Monthly Archives: Styczeń 2011

Co się stanie, jak puszcze Twoją rękę – czyli o tym, jak dzieci poznają świat i uczą się go

Co się stanie, jak puszcze Twoją rękę – czyli o tym, jak dzieci poznają świat i uczą się go

Nie wiem, jak Wy, ale ja jako dziecko byłam bardzo energiczna. Zwłaszcza w pewnym wieku, kiedy odkryłam, że nogi służą nie tylko do chodzenia, ale również do biegania. Wraz z rozwojem zmysłów i motoryki, chciałam poznać jak najwięcej świata. Jednym z naturalnych etapów w rozwoju każdego dziecka (a przynajmniej większości) jest robienie rzeczy, których mu nie wolno, co przejawia się dość często w najzwyklejszym na świecie zwiewaniu gdzie pieprz rośnie, jak tylko rodzic odwróci głowę.

Pamiętam kilka spektakularnych ucieczek, które miały miejsce w bardzo wczesnym dzieciństwie. To ciekawe, że pamiętam je tak wyraźnie, mimo iż miałam wówczas 3 – 4 lata. Ktoś – zapewne jakiś psycholog i do tego sceptyk – mógłby zasugerować, że mogą to być tzw. fałszywe wspomnienia, czyli takie, które powstały w mojej głowie już po fakcie, na podstawie tego, co zasłyszałam od innych na temat danego zdarzenia. Częściowo może to być prawdą. Jednak nikt – nawet najlepszy psycholog i do tego największy sceptyk – nie wmówi mi, że te emocje, które wtedy czułam ktoś włożył mi do głowy. Jestem pewna, że one były moje i były silne – tak silne, jak tylko mogą być emocje małego dziecka, które wszystko przeżywa po raz pierwszy.

Nie wiedzieć czemu, dzieci uwielbiają uciekać rodzicom w miejscach najmniej odpowiednich, takich jak np. brzeg morza (wbiegają na falochron), centrum handlowe (pędzą w stronę ruchomych schodów), zatłoczona ulica (od razu kierują się w stronę jezdni). Ja namiętnie uciekałam mojej mamie podczas weekendowych zakupów. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w zamierzchłych czasach naszego dzieciństwa nie było komputerów i Play Station, w moim mieście było jedno kino, które nawet nie śniło jeszcze o 3D. Najfajniejszą zabawką miejską były takie automaty na żeton/monetę, najczęściej w kształcie zwierząt. Trzeba było się na to coś wdrapać, wrzucić żeton/monetę, wcisnąć guzik i zaczynała się prawdziwa zabawa! Słoń/koń/żyrafa/tygrys PO PROSTU zaczynał się bujać! I to przez jakieś 3-5 minut. Radość była z niczym nieporównywalna. Wracając do moich ucieczek – sprawa była o tyle łatwa, że wiadomo było, gdzie mnie znaleźć. Zawsze uciekałam w miejsce, gdzie stał wspomniany automat. Siadałam sobie i czekałam aż zacznie się bujać.

Zdarzały się również ucieczki grupowe, prawdziwe spiski niczym ucieczki więźniów. Wraz z dwojgiem moich przyjaciół, dziewczynką I. (tą samą, z która później paliłam Camele Lighty po raz pierwszy w życiu) oraz chłopcem A. I. była w moim wieku, A. był nieco młodszy. Bardzo często spotykaliśmy się u nich w domu. Rodzice siedzieli przy kawie i ciastkach na pierwszym piętrze, a my we troje bawiliśmy się na parterze lub na podwórku.
Któregoś razu, kiedy miałam 4 lata (a może 3, a może 5? dokładnie nie pamiętam…), wyjątkowo nam się nudziło. Wszystkie sprawdzone dotąd zabawy przestały nas interesować. Wtedy też wpadliśmy na świetny pomysł, żeby pójść na spacer. W tym miejscu pragnę obalić stereotyp, że chłopcy są inicjatorami wszelkich psot. Zaręczam, że dziewczynki to zło wcielone. Nie dość, że psocą, to jeszcze mają loczki, wielkie oczy i niewinny uśmiech. A potem zwalają winę na chłopców. Chcąc dobrze na spacerze wyglądać, przejrzeliśmy szafę mamy I. Wyciągnęliśmy szpilki i torebki. A. przyglądał się spokojnie i z zaciekawieniem, ale ani szpilek nie wziął, ani torebki. Za to my, I. i ja, założyłyśmy trzy razy za duże buty, każda wzięła po torebce i tak przygotowani wyszliśmy z domu. Rodzice niczego nie zauważyli. Wystarczyło tylko przekroczyć bramę wejściową! Udało się!

Wydaje mi się, że żadne z nas nie miało świadomości, że robimy coś złego. Po prostu nam się nudziło. Poszliśmy na plac zabaw, a stamtąd postanowiliśmy udać się na cieszyński Rynek. Przemierzyliśmy spory kawałek. Pamiętam, że na widok ojca I. wysiadającego z samochodu, zamiast grzecznie się zatrzymać, rzuciliśmy się do ucieczki. W szpilkach było ciężko, więc daleko nie uciekliśmy. Przez dwa tygodnie nie mogłam oglądać dobranocki. No i o słoniu na żetony też nie było mowy.

Druga ucieczka ze wspólnikiem, a w zasadzie wspólniczką, miała miejsce niedługo później. Spędzałam cały dzień u mojej babci. Podczas gdy babcia gotowała obiad, bawiłam się na podwórku z moją koleżanką S. Koleżanka była wyjątkowo spokojną i ułożona dziewczynką. Obie miałyśmy wózki z lalkami. Nagle wpadłam na genialny pomysł, że zamiast jeździć w kółko po podwórku, możemy pojechać do mnie do domu i pobawić się moimi zabawkami. Niewiele się zastanawiając po prostu ruszyłam w stronę domu. Koleżanka poszła ze mną. Obie pchałyśmy wózki z lalkami. Dorosłemu człowiekowi przejście dystansu od babci do mojego domu zajęłoby około 10 minut, więc nam pewnie dwa razy tyle. Pamiętam, że doszłyśmy prawie pod same drzwi i ktoś – nie pamiętam już kto – nas złapał. Nie przypominam sobie, jaką dostałam karę od swoich rodziców. Pamiętam jednak bardzo wyraźnie swój wielki smutek, kiedy mama S. zabroniła jej się ze mną bawić. A ja po prostu chciałam jej pokazać swoje zabawki! Nie przyszło mi do głowy, że nikogo nie ma w domu, a ja nie mam kluczy. Dzieci nie myślą o takich drobnostkach…

Ostatni raz uciekłam mamie jakiś czas później. Poszłyśmy do Domu Towarowego przy ul. Armii Czerwonej (obecnie Rossman przy ul. Głębokiej). Była sobota, w sklepie był tłum ludzi. Nagle puściłam rękę mamy i zaczęłam biec przed siebie. Chwile później zorientowałam się, że idę pod prąd w tłumie ludzi, którzy mnie nie widzą. Widziałam tylko płaszcze, paski, torebki. Żadnych twarzy. Parę razy ktoś mnie trącił. Bardzo się przestraszyłam. Tak bardzo, że zawróciłam. Znalazłam mamę, która zdążyła się bardzo zmartwić. Nigdy więcej nie uciekłam.

Te wszystkie wspomnienia wróciły do mnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że mój synek bardzo szybko rośnie i lada chwila zacznie się sprawnie poruszać. Zacznie eksplorować świat. Już w tej chwili z ogromnym zaciekawieniem się rozgląda, sięga rączką w stronę interesujących go przedmiotów. To wszystko jest naturalne w jego rozwoju i dobre. Chęć poznania jest jednym z podstawowych napędów człowieka. Dziecko, otwierając swe zmysły na świat, naturalnie chce podążyć w stronę tego, co widzi, słyszy, czuje. My rodzice, nie możemy stawiać dzieciom zbyt wielu ograniczeń, tylko dlatego, że się boimy, że dziecku stanie się krzywda. W czasie mojego dzieciństwa nie było strzeżonych osiedli, dzieci bawiły się na podwórkach, wspinały się po drzewach. Obecnie panuje tendencja zamykania się w domu, niestety. A przecież świat jest od tego, żeby go smakować.

Wracając do ucieczek – większość rodziców przechodzi przez ten etap w rozwoju swojego dziecka. Pamiętajmy – dziecko nie chce nam zrobić na złość. Ono chce tylko zobaczyć, co się stanie. Dzięki temu nie tylko bada interesujący go świat, ale też dowiaduje się, na ile może sobie pozwolić. Rodzice są od tego, żeby mądrze postawić granice. Muszą dokonać nieludzkiego wysiłku, żeby mieć oczy dookoła głowy i zapewnić dziecku bezpieczeństwo jednocześnie pozwalając mu eksplorować otoczenie. Jeśli już dziecko ucieknie, muszą mądrze reagować, mimo zalewających ich wielkich emocji. Po raz kolejny – naprawdę nie wiem, jak przez to wszystko przejść bez uszczerbku na własnym zdrowiu… Uważam, że wszyscy rodzice powinni mieć w 100% refundowane tabletki z magnezem. Albo persen. A najlepiej tydzień w spa raz na pół roku.
Powodzenia!

Wiosna!

Wiosna!

Tak, Kochani, mimo siarczystego mrozu zorientowałam się, że idzie wiosna. Jak? A przy pomocy ukochanej strony Lula.pl:-)
Znalazłam tam dziś galerię przedstawiającą wiosenne trendy największych światowych projektantów. Wszystkie projekty prezentuje jedna modelka – uważam, że to naprawdę niezły pomysł!

Mnie powaliły dwie kreacje:

D&G

Źródło: Lula.pl

i LANVIN

Źródło: Lula.pl

Jak Wam się podobają? Cieszycie się na wiosnę?
Dzisiaj w ramach wywoływania wiosny przejrzałam swoją szafę i wydobyłam z niej różne lekkie ubrania i wiosenne szpileczki. Po raz kolejny stwierdziłam, że macierzyństwo mnie zmieniło. Połowy z tych rzeczy mogę się pozbyć. Zmienił mi się gust. Jako mama nie założę już niektórych bluzeczek, czy króciutkich spódnic, bo to będzie głupio wyglądało… A może tak mi się tylko wydaje? Może to kwestia społecznej presji, która zakłada, że matka ma być ubrana hm… statecznie, żeby nie powiedzieć NUDNO?

Zanim wyrzucę te fatałaszki, to dam sobie chwilę czasu… Byle do wiosny!

Wróćmy do codzienności…

Wróćmy do codzienności…

Dziś się bardzo rozpisałam na temat przeszłości, chcę zatem wrócić „na ziemię”. Obiecałam wczoraj, że jeśli przepis na Tagiatelle w sosie śmietanowo – serowym się sprawdzi, to się nim podzielę. Otóż, Kochani, danie jest wyśmienite, a do tego niedrogie, proste i bardzo szybkie. Przepis pochodzi z MniamMniam.pl.

Potrzebne nam będą:

– paczka makaronu typu wstążki ( u mnie w sklepie mieli tylko cienkie, ale myślę, że grube wstążki lepiej by się sprawdziły)

– dwie łyżki masła

– kubek gęstej i tłustej śmietany (ja użyłam 22% i było ok)

– dwie garści startego sera (znów gouda się kłania, dałam trochę więcej niż 2 garści)

– paczka parmezanu (koniecznie!)

– duża garść posiekanej natki pietruszki

Gotujemy makaron (z odrobiną oliwy z oliwek i solą). W tym samym czasie wrzucamy na patelnię – masło, śmietanę i ser, wszystko razem mieszamy. Doprawiamy solą i pieprzem. Na koniec, jak już sos zgęstnieje, wrzucamy natkę pietruszki. Ugotowany makaron cedzimy i wrzucamy z powrotem do garnka. Zalewamy sosem i przykrywamy. Odczekujemy ok. 5 minut zanim podamy. Jak słusznie zauważył autor przepisu, warto się do tej potrawy napić wytrawnego wina. Polecam mocno schłodzone białe.

My mieliśmy takie:

Kilka osób mnie już pytało, kiedy znajduję na to wszystko czas… Oto moja odpowiedź:
Kiedyś, gdyby ktoś dał mi godzinę i kazał ugotować obiad i pozmywać, to bym ugotowała obiad i pozmywała.
Teraz, gdyby ktoś mi coś takiego zadał, to ugotowałabym obiad, pozmywała, a pozostałe 55 minut spędziłabym z książką w wannie!:-)
Macierzyństwo znacznie poprawia organizację czasu, naprawdę!

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. II

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. II

Niektórzy z Was mogą się zastanawiać, dlaczego o tym wszystkim piszę, skoro jestem już poważnym człowiekiem, matką i zagorzałym przeciwnikiem palenia. Za chwilę do tego dojdę.

W późniejszym okresie mojego życia papierosy smakowały mi jeszcze tylko kilka razy. Podczas długich wieczorów spędzanych u moich przyjaciół, pewnej pary, w ich starym mieszkaniu przy ul. Brzozowej w Warszawie. Siedzieliśmy przy oknie, rozmawialiśmy o bardzo ważnych sprawach i obserwowaliśmy zawzięte muszki, które przylatywały znad Wisły i przyklejały się do sufitu. Paliliśmy cieniutkie Vogue. Poza tymi chwilami palenie było raczej kompulsywne.

Pamiętam pierwszy moment, w którym ktoś z dorosłych (nie licząc rodziców, których się w pewnym wieku po prostu nie słucha…) odważył się skrytykować moje palenie. Było to w czwartej klasie liceum, uczęszczałam wówczas na zajęcia grupy teatralnej. Była to inicjatywa pewnego przyjezdnego aktora, którym byłam szczerze zauroczona. Ta grupa to było coś więcej niż teatr. To było miejsce, gdzie uczyliśmy się czuć. Było to miejsce, gdzie miała miejsce ekspresja emocji. Czasem zajęcia opierały się na intensywnym ruchu i wysiłku fizycznym, czasem na muzyce, czasem na odgrywaniu konkretnych scen, a czasem… na analizie sztuki. Nigdy nie zapomnę zajęć, na których siedzieliśmy na podłodze, Pan B. otworzył wielki album poświęcony twórczości Andrieja Rublowa. Omawialiśmy kilka ikon. Najlepiej zapamiętałam tę:

Koniec liceum zbliżał się wielkimi krokami. Byłam podekscytowana perspektywą wyjazdu na studia do Warszawy. Zdałam egzaminy, znalazłam stancję – byłam gotowa! Jednak gdzieś głęboko w duszy czułam wielki strach i smutek. Jak to w nastoletnim życiu bywa, zamiast stanąć twarzą w twarz z trudnymi emocjami, zaczęłam dużo imprezować. Zaniedbałam próby grupy teatralnej. Pamiętam, jak przyszłam kiedyś spóźniona. Pan B. kazał mi zrobić 50 przysiadów i biegać dookoła sali. Byłam wściekła, ale się nie zbuntowałam. Miałam do niego szacunek, no i nie zapominajmy, że byłam zauroczona…

Pewnego dnia przyszłam się pożegnać. Próba trwała. Pan B. wyszedł, żeby ze mną porozmawiać. Chwilę wcześniej siedziałam w knajpie ze znajomymi, piłam piwo i paliłam papierosy. Powiedziałam Panu B., że już nie będę więcej przychodzić. Próbował mnie przekonać, że to zły pomysł. Wtedy mu powiedziałam, że i tak niedługo, po wakacjach wyjadę do Warszawy, więc nie ma to sensu. Chwilę milczeliśmy. Wstałam, żeby się pożegnać. Pamiętam, że na koniec powiedział mi:
„Życzę Ci powodzenia w tym, co będziesz robić. Tylko zrób jedną rzecz dla siebie – nie pal”.
Odwróciłam się i wyszłam. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy.

Studia rozpoczęłam w 2001 roku. Palenie rzuciłam w 2007. Nagle, z dnia na dzień. Po prostu zaczęłam się z tym źle czuć. Nie palę do dziś i jest mi z tym dobrze. Palenie było częścią dawnej mnie. Obecna ja to ktoś inny, do kogo papierosy nie pasują.

Czas chyba wyjaśnić, skąd takie rozważania. Otóż – jak się zostaje rodzicem, to odżywa wiele wspomnień, związanych z naszymi rodzicami i innymi dorosłymi, a także z nami samymi, małymi, większymi, tymi dojrzewającymi. Wszystkie przywoływane zdarzenia nabierają nowych znaczeń. Teraz to my stajemy się rodzicami i musimy spojrzeć na wszystko z nowej perspektywy.

UWAGA WAŻNE: żeby móc mądrze wychować swoje dziecko, nie należy nigdy zapominać, kim się było w jego wieku. Nie należy udawać, że się nie miało różnych dziwnych pomysłów, że nie ciągnęło nas do złego albo przynajmniej nieznanego. Należy pamiętać i mądrze korzystać z tej wiedzy. Gwarantuję, że stanie nad dzieckiem i powtarzanie: „Synu/córko, nie pal, bo palenie jest szkodliwe” nie nauczy naszego dziecka niczego. Owszem, można próbować zabraniać wychodzenia ze znajomymi, imprezowania, wyjazdów na wycieczki, ale jak sobie przypomnicie jacy byliście sami w tym wieku, to podejrzewam, że wiecie, czym by się taka postawa skończyła. Pewnie i tak dziecko by pojechało/poszło/spotkało się/zrobiło to, czego mu zabroniliśmy albo w inny sposób zamanifestowałoby swój bunt. A przecież nie o to chodzi…

Okres dojrzewania dziecka to jest ten czas, którego najbardziej się boję jako rodzic. W tym czasie dziecko może podjąć impulsywnie wiele działań, które zaważą na jego przyszłości. Jak to zrobić, żeby je przed tym uchronić, a jednocześnie pozwolić mu stawiać pierwsze dorosłe kroki? Przede wszystkim chyba trzeba zaufać swojemu dziecku i uwierzyć, że dobrze je wychowaliśmy… Mam jeszcze trochę czasu, żeby się na to przygotować. Jak się dowiem czegoś więcej na ten temat, to dam znać;-)

No a o co w końcu chodzi z tymi klubowymi?

Podczas jednej z wycieczek szkolnych wszystkim nam skończyły się papierosy. Siedzieliśmy niepocieszeni przy stole, kiedy padło pytanie – kto ma fajki?
„JA” – odparł tubalnym głosem jeden z naszych kolegów i wyciągnął klubowe bez filtra. Jak myślicie, co zrobiliśmy? Zapaliliśmy?
Zostawiam to Waszej wyobraźni!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się tutaj.

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. I

Klubowe bez filtra, czyli o młodzieńczych ekscesach cz. I

Dziś będzie długo i intensywnie o nałogach… Wbrew pozorom ten wywód ma pewien nadrzędny cel, ale o tym później. Dużo później.

Na początek piosenka:

Ci, którzy mnie znają, wiedzą dobrze jak bardzo nie lubię palenia papierosów. Moja niechęć do tego nałogu osiągnęła swój szczyt w czasie ciąży. Jednak zanim stałam się zagorzałym wrogiem palenia, od papierosów nie stroniłam… Wręcz przeciwnie. Wiele fantastycznych, spontanicznych i zabawnych wspomnień mojego życia wiąże się z paleniem. Pragnę więc odczarować wykreowany w poprzednich postach obraz wiecznej krzewicielki zdrowego trybu życia i opowiedzieć o swoich przygodach z dymkiem w tle…

Moja przygoda z papierosami zaczęła się w liceum. Moi znajomi zaczęli chyba w pierwszej klasie popalać na przerwach. U mnie wszystko zaczęło się jednak trochę później, wraz z przyjazdem moich światowych przyjaciółek – I. oraz K., mieszkających od wielu lat w Niemczech. Dziewczyny przywiozły ze sobą wiele energii, zwariowanych pomysłów i… kilka zgrzewek Cameli Lightów. Pierwszy raz zapaliłam w knajpie zwanej Piwnica pod Targową – było to przez wiele lat miejsce, w którym spotykałam się z przyjaciółmi. Pierwszy papieros smakował ohydnie, nie potrafiłam się zaciągać, oczy mnie szczypały – ale udawałam, że jest super. Z papierosem w ustach poczułam się pewnie. Wyglądałam jak dorosła – a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Moje przyjaciółki były w Cieszynie przez ponad tydzień. W tym czasie paliłyśmy po prostu non stop. Pewnego dnia wybrałyśmy się na wycieczkę do Wisły (z Cieszyna rzut beretem). Było lato, po wiślańskim Rynku przechadzał się wielki pluszowy Alf, z którym robiłyśmy sobie zdjęcia. Każda z nas później przyznała, że Alf próbował nam sięgać łapą pod spódniczki… Z Rynku poszłyśmy nad Wisłę, moczyłyśmy nogi w wodzie i wygrzewałyśmy się na ciepłych od słońca kamieniach. W drodze powrotnej, zmierzając powoli w stronę dworca PKS, zatrzymałyśmy się na papierosa przy jakimś pomniku. Proszę mieszkańców i sympatyków Wisły o wybaczenie, ale naprawdę nie pamiętam, kogo lub co ten pomnik przedstawia… K. zaczęła nucić piosenkę Alanis Morisette – „Ironic”. Podchwyciłyśmy z I. melodię i na całe gardło zaczęłyśmy śpiewać. Gdzieś pomiędzy „It’s like raaaainnnn on your wedding day” a ‚Who would’ve thought – it figuuures” zauważyłam coś dziwnego. Gdzie się podział ten gryzący dym? Zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy raz, zupełnie przypadkiem zaciągnęłam się papierosem. Czułam się dumna i szczęśliwa, jakbym posiadła jakąś wiedzę tajemną…

Po papierosowej inicjacji zaczęłam się integrować z palaczami z mojej szkoły. Mogłam dumnie chodzić na przerwach „za cukiernię” lub „za drukarnię”. Jednak najwięcej swobody mieliśmy na wycieczkach szkolnych. Z racji dość bliskiej odległości, zazwyczaj jeździliśmy do Krakowa. Każdy z nas znał to miasto jak własną kieszeń. Nasi nauczyciele byli na tyle łaskawi, że na jednej z wycieczek ogłosili, iż osoby, które były już na Wawelu (ja chyba z 15 razy…), mogą sobie odpuścić i tym samym mieć więcej czasu wolnego. Należało tylko stawić się o odpowiedniej godzinie przy autokarze, no i nie pakować się w kłopoty. Wyobrażacie sobie w wieku 16 lat przechadzać się po Plantach i konwersować o pogodzie? Jako prawdziwi nastolatkowie, szukaliśmy klimatycznych pubów, w których moglibyśmy się napić piwa. Możecie wierzyć lub nie, ale te 11 lat temu nie każdy jeszcze znał angielski, tak jak teraz. Wpadliśmy więc na pomysł, że jeśli będziemy zamawiać piwo po angielsku, to barmani nie będą nas pytać o dowód osobisty. To naprawdę działało! Nie wiem, czy faktycznie wierzyli nam, że jesteśmy obcokrajowcami, czy też śmieszyła ich nasza inwencja twórcza i dlatego przymykali oko na nasz wiek… W sumie i tak w tamtych czasach nie było jeszcze tak bardzo restrykcyjnych przepisów dotyczących sprzedaży alkoholu nieletnim. Swoją drogą, wprawne i zaznajomione z angielskim ucho, natychmiast zwróciłoby uwagę na podejrzanego osobnika zamawiającego „Five BIG beers” zamiast LARGE…

Odbiegłam od papierosów! Podczas jednej z takich zwariowanych wycieczek wybrałyśmy się z moimi koleżankami A. i M. na podbój centrum miasta. Kupiłyśmy płyty (czy może nawet jeszcze kasety?) Kultu, naszywki i inne gadżety. Ja nosiłam naszywkę głoszącą: ” Boże, chroń mnie przed katolikami!”. Raz jeszcze, wielki szacunek dla naszych nauczycieli za to, że nikt nic na to nie powiedział… Nigdy nie zapomnę tej adrenaliny, kiedy wchodziłam do Kościoła Mariackiego z płomiennie rudymi włosami, w glanach i skórzanej kurtce ze wspomnianą naszywką na piersi…

Około 12 w południe, kiedy rozbrzmiewał hejnał z Wieży Mariackiej, rozstałam się z A. i M. i pobiegłam na spotkanie z moim ówczesnym ukochanym, który tego dnia był również w Krakowie. Zjedliśmy razem obiad. Wróciłam na Rynek, gdzie już czekała na mnie podekscytowana A.i wykrzyczała:

– Madzia, słuchaj! Poznałyśmy trzech (a może dwóch? nie do końca pamiętam – przyp. autorki) chłopaków i jedną laskę. M. czeka na nas z nimi w pubie. Zamawiałyśmy piwo po angielsku i oni podchwycili… Myślą, że jesteśmy z Londynu. Stawiają nam piwo i fajki. Chodź, będzie śmiesznie, tylko się po polsku nie wygadaj!

Pobiegłyśmy do wspomnianego pubu. Na miejscy czekała na nas wyraźnie rozbawiona M. wraz z ciekawie wyglądającą grupą. Dwóch (a może jednak trzech? nie pamiętam…) chłopaków trochę starszych od nas, w skórzanych kurtkach i dresach oraz dziewczyna, tleniona blondynka z długimi paznokciami i mocnym makijażem. Usiadłyśmy przy stole i zaczęła się bardzo kuriozalna rozmowa.

Chłopak do Tlenionej Blondynki, wskazując na mnie: „Ty, zapytaj się jej, jak się nazywa”. Okazało się, że Blondynka jako jedyna władała nieco łamanym angielskim.
„What’s your name?” – zagadnęła do mnie.
„My name is Ma…rigold” – odpowiedziałam. W porę się zorientowałam, że Magda to mało angielskie imię. A Marigold? No cóż… kto czytał książki Lucy Maud Montgomery, ten wie…
Pierwsze lody zostały przełamane i rozmowa toczyła się dalej. M. szczypała mnie pod stołem, żeby nie paść ze śmiechu. Kilka razy wyrwało nam się spontaniczne: „Tak! Tak!”, ale nasi rozmówcy chyba nie zauważyli. Kłamałyśmy jak z nut. Nasi towarzysze chyba też – próbowali nam wmówić, że są członkami pewnego zespołu punkowego. Sprawdziłyśmy później – taki zespół wówczas istniał, może nadal istnieje… Ale te dresowe spodnie jakoś nie bardzo nam do tego pasowały.

Piwo lało się strumieniami, Marlboro Lighty smakowały jak nigdy. Jednak nasz czas dobiegał końca, musiałyśmy się powoli zbierać na zbiórkę przy autokarze. Piwo szumiało nam w głowach. Nagle jeden z chłopaków spojrzał na mnie i mówi (gramatyka oryginalna, zapis fonetyczny):

„Ken aj kis ju?”.
Zdębiałam. Pomyślałam: „Guess you can but you MAY NOT!”. Zwróciłam się jednak z pełną powagą do Tlenionej Blondynki i mówię (a może to M. powiedziała? Już nie pamiętam):
„Tell him that English girls are not so easy”
Blondynka przetłumaczyła.
Na to rzecze chłopak:
„Ty, to powiedz jej, że polscy faceci są łatwi, hehehehe!”.
W tym momencie roześmiałyśmy się wraz z nimi. Na szczęście nikt nie kontynuował tematu całowania. Pożegnałyśmy się szybciutko i pognałyśmy do autokaru. Całą drogę powrotną do domu przespałyśmy.

Jakiś czas później M. wymyśliła piękny układ choreograficzny do znanego utworu Kultu pt. „Arahja”.

Poprosiła A. i mnie o udział w trio tanecznym, które miało ten układ przedstawić w cieszyńskim teatrze podczas przeglądu twórczości szkół. M. zorganizowała nam próby w dużej sali baletowej w szkole muzycznej, do której uczęszczałyśmy. W przerwach chodziłyśmy, rzecz jasna, na papierosa. Naszym ulubionym miejscem była „wielka popielniczka” – tak nazwałyśmy miejsce na cieszyńskim Wzgórzu Zamkowym. Były to pozostałości jakiejś wieży. W tym miejscu, paląc papierosy i snułyśmy marzenia, a do głów wpadały nam różne twórcze pomysły.
CDN

Druga część tego wpisu znajduje się tutaj .

Babskie zachwyty

Babskie zachwyty

Dziś nie miałam natchnienia do pisania rzeczy poważnych. W związku z tym przyszedł czas na lżejszy temat. Będę więc piać z zachwytu nad urodą jednej z naszych polskich modelek – Moniki Jagaciak. Jest ona, moim zdaniem, zjawiskowo piękna. Uroda idealna! Wczoraj na Pudelku (tak, tak, przyznaje, dzień bez Pudelka jest dniem straconym!) zamieszczonych zostało kilka zdjęć z pokazu zapierających dech w piersi sukienek Elie Saaba. Monika prezentowała się znakomicie. Jeśli chodzi o Magdę Frąckowiak i Kasię Struss – nie jestem fanką, choć muszę przyznać, że na tym pokazie również efektownie się prezentowały.

Moją faworytką jest ta sukienka (i przy okazji boskie buty):

Źródło: http://www.pudelek.pl/artykul/29992/jagaciak_frackowiak_i_struss_w_pieknych_sukniach_zdjecia/

Tylko… Gdzie ja bym w takiej sukience teraz wyszła? Na spacer z synkiem? Chyba by mi opieka społeczna dziecko odebrała:-) Ale pomarzyć zawsze można, prawda?

Dziś Mały od rana jest tak pogodny, że przechodzi sam siebie. To tak, jakby słońce podnieść do kwadratu! Na dodatek cały czas próbuje sobie stopy wpakować do buzi, wydając przy tym odgłosy jak mały dinozaur (hmm… skąd wiem, jakie odgłosy wydaje dinozaur?). Może wieczorem, jak synuś pójdzie spać, to napiszę coś więcej, bo w tej chwili nie mogę się od niego oderwać. „Zjadam” jego stopy razem z nim i jest przy tym śmiechu co niemiara! To są właśnie najpiękniejsze chwile mojego życia…

Chciałabym się jeszcze pochwalić, że pizza według przepisu ze strony Moje Wypieki wyszła przepyszna… Może nie wyglądała jeszcze zbyt pięknie, bo to debiut, ale pachniała i smakowała wcale nie gorzej niż pizza z naszej ulubionej pizzerii Pepperoni przy Pl. Wilsona. Chciałabym tylko ostrzec te osoby, które będą ten przepis wypróbowywać – przygotujcie się psychicznie na to, że ciasto drożdżowe paskudnie się klei. Blat kuchenny szorowałam przez dobre 15 minut! Poza tym ciężko jest uformować ładny spód z grubszymi brzegami mając do dyspozycji wałek do ciasta. Muszę chyba poprosić jakiegoś pizzermana o korepetycje z wywijania ciastem… Jak oni to robią, że im się to ciasto nie rozrywa?

Dziś zabieram się za tagiatelle w sosie serowym. Potrawa w sam raz na piątkowy wieczór we… troje:) Jeśli wyjdzie dobre, to obiecuję podzielić się przepisem!

Życzę wszystkim pogodnego weekendu!

Tłumaczę się z fondue…

Tłumaczę się z fondue…

Wczoraj pisałam o tym, że wieczorem będziemy robić fondue. Zrobiliśmy! Było pyszne. Zawsze robimy według jednego przepisu, więc zajrzałam na mniammniam.pl po inspirację. W sumie przepis okazał się być mi znany, ale nie o to tutaj chodzi. Okazało się, że fondue serowe zakwalifikowano pod względem kosztów do kategorii: „drenaż kieszeni”… Przeraziłam się, że za chwilę pomyślicie, że macie do czynienia z jakąś pretensjonalną burżuazją! Dlatego postanowiłam się wytłumaczyć.

Fot. MK

Otóż, moim zdaniem, najdroższy w fondue jest sam garnek. Nasz dostaliśmy od przyjaciół. Jest to elegancki sprzęcik firmy Duka. A co do garnka włożymy zależy wyłącznie od nas i od zasobności naszej kieszeni. Wszystkie internetowe przepisy trąbią – koniecznie ser grujer! Bo ostry! Koniecznie ser edamski, bo coś tam… No to trudno się dziwić, że mamy drenaż kieszeni. Ser grujer/gruyere/groyer to szwajcarski specjał, w delikatesach Mini Europa kosztuje za kilogram… 126 zł. Jeszcze na głowę nie upadliśmy, żeby tak się poświęcić dla garnka, nie przymierzając, roztopionego sera. Ma być ostry ser? Ostra jest też gouda. Gwarantuję, że fondue z goudą jest równie pyszne jak to z grujerem i edamskim.

Podaję przepis:

Do garnka:

500g sera gouda

1/2 szklanki białego wina (NAPRAWDĘ wystarczy zwykła najtańsza Sophia – pić się jej nie da, ale w fondue się sprawdza…)

1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Dodatki do maczania w serze:

300g szynki/polędwicy

1 bułka paryska

1 słoiczek czarnych oliwek

Garnek do fondue postawić na małym ogniu. Wlać wino i wsypać mąkę. Dokładnie wymieszać. Kiedy wino i mąka zaczną się gotować wrzucić starty ser (na początek niecały, resztę można dorzucać, jak garnek jest już na stole). Gotować do czasu całkowitego roztopienia sera, mieszając bez przerwy (to bardzo ważne!).
Przygotować w miskach – pokrojoną w grubą kostkę szynkę. Pokroić również chleb i podgrzać na patelni z odrobiną oliwy z oliwek (wychodzą pyszne grzanki). Oliwki przesypać do odpowiedniego naczynia.

Gotowe! Chyba nie muszę dodawać, że dodatki należy nabijać na szpikulec i maczać z serze? To jest naprawę obłędnie pyszne…

Za chwilę zabieram się za przyrządzenie pizzy – z serem, szynką i oliwkami. By do tego czasu z głodu nie paść, wrzucam do miski 5 ciasteczek Digestive (pokruszonych), garść migdałów (takich z bazarku koniecznie, bo te z paczek są obrzydliwe), na koniec wrzucam serek Bieluch i mam pyszną, pożywną przekąskę. Mniam!

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Dlaczego te małe pazurki tak szybko rosną? Kilka słów o pielęgnacji niemowląt

Teraz będzie trochę o opiece nad dzieckiem. Temat oklepany i banalny, ale jednak, moim zdaniem, omawiany trochę pobieżnie. We wszystkich gazetach i książkach, które czytałam będąc w ciąży, zabrakło pewnego bardzo istotnego elementu. Ale o tym za chwilę.

Kiedy rodzimy dziecko, wszystkie dotychczasowe doświadczenia musimy wykorzystać w jednej chwili. Do tej pory ćwiczyliśmy „na sucho” (w szkołach rodzenia – na straszliwych lalkach), czasem podpatrywaliśmy, jak to się robi u przyjaciół lub kogoś z rodziny. Przychodzi czas na nasz debiut. W przeciwieństwie do lalki, noworodek się rusza! Wielu rodziców doświadcza całkowitego paraliżu na myśl o tym, że ma przebrać, przewinąć lub wykąpać dziecko. Jak to zwykle bywa – wszystko zależy od predyspozycji i wiary we własne kompetencje. Ta wiara w siebie, to jest wspomniany przeze mnie element, który pomija się w literaturze. Jak we wszystkim w naszym życiu – w pracy, w miłości, w zawodach, konkursach – najistotniejsza jest wiara w to, że nam się uda. Niestety, dostajemy „instrukcję obsługi” i już. Że wacikiem i wodą przegotowaną buźkę myć trzeba! Że paznokcie trzeba obcinać! Że nos z wydzieliny codziennie po kąpieli oczyszczać! Nikt jednak nie wspomina o tym, że dziecko potrafi bardzo wyraźnie protestować. Nikt nie mówi, co zrobić, żeby sobie z tym poradzić.

Mojemu synkowi pazurki rosną tak szybko, że trzeba je obcinać co dwa dni. W przeciwnym razie jak wstaję rano, widzę pooraną buźkę. Nie daj Boże, tego dnia wpadają do nas goście i dziecko wygląda jak ofiara ataku naszych Bogu ducha winnych kotów.

Przy wieczornej kąpieli Mały jest zazwyczaj bardzo spokojny, jednak jak tylko przychodzi czas na oczyszczanie nosa słynną Fridą, to zaczyna się horror. Sceny dla widzów o mocnych nerwach. Moje pierwsze zetknięcie się z tym urządzeniem to był szok. Że jak? że ja mam własnymi ustami wyciągać glutki? Dobra, jest jakiś filtr, ale i tak: BLEEEE!!!!

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku musiałam opanować tę jakże trudną umiejętność jednoczesnego:
– pochylenia się nad dzieckiem
– włożenia urządzenia do dziurki w nosie
– silnego wciągania powietrza własnymi ustami
– kontrolowania, żeby nacisk końcówki urządzenia na nosek nie był zbyt mocny
– stanowczego i jednocześnie delikatnego podtrzymywania rozszalałej główki dziecka (które jak na meczu tenisowym kręci głową z prawej na lewą, tylko że dziesięć razy szybciej…)

Niemożliwe?? A jednak!!
W takiej sytuacji tylko spokój może nas uratować. Totalny Zen. Warto też mieć pod ręką poczucie humoru (wystarczy sobie wyobrazić, jak się w tej chwili wygląda) oraz zabawkę, która może odwrócić uwagę dziecka (szczerze?! powodzenia…).

Po paru tygodniach nabierasz wprawy we wszystkim. Jednak żeby te początki nie były zbyt trudne, warto od razu, od pierwszych minut życia dziecka wierzyć, że jesteśmy w stanie doskonale i sprawnie zająć się własnym dzieckiem. Bardzo ważna jest też postawa partnera, który powinien nas w tym utwierdzać. Radzę pozbyć się męża z domu, jeśli jego wsparcie polega na siedzeniu w fotelu, czytaniu gazety i wykrzykiwaniu od czasu do czasu: „Źle!”, „Co ty mu robisz?” , „Przecież zrobisz mu krzywdę!” itp. Uważam też, że już w szpitalu personel powinien zachęcać matki i ojców do opiekowania się dzieckiem oraz utwierdzać ich w przekonaniu, że świetnie im idzie. Niestety nie zawsze tak jest… Personel w szpitalu potrafi naprawdę dobić. Wychodząc ze szpitala po urodzeniu syna, usłyszałam od pewnej położnej, że ona jakoś nie widzi, że sobie poradzę z… (i tutaj powiedziała, o co chodzi). Całe szczęście, mimo szoku poporodowego i przypadającego na ten moment baby bluesa, nie dałam się! Wróciłam do domu i zdałam na własną intuicję. Od razu wszystko zaczęło się udawać!

W ciągu ostatnich tygodni miałam kilka takich magicznych przebłysków siły. W chwilach, kiedy wydawało mi się, że z czymś sobie nie poradzę, nagle uświadamiałam sobie, że jeśli będę tak myśleć, to faktycznie czeka mnie porażka. Brałam oddech i mówiłam sobie: „Dasz sobie radę!”.
Dzięki tej postawie nie bałam się porodu. Możecie wierzyć lub nie, ale w tak ekstremalnej sytuacji jak poród, psychika gra największą rolę. Urodziłam błyskawicznie, bez znieczulenia, większość porodu spędziłam w domu. Miałam kilka potężnych kryzysów, kiedy sobie myślałam: „No nie, no! Nie dam rady, wycofuję się, wciągnijcie to dziecko z powrotem!”. Jednak to, co się dzieje z kobietą w porodzie, to jest prawdziwy cud! Po prostu wiesz, że musisz, że nie masz wyjścia, nie możesz się poddać. Zbierasz w sobie siłę i mobilizujesz organizm i psychikę do największego wysiłku w swoim życiu. Dajesz radę. Rodzisz tego wspaniałego człowieka. To doświadczenie umacnia Cię na długi czas.

Namawiam Was, kobiety, żebyście przez całą ciążę, poród i okres macierzyństwa wsłuchiwały się w siebie. Zachęcam do prowadzenia dzienników, malowania, śpiewania lub innych form ekspresji emocji, które lubicie. Słuchajcie swojego organizmu. To bardzo pomaga.

Podejrzewam, że wielu z Was może mi zarzucić niepoprawny optymizm. Możecie myśleć, że jestem niedoświadczona życiowo i niczego się nie boję. Nic bardziej mylnego. Moim zdaniem, istnieją dwa rodzaje optymizmu. Wtórny i pierwotny. Ten pierwotny występuje u dzieci i osób nietkniętych ciężkimi doświadczeniami życiowymi. Niewinny, piękny… Bardzo łatwo go zniszczyć, niestety. Optymizm wtórny rodzi się wraz z doświadczeniem życiowym. Jeśli mimo trudnych doświadczeń życiowych jesteśmy w stanie być optymistami, to to jest prawdziwy power! Mnie się to udało osiągnąć dopiero na pewnym etapie ciąży, jakoś pod sam koniec.

Fot. MK

Zboczyłam mocno z głównego wątku. Pielęgnacja! Jak we wszystkim, nie dajmy się zwariować… Każdy powinien poszukać rozwiązań dobrych dla siebie i swojego dziecka. U jednych sprawdzi się wanienka na stelażu, u innych kąpiel w dużej wannie. Jedni będą używać od początku aptecznych kosmetyków hipoalergicznych, inni zaczną od prostej Nivei i też będzie dobrze. Słuchajmy, uczmy się, zbierajmy doświadczenia, obserwujmy – po to, żeby móc wybierać spośród wielu rozwiązań. Nie dajmy sobie narzucać cudzych rozwiązań, choćby było to podszyte najlepszymi chęciami. Taka bierność podkopuje naszą rodzicielską siłę – a warto z niej korzystać!

Myślę, że wystarczy tych poważnych wywodów na dziś. Jak tylko Mały się obudzi, to idziemy na spacer. Wprawdzie dziś nie ma ani wiosny, ani tańczących płatków śniegu, ale i tak jest pięknie:-)

Szczypta wspomnień do smaku

Szczypta wspomnień do smaku

Dzisiaj od rana czułam się senna i mało energiczna. Przyczyny doszukuję się w pogodzie – znów przyszła wiosna i miesza nam w głowach. Poza tym wczoraj Mały trochę gorączkował i martwiłam się o niego. Dziś już jest dobrze. Koty też cały dzień były leniwe i odpoczywały w dziwnych miejscach – nawet tam, gdzie im nie wolno. A ja nie miałam siły ich przeganiać!

Byłam dziś z synkiem na spacerze na pobliskim bazarku. Uwielbiam miejskie bazarki! Na bazarek zawsze chodzę po konkretne produkty, tym razem po wkład do filtra Brita. Można tam kupić wszystko! Od wiosny do jesieni są dostępne pyszne warzywa i owoce z prywatnych gospodarstw, zimą przeróżne bakalie. Poza tym w sklepach z odzieżą można tanio kupić takie rzeczy, jak: koszule nocne dla matek karmiących, sukienki ciążowe, czapeczki dla dzieci, legginsy etc. Przede wszystkim jednak bazarki uwodzą kulturą sprzedaży… W porównaniu ze sklepami sieciowymi, obsługa jest przemiła, sprzedawcy dbają o klienta, można z nimi porozmawiać, nie trzeba kupować w pośpiechu. Pewnie jest tak dlatego, że sprzedawcy dbają o to, żeby klienci chcieli do nich wracać, ponieważ leży to w ich interesie. A sprzedawczyń w osiedlowym Carrefourze klient nie obchodzi. One tylko odwalają swoją robotę – muszą odsiedzieć swoją zmianę i to pewnie za strasznie żenujące pieniądze. W sumie trudno im się dziwić.

Po powrocie z bazarku zasiadłam do komputera (Mały zasnął w chuście), żeby spróbować coś napisać na bloga. Jak to często u mnie bywa – miałam zbyt dużo myśli na raz i na nic się nie mogłam zdecydować. Chciałam pisać o książkach (temat rzeka…) i o ulubionym ostatnio serialu, ale jakoś mi nie szło. Otworzyłam skrzynkę pocztową. Czekał tam na mnie e – mail od przyjaciółki. Znamy się od dziecka, mieszkałyśmy w tej samej kamienicy, chodziłyśmy razem do podstawówki. To już tyle lat! Nasza przyjaźń przechodziła różne fazy, ale przetrwała i ostatnio uległa umocnieniu (choć niestety mamy do siebie daleko). W mailu zobaczyłam kilka wspólnych zdjęć zrobionych w 2006. Wtedy to urodziło się jej pierwsze dziecko, a ja wybrałam się do niej w odwiedziny. Nigdy wcześniej nie widziałam tych zdjęć i łezka mi się zakręciła. To było tak niedawno… A jednak tysiąc lat świetlnych temu. Jesteśmy wciąż tymi samymi osobami, jednak każda z nas przeszła niejedną metamorfozę. Mimo tylu zmian, tylu zdarzeń, ciągle mamy o czym rozmawiać, jak do siebie dzwonimy. Teraz możemy dzielić się doświadczeniami związanymi z macierzyństwem. W 2006 roku nasze drogi się trochę rozeszły, żeby zejść się z powrotem w 2010, kiedy obie, prawie w tym samym czasie zaszłyśmy w ciążę i urodziłyśmy dzieci. Do tej przyjaźni, jak i do kilku innych, musiałam dojrzeć – ale o tym napiszę przy innej okazji.

Jak tylko odebrałam maila, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki. Porozmawiałyśmy chwilę i od razu poczułam się lepiej. Ten z początku beznadziejny dzień jednak nie był do końca zmarnowany. Miałam dziś wielki problem z podjęciem decyzji obiadowych, więc przyjaciółka poleciła mi dwa blogi z przepisami.

Blog ze słodkimi i wytrawnymi wypiekami:

www.mojewypieki.blox.pl

Strona z różnymi przepisami kulinarnymi:

www.mniammniam.pl

Dziś wieczorem przyrządzimy serowe fondue z białym winem (jak Mały pójdzie już spać i będę miała 8 godzinną przerwę w karmieniu), a jutro planuję zrobić pizzę według tego przepisu.

Dzisiaj na deser mamy sernik z kruszonką z piekarni Robson przy metrze Słodowiec.

Ten sernik to król wśród ciast. Z ręką na sercu – nie jadłam jeszcze tak dobrego sernika. Jakiś czas temu postanowiłam sobie, że w naszym domu codziennie do obiadu będzie deser. W weekendy zazwyczaj sama coś piekę, najczęściej błyskawiczne ciasto bez ucierania, banalne i zawsze wychodzi.

Oto przepis:

2 jajka
20 dag cukru
1/2 szklanki oliwy (najlepiej się sprawdza olej kujawski)
1/2 szklanki mleka
25 dag mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia (tak jest w przepisie, ja zawsze daję 1 i 1/2 łyżeczki)
owoce (najlepiej jabłka)

Jabłko (najlepiej jedno duże) obrać i drobno pokroić, oprószyć mąką i cynamonem.
Pozostałe składniki wymieszać w garnku do uzyskania jednolitej masy. Wylać na wysmarowaną tłuszczem i oprószoną mąką tortownicę. Na wierzch położyć cynamonowe jabłuszka. Piec w mocno nagrzanym piekarniku. Ja mam piekarnik gazowy i piekę 15/20 minut na poziomie 6, potem zmniejszam do 4,5 i jeszcze piekę przez chwilę – do uzyskania przez ciasto ładnego brązowego koloru. Wykałaczką sprawdzam, czy środek ciasta jest upieczony. Jeśli tak, to wyciągam ciasto z piekarnika. Na koniec warto posypać ciasto cukrem pudrem.

Pycha!
Całość można naprawdę wykonać jedną ręką w 10 minut (nie licząc czasu pieczenia, oczywiście).
Polecam! Jest to jeden z przepisów zawartych w moim własnym – uwaga – notatniku kulinarnym, który założyłam mając 12 lat:-)

A jutro może upiekę muffiny potrójnie czekoladowe, na które narobiła mi smaku moja przyjaciółka.
Jak fajnie by było móc razem usiąść przy stole, napić się kawy i spałaszować przepyszne muffiny…
Może kiedyś nam się uda!

Maj Niu Dżerzi

Maj Niu Dżerzi

Dzisiaj pięknie sypał śnieg. Tańczące płatki… Bardzo to lubię! Lekki mróz, lekki wiatr – całkiem przyjemna pogoda.

Tak właśnie tańczyły płatki śniegu pewnego styczniowego wieczora, kiedy wracałam z zajęć jogi na karowej. To było w 2003, może w 2004 roku… A może w 2005? Nie pamiętam zbyt dobrze. W każdym razie – wracałam z jogi do domu (mieszkałam wtedy albo na Imielinie, albo na Mokotowie, albo na Ochocie…), stałam na przystanku autobusowym na Krakowskim Przedmieściu, na przeciwko Hotelu Bristol. Wyobraźcie sobie, że wtedy nie było jeszcze „Przekąsek – Zakąsek”! Stałam i patrzyłam na te tańczące płatki. Kątem oka zauważyłam zbliżającą się do przystanku ciekawą parę. Niska, krępa, długowłosa, wyglądająca na cudzoziemkę kobieta oraz wysoki, postawny, siwy mężczyzna w długim granatowym płaszczu. Od razu go poznałam… Poznałabym na końcu świata. Był to Janusz Głowacki we własnej osobie. Wspaniały polski pisarz i dramaturg mieszkający głównie w USA, ale pomieszkujący również w Warszawie przy ul. Bednarskiej. Nie wiedzieć czemu, mój wielki literacki idol spojrzał na mnie i powiedział: „Dobry wieczór”. Stałam z rozdziawem paszczy i po dłuższej chwili, jak już udało mi się paszczę zamknąć, odpowiedziałam grzecznie na pozdrowienie. I tyle. I tyle! Zamiast: „Panie Januszu – literacki geniuszu, jest Pan wspaniały, kocham Pana”, powiedziałam po prostu „Dobry wieczór” i opuściłam głowę. Pomyślałam, że pewnie mnie z kimś pomylił. A może gdybym zagadała coś inteligentnie, to bym się z nim zaprzyjaźniła? A może przynajmniej Panu Januszowi zrobiłoby się miło, że jest rozpoznawany przez polską młodzież (no bo wówczas byłam świeżą młodzieżą). Nie mogę tego odżałować. W tamtym czasie chyba brakowało mi śmiałości w kontaktach międzyludzkich. A może rozumu po prostu?

A przecież kochałam się w Panu Januszu już od wielu lat, kiedy jeszcze w czasach cieszyńskich, jak chodziłam do liceum, obejrzałam dość popularny wówczas program „Wieczór z Alicją”, w którym gościem Alicji Resich – Modlińskiej był właśnie Janusz Głowacki. Twarz nadgryziona zębem czasu i wieloma doświadczeniami, cięty dowcip i nietuzinkowa inteligencja. To musiało się skończyć fascynacją:) Z wielką namiętnością czytałam jego książki, bywałam w teatrze na ekranizacjach jego sztuk. I co? Zobaczywszy go na własne oczy, usłyszawszy jak mówi mi „Dobry wieczór”, nie byłam w stanie zdobyć się na rozmowę… Nie raz później snułam wyobrażenia, co mu powiem, jak go znowu spotkam, o której książce będę chciała się wypowiedzieć etc. Nie było mi dane zobaczyć go więcej.
Po długiej przerwie wpadła mi ręce jego najnowsza książka „Good night Dżerzi”.

Jest to impresja na temat Jerzego Kosińskiego, słynnego i bardzo kontrowersyjnego polskiego pisarza. Konstrukcja fabuły jest dosyć chaotyczna, wielowątkowa, jest mieszaniną powieści, dokumentu i dramatu. Czyta się dość trudno. Jednak – jak zawsze – nie brakuje dosadności, ostrego dowcipu, obrazowości. Zresztą, książka o Kosińskim nie mogłaby być mało dosadna… Myślę, że Janusz Głowacki, ze swoim niepowtarzalnym sposobem pisania, nie owijający w bawełnę i brutalnie szczery, jest stworzony do napisania książki o Kosińskim (zwanym w książce Dżerzim). Przyznaję, że nigdy nie lubiłam tej postaci. Przeczytałam dwie książki Kosińskiego i nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Ileż można się ekscytować opisami ostrego seksu sado – maso? Ile można pisać o perwersji i wyuzdaniu? Na dłuższą metę wieje desperacją…

Jedno jest pewne – Kosiński to był facet inny od wszystkich. Tak brzydki, że aż pociągający. Przeładowany zwierzęcym magnetyzmem, uzależniony od seksu, dziwny. Testujący wytrzymałość swoją i innych na każdym kroku. Oskarżony o plagiat. Plagiatem się brzydzę… Gdyby podsumować wszystko, co o nim wiadomo, to rysuje się obraz człowieka zdesperowanego, nieszczęśliwego, niedojrzałego, ale przede wszystkim złego i zepsutego do szpiku kości. Doskonały materiał na książkę. Pomimo tego, że Kosińskiego nie lubię, to książkę polecam. Dla mnie to kolejne spotkanie z Januszem Głowackim – również tym razem tylko on do mnie mówi, a ja słucham z rozdziawionymi ustami. Czekam na więcej!