Category Archives: kulinaria i styl życia

najsmaczniejsza z kategorii

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Prozaicznie: o dobrym żarciu.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dziś nie będę się wymądrzać. Nie mam nic odkrywczego do powiedzenia. Skupię się więc na lekkich tematach. Cieszy mnie zbliżająca się wiosna! Cieszą mnie ruchy Maleństwa w brzuchu. Cieszę się także tym, że od paru tygodniu ustąpiły mdłości i mogę w końcu jeść, znów cieszę się różnymi smakami i odkrywam w sobie nowe pokłady cierpliwości do gotowania.

(Christina Aguilera – „Save me from myself”)

Wczoraj spędziłam cały dzień w domu – gotując, sprzątając, zmywając (to ostatnie niedługo się skończy, bo za ok. 2 miesiące w naszym domu zamieszka zmywarka i wtedy oszaleję ze szczęścia!). Czułam się sfrustrowana i zła przez to siedzenie w domu, ale za to udało mi się zrobić pyszny obiad i deser. Chciałabym się z Wami podzielić tymi „osiągnięciami” 😉 Chyba nie mam gdzie wyżyć się twórczo, więc wymyślam przepisy. Wczoraj powstał przepis na pieczone żeberka, mój własny! Jestem z niego dumna, bo wyszło pysznie i dlatego chcę się nim podzielić. Przepis na babeczki zaczerpnęłam z książki „Fotografia Smaku” Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego.

Jeśli chodzi o żeberka, to najważniejsze jest zdobycie naprawdę dobrego, świeżego mięsa. Od pewnego czasu w ogóle nie kupuję mięsa w marketach. To nie jest mięso, to jest jakiś dziwny syf. Warto się dobrze rozeznać i znaleźć w swojej okolicy naprawdę dobry sklep z mięsem. Takie sklepy najczęściej można znaleźć na bazarkach, np. pod Halą Mirowską. Oczywiście, zdarzają się wyjątki: kiedyś zakupiłam mięso na bazarku przy Włościańskiej i potem bardzo, bardzo chorowałam. Na szczęście przyjaciółka poleciła mi inne miejsce i teraz tylko tam robię zakupy. Mój sklepik znajduje się na Żoliborzu, jest mały i niepozorny. W tej brązowej budce znaleźć można naprawdę wyjątkowej jakości mięso. Właściciel jest niezwykle uprzejmy. Można u niego nawet zamówić coś telefonicznie, jeśli jest taka potrzeba (np. kaczkę lub gęś albo wątróbki cielęce). Tak to właśnie powinno wyglądać! Kiedy ma się już naprawdę dobre mięso, to można sobie coś dobrego wyczarować.

NIETYLKOMAMOWY PRZEPIS NA PIECZONE ŻEBERKA:

UWAGA: mięso najpierw trzeba przez 12 godzin marynować w lodówce. Potem czas przygotowania wynosi ok. 2,5 godziny.


Składniki:

– Świeże żeberka (dwa długie pasy, ok. 30-40 cm)

Na marynatę:
– 3 łyżeczki musztardy miodowej
– Duża łyżka miodu
– 3 łyżeczki przyprawy miodowej do żeberek (Prymat)

Na sos:
– 2 łyżki masła
– Biała cebula: 1 mała lub pół dużej
– 3/4 szklanki wody
– 1/4 szklanki sosu sojowego jasnego
– 1/8 szklanki whisky
– 1/4 łyżeczki ostrej papryki w proszku
– 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Sposób przygotowania:

Żeberka pokroić na kawałki (6-7 cm). Posolić, posypać przyprawą do żeberek, wszystko dobrze wsmarować w mięso. W szklance wymieszać musztardę z miodem. Powstałą marynatą dokładnie wysmarować mięso. Żeberka ułożyć w misce, przykryć folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki (na ok. 12 godzin). Na ok. 2,5 godziny przed podaniem obiadu: przygotować dużą patelnię, rozpuścić w niej 2 łyżki masła. Na roztopione masło wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Wlać odrobinę wody i ułożyć na patelni mięso. Krótko wszystko razem smażyć (oczywiście, mięso po obu stronach). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Podsmażone żeberka (bez cebuli i bez sosu) ułożyć w naczyniu żaroodpornym, skropić oliwą z oliwek. UWAGA: Nie wyrzucać tego, co zostało na patelni! Żeberka piec najpierw przez godzinę w bez przykrycia (po ok. 30 minut z każdej strony), a potem przykryć i piec jeszcze przez godzinę.

Sos: Na małym ogniu podgrzać to, co zostało nam ze smażenia żeberek na patelni. Dolać wodę (3/4 szklanki), sos sojowy, whisky i ostrą paprykę. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z ognia. Następnie przecedzić sos przez sitko na małą patelnię. Cebulę wyrzucić (albo spożytkować inaczej, wg własnego uznania). Przed podaniem żeberek sos podgrzać i zagęścić mąką ziemniaczaną.

Danie można serwować np. z kluskami śląskimi i sałatą (u nas była to roszponka).
Smacznego!

IMG_20150307_143412

A teraz deserek! 🙂
Uwielbiam proste przepisy typu zamieszać/zagnieść, wstawić do piekarnika i siup: gotowe! Dlatego jak zobaczyłam przepis na babeczki Zofii Nasierowskiej to aż podskoczyłam ze szczęścia. Proste, wręcz banalne, kruche babeczki, które można dowolnie udekorować – no, marzenie 🙂 W przypadku tego przepisu ważne jest, aby ciasto zagnieść minimum 24 godziny przed upieczeniem babeczek. U nas połowa ciasta została upieczona po 24 godzinach, a druga po pięciu dniach – z kruchym ciastem tak można!

A oto przepis z książki „Fotografia Smaku”, odrobinę przeze mnie zmodyfikowany:

BABECZKI Z BITĄ ŚMIETANĄ I KONFITURĄ (lub dowolnym wybranym dodatkiem)

Składniki:

– 300 g mąki
– 300 g masła
– 100 g cukru pudru
– 3 żółtka
– śmietanka kremówka lub dowolny krem
– konfitura
– co tam jeszcze chcecie 🙂

Sposób przygotowania:

Mąkę, masło, cukier i żółtka zagnieść na jednolitą masę (UWAGA: dodam od siebie, że na początku ciasto potwornie się klei – ja dodawałam mąki, szczypta za szczyptą, jednocześnie wyrabiając ciasto – aż do skutku). Włożyć ciasto do lodówki nawet na parę dni (ja owinęłam wałki folią aluminiową i włożyłam do lodówki). Z ciasta uformować podłużne wałki (o średnicy ok. 3 cm). Odcinać plasterki grubości ok. 2 cm, wkładać do foremek (ja piekłam babeczki w formie do muffinek, w papilotkach) i wykleić palcami. Piec przez ok. 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Udekorować można dowolnie. Ja ubijałam kremówkę z cukrem pudrem i Śmietan – Fixem (żeby się lepiej trzymała), na górę wrzuciłam wisienkę (konfitura Łowicz się kłania) i wszystko posypałam cukrową posypką.

Proste? Proste! A jakie pyszne 🙂

IMG_20150307_203057

Jeszcze raz: SMACZNEGO, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Na początek mały przedsmak Świąt. Nie wiem, jak Wy, ale my już bardzo, bardzo na Święta czekamy.

(White Christmas Cartoon song)

Ostatnio chorowaliśmy wszyscy – cała rodzinka. Siedzieliśmy więc w domu i jedliśmy zdrowe jedzenie. Niestety, muszę ostatnio trzymać ścisłą dietę, bo przyplątał mi się Helicobacter i zrobił mi z żołądka jesień średniowiecza. Najgorsze, że nie mogę spożywać tego, co lubię najbardziej – czyli słodyczy i kawy 🙁 Wierzę jednak, że ta dieta mi dobrze zrobi i staram się jej restrykcyjnie trzymać. Kontynuuję swoje przygody z zupami warzywnymi. Ostatnio, zupełnie przypadkiem, wyszła mi zupa – hit absolutny. Nasz Synek zajada ją tak, że aż mu się uszy trzęsą. Zrobiłam ją z tego, co było w domu – to była radosna twórczość.

Zupa marchewkowa – przysmak dla dzieci i nie tylko.

Składniki:

– 0,5 kg – 1 kg słodkiej marchewki
– 2 łyżki masła
– 1 lub dwa banany
– kawałek świeżego imbiru (długości ok. 2 cm)
– 1 łyżka płynnego miodu
– 1 łyżeczka cynamonu
– kostka rosołowa (u nas była kostka warzywna, można takie kupić w Rossmanie)
– woda
– mleko kokosowe z puszki
– przyprawy do smaku (wedle uznania – sól, pieprz, co tylko chcecie)

Sposób wykonania:

Marchewki obrać i wrzucić do garnka. Zalać wodą, wrzucić kostkę rosołową (jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, może gotować marchew w wywarze mięsnym, wtedy zupa będzie bardziej treściwa). Gotować do miękkości. Nie wylewać wody. Jednocześnie w rondelku rozpuścić masło, wrzucić pokrojone banany, posiekany imbir i smażyć do czasu, aż powstanie bananowa papka. Dodać łyżkę miodu. Na koniec wsypać łyżeczkę cynamonu i wymieszać. Wszystko zdjąć z palników. Papkę bananową i marchewki zmiksować. Następnie stopniowo dolewać wywaru warzywnego (lub mięsno-warzywnego) i miksować na niskich obrotach. Na koniec dolać mleka kokosowego (ja dodałam tak „na oko” ze 4 łyżki) i zmiksować. Podawać z chlebem/grzankami.

Smacznego! 🙂

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Mój Synek od kilku dni marzył o cieście marchewkowym. Prawda jest taka, że nigdy wcześniej takiego ciasta nie piekłam. Pomagałam dwa razy w pieczeniu mojej przyjaciółce, ale to było dawno, dawno temu. Wczoraj postanowiłam spełnić życzenie mojego Synka. Zakupiłam słodkie marchewki i po powrocie z przedszkola postanowiłam zabrać się do roboty. Pomyślałam o tym, że rano, zamiast śniadania będę mogła na szybko przegryźć odrobinę tego ciasta i zapić kawą. Ślinka zaszkliła się w kąciku, nie ma co 🙂

(Club Des Belugas – „Coffee to go”)

Niestety od wielu miesięcy jestem dość nieprzytomna – delikatnie mówiąc. Kupiłam marchewkę, ale zabrakło mi tak ważnych składników jak chociażby olej słonecznikowy czy mąka pszenna. Dlatego zrobiłam ciasto z tego, co było w domu – czyli użyłam oliwy z oliwek (nie polecam, bo ma za mocny aromat) i mąki pełnoziarnistej (to akurat był strzał w 10!). Ciasto wyszło przepyszne – korzystałam z kilku przepisów z sieci (najwięcej zaczerpnęłam z przepisu pani Ewy Wachowicz), ale też zaszedł pewien freestyle 😉

Oto mój przepis na ciasto marchewkowe:

Składniki:

– 4 jajka
– 1 szklanka drobnego cukru do wypieków
– 1 szklanka oleju roślinnego (najlepiej chyba słonecznikowego)
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
– 1,5 szklanki mąki pełnoziarnistej
– 0,5 łyżeczki soli
– 1 łyżeczka cynamonu
– ok. 1,5 – 2 szklanek startej marchewki
– garść suszonej żurawiny (dla chętnych)

Sposób wykonania:

Całe jajka ubijamy z cukrem (zaczynamy od niskich obrotów, po ok. 2 minutach rozkręcamy się na max). Dolewamy oleju, ubijamy dalej. Następnie mieszamy mąkę z sodą, solą i proszkiem do pieczenia. Powoli wsypujemy do masy jajecznej i ubijamy na niskich obrotach. Gdy wszystko będzie już dobrze wymieszane, dodajemy cynamonu. Na końcu wsypujemy marchewkę i inne dodatki (żurawiny, orzechy – wedle uznania) i wszystko mieszamy łyżką. Tortownicę o średnicy 22 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy ciasto. Pieczemy w ok. 180 stopniach przez ok. 1 godzinę. Smacznego!

marche

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Zjedzmy zdrowie – czyli co jeść, aby przygotować się na jesień.

Zjedzmy zdrowie – czyli co jeść, aby przygotować się na jesień.

Jesień czuję całą sobą. Siedzę sobie w domu, walczę z zapaleniem zatok i planuję czwarte urodziny mojego Synka. Na moim balkonie zaroiło się od wrzosów, na które uwielbiam patrzeć. Pracuję nad tym, aby się dobrze odżywiać, mimo braku apetytu. Ostatnie wyniki badań krwi pokazują, że moje zapasy są na wyczerpaniu. Dlatego włączyłam do jadłospisu kaszę jaglaną (mimo iż uważam, że jest obrzydliwa, bleh bleh), duuużo warzyw i owoców. Codziennie na śniadanie zjadam pastę z awokado, na obiad zupę – bombę witaminową. Podjadam seler naciowy, ciemną czekoladę. Stronię od białych buł, serów i mleka. Na razie nie widać efektów zmiany diety – prawie cały wrzesień przechorowałam. No, ale zobaczymy! Ważne, że się staram zmienić swoje stare przyzwyczajenia.

A teraz zagram Wam coś ładnego:

(Wolf Myer Orchestra – „Is it me”).

Podzielę się również z Wami przepisem na zupę – krem z warzyw. To taka jesienna odmiana. W sumie możecie dodawać do niej, co Wam się podoba. A przepis jest dla tych, co potrzebują przepisu, żeby się zmotywować do zrobienia potrawy.

Krem z warzyw na jesień

Składniki (na wielki gar zupy):

– 1 duża cebula cukrowa
– kawałek imbiru (długości ok. 1,5 cm)
– sól, pieprz, czarnuszka
– 5 dużych marchewek
– 2 pietruszki
– 6-7 średniej wielkości ziemniaków
– nieduży kawałek dyni (np. ćwiartka małej dyni)

Sposób przyrządzenia:

Marchewkę, pietruszkę i ziemniaki obieramy, wrzucamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy do miękkości. Imbir i cebulę obieramy i kroimy na kawałki. Wrzucamy na patelnię skropioną odrobiną oliwy z oliwek. Przez 5-7 minut smażymy na średnim ogniu. Dolewamy odrobiny wywaru z gotujących się w garnku warzyw. Dynię obieramy ze skóry, usuwamy pestki i kroimy miąższ w kostkę. Pokrojoną dynię wrzucamy na cebulę z imbirem, zalewamy wywarem z warzyw tak, aby zakryć wszystkie kawałki. Przykrywamy patelnię i dusimy potrawę aż dynia będzie miękka. Bierzemy duży garnek, wrzucamy ugotowaną marchewkę, pietruszkę i ziemniaki (wywar odcedzamy – można wylać, można wykorzystać do innej potrawy). Dodajemy zawartość dyniowej patelni (tym razem nic nie odcedzamy). Dodajemy sól, pieprz, czarnuszkę (po 2 szczypty) i inne przyprawy według uznania. Całość miksujemy mikserem (końcówką do rozdrabniania). Podajemy na ciepło z ulubionymi dodatkami.

Smacznego i na zdrowie!

20140929_160729

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy 🙂

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Neutralnie z domieszką lekkiej ekscytacji plus peany na cześć Gabriela Machta.

Po ostatnich smutnych wpisach postanowiłam dziś napisać o czymś neutralnym, a może nawet trochę pozytywnym. Chcę jak zwykle zacząć od muzyki i nie bardzo wiem, co Wam dziś podrzucić do słuchania. Ostatnio siedzę dużo przy pianinie i gram głównie klasykę, mazurki, walce, sonaty, trochę muzyki filmowej. Zaniedbałam bardzo słuchanie radia 😉 Dlatego może sięgnę do muzycznej przeszłości. Z poniższą piosenką wiąże się szczególne wspomnienie… Posłuchajcie jak Kate pięknie śpiewa o miłości.

(Kate Nash – „The Nicest Things”)

A teraz kilka słów o mojej słabości do seriali prawniczych. Już kiedyś pisałam Wam, że oglądam namiętnie „The Good Wife”. Podoba mi się bardzo postać głównej bohaterki – to silna i godna podziwu kobieta, uwielbiam patrzeć, jak rozwiązuje problemy i dyplomatycznie postępuje w sytuacjach bardzo stresujących. Poza tym sama formuła serialu i sprawy, które rozwiązują prawnicy są dla mnie ciekawe – może dlatego, że sama kiedyś planowałam zostać prawnikiem. Jednak w pewnym momencie uznałam, że brak mi pewności siebie i siły przebicia potrzebnej na tych studiach. Czasami lubię sobie pomarzyć, pofantazjować o tym, co by było gdybym jednak poszła inną drogą i została panią prawnik. Jakim byłabym człowiekiem, gdzie bym mieszkała, jakimi kierowałabym się wartościami? Nie chciałabym się zamienić na tę drogę, jednak czasami jestem po prostu ciekawa jak by to było… Jednak naprawdę, super ważne jest to, jakie studia wybieramy „za młodu”. Studia to wiele lat, podczas których podążamy w konkretnym kierunku. Kiedy je kończymy, jest już często za późno, by oglądać się za siebie i dokonywać ponownego wyboru.

Jednak cała moja opowieść zmierza do innego serialu, a mianowicie do „The Suits” („W Garniturach”). Jakiś czas temu poleciła mi ten serial moja sąsiadka. Przez chwilę się ociągałam z rozpoczęciem oglądania, nie chciałam zaczynać nic nowego, poza tym byłam po uszy „wkręcona” w „Breaking Bad”. Lubię seriale, które pogrywają z moralnością widzów. Lubię też wyciągać takie wnioski jak po „Breakig Bad” – że mam żelazne zasady moralne i nie kieruję się zasadą względności moralnej, czy też makiawelizmem. Po „Breaking Bad” potrzebowałam czegoś lekkiego i „The Suits” właśnie tę lekkość mi zapewnił. Od pierwszej minuty świetnie i lekko się ten serial ogląda. Postacie są fantastycznie nakreślone pod względem psychologicznym (zwłaszcza Luis Litt – czyli taki niby czarny charakter, ale… i tu więcej nie napiszę, żeby nie psuć Wam odbioru), a fabuła wciągająca i nietuzinkowa. Jednak nie byłabym sobą, gdybym się Wam do bólu szczerze nie przyznała, dlaczego tak naprawdę oglądam ten serial – a nie są to pobudki zbyt głębokie. Otóż.. oglądam ten serial głównie ze względu na grającego rolę Harveya zabójczo przystojnego aktora Gabriela Machta. Pamiętam go z jednego z pierwszych odcinków „Seksu w Wielkim Mieście”, w którym grał faceta, który sypiał wyłącznie z modelkami, a spotkania z nimi uwieczniał na kamerze video. Potem nie widziałam go w żadnej dużej roli, a tutaj taka niespodzianka – gra główną rolę w „The Suits”. Ogłaszam wszem i wobec, że jest to dla mnie najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. A do tego serialowy Harvey fantastycznie się ubiera i ma wiele cech charakteru, które u mężczyzn uwielbiam. A przy tym wszystkim jeszcze sam Gabriel Macht ma od lat jedną żonę, dziecko i wygląda na normalnego, fajnego faceta. Dlatego gapię się w ekran jak sroka w gnat i już drżę na samą myśl, że ten serial kiedyś się skończy.

Polecam „The Suits” z całego serca, na długie jesienno – zimowe wieczory. Życzę Wam dobrego tygodnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ed1fe09a794bad36ee773dda8ad24512

ce6369b3587b864e2cdd7734e65e6c71

99ce80b5c6a02e8f0b28040b40a4d3b3

17b447680f29ab629b9326248fc7466f

(Źródło zdjęć: Pinterest.com)

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

Wiecie, że kocham tańczyć. Taniec ratuje życie. Wzmacnia kondycję, wspomaga leczenie depresji, daje siłę i lekkość zarazem. Bez tańca i bez pisania nie potrafię żyć.

foto: Marta Kaminska www.facebook.com/PhotoStone.eu tel: +48 509 241 666

(Fot. Marta Kamińska)

Przetańczyłam całe studia, nie śpiąc, nie jedząc. Trochę się uczyłam, oczywiście. Ale głównie tańczyłam. To było moje lekarstwo na neurotyczne lęki i poczucie samotności w wielkim świecie.



(Club Les Belugas – „The Road is Lonesome”)
3

Dziś chcę Wam pokazać, dlaczego warto tańczyć – na pewnym bardzo wymownym przykładzie. nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam stare musicale. Gene Kelly, Ginger Rogers, Fred Astaire, Jane Russel i – oczywiście – Marylin. W poniższym filmie tańczy Pani Sarah „Paddy” Jones, a nie Ginger Rogers, jak to widnieje w tytule. Jednak warto zobaczyć, jak ta starsza pani się porusza. Czyż to nie wymowne? Podnosić mi tu szybko zadki z krzeseł, Drogie Mamy i Nie Tylko mamy! Dance, dance, dance!!!

(Sarah Jones dancing Salsa)

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

Tak, znów jestem chora, okropnie i potwornie chora. Znów biorę antybiotyk, towarzyszy mi „przyjaciel” Augmentin. Podobno moja odporność jest tak słaba przez chorą tarczycę. Taką hipotezę ma moja pani laryngolog. Mówi też, że Hashimoto „lubi” chodzić w parze z chorującymi zatokami. A ja nie chcę być takim chuchrem. Przez to ciągłe chorowanie nie mogę robić tego, co bym chciała. Mam ochotę tupnąć nogą ze złości, ale co mi to da? Nic. Tylko sfrustruję się jeszcze bardziej. Robię więc ogromny wysiłek w stronę akceptacji tego, co jest teraz. Nie mam na to wpływu. Póki mój organizm nie wejdzie w stan równowagi i nie wyzdrowieje, to nic nie zrobię…

a1ce90bf6515492277938e8e880cd95d

(Źródło: Pinterest.com)

Czuję, że znów moje zgorzknienie bierze górę. Kiedy wczoraj usłyszałam od lekarki, że mam odpoczywać w świętym spokoju, napisała mi to na kartce i kazała pokazać tę kartkę babci mojego dziecka, żeby mnie odciążyła. Chciało mi płakać i śmiać jednocześnie. Pani doktor jest super, tylko żyje chyba w innej rzeczywistości. W mojej rzeczywistości jestem zdana na siebie. Przedwczoraj jeszcze Synek był zdrowy, dziś już chorował ze mną. Gorączka, katar i złe samopoczucie dopadły także i jego. Przeleżeliśmy cały dzień w łóżku jedząc mrożoną pizzę, bo nie miałam siły nic ugotować. A dlaczego zgorzknienie bierze górę? Bo czuję zazdrość i zawiść w stosunku do tych, którzy mają pomoc chętnych i oddanych babć o złotym sercu. Takich, które są w pełni sił, zarówno fizycznie jak i psychicznie, które są w stanie spokojnie ogarnąć kilkulatka, który „jest wszędzie”. Ciągnie mnie do tego, by poużalać się nad sobą. Z drugiej strony wiem, że nie powinnam tego robić, bo wiem, że wiele osób ma dużo gorzej niż ja. Jednak uważam, że mam trochę przechlapane. Ciągle marzę sobie, że cudem się to zmieni. Ale się nie zmieni 🙂 Są trzy wyjścia. Jedno – mój synek i ja przestajemy chorować. Drugie – zaczynam zarabiać kokosy i stać mnie na super fachową i godną zaufania nianię, która będzie zostawać z moim Synkiem, gdy ten zachoruje. Obecnie zupełnie się to nie opłaca. Bo gdybym miała opłacać nianię, to równie dobrze mogłabym przejść bezpośrednio do rozwiązania trzeciego – czyli mojego odejścia z pracy. Ostatnio gdzieś czytałam, że z powodu braku wolnych miejsc w przedszkolach, coraz częściej matki są zmuszone do rezygnacji z pracy. A co z sytuacją, gdy dziecko bez przerwy choruje, matka jest zestresowana, zmęczona, wycieńczona i jej odporność prawie nie istnieje, ona też zaraża się od dziecka i choruje, nawet ciężej od niego? Co taka matka ma zrobić? Chyba też, prędzej czy później, zostaje zmuszona do rezygnacji z aktywności zawodowej, czyż nie?

56914f79d4a4b1922d0d1b34f69c584d

(Źródło: Pinterest.com)

To wszystko psuje mi radość z przygotowań do ślubu. Ciągle muszę coś odkładać, przekładać, ze względu na te paskudne choroby. Nawet nie mamy możliwości wybrać się razem po obrączki. Wszystko jest prawie gotowe, tak czy inaczej, bo między tymi choróbskami jakoś ogarniamy. Tylko niestety żyję w ciągłym stresie, czy w dniu swojego ślubu będę zdrowa, czy nie. Nie mogę się doczekać tego dnia, tego wieczoru, kiedy to zobaczę wszystkich najbliższych ludzi i usłyszę wszystkie najlepsze piosenki z naszej młodości. Co do ludzi – to chyba mój największy stres: Czy przyjdą… Prześladuje mnie sen, że nikt nie przychodzi. Pusta sala, puste stoliki. Jestem tylko ja, mój M. oraz mój przyjaciel K. z Wrocławia, jego osoba towarzysząca i ich pies. Jest tak cicho, tylko pies chlipie wodę z metalowej miski, szare ściany wydają się być brudne, a białe balony wolno powiewają na wietrze, głucho uderzając w ścianę raz po raz. Takie tam lęki przyszłej panny młodej…

A teraz, tak z zupełnie innej beczki, choć trochę zostając w temacie złych snów. Chciałabym polecić Wam niesamowity serial. Ostatnio niewiele oglądam seriali, trzymam się tylko „House of Cards” (bo jak wszyscy, to wszyscy) i „The Good Wife” (bo Alicia Florrick jest moją idolką). Pokochałam jednak niedawno Matthew McConaughey’a za rolę w filmie „Dallas Buyers Club”. Ten film, podobnie jak starszy „The Wrestler” to kino, które doskonale trafia w mój gust. Mocne, prawdziwe, pokazujące przemiany lub niemożność ich dokonania z powodu własnych ograniczeń. Kiedyś uważałam Matthew McConaugheya za podrzędnego aktorzynę, który tylko ładnie wygląda i mówi z dziwnym akcentem, ciągle coś żując (nie znoszę żucia). A po filmie Dallas Buyers Club zmieniłam zdanie. Pokochałam go za tę rolę i zobaczyłam w nim prawdziwego aktora, który sprawił, że zapomniałam, iż patrzę na Matthew McConaugheya. Patrzyłam na postać z filmu. Takie rzeczy potrafi robić jeszcze Sean Penn (kocham…) oraz Robert de Niro. Idąc za moją świeżą fascynacją Matthew, trafiłam na serial „True Detective”. W serialu tym, poza MMC gra jeszcze inny aktor z dziwnym akcentem i manierą wiecznego ciamkania, czyli Woody Harrelson. Jest w nim coś takiego, że się go po prostu nienawidzi „z defaultu”, mówiąc żargonem reklamowym. Oni dwaj razem, a do tego gęsta jak smoła atmosfera, bagna Luizjany oraz mroczna muzyka – to przepis na najlepszy serial, jaki widziały moje oczy. Jedna wielka zagadka, no i te ich dialogi… To trzeba obejrzeć. Nawet czołówka w tym serialu jest taka, że nie chce jej się przewijać. Polecam gorąco!

(True Detective Theme Song: The Handsome Family – „Far From Any Road”)

Mam nadzieję, że u Was trochę lepiej, niż u mnie… Trzymajcie się ciepło i zdrowo, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂 Przepraszam za niską jakość dzisiejszego tekstu, ale ledwo żyję :-/