Category Archives: moda i uroda

Jestem smutnym dresiarzem w szarych trampkach

Jestem smutnym dresiarzem w szarych trampkach

Tytułowe wyznanie to nie żart. Ci, którzy znają mnie słabo nie odbierają mnie raczej jako smutasa, wręcz przeciwnie. A ja jestem takim trochę smutnym clownem… Dlatego też dzisiaj smutna piosenka, jedna z najpiękniejszych ballad w wykonaniu wspaniałej MC:

Tylko, że ja nie o smutku dzisiaj chciałam. Chciałam raczej o ubraniach. O tym, że na co dzień w pracy chodzę raczej elegancko ubrana. W szufladzie mam trzy pary szpilek na zmianę. Zakładam ładną biżuterię, noszę spódnice, no staram się, no… Jednak prawda o mnie jest taka – jestem dresem, który kocha swoje szare trampkasy z H&M – u. Przywiązuję się też strasznie do czapek. Mam na przykład taką super szarą czapkę z Flawless, o taką, tylko w ciemnoszarym kolorze:


http://flawless.pl/pl/basic_czapka-basic

W tygodniu na twarzy mam pełen make – up, w weekend pokazuję światu swą szarozieloną cerę i – jak by to określić – niedoskonałości skóry, czyli mówiąc brutalnie pryszcze. No, chyba, że idziemy do Faworów albo innej Żoli – kawiarni, to wtedy nie idę z pryszczami, o nie, wtedy zamalowuję je szczelnie. Wtedy muszę wyglądać jak z Żoliborza, bo przebywanie w tej dzielnicy zobowiązuje, nawet jeśli się jest z dzielnicy nieco mniej „ąę”.

Obecnie szukam idealnych, ciepłych, szarych, bulwiastych, naciągniętych spodni, które będą zagrzewać mi tyłek w te koszmarnie zimne dni. Takich, które pasować mi będą do czapki i do moich – wspomnianych już – szarych trampek. Do tego mam ciemnoszarą kurtkę! O takie spodnie na przykład:

z7725641Q,Street-trend---szare--dresowe-spodnie-w-wersji-eleganckiej

Źródło: kobieta.gazeta.pl

I wiecie co byłoby doskonałym zwieńczeniem tego jakże depresyjnego outfitu? Coś kolorowego. Oprócz mojej super kolorowej skórzanej biżuterii. Na przykład taka oto powalająco nierealna torba, która rozweseliłaby moje szare ulice. Wygląda jak wyjęta z kreskówki, prawda?

firstdate-s

Źródło: http://jumpfrompaper.com/

No, to sobie pomarzyłam 🙂
Dobrego wieczoru, wygrzewajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Hurra! Mogę nosić sukienki z odkrytymi plecami!

Hurra! Mogę nosić sukienki z odkrytymi plecami!

Nie, stop, nie zrobiłam sobie silikonowego biustu 😉 Postanowiłam tylko skorzystać w dobrodziejstw sklepów z bielizną i zakupiłam tzn. biustonosz kombinowany. Jak bardzo jest kombinowany możecie się przekonać zakładając go pierwszy raz.

Co mnie skłoniło do tego zakupu? Ach, pewna sukienka, którą kupiłam na sobotnie wesele. Niestety jak ją założyłam, okazało się, że mój biust, zgnieciony od góry, ląduje w pasie. Nie można założyć do niej tradycyjnego biustonosza, gdyż ma ona odkryte plecy, ze skrzyżowanymi ramiączkami. Zresztą, sami sobie zobaczcie:

M3221C0A3-503@1.1

M3221C0A3-503@5.2

Mój biust, jak już pisałam przy okazji opowieści o odstawianiu Synka od piersi, pozostawia wiele do życzenia. Kiedyś jędrny, kształtny i rozmiarowo w sam raz, stracił swoje walory. Pracowałam ciężko nad tym, żeby przywrócić mu dawną sprężystość, ale niestety żaden krem ani żadne ćwiczenia sobie z tym nie poradziły. Jednak nie płaczę już nad tą stratą (dwa lata godzenia się z tym faktem mam za sobą), tylko inwestuję w odpowiednie biustonosze i jest dobrze.

Może to błahostka, ale ogromnie się cieszę, że dzięki mojemu nowemu biustonoszowi, kilka sukienek z mojej szafy może wrócić do łask (a są naprawdę piękne!). Biustonosz ten zapina się… na brzuchu, krzyżując tasiemki najpierw z tyłu, na wysokości krzyża.

Przy okazji chcę Wam coś wyznać. Ostatnio oglądając program Ellen DeGeneres Show poznałam pewną piosenkę. Od piosenki dotarłam do wykonawcy i mnie zatkało. Do tej pory myślałam, nie mam pojęcia dlaczego, że Bruno Mars to jakiś pseudo – rockowy band dla nastolatek. A okazuje się, że jest to niezwykle utalentowany wokalista popowy, który mnie po prostu urzekł. Oto owa piosenka, „Grenade”, wersja studyjna (live). Co za głos!:

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy i korzystajcie z wszelkich dobrodziejstw ułatwiających życie 😉 Aż by się chciało rzec make life easier, ale się nie rzeknie 😉

Próżność, czyli nieco o tapetowaniu

Próżność, czyli nieco o tapetowaniu

Dziś nie bardzo potrafię pisać na tematy głębsze, czas więc znów na kącik porad. Tym razem porada po hasłem: Co zrobić ze zmęczonym, szarym, sinawym matczynym obliczem, żeby wyglądało ładniej?

Otóż zwykle w sezonie jesienno – zimowym moja cera woła o pomstę do nieba. A jeśli w okresie jesienno – zimowym jeszcze akurat pracuję w klimatyzowanym pomieszczeniu, to jest już w ogóle jesień średniowiecza dla mojej twarzy. Moja twarz z zasady preferuje ciepło, słońce, morskie powietrze i wiatr, więc wszelkie inne warunki atmosferyczne sprawiają, że moja cera to wyraźnie manifestuje w niezbyt estetyczny sposób. A jeszcze od czasu, gdy jestem matką, na wiecznym niedoczasie, śpiącą po 4 godziny w nocy i zapracowaną, to robię się na twarzy po prostu trupio blada z sińcami pod oczami i jakimiś dziwnymi upstrzeniami gdzieniegdzie. No masakra. Dlatego, żeby od października do maja jakoś po ludzku wyglądać (a tak w zasadzie to zanim nabiorę porządnie słońca na jakichś zagranicznych wakacjach), to muszę nakładać tapetę. Ostatnio gdzieś w okolicach kwietnia zawlokłam więc moje oblicze do Douglasa z błagalną prośbą: dajcie mi coś, co sprawi, że będę wyglądać na mniej zmęczoną. Panie w Douglasie są bardzo pomocne i miłe, więc w mig dostałam coś, co miało mi odmienić życie (podkład + puder). Oczywiście, odmienione życie miało także wypłukać mi portfel, ale jak spojrzałam w lustro, to wiedziałam, że nie mam wyjścia. Poszłam do domu, nałożyłam te cuda na twarz i faktycznie zachwyciłam się. Jakieś tam nierówności, przebarwienia, niedoskonałości szlag trafił. Twarz odmłodniała. AA! Pięknie. Gorzej jest jak to wszystko zmywam wieczorem. Myślę sobie myślę: „Weź, kobieto, tak świata nie oszukuj”, no ale trudno. Zamierzam dalej trochę oszukiwać 😉

Ostatnio, jak myślałam, że zgubiłam mój cudowny puder, to prawie wpadłam w histerię. „O Boże, jak się ludziom pokażę!” – serio, tak myślałam. Tzn. to nie tak, że mi się nie zdarza wyjść bez makijażu. Zdarza mi się niezwykle często, głównie na mojej dzielni, gdy idę do Biedronki czy na zumbę, w sumie nikt nie odwraca wzroku i nie ucieka z przerażeniem, więc jakiejś masakry nie ma. Ale o dowód w monopolowym już by mnie raczej nie poprosili 😉

Aha, to ja teraz powiem, co to za cudowne kosmetyki. Z tym jest pewien problem, bo nazwa marki jest równie fortunie brzmiąca na polskim rynku, jak słynny Osram. Mianowicie firma nazywa się Pupa, a tak dokładnie Pupa Milano. Super świadomość, że co rano nakładam Pupę na twarz. Awesome. No ale ważne, że efekt jest 🙂

Oto te cuda, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Jeśli czujecie się zachęceni, to się cieszę, używajcie na zdrowie;-)

Podkład Non – Transfer

pupa

Puder Silk – Touch

puder

O tym, jak odkryłam eliksir młodości tuż przed trzydziestką

O tym, jak odkryłam eliksir młodości tuż przed trzydziestką

Kto mnie zna, ten wie, że pałam dość wyraźną niechęcią do blogów modowych, słitfoci z dzióbkiem, nienawidzę słowa „stylizacja” i dostaję apopleksji, gdy czytam o tym, jak zrobić perfekcyjny manicure. Jestem zaharowaną samotną matką, jak ktoś mnie nie porwie i nie posadzi siłą w salonie kosmetycznym, to max na co mnie stać w stosunku do moich paznokci to pełne politowania spojrzenie, ewentualnie bezbarwny lakier nakładany na szybko o pierwszej w nocy po kąpieli (bo przy bezbarwnym nie widać braków w jakości malowania).

(Eternal – „I wanna be the only one”)

W szczególności hejtersko upodobałam sobie jeden blog, chyba najpopularniejszy w Polsce, którego nazwy nie wymienię, który jednak jest dość częstym źródłem siarczystych facepalmów na cześć porażającej płycizny umysłu i duszy tworzącej go rozpieszczonej celebrytki. Jednak zdarza się, że paradoksalnie blog ten mnie inspiruje. Ostatnio czytałam go i dławiłam się ze śmiechu czytając o tym, że Francuzki są takie szczupłe, bo wolno jedzą i przeżuwają dokładnie każdy kęs oraz spożywają dużo jogurtów własnej roboty, jednak stwierdziłam też przy okazji, że na swoim blogu nie daję czytelnikom prawie żadnych rad. W sumie wychodzę z założenia, że dawanie rad jest bez sensu. Pomyślałam jednak, że może warto Wam chociaż coś polecić, bo dawno tego nie robiłam. Podzielę się więc moim największym ever odkryciem kosmetycznym i trochę zaraz podjadę stylem z bloga modowego.

Otóż pewnego dnia, całkiem niedawno, przy okazji setnej już chyba w tym roku choroby mojego synka, wybrałam się do pobliskiej apteki. Przy okienku mój wzrok spoczął na pewnej niepozornej buteleczce ze złotym, maziowatym czymś w środku. Napisy REWELACJA KOSMETYCZNA oraz PROMOCJA zachęciły mnie, żeby się bliżej zainteresować tym produktem.
„A co to jest?” – zapytałam pani w aptece
Olejek arganowy – odrzekła pani farmaceutka takim głosem, że aż ciarki przeszły mi po plecach – absolutny hit kosmetyczny”. Pani powiedziała to wszystko tak, jakby zdradzała mi sekretny przepis na eliksir młodości.
Wzięłam buteleczkę z olejkiem do ręki i zaczęłam czytać.
„No tak – pomyślałam – kolejny specyfik na wszystko, na trądzik, rozstępy, zmarszczki, suchą skórę, matowe włosy. I to jeszcze olejek. Jasne. Chyba tylko do masażu”. Jednak jakiś diabełek z tyłu podpowiedział mi.
„A Ty co ostatnio zrobiłaś dla siebie?! Kup to, co ci szkodzi”. No i kupiłam. Bo co mi szkodzi?

5ff5b6a5a241b6982869d7eb691aac08

(Źródło: Pinterest.com)

I wiecie co? W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że to niepozorne coś zrobi taką rewolucję w moim życiu. Naprawdę teraz nie przesadzam – jest to totalna rewelacja. Szybko się wchłania i robi ze skórą naprawdę niesamowite rzeczy. To, co piszą o tym olejku w necie, to wszystko prawda. Obecnie zastąpiłam nim kremy do rąk i do stóp, balsam do ciała, odżywkę do włosów, krem po opalaniu, krem do twarzy i pod oczy i balsam do ust. Skóra jest miękka, dobrze nawilżona, wygląda promiennie. Faktycznie pomaga na niedoskonałości i wygładza zmarszczki. Polecam z całego serca, nawet jeśli to tylko efekt placebo. To, co jeszcze jest fajne, to fakt, iż to 100% natury. Zero chemii a efekt naprawdę powalający.
Jedyny minus, to cena. Za małą buteleczkę płacimy 50 zł, a przy używaniu olejku do wszystkich powyżej opisanych celów, taka mała buteleczka wystarczy na kilka dni. Myślę, że warto mimo wszystko zainwestować i wypróbować.

No dobra, to koniec kącika porad. Następna będzie przy kolejnym epokowym odkryciu. A w międzyczasie wrócę do mądrzenia się na temat dzieciarni, związków i wszelkich życiowych zawiłości.

Trzymajcie się ciepło i słonecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Coś o butach

Coś o butach

Witajcie!

Na początek podzielę się z Wami kolejnym znaleziskiem muzycznym.

A teraz do rzeczy. Buty! Nigdy nie podobały mi się złote buty. Nigdy! Jednak coś mi się stało z głową, gdy zobaczyłam złote sandały Jimmy’ego Choo, a konkretnie model Lance (Mirror Sandals). Oszalałam z miłości. Wczoraj próbowałam znaleźć w Arkadii coś podobnego do nich, ale nic nie znalazłam. Jakieś takie pseudo brzydactwa… Jednak nie ma to jak oryginał. Najpiękniejszy i jedyny.

Pokażę Wam je, a co! Tylko nie chwalcie się, jeśli je macie, bo umrę z zazdrości!

Źródło: http://www.jimmychoo.com

Renesans kobiecości

Renesans kobiecości

Jak w temacie. Renesans kobiecości… i jedno nazwisko: ZUHAIR MURAD. Zapamiętajcie je!

Ten projektant zdobył moje serce. W zasadzie każda jego sukienka mi się podoba. Zuhair Murad przywrócił kobiecości należne jej miejsce na wybiegach. Kroje, materiały, nawet modelki (wcale nie takie szkapy) – to kwintesencja kobiecości.

Zajrzyjcie do tej galerii, a nie będziecie mieć wątpliwości: ZUHAIR MURAD.

A poniżej wklejam moje hity z ostatnich lat (Źródła zdjęć: Zimbio.com, Fashtrend.com)

Jak Wam się podobają, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy? 🙂

Projekt Wiosna na Balkonie oraz niesamowity muzyczny kąsek

Projekt Wiosna na Balkonie oraz niesamowity muzyczny kąsek

Dziś miałam dzień dla siebie. Zaczęłam od zajęć zumby, po których wróciłam z przypływem dzikiej energii. Przy tak brzydkiej pogodzie, jaka dziś jest, trudno mi było wymyślić jakieś ciekawe zajęcie. Zaczęłam więc od drobnych rzeczy, czyli sprzątania, gotowania, przeglądania ofert pracy w internecie. Potem wzięłam się za realizację projektu „Wiosna na Balkonie”, czyli umyłam balkon, wyrzuciłam z niego niepotrzebne rzeczy, a następnie wybrałam się na BioBazar po kwiatki.

Bardzo polecam BioBazar wszystkim tym, którzy lubią ekologię i takie klimaty. Można tam kupić ekologiczną żywność i kosmetyki, zutylizować stare baterie i sprzęty elektroniczne, a w zamian dostać kwiatki:-) Mnie się bardzo ta inicjatywa podoba i chyba będę tam wpadać częściej. Na razie dostałam trzy kwiatki, zapełniły jedną doniczkę, a mam ich cztery;-)

Więcej o BioBazarze TUTAJ.

Teraz, czekając na powrót syna, piszę, czytam i słucham muzyki. Chciałam Wam coś pokazać. Posłuchajcie tego kawałka, trafiłam na niego przypadkiem, przeklikując się przez muzykę na Youtube. Jeśli chodzi o mnie, to słuchając tego miałam dreszcze na całym ciele. Piękna, piękna muzyka…

Życzę Wam udanego wieczoru, no i pogodnej niedzieli, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy

Kilka słów od zrelaksowanej Mamuśki

Kilka słów od zrelaksowanej Mamuśki

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Oświadczam całemu światu, że po Majówce jestem tak zrelaksowana, że sobie nie wyobrażacie…
Piszę ten post z potrzeby serca i naturalnego poczucia misji. Pragnę Was zachęcić do pewnej prostej rzeczy, potrzebnej do życia jak tlen. Zanurzajcie się w teraźniejszości!

Wykorzystujcie czas wolny na to, żeby oderwać się od trudów codzienności. Dbajcie o siebie i zaspokajajcie swoje podstawowe potrzeby. Nie jesteśmy w stanie rozwijać się w kierunku spraw wyższych, jeśli nasze podstawowe potrzeby nie są zaspokojone. My – Mamuśki, mamy pod tym względem trochę przegwizdane. Wieczny deficyt snu, niedojadanie, przeciążony kręgosłup. A do tego często czujemy się nieatrakcyjne, głównie przez zmęczenie i zmiany, które zaszły w naszych ciałach po urodzeniu dziecka. Dlatego moja rada brzmi – zatapiajmy się w teraźniejszości i relaksujmy się. Im częściej, tym lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że dziecko nie biega samopas po ulicy;-) Wierzę, że szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, więc im więcej zainwestujecie w swój relaks, tym więcej energii będziecie miały na zabawę ze swoim dzieckiem i opiekę nad nim.

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Czerpcie z życia przyjemności 🙂

Subiektywna lista endokrynologów – Warszawa

Subiektywna lista endokrynologów – Warszawa

A tak sobie wymyśliłam, że chcę konkretnie Wam pomóc, Drogie Tarczycowe Dziewczęta 🙂

Dlatego przedstawiam Wam moją subiektywną listę endokrynologów.

1. Dr Sylwia Pietrzyk – najlepsza, ukochana, mistrzyni i człowiek, który mi pomógł uporać się z tym cholerstwem na samym początku. Traktuje pacjenta w sposób całościowy, jest przemiła i rzetelna. Bez wahania zleca badania wykluczające inne schorzenia autoimmunologiczne. Jedyny lekarz, po którym rozpaczałam, gdy odszedł z Medicoveru. Teraz przyjmuje w przychodni przy ul. Białobrzeskiej 28 oraz w Platany Med przy ul. Ryżowej.

2. Dr Anna Stefanowska – wielki autorytet i bardzo rzetelny specjalista. Prowadziła mnie w czasie ciąży i dzięki niej czułam się bardzo dobrze. Sumienna i dokładna, a przy tym bardzo miła. Jedyny minus, to odległe terminy i dziki tłum chętnych. Przyjmuje w Enelmedzie oraz w Multimedzie przy Okopowej.

3. Dr Norbert Gaweł – podopieczny dr Stefanowskiej i bardzo dobry lekarz. Przesympatyczny. Ciężko u niego z terminami, ale warto „polować” na zwalniające się w ostatniej chwili wizyty. Przyjmuje w Medicoverze oraz w Babka Medica.

4. Dr Helena Jastrzębska – byłam u niej 1 raz i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Więcej na jej temat nie mogę powiedzieć. Została mi polecona jednocześnie przez dwie osoby, więc chyba warto. Przymuje przy Metrze Stare Bielany, ul. Kasprowicza 48.

Jest też jeden lekarz, którego raczej nie polecam – dr hab n. med. Urszula Stopińska – Głuszak. Jeśli ktoś jest ciekaw, dlaczego nie polecam, to zapraszam do kontaktu mailowego po szczegóły. Jest to moja subiektywna opinia, więc nie chcę pani doktor robić tutaj czarnego PR.

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O babskiej próżności i miłości do ładnych przedmiotów

O babskiej próżności i miłości do ładnych przedmiotów

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,

Dziś będę niesłychanie próżna. Będę dziś myśleć tylko o tym, co widać na zewnątrz. Niestety, popełniłam straszny błąd i wybrałam się wczoraj późnym wieczorem do Arkadii. Pierwsze kroki skierowałam do Sephory, potem do Intimissimi, potem już było tylko gorzej. Nie był to tym razem klasyczny window – shopping matki, która każdy grosz wydaje na dziecko, gdyż tym razem postanowiłam zrobić sobie wieczór niespodzianek i kupić coś dla siebie. Dlatego jestem dzisiaj w dobrym nastroju 🙂 Jednak nie o tym chciałam…

Po pierwsze, chciałam Was wysłać czym prędzej do sklepu z butami Clarks. W sumie rzadko tam zaglądałam do tej pory, raczej wpadałam do Ecco i Clarksa po drodze pozdrawiałam jedynie przez szybę. Tym razem jednak wpadłam do środka i wciągnęło mnie na dobre. Najnowsza wiosenna kolekcja po prostu zapiera dech w piersiach. Miażdży, obezwładnia i wpędza w obsesję. Uważajcie! (Dodam jeszcze, że nie jest to wpis sponsorowany, tylko tekst, który powstał z mojej własnej i nieprzymuszonej woli).

Po drugie, zwierzę się Wam, że po każdej wizycie w sklepach, w których mi się coś spodoba mam szalone poczucie winy. Czuję, że jestem materialistką, ponieważ chciałabym mieć wszystko! Z drugiej strony wiem, że to zupełnie normalne. Wiem, że jest nas więcej, bo zakupy są nam – kobietom (i nie tylko) potrzebne do życia jak tlen! Między „być” a „mieć” musi być w życiu równowaga 😉

Dlatego oddychajmy głęboko, wciągajmy wiosnę całym ciałem i zróbmy coś dla siebie. O!