Category Archives: ciąża

Sprawy ciężarówkowe

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Rola kobiet w życiu każdej z nas – czyli o wzajemnej pomocy w przełomowych momentach.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Na początek, zanim tradycyjnie nastąpi piosenka, chciałabym się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio wiele osób zauważyło u mnie pewien niepokojący trend. Jaki? A taki, że stałam się TYLKO MAMĄ (choć dla mnie AŻ MAMĄ). Pewnie dlatego tak mało wpisów powstaje na tym blogu, ponieważ w czasie ciąży zatraciłam pęd do bycia Nietylkomamą. Ów pęd przyczynił się kilka lat temu do powstania tego bloga. Przytłoczona obowiązkami matki – nowicjuszki, silnie pragnęłam pokazać sobie i światu, że jestem kimś więcej niż tylko mamą. To było dla mnie naturalne i bardzo ważne. Teraz, w kolejnej ciąży i na obecnym etapie naszego rodzinnego życia, trochę się pozmieniało. I to też jest naturalne. Jestem mocno skupiona na tym, co się dzieje w domu, obsesyjnie koncentruję się na wiciu gniazda. Trwa właśnie 31 tydzień ciąży, poród coraz bliżej. Coraz silniejsza jest też moja świadomość tego, że po porodzie znów bardzo dużo się zmieni w naszym życiu. Najwięcej chyba zmieni się w życiu naszego Synka – przygotowujemy się na to razem już od pewnego czasu. Ale ja dzisiaj nie o tym chcę napisać. W związku z tym, że spodziewam się Córki, dużo myślę o relacjach z kobietami, z ważnymi kobietami w moim życiu i chciałabym się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na ten temat.

User comments

User comments

Teraz piosenka, bo przecież ten blog nie istniałby bez muzyki, podobnie jak ja. Tym razem piosenka Maleńczuka. Nie przepadam za nim jakoś bardzo, ale kilka jego piosenek jest dla mnie bardzo ważnych. Z „Sambą Mambą” na przykład wiąże się wspomnienie pewnej przyjaźni z czasów licealnych, silnej i intensywnej emocjonalnie przyjaźni z pewnym chłopakiem. Tylko przyjaźni i aż przyjaźni. Z kolei „Uważaj na niego” pamiętam z czasów studiów, ta piosenka wywołuje we mnie kilka wspomnień z tamtych czasów. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, ale ta intensywność, ten żywioł emocji – nie mogę przejść obok tego obojętnie. No, a teraz… Nucę sobie poniższą piosenkę i czuję się po prostu dobrze. Cholera jasna wie dlaczego. Może dlatego, że ostatnio tak źle sypiam (wiadomo, kręgosłup, brzuchol i gonitwa myśli oscylująca wokół porodu) i ten tekst trafia do mnie w sposób nader dosłowny. A na dodatek parę dni temu mój Synek przed wyjściem do przedszkola patrzy na mnie i śpiewa (a śpiewa świetnie i jest bardzo muzykalny):
„Boli mnie głowa i nie mogę spać” – jedna fraza i cała piosenka jest w mojej głowie. Spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, bo słuchaliśmy tego kawałka chyba sześć razy pod rząd.

(Maleńczuk i Yugopolis – „Ostatnia Nocka”)

A jeśli chodzi o kobiety, to zawsze miałam dość skomplikowane relacje z nimi. Kobiety zawsze odbierały mnie w sposób skrajny. Miałam albo bliskie przyjaciółki, albo zaciekłe „wroginie”. Sama przez wiele lat cierpiałam w powodu tych drugich, okropnie się nimi przejmując i martwiąc się tym, dlaczego budzę w nich takie negatywne emocje. Szczególnie w okresie dojrzewania, gdy zaczęło się wokół mnie kręcić sporo chłopaków, panie w wieku mojej mamy reagowały na mnie wprost histerycznie. Teraz jestem w stanie zrozumieć z tego bardzo wiele. Kobieta, która traci młodość, dostaje szału na widok rozkwitającego kobiecego pączka. Rozumiem to teraz, naprawdę. Z przyjaźniami było zawsze podobnie. Miałam (i mam) grono wspaniałych przyjaciółek, każda jest inna, ale łączą je dwie cechy – nieprzeciętna inteligencja (także emocjonalna) i coś, co nazwałaby po prostu głębią duchowo – umysłową. To są silne, pewne siebie kobiety – dlatego nie wkrada się między nas nawet najmniejsze ziarno zawiści. Każda z nas ceni siebie i dzięki temu potrafimy szanować się nawzajem. Niestety, jest też szerokie grono kobiet, które spotkałam na swojej drodze, z którymi nie było już tak pięknie. Takie, wobec których byłam otwarta i bardzo chciałam się zaprzyjaźnić, a trafiałam na mur, zbudowany z wrogości i zawiści. Szczególnie dużo spotkałam ich na swojej zawodowej ścieżce. Trochę łez przez to wypłakałam, ale obecnie jestem na takim etapie, że mi to obrzydliwie wprost zwisa. Lubię myśleć, że i te kobiety w jakiś sposób mnie ukształtowały, czegoś nauczyły, coś pokazały. Były lustrem, krzywym zwierciadłem, w którym uważnie się obejrzałam i wyciągnęłam konstruktywne wnioski. Paradoksalnie, jestem im wdzięczna za to cierpienie. Ach, jeszcze zapomniałam dodać, że będąc teraz na etapie rozrostu rodziny, spotykam się z wrogością ze strony starszych pań. Mechanizm podobny jak w czasach rozkwitającego pączka. Szkoda tracić czas na tłumaczenie nawet. Im też wybaczam, bo rozumiem… Mnie teraz irytują dziewczyny w wieku dojrzewania, takie, które dopiero zaczynają swoją kobiecą ekspansję. Tylko ja nie okazuję im wrogości. Myślę jedynie: „Ach, przekonasz się dziewczyno, że życie to nie bajka” – i na tym koniec.

d26e083600d313c5b3162aba979b6624

(Źródło: Pinterest.com)

Szczególnym czasem w naszym kobiecym życiu, kiedy bardzo potrzebujemy obecności bliskich kobiet jest moment, gdy zachodzimy w ciążę. Poważnie 😉 Wiem, że to banał, ale bardzo ważny banał. W pierwszej ciąży jest nieco inaczej niż w kolejnej (kolejnych). Wtedy, gdy wszystkie te gigantyczne zmiany dzieją się po raz pierwszy, potrzebujemy mentorki, kobiety bardziej doświadczonej, która sama przeszła przez macierzyństwo i zna się na rzeczy. Dla jednych z nas będzie to mama, babcia, ciocia, dla innych – przyjaciółki, a dla jeszcze innych, tak jak dla mnie, kilka najbliższych kobiet. Nie ma co udawać wszechwiedzącej samosi – po prostu potrzebujemy wtedy czegoś więcej niż internetu i książek, żeby się do tego wszystkiego dobrze przygotować. Ja dostałam bardzo wiele wspaniałych rad od moich bliskich kobiet. Otrzymałam też bardzo konkretną pomoc od nich. Jest to coś, za co nigdy nie przestaje się być wdzięcznym. Nie da się o tym zapomnieć. Po porodzie (o czym pisałam wielokrotnie przez te lata), lista przyjaciół ulega stanowczej weryfikacji. Nie da się uniknąć zmiany… Wiele przyjaźni (czy raczej: „przyjaźni”) rozpada się w sposób naturalny, ale te najważniejsze zostają.

10409004_10205377964382133_8970154824562504938_n

A przy drugiej ciąży? Kiedy stajesz się matką drugi raz, po prostu stajesz się JESZCZE BARDZIEJ matką. Już nie leżysz i nie pachniesz całymi dniami, będąc „tylko w ciąży”. Jesteś już przecież matką tej pierwszej istotki, która Cię bardzo potrzebuje. Nie zapominasz o tym. Jesteś więc matką podwójnie i coraz mocniej. Teraz już nie potrzebujesz mentorki w kwestiach macierzyństwa, bo sama nią jesteś dla siebie. Owszem, możesz podpytywać te przyjaciółki, które mają więcej niż jedno dziecko o to, jak to będzie… Ale i tak najważniejsze już wiesz, znasz, przeżyłaś. Wiedziały gały co brały drugi raz i nikt się nad Tobą rozczulać nie będzie. W sumie to dość fajne, że nie jesteś dzieckiem błądzącym we mgle. Potrzebujesz jednak swoich bliskich kobiet, wiesz dlaczego? Właśnie dlatego, że stajesz się coraz bardziej TYLKO MAMĄ. Potrzebujesz teraz życzliwych i wyrozumiałych przyjaciółek, które o Tobie nie zapomną, które Cię nie odtrącą i które będą Ci na każdym kroku przypominały, kim jesteś. Takich, które po urodzeniu się Twojego kolejnego dziecka będą Cię wyciągały z domu. Takich, które nie pozwolą Ci wpaść w depresję i popaść w zapomnienie. Takich, z którymi upijesz się po raz pierwszy od dwóch lat, gdy już odstawisz dziecko od piersi. Wydaje mi się, po prostu mam takie przeczucie, że to będzie kolejna próba i lista ulegnie kolejnej weryfikacji. Ale zostaną tylko najlepsze, najtwardsze, najbardziej zajebiste wyjadaczki z frontu macierzyńskiego 🙂 Wierzę w to głęboko!

To tyle na dziś, po tej długiej przerwie aż mnie wszystko rozbolało od naparzania w klawiaturę.
Trzymajcie się ciepło i nie zapominajcie o sobie (a także o sobie nawzajem), Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Czym traktować obfite swe kształty, czyli o urokach drugiego trymestru i o przeróżnych kosmetykach ciążowych.

Witajcie Kochani,
Piękną wiosnę dziś mamy. Minione tygodnie to była prawdziwa pogodowa huśtawka. Muszę przyznać, że w ciąży nie przeżywam tak mocno zmian w pogodzie jak w stanie „normalnym”. Może dlatego, że w ciąży mam dużo lepsze ciśnienie niż zazwyczaj. Zwykle mam trupio niskie, a w ciąży idealne: 110/70. A może też dlatego, że jestem mocno skupiona na sobie i wahania pogodowe tak bardzo mnie nie obchodzą 😉

(MØ – „Pilgrim”)

To niesamowite, jak czas pędzi. To już 25 tydzień ciąży. Za chwilkę kończy się drugi trymestr. Trymestr najlepszy, najlżejszy jeśli chodzi o objawy i chyba najspokojniejszy. Oczywiście, ma swoje wady, rosnący brzuch rozwala mi kręgosłup, rwa kulszowa daje o sobie znać i przywala w najmniej odpowiednich chwilach. Na przykład wieczorem, gdy czytam Synkowi książkę. Ostatnio zakochaliśmy się w Neli Małej Reporterce i pochłaniamy już trzeci tom jej przygód. Któregoś wieczoru czytaliśmy sobie spokojnie. Kiedy chciałam wstać i odłożyć książkę, nagle: TRACH! Rwa dorwała. Nie mogę się ruszyć. W absolutnie żadną stronę. Ból rozsadza pośladki. Mój mąż musiał zabrać Synka, a ja próbowałam wstać. Zajęło to dłuższą chwilę. Nic przyjemnego. Do tego wielki brzucho uciska wszystko. Uciska żyłę główną – mam żylaki. Uciska żołądek – mam koszmarną zgagę i refluks. No po prostu czad… Poza tym wszystkim jestem marudzącą, przewrażliwioną, nieznośną, zapominalską księżniczką. Szczerze współczuję mojemu mężowi, że musi to znosić. Na szczęście on sobie z tym dobrze radzi.

Poza tym wszystkim, drugi trymestr jest fajny. Jeszcze w miarę dobrze się śpi. Melisa wypita na noc, stopery do uszu (bo jestem przewrażliwiona także na hałasy) i zasypiam w ciągu dwóch sekund. Mam kolorowe, zwariowane, ekscytujące sny. Rano budzę się wypoczęta. Jeszcze jestem na tyle lekka (na razie przybrałam 7 kg), że poruszam się w miarę zgrabnie. Czuję się kobieco, bo mam bujne włosy. Pożegnałam się z przetłuszczonymi strąkami, które towarzyszyły mi w pierwszym trymestrze. No i do tego ten absolutnie imponujący biust! Ach, gdyby mógł taki zostać na zawsze 😉 Niestety, mam w pamięci to, co się dzieje z biustem po odstawieniu Malucha od piersi, więc… staram się za bardzo nie przywiązywać do tych królewskich kształtów.

Uwielbiam ciążowy „instynkt gniazdowania”. Ten pęd do porządkowania, segregowania, pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Dzięki temu czuję, że zmieścimy się w naszym małym mieszkanku. Zrobimy mały remont i wszystko będzie jak trzeba. Te przestrzenno – porządkowe kombinacje dają mi poczucie spokoju. Moja walizka do szpitala jest już w 2/3 spakowana. Czekam… Doczekać się nie mogę!

DSCN0221

W tej ciąży dbam jeszcze bardziej o swoje ciało niż poprzednio. Za pierwszym razem smarowałam się preparatami przeciw rozstępom i przez całą ciążę nie pojawiło się nic. Dopiero, o zgrozo, kilka kresek wyskoczyło po porodzie. I to w dziwnym miejscu – bo nad kolanami (że co??). Teraz na mojej łazienkowej półce stoją następujące specyfiki:

TWARZ:
– płyn micelarny Lirene
– pianka oczyszczająca Iwostin Purritin
– krem Iwostin Purritin Rehydrin
– żel punktowy Iwostin Purritin
Trzy powyższe poleciła mi pani dermatolog na moje problemy z cerą. Do tego zrobiła mi mazidło na bazie cynku i siarki, bezpieczne dla kobiet w ciąży. Nie jest idealnie, ale za to jest o niebo lepiej.

DŁONIE:
– olej arganowy nakładany na opuszki i płytkę paznokci
– krem do rąk Garnier
– odżywka do paznokci Eveline 8w1

WŁOSY:
– olej kokosowy – nakładany co drugi dzień na całe włosy i skórę głowy, przed myciem. TOTALNA REWELACJA
– na zmianę dwa szampony – Head& Shoulders cytrusowy i miętowy Nivea

CIAŁO:
– Nogi: żel do zmęczonych nóg dla kobiet w ciąży Efektima
– Brzuch, uda i pośladki: na zmianę olej kokosowy (ten zapach, cudo!) oraz Palmers’ Massage Lotion for Stretch Marks
– Ramiona: niezawodna i ukochana Mixa (balsam dla skóry suchej i bardzo suchej) na zmianę z olejem kokosowym
– Biust: do tej pory miałam krem do biustu Lirene dla kobiet w ciąży, a wczoraj kupiłam inny, firmy Efektima i UWAGA przestrzegam: śmierdzi jak stara szmata, na którą nasikał kot. Serio.

Pamiętajcie, żeby uważnie stosować kosmetyki w pierwszym trymestrze. Z powyższych zupełnie bezpiecznie można używać od samego początku oleju kokosowego oraz Palmersa. Olej kokosowy zamawiam na stronie Biotanic.pl. Mają tam także doskonałej jakości olej arganowy.

Obiecuję pisać więcej o ciążowych produktach, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może skorzystacie 🙂

Pozdrawiam Was gorąco, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Pierwszy drugi raz, czyli o tym jak prawie zamknęłam Nietylkomamę.

Przyznam się Wam, Kochani, że od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem zlikwidowania tego bloga. Od wielu miesięcy odnosiłam wrażenie, że moje wpisy nic ciekawego nie wnoszą, że treści są wtórne. Bardzo mnie to frustrowało. Moje życie, mocno ograniczone w ostatnim czasie przez depresję, stało się nudne i powtarzalne, nie działo się w nim absolutnie nic nowego. Tonęłam w poczuciu samotności, tonęłam w obrazkach z Internetu, grzebiąc kompulsywnie, co sekundę w Social Mediach. Z takiego stanu nie mogły powstawać ciekawe, inspirujące wpisy, które ludzie chcieliby czytać. Bo kto chce tak naprawdę czytać o człowieku, którego własna psychika wrzuciła do mentalnego kotła ze smołą? Podejrzewam, że nikt.

Jednak ostatnio trochę się zmieniło. A może nawet wiele… Otóż jestem w drugiej ciąży. Po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji – po raz pierwszy w życiu jestem w drugiej ciąży 🙂 Jest to coś nowego, co z jednej strony, jak zobaczycie za chwilę, wcale cukierkowe nie jest, a jednak wprowadza iskrę energii i nieco rozjaśnia perspektywę przyszłości.



(Queen – „I want to break free”)

Mawiają, że każda ciąża jest inna. Jest to, oczywiście, absolutna i trywialna prawda – tak samo jak ta, że każdy człowiek jest inny. Jednak ja odnoszę wrażenie, że ta ciąża jest na przeciwległym biegunie w stosunku do poprzedniej. Praktycznie wszystko jest inaczej, no może poza tym uczuciem rozlazłości i zmęczenia, które było i wtedy, i teraz. O tym, że ciężko być w ciąży, leżeć, pachnieć, zaczytywać się w literaturze pięknej i walić maseczki na twarz, kiedy ma się już jedno dziecko w wieku bardzo absorbującym – o tym już nawet nie wspomnę… Powiem tylko, że jest to wyzwanie. Teraz jestem w 14 tygodniu i mogę pisać o koszmarach pierwszego trymestru z przymrużeniem oka. No, ale po kolei…

A było to tak… Zanim potwierdziłam, że jestem w ciąży, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po użyciu mocnej odżywki do włosów, dostałam uczulenia na całym ciele. Ponadto moja cera, już od kilku lat zmagająca się z problemami, zaczęła wyglądać tak, jak u hormonalnie oszalałego nastolatka. Same syfy, ogromne, potworne, nie dające się zamaskować. Z dnia na dzień włosy przestały mi się układać. Nawet brwi nie chciały mi się układać. Sterczały każde w inną stronę i zaczęły się nawet skręcać – WHAT DE FAK? W dwie godziny po umyciu głowy, grzywkę miałam tak tłustą, jakbym wpadła do patelni po frytkach. Do tego końcówki, do niedawna piękne, stały się teraz pourywane i wysuszone. Co za świnie wredne! Włosy niegdyś bujne, piękne, lśniące, stały się płaskie i matowe. Zaczęłam wyglądać jakbym wynurzyła się ze śmietnika. Tyle że na samo brzmienie słowa „śmietnik” zaczęło robić mi się niedobrze. Wtedy to nabrałam podejrzeń, że udało się zafasolkować. No i test wyszedł na plus.

Ciąża to nie cukierkowy czas, wiem to już po poprzednim razie. Ciągle chodzę smutna i zmęczona, a do tego jestem wkurzona jak w czasie PMSa albo nawet gorzej. Zaczynam zdanie z uśmiechem, a kończę szlochając albo popadając w irracjonalną irytację. Na szczęście w tej ciąży mój mąż już wie, z czym to się je i jest na tyle kochany i wyrozumiały, żeby zejść mi z drogi.

niepodchodx

No i temat – rzeka (czasami dosłownie, ba, nawet wodospad), czyli wymioty, pospolicie mówiąc RZYGANKO. W poprzedniej ciąży nie znałam w ogóle tego zjawiska. Znałam migreny, ale mdłości i wymiotów zero. Za to teraz… Ludzie święci… W szóstym tygodniu ciąży spotkałam się z przyjaciółką w mojej ulubionej kawiarni na Żoliborzu – Secret Life. Było bardzo przyjemnie, popijałam Inkę ze spienionym mleczkiem (jaka radość, że dają tam takie rzeczy), a do tego zajadałam pyszny i niezwykły deser. Jeden z obsługujących w SL cudnych jak miód chłopców w czapkach polecił mi coś bardzo ciekawego: deser z tapioki na kokosowym mleczku z wyśmienitą konfiturą truskawkową. Coś przepysznego. Po spotkaniu pojechałam po Synka do przedszkola, potem wróciliśmy samochodem do domu. No i wystarczyła krótka jazda samochodem i TAPIOKA BLEEE, wyszła ze mnie szybciej niż weszła. Najgorsze jest to, że w drugiej ciąży, gdy masz już jedno dziecko, to nie możesz sobie tak bezczelnie i beztrosko haftować w łazience. Niestety, odgłosy z łazienki w naszym mikroskopijnym mieszkaniu, nawet jak głośno włączę radio, docierają do nietoperzowych uszu mojego Synka.
– Mamo, czemu wymiotujesz? – pyta zaniepokojony Synek.

Szczęście w nieszczęściu – mam niewyleczonego Helicobactera (z powodu ciąży nie mogę dokonać tzw. eradykacji trzema antybiotykami), o którym mój Synek wie. Mogłam więc na początku wszystko zwalić na tę bakterię. Z poinformowaniem Synka o drugim Bobo czekaliśmy do momentu, gdy pierwszy trymestr miał się ku końcowi. Jeszcze a propos Helicobatera – to on nie lubi się z ciążą. A może inaczej: Helicobacter plus ciąża razem dają wyrzyg absolutny na wszystko. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jednocześnie wszystkim wymiotowałam, a z drugiej strony byłam głodna jak wilk. Do tego miałam ochotę na wszystko, czego Helicobacter zabrania. Co najciekawsze, w pierwszym trymestrze przeszłam dwa hardkorowe rotawirusy przytaszczone przez mojego Pierworodnego z przedszkola. Powiem Wam tylko, że myślałam, że umieram. Mój Synek miał tylko niestrawność i lekką biegunkę, no a ja, biedna ciężarna miałam wszystkie objawy natężone do granic możliwości. NA SZCZĘŚCIE mój lekarz dał mi zielone światło w kwestii picia Coca-Coli i muszę Wam powiedzieć, że gdyby nie ten cudowny, wspaniały napój Bogów, to bym tego koszmaru raczej nie przeżyła. To nic, że Helibobacter zabrania. Trudno. God Bless Coca – Cola!

coca_cola

W pierwszym trymetrze byłam tak strasznie śpiąca i nieprzytomna, że traciłam zmysły. W nocy nie mogłam spać, leżałam godzinami gapiąc się w sufit albo kręciłam się z boku na bok. W głowie mieliło mi się tysiąc myśli i emocji, to był istny galop. Oczywiście, główna myśl brzmiała: Co zrobimy z naszym starszym Synkiem kiedy zacznę rodzić? Poprzedni poród to był ekspres i ledwo zdążyliśmy do szpitala. Jeszcze jedne czerwone światła i urodziłabym w samochodzie. Dosłownie – zdążyłam wypełnić te cholerne papierzyska w rejestracji, a już miałam 9 cm rozwarcia. Przewieźli mnie na salę porodową, a tam już skurcze parte. Jak sobie to przypominam, to umieram ze strachu. Poza tym – heloł – teraz jak już wiem, co to jest za ból, to boję się o wiele bardziej niż za pierwszym razem. No i tak mi się w nocy mieliło i mieliło, i mieliło… A potem w dzień byłam nie do życia. Oprócz tego, że od rana do późnego wieczora męczyły mnie mdłości, to jeszcze mogłabym spać dosłownie wszędzie i w każdej pozycji. Z tej kompletnej nieprzytomności zdarzyła mi się bardzo dziwna rzecz. Położyłam się wieczorem w pokoju mojego Synka, ponieważ był chory i wolałam być przy nim. Mój mąż spał w naszym pokoju. Nie mogłam w nocy spać, męczyłam się chyba do trzeciej – tak to przynajmniej pamiętam. Około trzeciej właśnie zachciało mi się bardzo pić. Na stoliku nocnym stała butelka wody. Na dnie była dosłownie resztka napoju. Pamiętam swój tok myślenia: „O, jest tak mało na dnie, to napiję się z butelki”. Napiłam się zatem, położyłam do łóżka i w końcu zasnęłam. Potem, równo o 5 rano (wiem, bo zegarek miałam przed oczami), obudziłam się i poczułam coś mokrego pod plecami. Spałam odwrócona tyłem do drzwi. Za mną tylko podłoga, żadnej półki, szafki etc. Pomacałam prześcieradło – a tam coś mokrego i lepkiego. Macam dalej – a tam porcelanowy kubek. Podnoszę się przerażona i odkładam kubek na parapet po drugiej stronie łóżka. Przypominam sobie – w tym kubku była moja Inka z rana. Stała na parapecie, kiedy szłam spać, bo zapomniałam zanieść ją do zlewu. Prześcieradło, piżama, koc – wszystko było zalane Inką. Wstałam, przebrałam się, powiesiłam rzeczy na suszarce i wróciłam do łóżka. Po chwili jednak zaczęłam panikować. Zupełnie irracjonalnie panikować. No, bo kto inny jak nie jakiś duch położył ten kubek za moimi plecami? Przecież ja nie mogłam tego zrobić. Nie mógł też znikąd spaść. Nie macie pojęcia, jak to jest mieć taki atak paniki, będąc jeszcze na wpół śpiącym. Prawie padłam na zawał. Pobiegłam do mojego męża pytając go czy zrobił mi kawał, ale nie… Nic z tych rzeczy. Zatem zasnęłam pewna, że nawiedził mnie ciążowy duch. Istne szaleństwo… Sama sobie ten kawał zrobić musiałam, nawet o tym nie wiedząc 😉

W drugim trymestrze, choć wymioty nieco ustąpiły, zaczęły się nowe problemy. Sen przychodzi normalnie, śpię jak kamień, choć rano i tak wstaję nieprzytomna. W nocy bolą mnie biodra, czuję wyraźnie tępy i dotkliwy ból rozciągających się stawów i kości. Co za syf… Moja ciążowa poducha „KojeC” trochę pomaga, na szczęście. Nogi, już teraz, są usiane „pajączkami” i puchną. Kolana wysiadły mi przy którymś kucaniu i teraz nie mogę już normalnie wykonywać tego zwyczajnego manewru. A to dopiero początek… Termin mam na sam środek lata. Jednak to, co tak naprawdę teraz zajmuje moją głowę i serce, to rozterki naszego Synka. Odkąd dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo, przeżywa bardzo dużą mieszankę emocji. On jest bystry i ma świetną wyobraźnię, więc jest już teraz doskonale świadom tego, jakie zmiany idą. Bardzo często o tym rozmawiamy. Mówi, że kochał mnie bardziej, kiedy nie byłam w ciąży, bo teraz się o mnie martwi, a jak się martwi, to jest smutek, a jak jest smutek, to miłość się chowa z tyłu głowy i na sercu pojawia się krzyżyk. Wiem, jednak, że ma na myśli trochę coś innego niż mówi. Wiem, że kocha tak samo, a nawet jeszcze bardziej, tylko czuje nadchodzące zmiany i wzbudzają one w nim straszny lęk. Lgnie do mnie bardziej niż kiedykolwiek. Mówi, ze chce być ze mną cały czas i wszędzie ze mną chodzić, tak jak dzidzia w brzuszku też wszędzie ze mną chodzi. Mówi, że chciałby mieć też swoją pępowinkę. Idą za tym bardzo duże problemy z rozstawaniem się z nami, gdy każdy udaje się w stronę swoich spraw. My to dobrze rozumiemy i staramy się z mężem zapewnić mu komfort psychiczny w tym czasie. Mój mąż jest w tym dużo lepszy, silniejszy, spokojniejszy. Ja jestem rozedrgana, bardziej nerwowa i radzę sobie gorzej, ale i tak czuję, że dajemy z sobie wszystko. Jesteśmy przygotowani na to, że taki stan potrwa jeszcze jakiś czas. Jest nam dość trudno, bo jesteśmy obydwoje jedynakami i nie przechodziliśmy przez takie rzeczy. Ale staramy się – z całych naszych serc.

z całych serc

Zatem, Kochani moi, będę pisała tego bloga nadal, zawsze gdy będę miała do powiedzenia coś nowego. Nie wiem, czy uda mi się zachować taką częstotliwość jak przez te minione CZTERY LATA (przedwczoraj była rocznica!), ale postaram się pisać regularnie.

Trzymajcie się cieplutko, Kochani, o nic się nie martwcie i cieszcie się śniegiem, który w końcu spadł i może (mam nadzieję!) chwilkę się utrzyma!

Z małym opóźnieniem :-)

Z małym opóźnieniem :-)

Kochani, chyba po raz pierwszy zapomniałam zawczasu złożyć Wam życzenia na Święta! Tyle się działo wokół mnie, a mnie akurat dopadła hashimotowa faza zombie – czyli migrena, osłabienie, ból wszystkiego i spuchnięta twarz. W takim skowronkowym stanie nie chciało mi się nawet ruszyć tyłka, żeby coś upiec. Jedyne, czego mi się chciało, to spać. Pierwszy raz NIC nie przygotowałam na Święta. Wstyd mi nieludzko… Chciałam zrobić przynajmniej faszerowane jajka, poszłam (z trudem) na bazar, kupiłam rzodkiewki, koperek, szczypiorek, wędliny. Zadowolona z siebie czekałam na wieczór, żeby się zabrać za przygotowanie tej potrawy, którą następnego dnia miałam zamiar przynieść do mojej teściowej w ramach wkładu własnego w Śniadanie Wielkanocne. Około 20 okazało się, że brakuje mi najważniejszego składnika. Damn it – majonezu! Wyszłam więc w domu, mimo iż czułam się tak, jakby mi ktoś do stóp przyczepił ołowiane kule. Rzecz jasna, w okolicy nie znalazłam ani jednego otwartego sklepu. Dlatego dziś rano przyszłam na Śniadanie z kupionym w cukierni makowcem oraz z największym w historii swojego życia bólem głowy. Na szczęście na stole stały pyszne jajka faszerowane i nikt nie zauważył braku mojego wkładu w imprezę…

IMG_20130725_184050

Zatem, ja – zombie – życzę Wam wesołych Świąt, bliskiego kontaktu z rodziną, ciepła i przyjemności z bycia z innymi. Taką mam refleksję w tym roku, że nie ma nic smutniejszego niż samotność w chwili, gdy wszyscy są z kimś. Współczuję tym, którzy nikogo nie mają i są skazani na samotne śniadanie, podczas gdy inni cieszą się sobą nawzajem. Nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy sami z siebie wybierają na Święta samotność. Po prostu z głowie mi się to nie mieści, a znam takich.

Życzę Wam i Waszym rodzinom przede wszystkim zdrowia i siły oraz wielu okazji do spontanicznej, prostej i niewymuszonej radości. Bo czyż nie ma nic piękniejszego niż szczery śmiech, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych? WIELU POWODÓW DO ŚMIECHU, KOCHANI !!!:)

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

Konsultacje/coaching dla kobiet w ciąży, par spodziewających się dziecka oraz dla rodziców małych dzieci

UWAGA!UWAGA!

Od czerwca, w każdą niedzielę, w przychodni Babka Medica w Warszawie prowadzę konsultacje dla kobiet w ciąży, par oczekujących dziecka oraz dla świeżo upieczonych rodziców.

Zapraszam serdecznie!

Zapisy w recepcji przychodni:

Babka Medica
Ul. Słomińskiego 19, lok. 517
00-195 Warszawa

Tel.: 606 653 853
668 34 07 21
(22) 637 50 01

Mała autoreklama

Mała autoreklama

Już prawie połowa marca wybija, a na blogu tylko jeden wpis… (No, w tej chwili to już dwa).

Wszystko dlatego, że zabrałam się za realizację swoich planów hm.. zawodowych – chyba tak mogę to określić. Skorzystam niniejszym z faktu, iż na tego bloga zagląda kilka sympatycznych „ciężarówek” i zareklamuję swoją działalność.

Serdecznie zapraszam wszystkie kobiety w ciąży na warsztaty psychologiczne:

„Poród – jak się dobrze do niego przygotować
i jak sobie poradzić z lękiem”.

Warsztaty prowadzone będą w dniach 21 – 22 kwietnia 2012, w godz. 10 – 16, w Warszawie, przy ul. Marszałkowskiej 140 lok. 110. Więcej szczegółów znajdziecie na stronie poświęconej tym warsztatom:

http://ciazaporod.blogspot.com/

Na warsztatach chciałabym pomóc kobietom oswoić się z lękiem przed bólem porodowym, wzmocnić drzemiącą w nich naturalną siłę, która predysponuje każdą z nas do urodzenia dziecka oraz pokazać, w jaki sposób można współpracować z dzieckiem podczas porodu.

Jeśli uznacie temat i warsztat za ciekawy, to polecajcie znajomym, proszę! 🙂

Pozdrawiam Was serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Dziś na początek – wyjątkowo – nie piosenka, a historia. Moja bardzo osobista historia.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Kilkanaście dni po urodzeniu syna musiałam wybrać się do apteki, żeby odebrać lekarstwa dla bliskiej mi osoby. Podczas poprzedniej wizyty w aptece na stanie były tylko dwa opakowania leku Y i jedno opakowanie X. Zapamiętałam, że powinnam odebrać jeszcze dwa opakowania leku X i jedno Y. Była jesień, prawie zima, wiatr lodowaty, przenikliwy. Zawinęłam więc mojego synka w chustę i wybrałam się do apteki. Mój synek zasnął w chuście już po kilku wspólnych krokach. W aptece zastałam wielką kolejkę i niemożliwy upał.Hormony poporodowe uderzyły mi od razu do głowy. Poczułam, że rozpływam się z gorąca. Ponadto załapałam schizę, że podczas stania w kolejce Mały złapie jakąś cholerę od kogoś chorego stojącego obok. Teraz, jako bardziej doświadczona matka wiem, że nie jest to takie proste. Ale do rzeczy.

Farmaceutka obsługująca jedno z okienek poprosiła mnie do siebie, bez kolejki. Podziękowałam i powiedziałam, po co przyszłam. Pani przyniosła mi jedno opakowanie leku X i jedno Y. Na to ja spokojnie odpowiedziałam jej, że powinno być jeszcze jedno opakowanie leku X. Pani bez słowa zniknęła na zapleczu i rozpoczęły się jedne z najdłuższych minut w moim życiu. Pot spływał mi po plecach i po brzuchu. Synek zaczął się przebudzać i wiercić w chuście. Za mną utworzyła się niemożliwa kolejka. Pani farmaceutka zaczęła dzwonić do innego pracownika apteki, który poprzednio sprzedał mi lekarstwa. Nie wiem, co mi się stało, ale okropnie się wzburzyłam. Z perspektywy czasu winię za to wyłącznie stan szoku poporodowego i wyrzut niemożliwych do opanowania hormonów. Zaczęłam wydzierać się na farmaceutkę, podburzać ludzi stojących w kolejce, zarzucać całej aptece matactwa… Po prostu – zachowałam się jak rasowa schizofreniczka lub starsza pani z postępującą demencją. Ostatecznie pani farmaceutka, przyparta do muru moim wybuchem, dała mi jeszcze jedno opakowanie leku X. Wyszłam roztrzęsiona, rozdygotana wręcz i – co najdziwniejsze – nie czułam ulgi, tylko poczułam się jeszcze gorzej. Ruszyłam biegiem do domu. Po drodze zadzwoniłam szybko do osoby, dla której leki kupowałam. Okazało się, że mój cholerny Mommy Brain źle zapamiętał i rzeczywiście apteka miała wydać tylko jedno opakowanie leku X. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy. W mojej głowie kotłowały się różne myśli:

– A może tak wziąć ten lek i już… – przecież to tylko 80 zł.
– Ale przecież pewnie tamten pracownik będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
– No dobra, dojdę do domu, zadzwonię do apteki i powiem, że się pomyliłam.

W tym samym momencie mój synek poruszył się w chuście. Nagle, w jednej sekundzie, zrozumiałam co powinnam zrobić. Wiedziałam, że MUSZĘ, absolutnie MUSZĘ wrócić do apteki, oddać lek i przyznać się do błędu. Nie przez telefon, lecz twarzą w twarz. Nie za chwilę, lecz teraz, najlepiej przy tych samych świadkach. MUSZĘ – ponieważ mój syn… Mój syn… Dla niego chcę to zrobić. Dla niego i dla siebie. Chcę być dobrą matką dla swojego syna. Mogę być dobrą matką tylko wtedy, gdy będę porządnym, uczciwym człowiekiem. Zawróciłam więc spod drzwi mojego mieszkania. Weszłam do apteki, było zupełnie pusto. Pani farmaceutka spojrzała na mnie. W oczach miała łzy. Zebrałam w sobie tyle siły, ile potrafiłam, położyłam lekarstwo na ladzie i powiedziałam:
– Przepraszam panią najmocniej za swoje zachowanie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Źle zapamiętałam. To pewnie zmęczenie i hormony, ponieważ niedawno urodziłam dziecko… ale nie chcę się tłumaczyć. Bardzo, bardzo panią przepraszam. Jest mi okropnie przykro.
Chwilę później obie uśmiechałyśmy się przez łzy. Przed wyjściem kupiłam paczkę melisy.

Nie bez powodu opisałam tę osobistą i trudną dla mnie historię. Powód jest banalny. Tamta sytuacja zmieniła moje życie. W tamtym momencie zawahania w drodze do domu poczułam, że mój sposób myślenia jest inny i już nigdy nie będzie taki, jak kiedyś. Teraz nie jestem tylko sobą. Jestem kimś więcej – matką mojego syna. Zmiana, która się we mnie dokonała, dotyczy nie tylko umiejętności przyznawania się do błędów (co jak sami pewnie wiecie jest bardzo trudną sztuką). Dotyczy również codziennej walki o interesy swoje i dziecka (w sklepie, na placu zabaw, w kolejce, w parku, w urzędzie). Dotyczy również wybaczania sobie i innym. Tamta historia z apteką ma jeszcze jedno dno. Po powrocie do domu, przez kilka następnych dni bardzo przeżywałam to, co się stało i cała płonęłam ze wstydu. Jednak po kilku dniach zrozumiałam, że biczowanie się nic tutaj nie zmieni. Zrozumiałam, że muszę sobie wybaczyć – i to była kolejna lekcja. Każda matka popełnia błędy. Nie da się być codziennie, na każdym kroku, chodzącą doskonałością. Szczególnie, gdy trwa połóg, gdy dopada nas baby blues, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, gdy dziecko ząbkuje. To nieprawda, że matka jest zawsze cierpliwa. Nawet najlepsza matka czasem przeklina. Nawet najlepsza matka czasem wybuchnie w najmniej odpowiednim momencie. Nie jesteśmy robotami. Nie jesteśmy z żelaza. Jesteśmy ludźmi.

Oprócz wybaczania sobie, w toku matczynego dojrzewania, wybaczamy również więcej naszym najbliższym. Zaczynamy doceniać ich obecność, ich pomoc, przestajemy się czepiać (choć niektóre z nas cierpią na nieuleczalne czepialstwo, dotyczące głównie porządku w mieszkaniu, ale to nie jest jakaś straszna rzecz.. 😉 ). Zaczynamy widzieć, że nie warto chować urazy z jakichś błahych powodów i po prostu trzeba zacząć się cieszyć obecnością bliskich, wiernych i szczerych ludzi. Przez to szczególnie zaczyna się doceniać własnych rodziców, choćby nie wiem jak bardzo byli niedoskonali. Z drugiej strony, stajemy się bardziej surowe w kwestii przyjaźni. Przesiewamy znajomości nic niewarte od tych prawdziwie wartościowych (czyt. tych, które przetrwały mimo iż zostałaś matką). W moim przypadku po urodzeniu dziecka okazało się, że tych prawdziwych jest ok. 1% względem tego, co mi się przedtem wydawało… Smutne, ale prawdziwe do bólu i nie ma co nad tym rozpaczać. Tak jest i już. Te przyjaźnie, które zostały, trzeba doceniać i porządnie pielęgnować!

Jest jeszcze jedna rzecz, która się zmienia. Stajemy się bardziej odważne i mniej zahamowane. Z dnia na dzień uczymy się, że warto nie tylko dawać, ale i brać. Dzięki macierzyństwu wiemy, jak bardzo cenny jest czas i dzięki temu szybciej mobilizujemy się do działania. Jeśli nadarza się okazja, by zrobić coś ciekawego, poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, po prostu to robimy, bez zastanawiania się. Nie pławimy się we własnych kompleksach i ograniczeniach. Zaczynamy również dbać o własny czas, zaczynamy rozwijać swoje zainteresowania i hobby.

Opisany przeze mnie „drugi okres dojrzewania” nie jest może tak bolesny i trudny, jak ten pierwszy, ale jest równie ważny. Jest bardziej procesem niż rewolucją. Zmianą, która dokonuje się na naszych własnych oczach. Co więcej – jest zmianą nieodwracalną. Stając się nową osobą, musimy pożegnać się z dawnym „ja” i przeżyć po sobie żałobę. Kiedy już przebolejemy stratę, możemy zacząć cieszyć się nową jakością.

http://www.youtube.com/watch?v=o8Y9-JlSRXw

Powodzenia, kochane Mamy i nie tylko Mamy 🙂

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Wyprzedzając Wasze pierwsze skojarzenia, od razu powiem, że tytułowy przycisk, to wcale nie słynny punkt G, ale o tym za chwilę 😉

Nadszedł wreszcie czas, żeby poruszyć temat tabu, czyli opowiedzieć o tym, jak się zmienia (jeśli w ogóle) seksualność kobiety, gdy staje się matką. Istnieje wiele mitów dotyczących tej sfery, a także wiele kierunków, w jakich kobieca seksualność może się rozwinąć po urodzeniu dziecka. Nie zamierzam tutaj niczego obalać, ponieważ nie wiem, co się dzieje w głowach i sypialniach wszystkich kobiet. Chcę jedynie poruszyć ten temat, dotknąć wierzchołka góry lodowej i – być może – skłonić Was do dyskusji.

Na początek piosenka Królowej Seksu, yyy Popu, żeby Was wprowadzić w odpowiedni nastrój 😉

http://www.youtube.com/watch?v=ESxJJK3QsnM

Jeśli jesteś kobietą w ciąży, to bardzo dobrze, że tu zajrzałaś. Warto wiedzieć, że są dwie rzeczy dotyczące seksu po porodzie, o których mało się mówi:

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 1:

Tuż po porodzie (i oczywiście po zakończonym połogu) seks jest co najmniej dziwny (delikatnie mówiąc)… Jakby to ująć obrazowo – to tak, jak z samochodem po wypadku, trzeba go ponownie rozruszać 😉 Ten pierwszy seks po porodzie to doznanie dla większości kobiet nieprzyjemne i bolesne. Co ciekawe – nie dotyczy to wyłącznie tych, które rodziły naturalnie. Po cesarce nasz „samochód” również wymaga ponownego „rozjeżdżenia”. Warto to wiedzieć i warto się na to psychicznie przygotować. Trzeba dużo cierpliwości. Sprawcami zamieszania są tutaj głównie hormony, ale również dość częste pęknięcia, nacięcia okolic krocza i szyjki macicy.

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 2:

Na szczęście jest tak, że po kilku dziwnych poporodowych „pierwszych razach” wszystko wraca do normy, a czasami jest nawet lepiej niż było. Piszę to na wypadek, gdyby któraś z Was żywiła przekonanie, że po porodzie nastąpi definitywny koniec przyjemności.

Teraz czas na kilka powszechnych przekonań związanych z naszym tematem:

PRZEKONANIE NR 1:

Już nigdy nie będzie tak samo jak przed porodem.

A to akurat prawda. Nie będzie tak samo. Będzie inaczej – a inaczej nie musi oznaczać gorzej. Pamiętajmy, że przyjemność rodzi się w mózgu i od naszego nastawienia zależy wszystko. Trzeba po prostu zaakceptować zmiany i już.

PRZEKONANIE NR 2:

Partner/mąż nie będzie widział już w nas obiektu seksualnego, a jedynie kurę domową i matkę swojego dziecka.

To się też podobno zdarza. Jeśli miałabym się postawić na miejscu takiego męża, to bym pewnie też tak zareagowała, przynajmniej trochę. Przecież pojawienie się dziecka to jest naprawdę ogromna zmiana. Partnerka przyjmuje nową rolę i często inaczej się zachowuje w domu niż przedtem. Wiele kobiet zapomina o tym, jak bardzo kiedyś lubiły o siebie dbać. Wtedy męskie rozczarowanie gotowe. Trudno podniecić się bladą kobietą w naciągniętym dresie.


Źródło: Shapes.pl

Z drugiej strony, jeśli facet naprawdę kocha, to w dresie czy nie w dresie, blada czy nie, zawsze będziesz dla niego boginią seksu. Jeśli obojętność mężczyzny na Twoje wdzięki przedłuża się, nie pomagają żadne rozmowy i próby uwiedzenia go, to chyba warto zasięgnąć pomocy profesjonalnej. Pamiętajmy, że nie tylko kobiety mogą mieć depresję poporodową!

PRZEKONANIE NR 3:

Wiele kobiet cieszących się udanym życie seksualnym, obawia się, że po urodzeniu dziecka można „zgubić swój orgazm” oraz że pochwa po porodzie będzie tak wielka i rozciągnięta, że nie będzie można odczuwać przyjemności z taka intensywnością, jak dawniej.

Drogie panie, nie można zgubić orgazmu z powodu porodu. Można go zgubić jeśli się zafiksujemy na myśli, że na pewno go zgubiłyśmy 😉 Sam poród nie zmienia naszej budowy w taki sposób, żeby popsuć możliwość odczuwania przyjemności.

PRZEKONANIE NR 4:

Kobieta karmiąca piersią „inaczej patrzy na mężczyznę”.

W tym przekonaniu jest sporo prawdy. Kobieta, która staje się matką, jest obarczona mnóstwem nowych ról – opiekunki, karmicielki (czyli innymi słowy lodówki, mikrofalówki i talerza w jednym), maskotki – pocieszycielki etc. Musi się zmienić fizycznie (każda kobieta karmiąca wie, jak piękny jest jej biust w czasie laktacji), a przede wszystkim psychicznie. Hormony laktacyjne nastrajają ją łagodnie w stosunku do dziecka. Nie wystarcza ich niestety na resztę rodziny i do męża nie nastawiają już tak łagodnie. Czasem może się mężom wydawać, że przeszkadzają oni swoim partnerkom ( i często rzeczywiście tak jest). Każda świeżo upieczona mama jest bardzo obciążona psychicznie nieustanną opieką nad dzieckiem. Im więcej czasu minęło od porodu, tym bardziej się to zmienia. Pierwsze tygodnie po porodzie bywają czasem krytycznym okresem dla związków. Wiele małżeństw się rozpada, powstają ogromne konflikty. Mało kto pamięta o jednym – to mija. Po zakończeniu karmienia piersią, wraz z rosnącą niezależnością dziecka, rodzice mają więcej czasu dla siebie. Wtedy ich związek, jeśli jest dobry, może przeżyć swoje odrodzenie.

Odeszłam jednak od seksu. To prawda, że kobieta trochę inaczej patrzy na mężczyznę, ale nie jest to zjawisko totalne. Wszystko zależy od tego, na ile kobieta sprawnie przełącza się między swoimi rolami, czyli czy ma taki inteligentny przycisk zapewniający przełączenie z trybu „matka” w tryb „demon seksu”. To jest chyba cała tajemnica.

Na koniec chciałabym przedstawić możliwe drogi, którymi może podążyć seksualność pary po urodzeniu dziecka:

SCENARIUSZ 1:

On nie chce (bo mu się partnerka mniej podoba; bo ma on maskowaną depresję związaną z ciążącą na nim odpowiedzialnością za rodzinę; bo żona zamieniła się w narzekającego potwora z wrzeszczącym klonem wiszącym u cyca).

SCENARIUSZ 2:

Obydwoje nie chcą, bo po prostu wolą spać (padają na twarz ze zmęczenia, bo wrzeszczący wiszący klon woli w nocy skakać po ścianach).

SCENARIUSZ 3:

Ona nie chce, bo… (i tu powodów może być tysiąc – hormony, poczucie braku atrakcyjności, zmęczenie, przeciążenie rolą matki, depresja poporodowa, albo po prostu – bo nie i nie wiadomo, o co chodzi).

SCENARIUSZ 4:

Wszystko jest od razu ok (naprawdę rzadko się zdarza).

Bez względu na to, jaki scenariusz stanie się Waszym udziałem, ważne jest, żeby po pierwsze rozmawiać o swoich potrzebach i wątpliwościach, po drugie – po prostu próbować uprawiać seks. Nic Wam się nie stanie, a wręcz przeciwnie, możecie się zrelaksować, a to – jak wszyscy pewnie wiecie – znacznie ułatwia życie. Poza tym nie należy zapominać, że seks, obok zaspokajania głodu, potrzeby snu i ciepła, jest jedną z naszych fundamentalnych potrzeb.


Źródło: NYTimes

Dlatego nie rezygnujmy z seksu! Wiem, że nie jest to łatwe, kiedy codziennie trzeba czekać, aż dziecko łaskawie zaśnie. Poza tym zawsze może się tak zdarzyć, że kiedy już zaangażujecie się w zajmowanie sobą nawzajem, to dziecko się obudzi z rykiem, bo jest głodne i wtedy Twoje piersi będą musiały szybko przełączyć się z trybu „Twój kobiecy atut” w tryb „dystrybutor”. Moja rada: nie poddawać się, nie rezygnować, walczyć o swoje 😉

Ach, no i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – pomyślcie z wyprzedzeniem o jakości swojego życia seksualnego po porodzie i – jeśli jeszcze tego nie robicie – to zacznijcie ćwiczyć mięśnie Kegla (można to robić zawsze i wszędzie – bardzo dyskretne ćwiczenie 😀 ). Warto również już podczas ciąży zainwestować w specjalne olejki do masażu (z witaminą E i olejkiem migdałowym), które chronią przed urazami krocza przy porodzie. Poza tym, Drogie Panie, nie zaniedbujcie się, ćwiczcie, chodźcie do fryzjera, uśmiechajcie się, bo zaniedbane przestaniecie się podobać nie tylko partnerowi, ale również samym sobie.

Na koniec podzielę się z Wami swoim odkryciem internetowym. Przeszukując internet (a konkretnie serwis kobieta.gazeta.pl), trafiłam przypadkiem na taką stronę:
http://seksualnosc-kobiet.pl/
Podoba się Wam?

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Na początek, w ramach luźnego skojarzenia, proponuję jedną z pierwszych piosenek, które pokochałam (jako dziecko jeszcze, słuchałam jej z płyty winylowej):

W ostatnich dniach widziałam się z dwiema koleżankami będącymi aktualnie w ciąży i taka naszła mnie refleksja, że ludzka pamięć jest bardzo krótka… Mam na myśli to, że tak szybko zapomniałam jak to jest być w ciąży, jak to jest CZUĆ SIĘ w ciąży. Kobieta w ciąży jest bardzo wrażliwa, często płaczliwa, ale również- o czym rzadko się głośno mówi – przepełniona złością. Jest często zamknięta w sobie, nie słucha sugestii innych – jest to zachowanie, które może się wydawać nieracjonalne, jednak czemuś służy. Czemuś bardzo ważnemu: dokonaniu własnych wyborów, zgodnych z intuicją i z tym, czego kobieta sama chce. Śmieję się w duchu, jak sobie przypominam własną ścieżkę zmian w myśleniu. Od „błagam, cesarskie cięcie na życzenie!” do „wyłącznie poród naturalny bez znieczulenia”. Ciąża chyba po to jest długa, żeby w naszym rozumowaniu dokonała się zmiana. Każda kobieta musi przez to przejść. Z tego właśnie powodu kobiety w ciąży często zamykają się na sugestie i podpowiedzi bliskich – bo muszą i chcą podjąć decyzje samodzielnie. Łatwiej im czytać fora, zbierać informacje pozbawione kontekstu rodzinnego i troski bliskich osób. Jak sobie przypomnę siebie, to byłam do złudzenia podobna do upartej trzylatki. „Ja siama”. Wszystko „siama”.

Fot. Studio Qropka

Poza wypracowaniem własnego sposobu myślenia o macierzyństwie, partnerstwie, dziecku etc. każda przyszła matka (zresztą – ojciec często też) żyje pewnym złudzeniem. Jakim? Już tłumaczę. Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, jej znajomi (troskliwi i życzliwi najczęściej) mówią jej:
– „Wyśpij się na zapas”
– „Uzbrój się w cierpliwość przy karmieniu”
– „Teraz skończy się wolność i już zawsze tak będzie”.

Takie słowa często budzą w młodych rodzicach bunt i niedowierzanie. Młodzi rodzice myślą:
– „U nas tak nie będzie”
– „Jesteśmy dobrze zorganizowani, u nas będzie lepiej”
– „Będziemy nadal wychodzić do kina raz w tygodniu i na imprezy dwa razy w miesiącu”.

Z mojego doświadczenia wynika, że ten stan wyidealizowania rodzinnej rzeczywistości trwa ok. 6 – 7 miesięcy. Potem każdy staje się tym życzliwym znajomym, który mówi: „Wyśpij się na zapas”. Każdy. Gwarantuję 🙂

Książki, książki, książki!!!

Książki, książki, książki!!!

Chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę przeglądowi książek dotyczących ciąży i macierzyństwa. Będzie to wybór subiektywny, na podstawie tego, co mam w domu.

Jak już pewnie się przyzwyczailiście, na początek będzie piosenka, a następnie mała dygresja. Nie wiem, dlaczego, ale ten kawałek pasuje mi do tematu związanego z czytaniem.

Zawsze uważałam, że aby dobrze i lekko pisać, trzeba dużo czytać. Taki mały truizm 🙂 Dlatego też, odkąd sięgam pamięcią, połykałam książki. Czytałam wszystko, co stanęło mi na drodze. Byłam jednym z tych dewiantów, którzy czytają wszystkie lektury szkolne i to na dodatek z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet jeśli jakaś książka mi się nie podobała lub miałam co do niej wątpliwości, doczytywałam ją do końca, czasami w strasznych męczarniach. Pewnie teraz część z Was mnie zlinczuje, ale numerem jeden wśród takich „książek – katów” jest dla mnie „Potop” Henryka Sienkiewicza. Chętnie bym sobie dała medal za przeczytanie tej książki mimo bólu, prawie fizycznego. Oczywiście, jest kilka takich książek, których nie dałam rady skończyć, mimo wielkiej samodyscypliny i szczerych chęci. Jedną z takich książek jest „Chleb na wody płynące” I. Shawa. Miałam do niej kilka podejść, ale… za każdym razem poddawałam się mniej więcej w jednej trzeciej drogi. Nie pamiętam dlaczego.

Nie chcę się teraz zagłębiać w poszczególne fascynacje i anty – fascynacje literackie. Zanim przejdę do książek traktujących o ciąży i macierzyństwie, chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na pewną zaskakującą zmianę w moim podejściu do czytania podręczników. Zawsze byłam straszliwie systematyczna i skrupulatna jeśli chodzi o naukę. Wyjątek stanowiła chemia, moja największa pięta achillesowa i porażka naukowa. Poza tym zawsze miałam dobrą pamięć i, rzecz jasna, wykorzystywałam to podczas nauki. Przygotowując się do egzaminów podczas studiów czytałam podręczniki od deski do deski (a wcześniej słuchałam wykładów) i to wystarczyło. Zapamiętywałam dużo i bardzo szczegółowo. Niestety na dość krótko. Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam się przygotowywać do porodu i macierzyństwa trochę tak, jak do dużego i trudnego egzaminu. Obłożyłam się z każdej strony książkami, czytałam dokładnie od początku do końca wszystko, co wpadło mi w ręce, zaznaczałam kolorowymi karteczkami interesujące rozdziały, tematy, tezy, tabelki. Teraz chce mi się z tego śmiać, ponieważ do tej pory ani razu nie chciało mi się sprawdzać, co na tych karteczkach napisałam, dużo łatwiej mi po prostu zajrzeć do indeksu pojęć z tyłu książki 😀

Teraz już wiem, że po porodzie i tak niewiele się pamięta z tego, co się przeczytało. Wszystkie szczegóły umykają. Co, kiedy, jak i po co dziecko ma robić? Jak my mamy reagować? W mózgu pustka. Jedyne co zapamiętałam, to że będzie bardzo ciężko i wpadałam codziennie w panikę myśląc: „Jak ja sobie dam radę?!”. Czytanie po prostu bardzo pomaga nam przejść przez ciążę, moim zdaniem. Dzięki temu możemy mieć poczucie, że oprócz naszych gabarytów, rosną też nasze kompetencje. I bardzo dobrze! Niech rosną. Po porodzie się bardzo przydadzą. Tak samo, jak przyda się podkreślana już nie raz przeze mnie intuicja i wiara w to, że postępujemy słusznie. Warto postawić sobie te książki w zasięgu ręki, żeby móc do nich zaglądać w razie potrzeby. Ja zaglądam codziennie.

Teraz czas na subiektywny przegląd literatury związanej z ciążą i macierzyństwem.

Wyróżnienie specjalne:

Należy się, moim zdaniem, książce „Język niemowląt” Tracy Hogg. Wokół tej pozycji jest wiele kontrowersji. Pani Hogg ma rzeszę swoich wielbicielek i drugie tyle – wrogów. Moim zdaniem, należy zachować zdrowy rozsądek i z każdej książki wybierać cos dla siebie i szybko zapominać o tym, co do nas nie przemawia. Dla mnie osobiście w tej książce zawartych jest kilka tez, które do mnie trafiają. Po pierwsze – o tym, jak ważne jest nauczenie się, co dziecko próbuje nam zakomunikować. Rozróżnianie rodzajów płaczu. Empatyczne dostosowywanie się do komunikatów dziecka. Zamiast – za przeproszeniem – wciskania cyca za każdym razem, gdy dziecko zapłacze – uważne słuchanie. Jeśli dziecko boli brzuch albo ma mokro, to się tylko tym cycem zdenerwuje. Bardzo ciekawym konceptem jest tzw. łatwy plan. Zakłada on wypracowanie kompromisu między temperamentem i potrzebami dziecka a rytmem dobowym, który rodzice chcą wprowadzić. W skrócie – mówi o tym, jak połączyć rytm dziecka z rytmem rodziców, aby obie strony były zadowolone. Polecam wgłębienie się w temat, bo – moim zdaniem – to naprawdę działa! Niektórzy czytelnicy zarzucają Tracy Hogg podejście treserskie do dzieci. Szczególnie oburzają się zwolennicy tzw. rodzicielstwa bliskości. Hogg pisze po prostu o tym, że dzieciom należy stawiać od początku granice i uczyć je samodzielności. Jest zagorzałą przeciwniczką spania z dzieckiem w jednym łóżku. Zgadzam się z nią w tej kwestii. Nie jest to jednak, moim zdaniem, tresura. To zdrowe wyznaczanie granic, dobre zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Polecam – przeczytajcie sami i się przekonajcie, czy to do Was przemawia, czy nie.

Moje hity:

1. „Umysł mamy” K.Ellison. O tej książce już pisałam TUTAJ. Bardzo ciekawa pozycja, obalająca stereotypy dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet po porodzie. Inspirująca i wciągająca, mimo iż jest to praca naukowa.

2. Dwie książki Australijki Kaz Cooke – „Ciężarówką przez 9 miesięcy” oraz „Dzieciozmagania”. Szczególnie polecam tę pierwszą, od samego początku ciąży. Jest tak śmieszna, że kilka razy łzy mi ze śmiechu po policzkach spływały. Oprócz błyskotliwych i bardzo zabawnych tekstów zawiera karykaturalne obrazki doskonale ilustrujące treść. Zawiera zarówno porady, jak i fragmenty ciążowego pamiętnika. Myślę, że każda „ciężarówka” znajdzie tutaj coś dla siebie. Ja przeczytałam tę książkę w całości chyba 10 razy.
„Dzieciozmagania” to kontynuacja „Ciężarówki” – ogromna cegłówa zawierająca porady dotyczące pierwszych pięciu lat życia dziecka. Istne kompendium wiedzy. Warto!

Dobre podręczniki:

Konkretne, fachowe, przejrzyste. Zawierają bardzo dużo praktycznych wskazówek. Można się nimi posłużyć jako ramami teoretycznymi w kwestii rozwoju.

1. Jolanta Zdzienicka – „Małe Dziecko” – dobre i na dodatek polskie! Wyczerpujące kompendium wiedzy na temat rozwoju dziecka w ciągu pierwszego roku jego życia. Sporo miejsca autorka poświęca żywieniu dziecka, pielęgnacji, leczeniu. Książka zawiera również przepisy dla dzieci z alergiami.

2. A. Eisenberg, H.E. Murkoff, S.E. Hathaway – „Pierwszy rok życia dziecka”. Opracowana w formie pytań i odpowiedzi wielka Biblia dla rodziców. Bardzo dużo przydatnych informacji. Rzetelne i konkretne odpowiedzi. Moim zdaniem powinna być w każdym domu.

3. T.B. Brazelton – „Emocjonalny i fizyczny rozwój twojego dziecka przez pierwsze lata życia: punkty zwrotne” – Brazelton to „ulubiony pediatra Ameryki”, wszechobecny również w podręcznikach z psychologii dziecka. Mądry facet 🙂 Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam, ale i tak uważam, że warto. Jedyne, co mnie w tej książce dołuje to fakt, że gdy porównam sobie jego podejście z tym, co spotyka nas w polskich gabinetach pediatrycznych, to mnie delikatnie rzecz ujmując trafia szlag! Nie spotkałam jeszcze pediatry tak uważnego, tak dokładnego jak on. Prezentowane przez niego holistyczne podejście do rozwoju dziecka bardzo do mnie trafia. Czy Wasi pediatrzy są zainteresowani rozwojem psychologicznym dziecka? Czy rozmawiają z Wami o Waszych domowych problemach? Brazelton to pediatra i terapeuta w jednym… Jeśli znacie takiego, to ja poproszę numer telefonu.

Warto znać, choć można bez nich przeżyć:

1. D. Maurer, Ch. Maurer – „Świat noworodka” – szczegółowo opisuje jak noworodek odbiera i przetwarza bodźce płynące ze świata zewnętrznego. Napisana jest dość sucho, ale temat jest na tyle ciekawy, że da się przebrnąć.

2. B. Cramer – „Dwa pierwsze lata – co się dzieje między matką, ojcem i dzieckiem” – Cramer to psychoanalityk, jeden z autorytetów w dziedzinie psychologii dziecka. Powiem szczerze – książka nie dla wszystkich. Nawet mnie jako psychologa drażni psychoanalityczne rozkładanie relacji na części pierwsze. Czasem mam wrażenie, że autor na siłę próbuje dostrzec pewne rzeczy tam, gdzie ich nie ma. Mam też wrażenie, że nie każdy chce i nie każdy powinien tak głęboko zaglądać w sferę emocji. Dlatego też osobom sceptycznie nastawionym do psychologii odradzam, bo się mogą tylko zdenerwować.

3. D. Kornas Biela – „Wokół początku życia ludzkiego” – jeden z podstawowych podręczników czytanych na studiach psychologicznych, na specjalizacji klinicznej dziecka. Zawiera szczegółowe informacje dotyczące tego, jak rozwija się płód oraz tego, co się dzieje z matką i ojcem wraz rozwojem dziecka. Moje zastrzeżenie – książka wydana jest przez katolickie wydawnictwo, zawiera więc dość stronnicze poglądy… Poza tym rzeczywiście zawiera dużo przydatnych informacji.

Niekoniecznie:

1. Anne Krueger – „Macierzyństwo. Pierwsze 12 miesięcy życia dziecka”
2. G.B.Curtis, J. Schuler – „Pierwszy rok życia twojego dziecka tydzień po tygodniu”
3. B. Nees – Delaval – „Będziemy rodzicami”

W skrócie – pierwsze dwie napisane bardzo chaotycznie. Za dużo informacji na raz. Poza tym wiele z nich jest już nieaktualnych w świetle nowych badań.
Ostatnia – zupełna do mnie nie przemówiła. Może i zawiera dużo informacji, ale jest nieciekawie napisana. Zawiera również makabryczne rysunki, które absolutnie wystarczą, żeby tę książkę zatrzasnąć z hukiem.

Lekki przerost formy nad treścią, ale w sumie śmieszne i dobrze się czyta:

1. Leszek K. Talko – „Dziecko dla odważnych” – zbiór bardzo śmiesznych felietonów znanego dziennikarza. Talko pisze o tym, jak z żoną codziennie zmagają się z dwójką dzieci z piekła rodem. Można się szczerze uśmiać. Jednak jeśli byśmy pominęli cały aspekt humorystyczny to przed naszymi oczami ukaże się obraz bardzo nieudolnego rodzicielstwa. Chaos, chaos, chaos i dzieci włażące bezradnym rodzicom na głowę. Mimo to polecam!

2. D. Port, J. Ralston – „Szkoła przetrwania dla przyszłych ojców” – nareszcie coś wyłącznie dla tatusiów! Śmieszna książka napisana bardzo łopatologicznie, skierowana do mężczyzn – jaskiniowców, którzy do tej pory nie umieli nic innego jak tylko pić piwo i chodzić na polowanie, a nagle muszą stać się odpowiedzialnymi ojcami. Podejrzewam, że dla niektórych panów to będzie bardzo odkrywcze doświadczenie… Z mojej perspektywy – warto, choćby dla fajnych przepisów. No i brawo za książkę dla ojców – nie ma ich zbyt wiele!

Uff… Trochę tego napisałam, a to tylko niektóre pozycje! Polecam przeglądać jak najwięcej książek, żeby móc z każdej wybrać coś dla siebie. I tak cała wiedza zostanie zweryfikowana przez życie, a najwięcej nauczymy się na własnych błędach.

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy;-)