorobić kasy, nabrać kredytów, najlepiej pracować w dużej firmie, żeby zapewnić rodzinie prestiż i warunki rozwoju. Słoiki, takie jak ja, maszerują co rano w pochodach z metra/tramwaju do mrówczych biurowców, w których siedzą w pokojach, jeden przy drugim, jak miniaturowe zabawki w pustych pudełkach od zapałek. Inne Słoiki, te nieco lepsze, rano wsiadają do samochodu w garażu podziemnym, jadą do pracy, parkują w garażu podziemnym, po drodze podrzucając do szkoły/przedszkola swoje słoikowe dzieci. Dzieci z przedszkola musi odebrać sowicie opłacana opiekunka, bo rodzice pracują minimum do 17. Wliczając dojazd mogą odebrać dziecko około 18. A większość szkół i przedszkoli zamykanych jest wcześniej. Zatem, Kochani Bracia i Siostry Słoiki, jeśli nie macie babci na miejscu – to odkładajcie kasę na nianię. Albo módlcie się, żeby Wasz druga połowa mogła wcześniej wyjść z pracy i odebrać Pacholę z instytucji.

Taka jest rzeczywistość. Dawniej było inaczej. Teraz jest tak, jak jest. Od razu powiem – nie narzekam. Mnie jako Słoikowi życie ułożyło się całkiem nieźle. Tylko kiedy wracam do domu około 18 i mam świadomość, że moje Dziecko idzie spać za dwie godziny, ogarnia mnie gorzki smutek. Jesteśmy weekendowymi rodzicami, czy tego chcemy czy nie. Ale wiecie, w życiu nie można mieć wszystkiego. Pozostaje mi tylko liczyć na to, że mój Synek zrozumie, że tak trzeba, że trzeba jeść, mieszkać, ubierać się i wybaczy mi to, że wracam do domu pod wieczór…

To dziś na koniec będzie fajna retro piosenka:

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Jeszcze trochę wyrosnę i pójdę strzelać na wojnę” – powiedział dziś do mnie mój Synek. Zdębiałam, a moja szczęka z potężnym hukiem opadła na podłogę. Zobaczywszy zgrozę w moich oczach Synek dodał troskliwie: „Ale nie martw się, zabiorę Cię ze sobą”. Extra, skaczę pod sufit po prostu.

Dzisiejszy dzień należy do tych niezbyt udanych. Chciałabym go po prostu przeskoczyć i pójść dalej, wzruszyć ramionami na wszystkie te paskudztwa, co się dzieją i powiedzieć: „So what?”. „Nie udało się? – So what?!”, „Nie będzie happy endu? So what?!”, „Masz lepsze opcje? So what?!”. Super by było mieć w d… te wszystkie rzeczy. Dlatego od dziś zaczynam nad tym pracować. „So what?!” od dziś jest moim wewnętrznym głosem. Chórzysta numer jeden, w pierwszym rzędzie.

W celu poprawienia nastroju, postanowiłam upiec z Synkiem ciastka. Takie kruche, waniliowe, jak na Święta. Wyszły, oczywiście, bo jakże mogłyby nie wyjść ciastka z mąki, masła i cukru. Jednak chyba nie trafiłam w smak mojego Synka, który ugryzł ciastko, skrzywił się i z powagą rzekł: „Źle upiekłeś!”. No cóż, moja wina, źle upiekłam. Biorę to na siebie. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

a274814b34f912783c22d5871ac67ff8

Dziś rozmyślam o wielu sprawach (niestety za dużo mam czasu, uroki zamknięcia na całą Majówkę w domu z chorującym dzieckiem), w tym o tym, jak wielką i piękną rewolucję zrobił w moim życiu mój Synek. Oczywiście, czasami myślę, jak by to było, gdybym mogła nagle mieć więcej czasu etc. Jednak wiem i dobrze pamiętam, że zanim stałam się mamą, nie byłam wcale fajna. Mój Synek i relacja z nim zmieniła mnie i dała mi więcej niż jakakolwiek inna relacja w moim życiu. Współcześnie ludzie uciekają od bliskości emocjonalnej, wolą relacje dalekie, zdystansowane. Kochani, z dzieckiem się tak nie da. Z dzieckiem albo jesteś blisko, albo nie jesteś wcale. Dzięki mojemu dziecku nauczyłam się być w bliskiej relacji i cieszyć się tym. Wiem teraz, że umiem i że wszystko ze mną w porządku. Nie boję się czuć potrzebna, kochana, nie boję się też potrzebować i kochać. Boję się za to innych rzeczy. Najbardziej ze wszystkiego boję się samotności (w sensie braku dorosłego partnera w domu u swojego boku). Mam schizy, że na przykład zadławię się jedzeniem, a w domu nie będzie nikogo, kto mnie uratuje. Zupełnie identycznie jak Miranda w jednym z odcinków „Seksu w wielkim mieście”. I – o zgrozo – kota też mam…

Na szczęście te lęki i schizy są krótkie i przemijające. Dobrze, że do końca weekendu już tylko 3 dni i wróci normalność 🙂

Miłej Majówki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!