Category Archives: moda i uroda

Kolorowo na twarzy, czyli o makijażu parę słów.

Kolorowo na twarzy, czyli o makijażu parę słów.

Od razu, na początek zagram Wam coś ładnego i spokojnego, na dobranoc.

(Deptford Goth – „Two Hearts”)

Trochę mamy ostatnio przejść za sobą i odczuwam silną potrzebę odreagowania. Gdyby nie brzucho, to bym pewnie poszła na całonocną imprezę – z dziką przyjemnością 🙂 Babski wypad, tańce i wino – to by była najlepsza recepta. Na taką formę odstresowania muszę jednak jeszcze chwilkę zaczekać. Póki co, odpoczywam po remoncie kuchni, ciężkiej chorobie swojej, lżejszej chorobie dziecka i różnych innych zawirowaniach. Wpadłam w dziki szał „gniazdowania”, muszę się na siłę powstrzymywać, żeby nie segregować, nie wyrzucać, nie sprzątać, nie układać, nie planować w głowie tysiąca zmian w mieszkaniu etc. Mam w głowie prawdziwy młyn i zmuszam się obecnie do odpoczynku. Chwilowo przeczytałam wszystko, co miałam dobrego do czytania i rzuciłam się w wir oglądania wybitnie dobrego serialu policyjnego: „The Wire” („Prawo Ulicy”). Dzięki temu serialowi przetrwałam kilkanaście ostatnich nocy, podczas których nie spałam, umierając z bólu, na który nie mogłam nic poradzić, a Paracetamol nie dawał sobie rady.

keep-calm-and-watch-the-wire-2

Zgodnie z obietnicą, chciałam Wam dzisiaj napisać o kolejnych produktach, bez których nie wyobrażam sobie codzienności. Tym razem nie będą to produkty typowo ciążowe, tylko kosmetyki do makijażu. Lubię się malować na co dzień, nie mocno, tylko delikatnie, aby zatuszować niedoskonałości cery i poprawić koloryt. Mimo dość ciemnej karnacji, jaką zostałam obdarzona, od wielu lat jestem niezdrowo blada na twarzy – pewnie można to powiązać z przewlekłą anemią/chorą tarczycą etc. Przyczyna nieważna. Na „starość” zmiany hormonalne i praca w klimatyzowanych biurach spowodowały u mnie trądzik. To wszystko sprawia, że bez makijażu korygującego moja skóra nie wygląda dobrze. Stawiam na kosmetyki ze średniej półki, raczej popularne. Rzadko wpadają w moje ręce kosmetyki luksusowe – chyba, że dostanę je w prezencie. Jedyny kosmetyk, na którym nigdy nie oszczędzam, to perfumy – i tutaj mierzę wysoko 😉

A oto lista moich niezbędników twarzowych:

– jako baza – dobry krem nawilżający (jak pisałam poprzednio, używam kremu do cery z problemami: Iwostin Rehydrin)
– na usta zawsze Carmex (mam w domu obecnie chyba z siedem w przeróżnych smakach – w łazience, w sypialni, w torebce i w paru kurtkach)
– na przebarwienia po trądziku nakładam korektor. Polecam L’oreal Correcteur Perfect Match lub Bourjois Concealer Stick. Ten L’oreala ma rzadszą konsystencję, a Bourjois jest dużo gęstszy.
– podkład – tutaj ciężko mi dogodzić, bo bardzo wiele podkładów albo mnie uczula (np. podkłady Astora, Rimmela), albo ma zbyt tłustą konsystencję (większość podkładów Max Factora czy Pupa Milano), dlatego muszę mieć delikatny podkład o lekkiej konsystencji. Ostatnio przez przypadek odkryłam podkład Bourjois 123 Perfect i jest po prostu idealny. Totalnie w punkt. W ogóle nie widać go na skórze (używam najjaśniejszego odcienia), a efekt jest bardzo estetyczny. Twarz jest odświeżona i wygładzona.
– puder – puder w kamieniu być musi! Przez ostatnich parę lat używałam pudru Silk Touch firmy Pupa Milano. Bardzo sobie go chwaliłam, choć jest, niestety, dość drogi jak na moje standardy. Po ostatniej wizycie w Sephorze dałam się namówić na puer matujący marki Sephora i jestem bardzo zadowolona. W zasadzie niczym nie różni się od tego poprzedniego.
– puder brązujący na policzki – używam do nadawania twarzy ładnego kształtu i podkreślania linii kości policzkowych. Tutaj wiernie trwam przy pudrze brązującym Pupa Milano.
– róż – od lat zamiennie używam różu Sephory lub Bourjois.
– cienie do powiek – używam bardzo rzadko, gdyż większość mnie uczula. Ostatnio od czasu do czasu nakładam cień Lazy Afternoon marki Sephora, żeby „odświeżyć spojrzenie”.
– eye liner – też używam sporadycznie, raczej na „wielkie wyjścia” lub gdy mam rano czas, cierpliwość i ręka mi nie drży 😉 Uwielbiam tylko jeden eye-liner: L’oreal Super Liner Blackbuster.
– tusz do rzęs – bardzo lubię mieć tusz na rzęsach, ale nienawidzę, wprost nienawidzę demakijażu oczu, bo na większość preparatów do demakijażu mam uczulenie… Od święta używam tuszu Dior Diorshow – bo wygląda spektakularnie, ale niestety zmywa się koszmarnie. Mój najukochańszy tusz i największe odkrycie kosmetyczne roku to tusz MAC Haute & Naughty Lash. Ma idealną szczoteczkę, tuszuje każdą rzęsę z precyzją zegarmistrza. Przy tym rzęsy wyglądają naturalnie i zalotnie. Coś pięknego.
– drugie odkrycie: zestaw do podkreślania brwi Benefit Brow Zings. Ekskluzywne pudełeczko służące do udoskonalania linii brwi. Używam od niedawna i jestem bardzo zadowolona.
– usta maluję naprawdę niezwykle rzadko. Mam w domu parę szminek Max Factora, L’oreala i jedną absolutną czerwień Givenchy – ale zazwyczaj poprzestaję na Carmexie i to wystarczy.

433871bbd5bc96bcfd34c350220776aa

Uff, oto właśnie moja lista. Jeśli chodzi o perfumy, to mam kilka swoich ulubionych zapachów, ale zazwyczaj nie opowiadam o tym. Pewna pani z mojej rodziny powtarzała zawsze: kobieta nigdy nie powinna zdradzać tajemnicy dotyczącej perfum, których używa. Nie wiem zupełnie dlaczego, ale zazwyczaj trzymam się tego i już.

Dobrej nocy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Kolorowych snów.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Witajcie Kochani,
Piękną wiosnę dziś mamy. Minione tygodnie to była prawdziwa pogodowa huśtawka. Muszę przyznać, że w ciąży nie przeżywam tak mocno zmian w pogodzie jak w stanie „normalnym”. Może dlatego, że w ciąży mam dużo lepsze ciśnienie niż zazwyczaj. Zwykle mam trupio niskie, a w ciąży idealne: 110/70. A może też dlatego, że jestem mocno skupiona na sobie i wahania pogodowe tak bardzo mnie nie obchodzą 😉

(MØ – „Pilgrim”)

To niesamowite, jak czas pędzi. To już 25 tydzień ciąży. Za chwilkę kończy się drugi trymestr. Trymestr najlepszy, najlżejszy jeśli chodzi o objawy i chyba najspokojniejszy. Oczywiście, ma swoje wady, rosnący brzuch rozwala mi kręgosłup, rwa kulszowa daje o sobie znać i przywala w najmniej odpowiednich chwilach. Na przykład wieczorem, gdy czytam Synkowi książkę. Ostatnio zakochaliśmy się w Neli Małej Reporterce i pochłaniamy już trzeci tom jej przygód. Któregoś wieczoru czytaliśmy sobie spokojnie. Kiedy chciałam wstać i odłożyć książkę, nagle: TRACH! Rwa dorwała. Nie mogę się ruszyć. W absolutnie żadną stronę. Ból rozsadza pośladki. Mój mąż musiał zabrać Synka, a ja próbowałam wstać. Zajęło to dłuższą chwilę. Nic przyjemnego. Do tego wielki brzucho uciska wszystko. Uciska żyłę główną – mam żylaki. Uciska żołądek – mam koszmarną zgagę i refluks. No po prostu czad… Poza tym wszystkim jestem marudzącą, przewrażliwioną, nieznośną, zapominalską księżniczką. Szczerze współczuję mojemu mężowi, że musi to znosić. Na szczęście on sobie z tym dobrze radzi.

Poza tym wszystkim, drugi trymestr jest fajny. Jeszcze w miarę dobrze się śpi. Melisa wypita na noc, stopery do uszu (bo jestem przewrażliwiona także na hałasy) i zasypiam w ciągu dwóch sekund. Mam kolorowe, zwariowane, ekscytujące sny. Rano budzę się wypoczęta. Jeszcze jestem na tyle lekka (na razie przybrałam 7 kg), że poruszam się w miarę zgrabnie. Czuję się kobieco, bo mam bujne włosy. Pożegnałam się z przetłuszczonymi strąkami, które towarzyszyły mi w pierwszym trymestrze. No i do tego ten absolutnie imponujący biust! Ach, gdyby mógł taki zostać na zawsze 😉 Niestety, mam w pamięci to, co się dzieje z biustem po odstawieniu Malucha od piersi, więc… staram się za bardzo nie przywiązywać do tych królewskich kształtów.

Uwielbiam ciążowy „instynkt gniazdowania”. Ten pęd do porządkowania, segregowania, pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Dzięki temu czuję, że zmieścimy się w naszym małym mieszkanku. Zrobimy mały remont i wszystko będzie jak trzeba. Te przestrzenno – porządkowe kombinacje dają mi poczucie spokoju. Moja walizka do szpitala jest już w 2/3 spakowana. Czekam… Doczekać się nie mogę!

DSCN0221

W tej ciąży dbam jeszcze bardziej o swoje ciało niż poprzednio. Za pierwszym razem smarowałam się preparatami przeciw rozstępom i przez całą ciążę nie pojawiło się nic. Dopiero, o zgrozo, kilka kresek wyskoczyło po porodzie. I to w dziwnym miejscu – bo nad kolanami (że co??). Teraz na mojej łazienkowej półce stoją następujące specyfiki:

TWARZ:
– płyn micelarny Lirene
– pianka oczyszczająca Iwostin Purritin
– krem Iwostin Purritin Rehydrin
– żel punktowy Iwostin Purritin
Trzy powyższe poleciła mi pani dermatolog na moje problemy z cerą. Do tego zrobiła mi mazidło na bazie cynku i siarki, bezpieczne dla kobiet w ciąży. Nie jest idealnie, ale za to jest o niebo lepiej.

DŁONIE:
– olej arganowy nakładany na opuszki i płytkę paznokci
– krem do rąk Garnier
– odżywka do paznokci Eveline 8w1

WŁOSY:
– olej kokosowy – nakładany co drugi dzień na całe włosy i skórę głowy, przed myciem. TOTALNA REWELACJA
– na zmianę dwa szampony – Head& Shoulders cytrusowy i miętowy Nivea

CIAŁO:
– Nogi: żel do zmęczonych nóg dla kobiet w ciąży Efektima
– Brzuch, uda i pośladki: na zmianę olej kokosowy (ten zapach, cudo!) oraz Palmers’ Massage Lotion for Stretch Marks
– Ramiona: niezawodna i ukochana Mixa (balsam dla skóry suchej i bardzo suchej) na zmianę z olejem kokosowym
– Biust: do tej pory miałam krem do biustu Lirene dla kobiet w ciąży, a wczoraj kupiłam inny, firmy Efektima i UWAGA przestrzegam: śmierdzi jak stara szmata, na którą nasikał kot. Serio.

Pamiętajcie, żeby uważnie stosować kosmetyki w pierwszym trymestrze. Z powyższych zupełnie bezpiecznie można używać od samego początku oleju kokosowego oraz Palmersa. Olej kokosowy zamawiam na stronie Biotanic.pl. Mają tam także doskonałej jakości olej arganowy.

Obiecuję pisać więcej o ciążowych produktach, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może skorzystacie 🙂

Pozdrawiam Was gorąco, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Być w ciąży i być w formie – kwestia względna i bardzo indywidualna.

Kochani,
Ostatnimi czasy bardzo wiele kontrowersji wywołała w mediach pewna piękna pani, która wygląda tak:

(Źródło: http://www.mirror.co.uk/)

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta pani w momencie wykonywania tego zdjęcia jest… w 8 miesiącu ciąży. Bardzo wielu odbiorców tego zdjęcia rzuciło się na tę kobietę z pazurami i nie zostawiło na niej suchej nitki. Co o tym myśleć? – zastanawiałam się długo. Trudno tę sprawę ocenić jednoznacznie. Czas więc na dłuższy wywód na temat zdrowia, formy, tuszy i sportu w ciąży. Ale na początek piosenka, która mnie ostatnio oczarowała:

(Pupkullies & Rebecca: „Pepper”).

Sama miałam ochotę wieszać psy na tej pięknej pani, chcąc zarzucić jej narcyzm, egoizm i Bóg wie co jeszcze. Jednak któregoś dnia spojrzałam na siebie w lustrze, gdy byłam w samej bieliźnie. Co prawda brzuchol mam sto razy większy, jednak spojrzałam na siebie obiektywnie, bez nadmiernego krytycyzmu i doszłam do kilku wniosków. Mimo ciążowego brzuszka jestem szczupła. Mam wysportowane ciało, zarysowane mięśnie brzucha, dobrze ukształtowane pośladki, szczupłe nogi, ramiona i twarz. „To czego, cholera, ja chcę od tamtej dziewczyny? – pomyślałam. Przed ciążą uprawiałam dużo sportu. Ciało miałam mocno umięśnione. W ciąży siłą rzeczy musiałam zwolnić. Na początku bardzo tego nie chciałam, walczyłam ze słabościami, ale jednak instynktownie zwolniłam tempo. Pierwsze trzy miesiące wymiotów, kilka wirusów złapanych po drodze – to wszystko doprowadziło mnie do stanu wyczerpania i dużej anemii (hemoglobina 6 to nie jest pikuś). Trudno wtedy myśleć o fitnessie trzy razy w tygodniu. Kiedy wymioty minęły wybrałam się dwa razy na zumbę, ale po drugim razie zrezygnowałam. Podczas ćwiczeń brzuch mi twardniał, a duchota na sali sprawiała, że nie mogłam oddychać. Mimo iż bardzo chciałam, odpuściłam. Przecież jeśli byłam silna i wysportowana przed ciążą, to po porodzie szybko wrócę do sprawności! Nie leżę plackiem, codziennie staram się spacerować, ćwiczę przysiady, robię ćwiczenia z ciężarkami – wszystko w rozsądnych ilościach. Jeśli chodzi o wskazania lekarskie z powodu stanu zdrowia – muszę jak najwięcej chodzić (najlepiej na basen, ale niestety bardzo się brzydzę basenów publicznych). Z powodu kłopotów z kręgosłupem, w tym rwy kulszowej, która boli jak cholera oraz poważnych problemów z krążeniem, muszę unikać siedzenia (choć czasami muszę) oraz – najbardziej – stania. Stanie powoduje zastój żylny i tego mi po prostu nie wolno. Łatwo mówić, trudniej zrobić. A zmywanie czy stanie w metrze, bo przecież nikt nie ustąpi?

Wrócę teraz do owej fit- mamy. Oczywiście, żadna skrajność nie jest dobra. Gdyby była ona kobietą, która dopiero w ciąży zaczęła tak „cisnąć” i pracować nad figurą – można by mieć zastrzeżenia. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że jest ona modelką. Ciało i jego wygląd, estetyka, są w jej zawodzie podstawą. Jeśli ćwiczyła dużo przed ciążą, a lekarz nie kazał jej zrezygnować, dlaczego miałaby przestać chodzić na siłownię? To, że ja czy inna zwyczajna kobieta by tego nie zrobiła, nie znaczy, że ona – modelka – nie może. Niech robi, co chce. Odżywia się bardzo dobrze i dużo ćwiczy – no i świetnie! Jestem pewna, że gdyby osoba tak mocno wysportowana nagle przestała ćwiczyć, to czułaby się znacznie gorzej i jej złe samopoczucie byłoby dużo bardziej szkodliwe dla dziecka niż jej obecna aktywność. Poza tym przy tak świetnie wyrobionych mięśniach, poród naturalny to będzie dla niej pikuś. Nie ma co na nią psioczyć, raczej trzeba zazdrościć. Moim zdanie, lepsze to niż wielorybie leżenie na kanapie i obżeranie się słodyczami – choć czasami też bywa to fajne 😉 Tak jak w tytule, to wszystko jest sprawą indywidualną. Nie warto też popadać w skrajności i narzucać sobie sztywno musztry. Trzeba słuchać siebie i dostosowywać się do tego, co organizm nam podpowiada. Przyznaję się bez bicia, że poza zdrowym odżywianiem, warzywnymi zupkami, pysznym mięsem i owocami, uwielbiam sięgnąć po czekoladę czy – NAWET, O ZGROZO! – cheeseburgera i McNuggetsy z McDonald’s (Nuggetsy koniecznie z sosem Barbecue). W ciągu ostatnich czterech miesięcy dwa razy jadłam w Macu i nie czuję się wyrodną matką.

Dlatego apeluję – zanim ocenicie kogoś zbyt pochopnie, spójrzcie na siebie i dopiero potem się zastanówcie 😉
Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wiosny Wam życzę!

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Na sam początek utwór Dire Straits, który zawsze wprawia mnie w dobry, ciepły nastrój.



(Dire Straits – „Your Latest Trick”)

A teraz prosto do sedna sprawy. Uwaga, będzie deklaracja! Nie lubię feminizmu, tak samo jak innych skrajnych poglądów. Nie lubię, gdy ideologia staje się ekstremizmem. Żadna przesada nie jest dobra. Moim zdaniem, ludzie dobrzy i źli zdarzają się zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn. Tak samo, jak i wśród Katolików, Prawosławnych, czy Muzułmanów. Niemcy czy Rosjanie mogą być zarówno poczciwi i uprzejmi, jak i podli i bezwzględni. W każdej grupie społecznej znajdziemy ludzi z obu biegunów. Wojny kobiet – feministek wytoczonej przeciwko mężczyznom zwyczajnie nie rozumiem. Moim zdaniem, kobiety i mężczyźni doskonale uzupełniają się i powinni się wzajemnie wspierać i szanować. Walkę o prawa dla kobiet rozumiem i popieram, jednak zaciętej walki przeciw facetom samym w sobie już nie jestem w stanie zrozumieć. Owszem, samej zdarza mi się na panów psioczyć. Irytuje mnie ich bałaganiarstwo, opieszałość, odkładanie spraw „na później”, zaleganie przed telewizorem. Jednak uważam, że bez nich świat nie mógłby istnieć, a my kobiety pozagryzałybyśmy się nawzajem. Nie przepadam za sfeminizowanymi środowiskami. Uważam, że zbyt dużo estrogenów na metr kwadratowy nigdy nie wróży nic dobrego. Najlepiej wspominam pracę, w której większość mojego zespołu stanowili mężczyźni. Dlaczego? Dlatego, że nikt tak nie potrafi zniszczyć kobiety, jak druga kobieta. A pracować razem bez zbędnych cyrków potrafią tylko kobiety inteligentne, dobre, zadowolone ze swojego życia pewne siebie i własnych kompetencji. W przeciwnym razie grozi katastrofa, mobbing i czyjeś załamanie psychiczne. A panowie skupiają się na pracy. Dziwne, nieprawdaż?

Wracając jednak do feminizmu i mężczyzn. Owszem, bywają faceci, którzy są strasznymi skurczybykami. Sama doświadczyłam z ich strony wielu okropnych rzeczy. Bywają jednak też wspomniane przeze mnie bezwzględne baby, z niskim poczuciem własnej wartości, próbujące niszczyć wszystko wokół siebie. Toksyczne potwory. Dlatego daleka jestem od feminizmu, bo traktuje świat bardzo krótkowzrocznie i jednostronnie. Ostatnio podczas jednej z moich wielu podróży przez internet trafiłam na stronę antyfeministycznego ruchu: Women Against Feminism. Na stronie tej można wrzucać swoje posty z różnymi przemyśleniami dotyczącymi tego, dlaczego kobiety nie zgadzają się z postulatami feminizmu. Weszłam na tę stronę i poczułam się, jak w domu. To, co jest fantastyczne, moim zdaniem, to zero agresji, tylko polemika. Te kobiety pokazują światu, dlaczego kochają mężczyzn, dlaczego nie walczą z ich całą populacją, tak jak czynią to niejednokrotnie feministki. Prowadzą dyskusję z feminizmem i przytaczają wiele niezbijalnych argumentów. Sami zobaczcie, to są żony, matki, dziewczyny – w różnym wieku. Przyjrzyjcie się, są kobiece, śliczne, niektóre mocno doświadczone przez życie. Mówią mądrze. Podpisuję się pod ich słowami. Nie wstydzę się tego, że jestem stuprocentową kobietą, która potrzebuje silnego mężczyzny, która wie, że nie ma piękniejszej świadomości, że siła mężczyzny doskonale uzupełnia się z moją kobiecą delikatnością. Nie udaję babochłopa. Źle czuję się w skórze wojowniczki (choć jak chcę, to potrafię). Odpowiada mi schemat związku typu „macho i blondyneczka”. Bo wiem, że prawdziwy facet jest jak skała. Cytując Breaking Bad (źródło może moralnie niefortunne, ale kontekstowo pasuje): „A man will always deliver for his family”. Wiem, że mogę na nim polegać i ufać mu bez granic. Uważam, że kobiety, które walczą z taką współzależnością, próbując na siłę ‚coś” sobie udowodnić – walczą z wiatrakami. Dlaczego? Ponieważ prawdziwa kobieta składa się z hormonów ciepła. Jest miękka i dobra. Tak, może być matką – kwoką i wcale nie ma w tym nic złego. Takie matki są cudowne i na pewno lepsze dla swych dzieci niż zimne panie w nienagannie wyprasowanych garsonkach, które wiecznie nie mają czasu na to, by posłuchać, co mają do powiedzenia ich dzieci. Cudowne są te matki, które nie wstydzą się łez wzruszenia na przedstawieniu w przedszkolu swojego dziecka. Takie, które pieką ciasta i gotują zupy. Takie, które zawsze zanim same pójdą spać, zajrzą do pokoju dziecka, aby je przykryć. Takie, które wiedzą, że ich mąż potrzebuje ich kobiecego wsparcia, ponieważ ciąży na nim presja bycia opoką dla rodziny. Choćby nie wiem co – taka jest prawda. Taka jest nasza natura, nie zostałyśmy stworzone do prac w kopalni, tylko do rodzenia dzieci, karmienia ich i darzenia czułą opieką. Poza nielicznymi wyjątkami (pamiętacie? straszne…), facet nie urodzi dziecka. Prawdziwy facet zawsze będzie czuł się odpowiedzialny materialnie za swoją rodzinę. Nawet jeśli kobieta też pracuje.

Aha, jeszcze w sprawie kobiet. Nie chcę, żebyście myśleli, że nie lubię innych kobiet. Nie przepadam tylko za tymi, które zaprzeczają własnej kobiecości i są agresywne w stosunku do innych kobiet, które są kobiece. Wiele razy w życiu spotkałam się z takimi kobietami i szczerze nie polecam. Zwykle są to to pracoholiczki, najczęściej samotne, przylutowane do swoich służbowych laptopów. Całe szczęście, że jest jeszcze całe mnóstwo tych fajnych, pięknych, ciepłych kobietek, matek i nie-matek, które są bardzo kobiece i się tego nie wstydzą. Takie są moje przyjaciółki, które uwielbiam i bez których nie wyobrażam sobie życia. Ściskam Was, Dziewczyny!!!

Dobra, powoli kończę. Zajrzyjcie na blog Women Against Feminism. Enjoy! 🙂 A teraz czekam na polemikę i biczowanie 🙂 A tymczasem pozdrawiam Was i Waszych ukochanych mężczyzn! 😉

http://womenagainstfeminism.tumblr.com/

No i czyż nie pięknie??

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Poślubne „niewiadomoco”

Poślubne „niewiadomoco”

Wpadłam w poślubne niewiadomoco. Miesiące przygotowań, dni wypełnione silnymi emocjami, ta adrenalina, ten stres – nawet jeśli pozytywny, to silny – to wszystko za nami. Siedzę więc, chorując sobie, a jakże, myśląc o tym, co dalej. Co dalej? Mam nowe nazwisko, nową rolę, nowe wyzwania. Pragnę żyć dobrze. Pragnę wstawać z uśmiechem. Chcę mimo niedoskonałości swojego organizmu cieszyć się życiem i czerpać z niego satysfakcję. Marzę o tym, żeby coś osiągnąć. Nie chodzi mi o bycie kimś wyjątkowym, tylko o osiągnięcie subiektywnie postrzeganego sukcesu własnymi siłami. Póki co, jedyne, co potrafię robić, to siedzieć z nosem w telefonie i zazdrościć innym. Taka jest brutalna prawda. Mam powoli dosyć tego stanu. Trzeba wziąć przysłowiową „dupę w troki” i pokazać sobie samej, na co mnie stać.

(Stanisława Celińska – „Uśmiechnij się”)

Pamiętacie powyższą pieśń z dawnej telewizji? Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam tę piosenkę. Pani Stanisława Celińska to aktorka najwyższej klasy, wybitna, po prostu wspaniała. Dopiero będąc dorosłą kobietą, jakieś pięć lat temu, miałam przyjemność po raz pierwszy zobaczyć panią Stanisławę na deskach teatru. Pojawiła się i „skradła” całe przedstawienie. Talent w czystej postaci. A „Uśmiechnij się” nucę ja, nuci mój mąż i nuci nasz synek. Kochamy Panią, Pani Stanisławo!

Chciałabym napisać Wam o wielu rzeczach. O sile przyjaźni. O kilku ciekawych miejscach, które ostatnio odwiedziłam i wspaniałych osobach, które poznałam. O przygotowaniach do ślubu i o wieczorze panieńskim. Chyba podzielę te wszystkie tematy na mniejsze części i każdej z tych części poświęcę jeden wpis. W ten sposób mogę zagospodarować następne dwa lata blogowe 🙂 Zacznę może od pierwszych kroków, które należy podjąć, kiedy rozpoczynamy ślubne przygotowania. Krok pierwszy to pozytywne nastawienie do absolutnie wszystkiego, co dotyczy ślubu (włącznie z samym narzeczonym, no ale to chyb a oczywista oczywistość :-)). Z takim nastawieniem nie załamiemy się nawet, gdy nam się coś po drodze wywróci do góry nogami. Krok drugi, to magiczne umiejętności zaginania czasoprzestrzeni. O to jestem spokojna, gdyż uważam, że większość inteligentnych, „ogarniętych” kobiet umiejętności te posiada od urodzenia. A matki to już w ogóle, wchodzą na wyższy poziom wtajemniczenia. Krok trzeci, to upewnienie się, że mamy wsparcie, na wszelki wypadek (czy w narzeczonym, czy w świadkowej, czy w mamie/teściowej). Jak Was znam, drogie Panny Młode, każda będzie chciała wszystko zrobić sama. Ale czasami warto poprosić kogoś o pomoc. Ja na przykład poprosiłam moją piękna i kochaną świadkową o pomoc w znalezieniu atelier, które uszyje mi sukienkę według mojego wymysłu, w odebraniu kwiatów i kilku innych drobniejszych sprawach. Na trzy przymiarki sukienkowe zabrałam bliskie mi kobiety, aby zasięgnąć ich opinii. Mojego narzeczonego poprosiłam o pomoc przy współpracy z klubokawiarnią, w której odprawialiśmy wesele. Dobra Panna Młoda musi posiadać dwie najważniejsze cechy: pełne zdecydowanie dotyczące tego, czego pragnie i czego szuka oraz umiejętności organizacyjne, w tym umiejętność delegowania zadań innym osobom. Tylko broń Boże nie próbujcie być królewnami, które wszystkim dookoła rozkazują. Asertywność i zdecydowanie to konieczność, natomiast bycie zadzierającą nosa kierowniczką – już nie do końca. Zaangażowanie, zdecydowanie i pozytywne nastawienie – oto zestaw potrzebny do tego, żeby misja zakończyła się sukcesem. Reszta to już sprawy losowe. Na pogodę w dniu ślubu nie macie wpływu. Na frekwencję wśród gości także. Względem tych rzeczy nie miejcie oczekiwań. Nie sprawdzajcie prognozy pogody. Po co macie się denerwować? Najwyżej weźmiecie tego dnia ze sobą parasol 🙂

zparasolka

A jeśli chodzi o gości, to ci, którym na Was zależy, przyjdą na pewno i nie będziecie musieli im o tym przypominać. Stawią się wcześniej niż Wy. Przyjadą mimo gorączki, mimo własnych problemów, pokonają wiele kilometrów, wiele granic – aby z Wami być. A reszta, no cóż, to zupełnie nieważne. Tego dnia ważni jesteście Wy Dwoje i Wasi najbliżsi. Bądźcie w tym cali. Tu i teraz.
Od następnego wpisu będę polecać ludzi i miejsca ślubne.
A tymczasem wracam do chorowania i oglądania… „Breakind Bad” (tak, tak, nie wiem jeszcze do końca, dlaczego to oglądam).
Na koniec piękna piosenka prosto z Zet Chilli, specjalnie dla Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

(Massivan ft. Bea Luna – „So Long” )

Slow life, wiosna i Marylin

Slow life, wiosna i Marylin

Poszukuję wyciszenia. Subtelnych dźwięków, pustej przestrzeni. Dużo się ostatnio dzieje – prawie same pozytywne rzeczy, ale jak zwykle bodźców jest zbyt wiele. Dlatego potrzebne są mi marmurowe dźwięki.



(Marble Sounds – Leave a light on)

Do ślubu zostały dwa miesiące, więc przygotowania idą pełną parą. W pracy przybyło mi obowiązków, więc w ciągu dnia czasami nie mam czasu nawet porządnie zjeść. Dlatego w domu, na ile to możliwe na 40 m2 z moją ożywioną i radosną rodzinką, wprowadzać zasady mojego ulubionego slow life 🙂 Staram się gotować pyszne, zdrowe rzeczy. Wróciłam do ćwiczeń, a przede wszystkim do jogi. Już zapomniałam jak to jest oddychać spokojnie i głęboko. W pędzie codzienności, w stresie, jest miejsce tylko na krótki wdech i wydech. Czasami lepiej nie oddychać, zwłaszcza, gdy się jeździ komunikacją miejską 🙂 A ja lubię głęboko oddychać. Tak samo, jak lubię smak życia. Bardzo lubię też uspokajające mruczenie mojego niezwykle upasionego syjamskiego kota – Zuzki.

IMG_20130901_150141

Jak idą Wam przygotowania do wiosny? Ja właśnie kończę swój 30 dniowy „challenge” przysiadów (jestem na 230, zostały mi jeszcze 3 dni treningu do liczby 250). Codziennie ćwiczę jogę i brzuszki. Jedzenie kupuję głównie na bazarku. Dziś jedliśmy krem z pomidorów malinowych ze świeżą bazylią, a na drugie pieczonego pstrąga z kuskusem razowym. No po prostu obłęd w groszki! Przygotowuję się zatem do wiosny, do ślubu i staram się rekompensować sobie jakoś stresy w pracy za pomocą miłych aktywności w życiu prywatnym. W pracy mogę być chmurna i twarda, ale w domu… Chciałabym zawsze mieć na twarzy niewymuszony uśmiech. Gdy zmęczenie bierze górę nad wszystkim, to o ten uśmiech bardzo trudno. Jednak ostatnio odkryłam, że moje zmęczenie, poza tarczycą, deprechą etc. bierze się od przemęczonych i na wiór wysuszonych oczu. Poszłam z tym do lekarza, gdyż od klimatyzacji i 8 godzin przy komputerze moje oczy miały się bardzo źle i bardzo często padały ofiarą zapalenia spojówek. Dostałam super krople przeciwalergiczne, drugie krople nawilżające i żel do oczu na noc. Oczy mają się świetnie! A ja dzięki temu czuję się dużo mniej zmęczona. Odkryłam też, że dość często bolą mnie uszy. Trochę od słuchania mojej ukochanej empetrójki, ale przede wszystkim od zajęć zumby, na których muzyka puszczana jest niezwykle głośno. Przestaję to wytrzymywać, niestety:/ Nie wiem, czy nie będę musiała zrobić sobie trochę przerwy w zumbie w związku z tym.

Na koniec chciałabym Wam opowiedzieć o pewnym filmie. Film ten nie jest nowy, ale ja obejrzałam go dopiero niedawno w telewizji. Chodzi o „Mój tydzień z Marylin”. O mojej fascynacji Marylin Monroe już Wam opowiadałam. „Pół żartem, pół serio” oraz „Mężczyźni wolą blondynki” to moje ulubione komedie, jestem wielką fanką urody i talentu Marylin. Zawsze lubiłam jej styl, głos, mimikę. „Mój tydzień z Marylin” przypomniał mi o tym 🙂 Dowiedziałam się też z niego sporo o samej MM. Zobaczyłam w niej trochę z siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o te chwile, gdy była smutna, bezbronna i hm… „słabo ogarniająca”. Obejrzałam ten film i stwierdziłam, że Marylin musiała mieć niedoczynność tarczycy albo Hashimoto, bez dwóch zdań. A depresję miała na pewno…

Marilyn+Monroe+my+queen

(Źródło: Google grafika)

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Dbajcie o siebie na Wiosnę 🙂 I Panowie, bądźcie dla nas dobrzy też! 🙂

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Ostatnio coraz częściej zaczynam doceniać fakt, iż moja pamięć, jak dotąd niezawodna, zaczyna się ulatniać 😉 Pomaga mi to wybaczać niektóre urazy oraz – po prostu – odpuszczać.



(Soyka – „Cud niepamięci”)

A teraz będzie kulinarnie. No więc… jak ja mam, CHOLERA, schudnąć, skoro dziś znów gotowałam i to takie pyszności… Staram się ostatnio jeść mniejsze porcje i unikać jedzenia słodyczy, ale… tyle jest pokus! Wszędzie! Na szczęście zbliża się wiosna, spacery, więcej (mam nadzieję) energii… Może będę więcej spalać 😉

Chcecie poznać sekrety pysznego niedzielnego obiadu z udziałem pieczonego mięsa? Nie zdradzę Wam wszystkich, bo każda gospodyni powinna zachować dla siebie kilka takich sztuczek, których nie wyjawi nikomu. Niektóre z sekretów mogę Wam jednak wyjawić:
– Naprawdę wysokiej jakości mięso (np. spod Hali Mirowskiej albo – w ostateczności – z Merkurego przy Placu Wilsona).
– Dłuuuugie marynowanie w ogromnej ilości przypraw (bez konserwantów) i oliwy (może być z oliwek, choć ja ostatnio przerzuciłam się na stary dobry słonecznikowy, bo bardziej mi smakuje). Takie marynowanie powinno trwać przynajmniej 12 godzin (w lodówce, pod przykryciem).
Dłuuugie pieczenie mięsa w średniej temperaturze. W trakcie pieczenia należy kontrolować mięso dość często, skrapiać oliwą, podlewać wodą. Aby nie spaliło się od góry, warto przykryć naczynie żaroodporne folią aluminiową, a dopiero potem nałożyć pokrywę. Serio.

A oto przepis na obiad, z pieczonym indykiem w roli głównej. Inne mięsa (takie jak karkówka, schab czy kurczak) należy nieco inaczej marynować (z innymi dodatkami), w trakcie pieczenia pojawią się także inne dodatki. Ponadto zdradzę Wam sposób na pyszne pieczone ziemniaki – z wykorzystaniem formy do muffinek 🙂

PRZEPIS NA NIEDZIELNY OBIAD NA WIELKIM WYPASIE:

Składniki:

MIĘSO:
– Duża (naprawdę super wielka, ogromniasta) pierś z indyka
– Olej słonecznikowy
– Przyprawy
– Czosnek

PIECZONE ZIEMNIAKI:
– 12 ziemniaków (najlepsze są takie z Carrefoura, specjalne do frytek i do pieczenia, nie wymagają absolutnie żadnych przypraw, bo same w sobie są przepyszne)
– Masło
– Tarta bułka

SAŁATKA Z RUKOLI:
– Rukola (paczka)
– Sos włoski (albo z paczki – Knorra, albo samodzielnie przygotowany z oliwy, octu balsamicznego, bazylii i – opcjonalnie – czosnku)

SURÓWKA Z MARCHEWKI:
– 8 średnich marchewek
– 1 duże jabłko
– Kilka kropelek soku z cytryny

Extra dodatek: Konfitura z borówek – domowej roboty.

IMG_20140223_215331

Sposób przygotowania:

Zaczynamy od marynowania mięsa – dzień wcześniej (np. w piątek). Do dużej miski wkładamy posoloną pierś z indyka, zalewamy ją oliwą/olejem do 2/3 wysokości. Od góry posypujemy mięso BARDZO OBFICIE ulubionymi przyprawami (ja np. używam przywiezionych z Grecji mieszanek świeżych ziół i przypraw). Rękami mieszamy przyprawy z oliwą tak, aby nasmarować całe mięso. Tak przygotowaną marynat przykrywamy i zostawiamy w lodówce. Następnego dnia, np. w sobotę zaczynamy piec mięso z odpowiednim wyprzedzeniem. Wkładamy mięso do naczynia żaroodpornego, dodajemy jeszcze przepołowione ząbki czosnku i inne ulubione dodatki (ja np. często dodaję żurawinę suszoną lub rodzynki). Pieczemy w temperaturze max 180 stopni, cały czas kontrolując, czy mięso się nie przypala. Przez cały czas pieczenia (ok. 2-3 godziny, oczywiście po pewnym czasie odpowiednio zmniejszamy temperaturę pieczenia) mięso musi być przynajmniej w 1/4 zatopione w tłuszczu z przyprawami i wodą. Kiedy na nasze „oko” mięso jest już gotowe, wyłączamy piekarnik i zostawiamy mięso w nagrzanym piekarniku do wystygnięcia.

Kolejna sprawa – pieczone ziemniaki. Zabieramy się za nie w niedzielę, na około 1,5 godziny przed wypasionym obiadem. Carrefour wypuścił taki „wynalazek” jak ziemniaki przeznaczone do różnych celów. Znaleźć tam można np. ziemniaki „do gotowania” oraz „do frytek i do pieczenia”. Nam będą potrzebne te ostatnie oraz (tak, czasami miewam takie przebłyski geniuszu) forma do muffinek. Bierzemy 12 ziemniaków, obieramy je, obtaczamy w tartej bułce i wkładamy do formy uprzednio obficie nasmarowanej masłem. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Formę przykrywamy folią aluminiową. Pieczemy w ten sposób przygotowane ziemniaki przez ok. 1,5 godziny.

Marchewki rozdrabnioany w blenderze lub ścieramy na tarce z drobnymi oczkami. Podobnie traktujemy jabłko 😉 Mieszamy oba składniki, dodajemy parę kropli soku z cytryny i wszystko razem mieszamy. Rukolę myjemy i dokładnie osuszamy. Przed podaniem polewamy sosem włoskim.

Mięso z ziemniakami podajemy na półmisku. Surówkę i sałatkę w osobnych miskach. Jako alternatywę do ziemniaków polecam grzanki z bagietki. Jako super dodatek do mięsa polecam jeszcze podać konfiturę z żurawiny lub – jeszcze lepiej – borówki.

No i już 🙂 Uff 🙂 Wcale nie było z tym tak dużo roboty. A tak bardzo było warto!

Smacznego i dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Android pisze o swoich tęsknotach

Android pisze o swoich tęsknotach

Ogłaszam uroczyście, że nic (albo prawie nic) nie „jara” mnie już tak, jak kiedyś.
Czy to kwestia wieku, czy zgorzknienia – nie mam pojęcia. Trwa to już od pewnego czasu i obawiam się, że nie jest to stan przejściowy, tylko nowy stan stały, który muszę zaakceptować. W sumie dobre to dla mojego zdrowia, bo nie powinnam przeżywać zbyt silnych emocji. Choroba Hashimoto tego nie lubi, tak samo jak depresja. Dlatego bycie robotem bez uczuć jest dla mnie stanem optymalnym. Trochę szkoda, bo porywy emocjonalne potrafią być fajne.

Zumba i blog, pomijając związki z ludźmi, to moje dwie stałe, długoletnie relacje. Aktualnie zumba zaniedbana, bo jestem chora i siedzę zgięta wpół modląc się, aby mój żołądek przestał boleć. Mam nadzieję, że po tej przerwie wrócę szybko do formy. Z wiekiem wraca mi się trudniej do prawidłowego „ukształtowania terenu”. Nawet mały przestój w ćwiczeniach owocuje cellulitem, opuchliznami i sflaczeniem mięśni. Tydzień w domu i widzę w lustrze grubasa.

ea33971cf827389718056cad3e2acebe

(Źródło: Pinterest.com)

Zastanawiam się, czy jestem gotowa zaakceptować stan przejścia w androida, czy może powinnam zacząć szukać nowych zajęć, którymi się „zajaram”. Napisałam, że „prawie nic mnie nie jara”, bo ostatnio trafiłam na jedną rzecz, która ruszyła moje skostniałe zwoje. Te zwoje, które przez powtarzalne, nużące codzienne zajęcia zapomniały, czym jest wyobraźnia. W moje ręce trafił pożyczony Kindle. Pomiędzy różnymi lekturami, które mnie w ogóle nie zainteresowały, trafiłam na… „Grę o Tron”. Trochę antyhipstersko, bo tę książkę czytali już chyba wszyscy. A jak nie czytali, to oglądali serial. Choć tłumaczenie polskie woła o pomstę do nieba, to wkręciłam się po uszy. Niektóre zdania w polskim tłumaczeniu są w stylu humoru z zeszytów szkolnych, ale jakoś udaje mi się to zignorować. Mam teraz wreszcie coś, co mnie pochłania na tyle, że się odcinam od bodźców. Pierwszy raz od dawna tak się zaczytałam, że prawie przejechałam docelową stację metra. Cieszę się jak głupia, że przede mną jeszcze kilka tomów 🙂 Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to literatura „nie w moim stylu”. Cholera, może już dawno powinnam była zmienić styl!

40dad3373d3b301d2bb2a7c2ac113f0c

(Źródło: Pinterest.com)

Pochorowałam się tak mocno, że nie mogę się rozkoszować nawet jedzeniem (a na ogół sprawia mi to względną radość). Jem kaszki dla dzieci i popijam chłodną wodą. Czasami – jak mam siłę siedzieć – to siedzę przy kompie lub oglądam coś na National Geographic. W głębi duszy wiem, co mogłoby mi pomóc wyjść z obecnego stanu skostnienia: podróż albo przeprowadzka na wieś. Owoce prosto z drzewa. Świeże, pachnące jedzenie. Cisza i otwarta przestrzeń. Drzewa i widok nieba. Chyba wychodzi ze mnie po latach ta dziewczynka z małego miasta, która wiele lat temu przyjechała do Warszawy i czuła się tutaj zagubiona. Stęskniona za widokiem gór, pagórkowatym terenem i ostrym południowym powietrzem. Ta odważna i przebojowa dziewczyna, która przez wiele lat walczyła z samotnością, brakiem wsparcia i bezdusznością dużego miasta, nagle przestała mieć siłę. Oto ja – cofnęłam się o jakieś 14 lat.



Madonna – This used to be my playground

Może to cofnięcie nie jest takie złe… Może przypomnę sobie dawne zainteresowania, a może zmotywuję się do odkrywania nowych? Zawsze kochałam literaturę, artystów, ich życiorysy. Ostatnio przypadkiem odkryłam bardzo fajnego bloga literackiego, jest to dla mnie prawdziwa perła blogosfery. Polecam lekturę bloga pani Zientek:

http://zientek.blog.pl/

Oto wybrane, bardzo ciekawe wpisy:

O PRZYBYSZEWSKIM

O VIRGINII WOOLF I WIELU INNYCH

Zaczynam od literackich, delikatnych „zajarań”. Powoli wracają mi kolorowe, pełne życia sny. Może coś jeszcze mnie zaciekawi… Polecacie coś?

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tańcu, kręgosłupie i o tym, dlaczego nie ma dziś nic (lub prawie nic) o brzuszkach

O tańcu, kręgosłupie i o tym, dlaczego nie ma dziś nic (lub prawie nic) o brzuszkach

Przypomniałam sobie dzisiaj, jak pewnego dnia wiele lat temu moi przyjaciele Aga i Maciek wpadli do mnie „na zadupie”, czyli na Imielin (mieszkałam tam w latach 2004 – 2005). Przywieźli jedzenie i butelkę różowego wina. Pamiętam, że obejrzeliśmy wtedy film „Dirty Dancing 2: Havana Nights”. Mimo iż ten film jest, hmm, no nie najwyższych lotów, to bardzo mi się podobał. Dlaczego? Bo zawsze kochałam tańczyć i dobrze znałam (i znam) to niepowtarzalne uczucie, które czuje w brzuchu każdy, kto taniec ma we krwi.

(Orishas – Represent Cuba)

Obiecałam Wam wpis o brzuszkach. Nawet nakręciłam dziś film, na którym pokazuję wszystkie rodzaje brzuszków, które robię codziennie. Nie zdecydowałam się jednak opublikować tego filmiku, bo mi się po prostu nie podoba. Tu coś wystaje, tu mi widać podbródek, który dziwnie się układa jak leżę, tu wyłazi, za przeproszeniem, cycek, a w tle bałagan. No nie dogodzisz 😉 Jutro spróbuję znowu. Chciałam się tylko pochwalić, że zrzuciłam już kilka kilogramów i biurwofałdka zaczyna znikać. Recepta na to – mało słodyczy, domowe jedzenie, zumba dwa razy w tygodniu i brzuszki codziennie. Jedyne, co mi teraz jeszcze doskwiera, to ból kręgosłupa. Muszę o to zadbać, bo problemy z kręgosłupem mam od lat, a z roku na rok jest coraz gorzej. Warto zadbać o siebie, aby móc dbać o innych. Z powodu kręgosłupa coraz trudniej mi zajmować się moim Synkiem (wyciąganie go z wanny, czy noszenie na rękach nie wchodzi już w grę od dłuższego czasu…).

b31be73f21f5a6dba6eae02738798fd1

A tymczasem, zamierzam napić się mleka z miodem i obejrzeć kolejny odcinek The Good Wife 🙂

Uwielbiam to! A kto nie zna, niech spieszy nadrabiać zaległości 🙂

http://www.imdb.com/title/tt1442462/?ref_=nv_sr_1

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Nowy Rok biorę garściami od pierwszej sekundy

Nowy Rok biorę garściami od pierwszej sekundy

Kochani,
Nowy Rok rozpędził się z impetem. U mnie duże, poważne zmiany – idziemy ku dobremu! 🙂 Póki co, czekając na te wielkie zmiany, realizuję się w drobnych przyjemnościach. Nie mogę przestać jeść. Nie mogę przestać gotować. Pierniki, bułeczki, pieczone mięsa, pierogi. Sosy, przystawki, buraczki. Kupuję słoiki i specjalne ozdoby na nie. Wszystko wrzucam na nietylkomamowego Instagrama. Poznaję nową muzykę. Ostatnio zachwycił mnie utwór usłyszany na Chilli Zet. Byłam pewna, że głos należy do jakiejś ciemnoskórej divy, a tu niespodzianka. No i ten początek, jak stary, dobry Portishead, a potem od 1:01 w tle bit jak w „The Next Episode”. Jessu! Panie i Panowie, Kendra Morris: „Concrete Waves”.

Sporo inspiracji znajduję także na Pintereście, głównie lubię oglądać zdjęcia aranżacji wnętrz, podziwiam luksusowe mieszkania i domy, w jakich ludzie mieszkają. Zapraszam serdecznie: http://www.pinterest.com/nietylkomama/. Tablica wnętrzarska jest TUTAJ.

A teraz chciałabym się z Wami podzielić najlepszym na świecie przepisem na ciasto pierogowe. Zrobiłam wczoraj i dziś tak pyszne pierogi z owocami, że aż nie mogłam w to uwierzyć. Pierogi nigdy nie chciały mi wychodzić takie, jak trzeba. Zawsze coś było nie tak. Zawsze za twarde, zawsze jakieś kopnięte proporcje. W końcu, w końcu mam takie ciasto, o jakim marzyłam. Akurat miałam w lodówce domową konfiturę wiśniową, która aż się prosiła o wykorzystanie jej jako nadzienia do pierogów. Magiczny i boski przepis na ciasto pierogowe pochodzi z bloga Kwestii Smaku. Polecam postępować zgodnie ze wskazówkami z przepisu. Ciasto idealnie się wyrabia, nie klei się. Ważna jest mąka – ja użyłam nowej Mąki Puszystej firmy Lubella (niby do ciast drożdżowych, ale tak naprawdę do wszystkiego się super nadaje). Pierogi można podać z sosem z konfitury i cukrem pudrem lub np. bitą śmietaną. Domową konfiturę z wiśni można spokojnie zastąpić taką sklepową. Do dzisiejszej partii użyłam biedronkowej konfitury truskawkowej i też było wszystko ok. Smacznego! 🙂

pierogi

A na koniec chciałabym zaprosić Was do obejrzenia jednego z przemówień na Ted.com, po którym Wasze życie nie będzie już takie samo. Płakałam i śmiałam się oglądając to przemówienie. Piękna opowieść, piękna kobieta, dająca nadzieję i motywację do tego, aby żyć pełnią życia i oddychać pełną piersią.

fdad51eff1cf367f330a7d63023f5507

A ćwiczenia na brzuch obiecuję w następnym wpisie. Podstawową moją poradą (zaczerpniętą z jogi) jest: „Pępek przyklejamy do kręgosłupa!”, czyli staramy się być na wiecznym wciągnięciu brzucha. Wówczas cała nasza postawa się poprawia, brzuch chowa, a łopatki naturalnie ściągają. Podczas zajęć jogi połączonej z pilatesem nauczyłam się, że można jednocześnie oddychać przeponą mając brzuch wciągnięty i pępek „przyklejony do kręgosłupa”. Polecam sobie to zwizualizować i na początek poćwiczyć taką właśnie postawę. Dodatkowo ściągnięte pośladki i kość ogonowa przesunięta do przodu. Od razu lepiej 🙂

Trzymajcie się ciepło, pozytywnie i prosto, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂