Category Archives: ciąża

Sprawy ciężarówkowe

Kwestia biustu

Kwestia biustu

Kiedy byłam w ciąży myślałam, że nie ma nic prostszego niż karmienie piersią. Obserwowałam karmiące matki i sobie myślałam: „No banał – wystawiasz cyc, podajesz dziecku i już”. Wydawało mi się to proste i naturalne. Odkąd sama jestem matką wiem, jak wielki to mit… Jeśli jesteś matką, której dziecko od razu po przyjściu na świat instynktownie przyssało się do piersi – masz wielkie szczęście. Podobno większość kobiet ma na początku problem z karmieniem. Karmienie jest jedną z najczęstszych bezpośrednich przyczyn baby bluesowej fontanny łez.


Fot. Studio Qropka

Na początek przytoczę historię:

Czołowy warszawski szpital. Cztery kobiety w jednej sali. Dwie z nich mają problemy z karmieniem. Są to kobiety, które pierwszy raz rodziły, czyli nomen omen „pierworódki” (swoją drogą, kto wymyślił takie brzydkie określenie?!) Kilka godzin temu zakończyły poród. Są wykończone. Zbliża się noc, każda z nich, choć hormony jeszcze nie opadły, marzy o tym, żeby zasnąć i odreagować wielkie emocje. Martwią się jednak, że ich dzieci zamiast ssać, wolą spać. Nie wiedzą, czy przyczyną jest temperament dzieci, czy też dzieje się z nimi coś złego… W sumie powinny się cieszyć! Dziecko śpi, odpoczywa po porodzie, który przecież był dla niego równie trudny jak dla matki, a może nawet trudniejszy. Jest to doskonała okazja, żeby i matka mogła odpocząć.

Nastaje noc, do sali wparowuje położna. Podchodzi do jednej z kobiet, zaczyna budzić zarówno ją, jak i jej dziecko.
– Ssie? – pyta.
– Nie – odpowiada zaspana mama. A może powinna powiedzieć tak? Dla świętego spokoju… Ale która „pierworódka” by na to wpadła? Pokarm zaczyna się gromadzić. Piersi powoli stają się ogromne i obolałe.

Dziecko nie chce się obudzić. Położna zaczyna je bujać na wszystkie strony. Kiedy to nie pomaga, zaczyna mocno łaskotać śpiące dziecko po plecach i szczypać w udka. Następnie, kiedy to też nie pomaga, bierze wacik nasączony zimną wodą i przykłada go do twarzy dziecka dziecka. Zaskoczona takimi metodami i przerażona matka próbuje protestować. W odpowiedzi słyszy: „Dzieci muszą ssać! Chyba chce pani dla niego jak najlepiej?!”. Ta odpowiedź zamyka matce usta. Próby budzenia i przystawiania dziecka trwają całą noc. Kolejny dzień i następna noc wyglądają tak samo. Przychodzą kolejne położne. Za każdym razem pakują palec do buzi dziecka, żeby sprawdzić odruch ssania. Matka próbuje im tłumaczyć, że dziecko potrafi ssać, tylko woli spać! Sama próbuje sobie radzić jak tylko może z napływem pokarmu. W trzeciej dobie życia dziecka, matka popada w baby blues. Płacze, bo nie jest w stanie nauczyć swojego dziecka, jak ma ssać. Płacze, bo widzi, że niektórym przychodzi to bardzo naturalnie. Martwi się, że jest coś nie tak z nią lub z jej dzieckiem. Wątpi we własne kompetencje. Personel sugeruje dokarmianie sztucznym mlekiem. Kolejny raz – matka chce jak najlepiej dla dziecka, więc się zgadza. Z bólem w sercu patrzy, jak położna karmi dziecko ze strzykawki przez sondę.

W trzeciej dobie matka z dzieckiem zostają wypisani do domu. Muszą sobie poradzić sami. Muszą się siebie nauczyć. Wracają do domu i wszystko zaczyna się układać. Jest spokojnie, wygodnie, przytulnie, domowo. Szpital nie jest miejscem do nauki karmienia, ponieważ panuje w nim zgiełk, chaos i krwiożercza flora bakteryjna. Poza tym oddalenie od domu oraz sposób traktowania pacjentek przez personel może pogłębiać istniejące już problemy.

Takich historii słyszałam wiele. Zakończenia bywają różne. Niektóre mamy się poddają, bo nie mają wsparcia, nie mają możliwości skorzystania z pomocy poradni laktacyjnej albo zwyczajnie – są wykończone psychicznie.

Chciałabym przedstawić te kwestie dotyczące karmienia piersią, o których nie wiedziałam będąc w ciąży, a które uważam za bardzo ważne:

1. Karmienie piersią nie jest wcale takie proste – dziecko musi się tego nauczyć. Matka też.

2. Na początku karmienie jest bardzo niewygodne. Piekielnie boli kręgosłup. Wypracowanie sobie wygodnej pozycji przy karmieniu wymaga czasu i wprawy.

3. Często bywa tak, że laktacja ma zmienne natężenie. W związku z tym rozmiar biustu może się dość mocno wahać. Zakup stanika do karmienia powinien mieć miejsce dwa razy – tuż po porodzie i w kilka – kilkanaście tygodni po, kiedy laktacja jest już unormowana.

4. Restrykcje dotyczące tego, co wolno jeść a czego nie, są gorsze niż w ciąży. Podobnie z lekami – prawie nic nie można brać. Dzięki temu wiele osób może się wyleczyć z niepotrzebnej lekomanii:-) Z drugiej strony leczenie silnego przeziębienia sokiem malinowym potrafi wlec się w nieskończoność…

5. Podczas karmienia boli brzuch, czasami nawet bardzo – zwłaszcza tuż po porodzie. Wszystko to za sprawą oksytocyny, która wywołuje obkurczanie się macicy (to w sumie bardzo dobrze, dzięki temu brzuch maleje bardzo szybko).

6. Warto też wiedzieć, że baby blues to nie koniec huśtawek hormonalnych. Przy każdym karmieniu dostajemy znów endokrynologicznego kopa. Ten kop odpowiada za to, że w jednej chwili można z nami normalnie porozmawiać, a w drugiej zalewamy się fontanną łez wywołanych rozczuleniem na widok swojego dziecka.

7. Podczas karmienia strasznie, ale to strasznie chce się spać. Winowajcą jest prolaktyna, „hormon łagodności”. Odpowiada za nasz rzewny nastrój i tkliwość, a także za tą nieodpartą ochotę na sen. Nasz mózg krzyczy: „SPAĆ!”. Najlepiej od razu, tu i teraz! W związku z tym polecam ustawić fotel do karmienia tuż przy łóżku. Radzę też, żeby ktoś Was pilnował w czasie nocnych karmień. Mnie się zdarzyło kilka razy przysnąć kamiennym snem i obudzić się z niewyobrażalnym bólem karku. Zawsze można też karmić na leżąco, nie każdy jednak lubi.

Na koniec punkt najistotniejszy. Zanim zostałam matką, nie byłam do końca świadoma tego, jak silna więź łączy matkę z dzieckiem. Dopiero doświadczenie tego na własnej skórze uzmysłowiło mi, jak silne jest to uczucie i jednocześnie uzależnienie. Karmienie piersią dodatkowo pogłębia tę więź. Rozdzielenie na dłuższą chwilę (w moim przypadku ponad 2 godziny) wywołuje tęsknotę z niczym nie porównywalną, wymieszaną z całym spektrum różnych uczuć, których opisać nie jestem w stanie. Tęsknotę tę czuje się w głowie, w sercu i … w piersiach.

Warto już podczas ciąży przygotować się psychicznie na potencjalne kłopoty z karmieniem. Polecam też przemyśleć sobie, co zrobimy, kiedy z jakiegoś powodu karmić naturalnie nam się nie uda. Moim zdaniem, najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że bez względu na to, jakie karmienie ostatecznie wybierzemy, będzie dobre dla naszego dziecka. Ja uparłam się na karmienie naturalne i udało mi się. Jeśli jednak karmienie piersią jest dla matki zbyt trudne i decyduje się ona zrezygnować, to jest to lepsze wyjście niż robienie czegoś na siłę. Nie ma nic gorszego niż stres. Zrelaksowana, pogodna i spokojna mama podająca butelkę jest równie dobrą mamą, jak ta, która karmi piersią. Jak już kiedyś wspominałam, uzbrojone w wewnętrzną siłę, optymizm i wiarę we własne matczyne kompetencje, jesteśmy w stanie dać dziecku wszystko, co najlepsze i tym samym cieszyć się z macierzyństwa.

http://www.youtube.com/watch?v=5ppsiKl6udI

Po raz kolejny – trzymam kciuki za wszystkie mamusie!

Partnerstwo dla (s)pokoju

Partnerstwo dla (s)pokoju

Na rozgrzewkę przed tym tematem proponuję ładny kawałek:

Moim zdaniem głos Indii Arie to jeden z cudów świata…

Ale do rzeczy! Pewnie nie raz zastanawialiście się, jak dziecko wpływa na związek dwojga ludzi. Jedno jest pewne – wpływa bardzo. Jak wpłynie i w którą stronę związek podąży – to zależy… Od czynników takich, jak poziom zaangażowania, jakość związku przed zajściem w ciążę, zachowanie partnerów w czasie ciąży (ileż się nasłuchałam historii o cudownych przemianach prawdziwych zbójów w kochających ojców i partnerów) itp. Nie ukrywajmy, że zajście kobiety w ciążę to jest prawdziwa rewolucja w domu. Kończy się życiowy „miodowy miesiąc”. To wszystko brzmi jak banał, jeśli się samemu przez to nie przejdzie. Już od momentu pojawienia się brzuszka, jesteście we troje. Natura dała nam 9 miesięcy na to, żeby zrobić miejsce dla trzeciego obywatela w domu, w sercu i w umyśle. Większość z nas musi się tego nauczyć i wykonać gigantyczną pracę psychiczną. Ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać… Mam dziś zamiar napisać kilka słów ku chwale ojców. Matki – wiadomo – przechodzą największą rewolucję, ich ciało podlega zmianom, na które nie mają wpływu, szaleją w nich hormony, nastrój waha się z minuty na minutę, stają się przeczulone na punkcie swoim i dziecka, łatwo je zranić, zasmucić, ale też bardzo rozzłościć. Mało się mówi o tym, jak wściekłe bywają ciężarne! Prawdziwe jędze!

Sama to przeżywałam. Wstajesz rano i po prostu nie wiesz dlaczego rozsadza Cię wściekłość na cały świat. Masz ochotę przywalić facetowi, który idąc ulicą pali papierosa wywołując u Ciebie odruch wymiotny. Masz ochotę zamordować sąsiada, który o 12 w południe przybija gwóźdź do ściany budząc Cię po 14 godzinach snu (a Ty nie masz dosyć spania, wręcz przeciwnie!). Pomijając to wszystko, oczywiście cieszysz się i czekasz na dziecko, przygotowujesz się jak szalona, robisz tabelki z zestawieniem rzeczy, które trzeba jeszcze kupić i zrobić przed porodem. Ja miałam taką z podziałem na miesiące i samozliczającym się budżetem:) Od połowy ciąży jesteś spakowana do szpitala. Od początku trzeciego trymestru nie śpisz w nocy, ciągle myślisz o porodzie i o tym, co będzie dalej. Cieszysz się i ekscytujesz, ale też smucisz i boisz.

No, ale przecież miało być ku chwale panów! Pamiętajcie, że to oni – nasi partnerzy, mężowie, narzeczeni – po ciężkim dniu w stresującej pracy są emocjonalnym workiem treningowym dla takiej ciężarnej… Słuchają cierpliwie tego, co mówimy, a czasem wykrzykujemy. Każdy inny człowiek już dawno wyszedłby do baru z kolegami. A on zostaje i pocieszy i nigdy nie powie, że nasz problem to nic takiego… Jak już urodzisz dziecko i hormony powodujące Twoje szaleństwo opadną, to przypomnisz sobie te sytuacje i zaczniesz dostrzegać, jakiego bohatera masz w domu. Naprawdę! Warto im o tym mówić, że widzimy, że wiemy, że doceniamy…

Na ogół jednak po porodzie wracamy do domu i przytłacza nas jazda bez trzymanki jaką są pierwsze tygodnie macierzyństwa. Nikt nam nie powiedział, nikt nie ostrzegł, jak hardcorowe są te dni… Nasze ciało jeszcze obolałe, psychika nadal pod wpływem hormonów i ciągle w szoku poporodowym, a my od razu jesteśmy rzucane na głęboką wodę. Na początku nie potrafimy się jeszcze dobrze dogadać ani ze sobą, ani z dzieckiem, ani z partnerem, który chce bardzo pomóc, ale nie do końca wie jak. Wszyscy troje jesteśmy zieloniutcy jak oliwki!

Podobno w tym momencie następuje najwięcej kryzysów małżeńskich i najwięcej rozwodów. Nic dziwnego. Obydwoje zmęczeni, niewyspani i wyeksploatowani do granic możliwości. Każdy chciałby choć przez chwilę pomyśleć wyłącznie o sobie, a nie o tym, jak pomóc drugiej osobie albo czy w danym sklepie będą takie pieluchy, jakie są nam potrzebne. Moja rada – przeczekać. Przeczekać aż miną 3 miesiące. Jest to średni czas, po którym następuje oswojenie się z nową sytuacją. Dopiero wtedy można na „trzeźwo” podejmować wszelkie decyzje. Wcześniej nie jesteście sobą, jesteście zombie.

Jedno jest pewne – pojawienie się dziecka to ogromna próba dla związku dwojga ludzi. Czasem nawet długoletnie związki oparte na szaleńczej miłości kończą się w okamgnieniu, bo np. było fajnie, jak było Was dwoje, a we troje już trochę gorzej… A z drugiej strony zdarzają się klasyczne „wpadki”, które nie wróżą nic dobrego, a okazuje się, że wraz z rozwojem dziecka rozkwita wielka miłość.

Dlatego – dążąc ku podsumowaniu – chciałabym zachęcić do tego, żeby się nawzajem słuchać, dużo rozmawiać, dawać sobie możliwość uwolnienia od domu choć na chwilę (niech każde z Was ma raz w tygodniu tylko swoje wyjście), przede wszystkim – szanować się nawzajem, nie krytykować i nie wchodzić sobie w kompetencje… Jeśli do tego dodać miłość i zaangażowanie, to nie ma powodu, żeby się Wam nie udało! Powodzenia:-)

Sobota

Sobota

Dziś jest sobota. Jesteśmy w domu we trójkę, w związku z tym jestem trochę mniej zmotywowana do działania niż w ciągu tygodnia. Może dlatego, iż nie muszę wszystkiego robić sama i następuje rozproszenie odpowiedzialności (czytaj: każdemu z nas się wydaje, że druga osoba zrobi to, co trzeba zrobić albo że niektóre rzeczy zrobią się „same”, rezultat jest zazwyczaj dość marny). Mały śpi, więc postanawiam spisać swoje przemyślenia. Przez całą ciążę pisałam dziennik, którym chętnie się kiedyś podzielę. Czasami do niego wracam i jestem zdumiona, jak wielkie przemiany nastąpiły w moim sposobie myślenia – i czucia – przez te 9 miesięcy. Ciąża to nie tylko czas ogromnych zmian fizycznych – to również czas rewolucji kobiecego umysłu. W ciąży ciało wymyka nam się spod kontroli. Dla mnie, mimo wielu uroków, był to czas dosyć uciążliwy. Zgaga, ból kręgosłupa, huśtawki nastroju, poczucie ociężałości – to ostatnie szczególnie nieznośne dla mnie, człowieka wysportowanego i miłośniczki lekkości. Na dodatek problemy z krążeniem i katar non stop przez 9 miesięcy. Faktycznie błogosławiony stan… Na dodatek trzeci trymestr mojej ciąży przypadł na lipiec, sierpień i wrzesień– miesiące rekordowo upalne w 2010 roku. Wystarczy, że w ciąży jest gorąco od hormonów i wzmożonego krążenia krwi. Jeśli dołożyć do tego czterdziestostopniowy upał, to można zwariować. Pierwszy raz w życiu płakałam z gorąca. Czułam się bezsilna.  Nasze mieszkanie znajduje się na 5 piętrze bloku z wielkiej płyty na warszawskich Bielanach. Zachwyciło nas tym, że jest bardzo słoneczne… Okazało się to prawdziwym przekleństwem.  Podczas mojego ciężarnego lata nocą w naszej sypialni temperatura dochodziła do 37 stopni. Jak sobie to przypominam, to robi mi się słabo…


fot. Studio Qropka

No, ale do rzeczy, dosyć tych koszmarnych wspomnień. Rewolucja w umyśle! W czasie ciąży przeczytałam bardzo ciekawą książkę pt. „Umysł mamy”, autorstwa Katherine Ellison. Jest to książka przedstawiająca liczne bardzo ciekawa badania dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet w czasie ciąży i już po urodzeniu dziecka. Zanim stałam się mamą zawartość tej książki była wyłącznie ciekawą teorią. W tej chwili już wiem, że to, o czym K. Ellison pisze, to prawda. Tuż po porodzie faktycznie czułam się jak jeden wielki „Mommy’s Brain” (jest to określenie stanu otępienia umysłowego, jakiego doświadcza młoda mama po urodzeniu dziecka). Hormony, zmęczenie, rozkojarzenie, to wszystko razem wzięte sprawiło, że zachowywałam się i czułam jak półmózg. Jednak – jak już upłynęły 3 miesiące, kiedy mój syn i ja nauczyliśmy się siebie trochę lepiej, kiedy przyzwyczaiłam się do pewnej regularności w nieregularności, do pobudek w nocy i intensywnego planu dnia – poczułam ogromną zmianę na plus. Dodam tylko na marginesie, że nasz syn jest wyjątkowo spokojny – w sumie dużo śpi, dobrze je i jest bardzo pogodny, nie miał kolek i chyba od początku wiedział, kiedy jest noc, a kiedy dzień. To, że jest taki spokojny wcale nie zmienia faktu, że nasze życie zostało wywrócone do góry nogami. Wracając do tematu – kiedy już minęły te magiczne 3 miesiące, to zaczęłam dostrzegać i doceniać zmiany, jakie we mnie zaszły. Najprostsza i najlepiej zauważalna zmiana to wyostrzenie zmysłów. Węch wiedźmina, wzrok sokoła (mimo krótkowzroczności), słuch Mozarta (w sumie zawsze miałam super słuch, a teraz to już jest jakaś przesada) . Na dodatek nagle zaczęłam być maszyną wielofunkcyjną, która się nie rozdrabnia i potrafi wykonać wiele zadań w bardzo krótkim czasie. Jak byłam nie- mamą, nawet mi się nie śniło, że tak można.  Kiedyś przez pół dnia potrafiłam się zbierać do zrobienia jednej rzeczy (zwłaszcza w ciąży…), a teraz potrafię gotować, sprzątać, prać, prasować, rozmawiać przez telefon, oglądać film i zabawiać dziecko jednocześnie. Grunt to dobra organizacja i całkowite wyeliminowanie ze swojego życia opieszałości. Wydaje mi się, że w chwili obecnej byłabym lepszym pracownikiem niż kiedyś…
A tak oto wygląda rzeczona książka:

A oto mój sposób na to, żeby robić swoje podczas, gdy dziecko jest aktywne. Przykład: dzień wczorajszy.  Jak co rano – odkurzanie całego mieszkania (mamy dwa koty), śniadanie, kąpiel, sprzątanie szafek w kuchni , prasowanie, zakupy i ugotowanie obiadu. Jeśli chodzi o kąpiel, zazwyczaj wykorzystuję na nią czas porannej drzemki syna. Pozostałe czynności wykonuję podczas jego normalnej aktywności. Nie chcę, żeby czuł się opuszczony i samotny, więc kładę go na kocyku na podłodze lub w leżaczku, ustawiam twarzą do siebie, zajmuję się daną rzeczą i opowiadam mu, co właśnie robię. Pokazuję mu, co jem na śniadanie, opowiadam dlaczego postanowiłam właśnie posprzątać, ostatnio pokazywałam mu, jak się prostuje włosy prostownicą. Banalne, prawda? Mój synek bardzo mi się przygląda i wyraźnie lubi słuchać , jak do niego mówię, zwłaszcza gdy przeplatam opowieść piosenkami lub tańcem. Przyznam, że i ja mam z tego uciechę…  Szczerze zachęcam do takiego kontaktu z dzieckiem. Oczywiście, często też znajduję czas, żeby się z nim po prostu pobawić, a nie faszerować instruktarzem sprzątania i dbania o urodę (mam nadzieję, że mu to nie zaszkodzi, tak nawiasem mówiąc). Jednak dlaczego miałabym nie zajmować się swoimi sprawami podczas, gdy on jest aktywny? Poza tym zachęcam też do tego, żeby się nie bać od czasu do czasu pozostawić dziecko samemu sobie w łóżeczku, jeśli nie płacze i się bawi. Dzięki temu nauczy się zajmować sobą i nie będzie musiało być później za wszelką cenę zabawiane. Takie podejście nie czyni ze mnie złej matki, tylko normalną kobietę, która mądrze dokonuje wyborów dotyczących tego, jak chce wychować swoje dziecko. Zależy mi na tym, żeby mój syn był dobrze „zaopiekowany”, a jednocześnie od małego uczył się samodzielności. Zachęcam do rozwagi i unikania skrajności, do wybierania opcji optymalnych i dostosowanych zarówno do dziecka, jak i do nas samych. W naszym przypadku jest tak, że mały śpi zawsze w swoim łóżeczku. U innych sprawdzi się system spania z rodzicami. Osobiście nie jestem fanką tego drugiego rozwiązania, ale też rozumiem, że zdarzają się dzieci tak trudne i marudne, że rodzice po prostu kapitulują. Nie rozumiem jednak sytuacji, kiedy większe dzieci śpią z rodzicami w łóżku, podczas gdy dawno powinny być nauczone samodzielnego zasypiania we własnym łóżeczku… Ale nie chcę tu moralizować. Chcę tylko pokazać, jak jest u mnie, żeby czytelnicy mogli wybrać z tych rozwiązań takie, jakie będą im odpowiadać i pasować do ich kontekstu. Jednym z takich kontrowersyjnych tematów, które zamierzam poruszyć jest tzw. chustowanie oraz odwieczny dylemat: wózek czy chusta. Oczywiście odpowiedź jest prosta: Jak kto woli! Chciałabym jednak opowiedzieć, jak to się u nas zaczęło i jak jest w tej chwili.

Chciałabym podkreślić – nie jestem typem mamy, która będzie wybierała dla dziecka produkty wyłącznie hipoalergiczne, bez konserwantów i nie jadła nic oprócz chleba, żeby dziecko nie dostało wysypki. Mój syn jest karmiony wyłącznie piersią na razie, jednak zamierzam już wkrótce zacząć wprowadzać pierwsze słoiczki. Nie rozumiem idei Baby Led Weaning i nie zamierzam jej wprowadzać w życie. Jednak może do kogoś z Was przemówi, więc zachęcam do lektury na ten temat. Czym jest BLW można przeczytać na Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Baby-led_weaning.
Póki co karmię piersią, w tej chwili co 3-4 godziny. Od początku piję piwo Karmi (doskonale działa na laktację), jem nabiał w każdej postaci (doskonale działa na mnie i sprawia, że zęby mi nie wypadają), od czasu do czasu zjem smażonego kurczaka (bo lubię). Codziennie zjadam kostkę czekolady lub kawałek sernika z kakaową kruszonką, bo to czysta przyjemność. Mojemu dziecku nic nie jest. Piję jedną kawę dziennie, bo to podstawa mojego poranka i wisienka na torcie dla mojego śniadania. Uważam, że pranie wszystkich rzeczy w proszkach ekologicznych i przestawienie się na skrajnie zdrową żywność hoduje nam pokolenie wychuchanych alergików. Jak my byliśmy mali, to nic nie było i jakoś żyliśmy. Proszki to była hardcorowa chemia, ale nikt z nas nie miał poparzeń III stopnia. Dlatego piorę ubranka syna w zwykłej Loveli. Tak naprawdę, to i tak jest nadmierna ostrożność, bo przecież i on codziennie ma kontakt z naszą odzieżą, praną w zwykłym Persilu – jakoś nie zauważyłam, żeby przytulając się do mojej bluzy dostawał wysypki. Karmić piersią zamierzam maksymalnie rok i to od 5 miesiąca tylko co któreś karmienie. To miło, że są różne zalecenie WHO i innych, ale każda matka ma swój rozum i każde dziecko jest inne, więc nie należy tych zaleceń ślepo słuchać. Mój syn już teraz łapczywie patrzy jak pożeram swoje śniadanie, więc myślę, że to kwestia kilku tygodni, kiedy zacznie mi naprawdę zaglądać do talerza. Wtedy podam mu pierwszy słoiczek, który już zakupiłam i który czeka na swoją premierę.

Zboczyłam z tematu chustowo – wózkowego. W sumie to celowo, bo uznałam, że trochę za dużo dziś o dzieciach. Czas na przerywnik.  Zmieńmy klimat na kwestie urody:-) Jak już pisałam poprzednio, uwielbiam czuć się pięknie. Jak tylko zaczyna mi doskwierać brak nowych ciuchów, zniszczone buty, czy za długa grzywka, popadam w nieukojony popłoch. Jedynym lekarstwem jest zdecydowane działanie. Dlaczego też kilka dni temu wybrałam się do Arkadii na zakupy. Teraz powiem coś zapewne zaskakującego – robić zakupów NIENAWIDZĘ. Nigdy nie lubiłam latania po sklepach. Zawsze jest mi zbyt duszno, za ciepło, od razu robię się głodna i zła. Zazwyczaj wparowuję do sprawdzonych sklepów, rozglądam się za wymyśloną wcześniej kolorystyką, porywam z wieszaka coś, co mi wpada w oko jeśli jest mój rozmiar i – jak mi się chce to przymierzam, a jak nie, to idę prosto do kasy. Nie zdarzyło mi się jeszcze kupić czegoś nietrafionego. Jeśli chodzi o te sprawdzone sklepy, które nigdy mnie nie zawiodły, to jest to Zara i Mango. Jeśli chodzi o rozmiarówkę, to w Zarze mogę kupować na ślepo, w Mango nie zawsze. No, ale wracając, kupiłam sobie w Zarze dwie tuniki, a w Mango koszulę i powalającą sukienkę. Mimo, iż zmęczyłam się przeokrutnie, spociłam i zziajałam (uroki zakupów w zimie, kiedy na zewnątrz mróz, a Ty w rajstopach pod spodniami i puchowym płaszczu), to efekt końcowy jest dla mnie gratyfikujący. 

Bardzo polecam też pewien produkt dla matek karmiących. Są to biustonosze Hotmilk. Koleżanka mi poleciła taki sklep – Lady’s Place Biuściasty Zakątek (http://www.ladysplace.pl/). Sklep znajduje się w Metrze Centrum na piętrze. Jest to chyba jedyny sklep stacjonarny z Hotmilkami w Warszawie. Naprawdę, kobiety, wyrzućcie wszystkie inne biustonosze. Hotmilk ma przede wszystkim piękne i bardzo seksowne wzory. Może pamiętacie tę kampanię reklamową Hotmilka?

Ja mam model Her Midnight Charm was Striking (taki, jak ta pani w powyższej reklamie). Jestem zachwycona. Żaden ze staników, które do tej pory miałam, nie trzymał tak dobrze biustu – a to przecież podstawa w czasie laktacji. Poza tym mają szeroką rozmiarówkę. Tuż po porodzie wypróbowałam biustonosze następujących firm: Alles, Anita, Triumph, H&M i powiem szczerze, że wszystkie można wyrzucić na śmietnik. W ogóle nie trzymają biustu (no może z wyjątkiem Anity, który tuż po zakupie był ok), rozciągają się po kilku dniach noszenia i przestają się nadawać do czegokolwiek! Zatem drogie panie, marsz do sklepu po Hotmilk, wtedy zrozumiecie, co to znaczy sexy mama i nie będziecie mogły oderwać wzroku od własnego dekoltu, naprawdę:-)

Najlepsze pomysły rodzą się niespodziewanie

Najlepsze pomysły rodzą się niespodziewanie

Jestem mamą. 16 tygodni temu urodziłam syna. Mamą zaczęłam się czuć począwszy od dnia, kiedy zobaczyłam dwie kreseczki na teście ciążowym. To już w sumie wiele miesięcy ogromnej miłości. Nowa rola dodała mi siły i pewności siebie. Dodała spokoju i cierpliwości, dzięki którym lepiej radzę sobie ze swoimi emocjami oraz jestem w stanie udźwignąć różne emocje mojego syna i pomóc mu przetrwać trudne chwile związane z rozwojem. Bo taki rozwój niemowlęcy to nie przelewki. Ten biedny mały człowiek wszystko przeżywa po raz pierwszy. Nie zna jeszcze siebie, nie potrafi się komunikować, więc to wszystko, co widzi, słyszy i czuje musi go napawać przerażeniem. Od tego jestem ja, mama, żeby przedstawić mu ten świat w ciepłych kolorach.

W sumie jednak nie o tym chciałam pisać… Pomysł na tego bloga powstał dzisiaj, zupełnie nagle, podczas cotygodniowych zakupów w Rossmanie. Przyszedł mi do głowy gdzieś między mydłami a szamponami. Wpadł i już. Podobne pomysły kiełkowały już kiedyś w mojej głowie, ale po raz pierwszy zobaczyłam to tak wyraźnie. Chcę pisać o kobiecości. To ma być blog dla kobiet, które są matkami lub planują nimi być, a jednocześnie czują potrzebę bycia sobą, nadal tą samą osobą, która kiedyś nie była matką, nie była nawet w ciąży. Dla tych kobiet, które między czytaniem bajek, gotowaniem i zakupami lubią znaleźć czas wyłącznie dla siebie.

Jestem nie tylko mamą. Jestem kobietą, która lubi siebie, lubi swoje ciało, lubi się podobać. Wzbogacona o doświadczenia macierzyństwa, czuję się bardziej pewna siebie. Jestem kobietą, która nadal kocha wysokie obcasy, choć chwilowo ich nie zakłada (żeby nie wywalić się na śniegu z dzieckiem zawiązanym w chuście). Nadal zdarza mi się obejrzeć za atrakcyjnym mężczyzną mijanym na ulicy. Bardzo lubię czuć się piękna. Codziennie nakładam makijaż i układam włosy. Lubię czuć się świeżo i atrakcyjnie. Po zakończonym połogu wzięłam się ostro za ćwiczenia. Co drugi dzień ćwiczenia aerobowe (dzięki Ci, Boże, że te 5 czy 10 lat temu przypadkiem kupiłam Shape z płytą z ćwiczeniami „bikini – body”), co drugi lżejsze ćwiczenia body isolation (salsowe) i rozciąganie. Niby dlaczego będąc mamą nie mogę mieć pięknego i ponętnego ciała (a przynajmniej chcieć mieć)?

Jestem kobietą, która szuka wokół siebie inspiracji i chce się czuć szczęśliwa i spełniona – także poza macierzyństwem. Interesuje mnie muzyka, moda, książki, kino. Jak każda kobieta potrzebuję od czasu do czasu wyjść z domu bez dziecka, kupić sobie coś ładnego do ubrania, poczuć się pięknie, spotkać się ze znajomymi czy nawet napić się piwa… Czy to wszystko czyni mnie złą matką? Czy zostając mamą kobieta musi być skazana na to, że zawsze już będzie miała beznadziejną fryzurę, poplamione ubranie i będzie się czuła nieatrakcyjna jako kobieta oraz jako człowiek dla osób spoza kręgu matek?

Ten blog będzie miejscem, w którym zamierzam dzielić się swoimi inspiracjami oraz przemyśleniami związanymi z codziennymi przygodami. Ktoś może pomyśleć – a co ciekawego może przeżywać matka przebywająca na urlopie macierzyńskim? Otóż wszystko zależy od tego, jak spoglądamy na świat. Tak naprawdę cała sztuka polega na tym, żeby cieszyć się drobiazgami i dostrzegać te wszystkie fantastyczne rzeczy w szarej rzeczywistości. Zapraszam do oglądania, czytania i słuchania.