Monthly Archives: Luty 2011

Modowo, kolorowo, stylowo

Modowo, kolorowo, stylowo

Dziś chilloutowa niedziela. Nic nie muszę. Poranek miałam ciężki, ponieważ mój prawie pięciomiesięczny synek jest tak bardzo rozkojarzony tym, co się dzieje wokół niego, że w ogóle nie potrafi się skupić na jedzeniu. Musi być całkowicie padnięty, żeby zacząć jeść. Nim się dzisiaj zmęczył, minęły prawie cztery godziny.

Teraz śpi, a ja mogę posłuchać nowej płyty „Do not disturb vol. 4”. Mam słabość do tych składanek. Oczywiście, jak to zwykle bywa, część pierwsza była najlepsza. Jednak tak bardzo lubię takie klimaty muzyczne, że wytrwale kupuję kolejne części. Podobnie mam ze składankami „Lazy Hours”.

Po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłam, że tym razem producenci płyty postawili na „klasykę”. David Bowie, Grace Jones, Radiohead, Faithless, Billie Holiday. Nie brakuje również takich wspaniałości jak Air, Telepopmusik, czy Amon Tobin. Mnie najbardziej zachwyciła piosenka „Into my arms” Nicka Cave’a i the Bad Seeds. Znałam wcześniej, teraz odkryłam na nowo.

Nawiązanie DND do wymienionych powyżej muzycznych legend bardzo mi się podoba. Lubię klasykę i prostotę. Czasem im mniej udziwnień tym lepiej. Dlatego zachwyciły mnie również kreacje w najnowszej sesji Magdy Frąckowiak dla Harper’s Bazaar:

Tę kreację (od Lanvin) już na swoim blogu zachwalałam (TUTAJ):


Źródło: Lula.pl

Nie pogardziłabym jeszcze taką sukienką (i butami, och…):


Źródło: Lula.pl

No a tę sukienkę… Hmm… Założyłabym chyba na najważniejszy wieczór w życiu. Uwielbiam ten kolor (mam taki sweterek). Tylko jest jeden mały problem… Już sobie wyobrażam moje koty wieszające się na tej pięknej kreacji…


Źródło: Lula.pl

Na koniec chciałabym się podzielić świeżym odkryciem – blogiem modowym pewnej bardzo pięknej dziewczyny:

http://cajmel.blogspot.com/

Styl przez nią prezentowany bardzo do mnie przemawia. Kobiecy, idealnie dopasowany do typu urody i figury autorki bloga, bez silenia się na ekstrawagancję i bez eksperymentowania na siłę. Subtelnie, kobieco, pięknie. Jestem fanką!

Zimowy sen

Zimowy sen

Możecie mi wierzyć lub nie, ale wczoraj zasnęłam podczas spaceru. Słońce świeciło mocno, jego światło odbijało się od srebrzystego, ubitego śniegu. Nawet nie wiem kiedy poczułam, że mój umysł odpływa. Zahipnotyzował mnie stukot kół wózka o chodnik. Poczułam się tak, jakbym jechała pociągiem. Poniższa piosenka automatycznie pojawiła mi się w głowie. Kiedy jej słucham, czuję się tak jakbym jechała pociągiem i jakbym wracała tam, gdzie jest mój dom.

http://www.youtube.com/watch?v=Gu1fTcGdS8A

Zanim zapadłam w zimowy sen, stukot wózka przywołał pewne bardzo odległe wspomnienie. To mogło być jakieś siedem, może osiem lat temu. Początek studiów. Wracałam z Cieszyna do Warszawy. Wtedy jeszcze jechałam „z domu na studia”, kilka lat później powiedziałabym, że jadę „od mamy do domu”. Jechałam pociągiem osobowym z Cieszyna do Bielska – Białej (potem zwykle przesiadałam się na ekspres lub intercity do Warszawy). Dziś już te pociągi nie kursują. Nie wiem, czy w ogóle jakiekolwiek pociągi jeszcze z cieszyńskiego dworca PKP odjeżdżają. Tamte osobówki do Bielska – Białej to była żywa legenda. Stare, rozpadające się składy, pokonujące 33 km w 1 godzinę 40 minut. Rekord świata w żółwim tempie. Jadąc takim pociągiem miało się wrażenie, że zamiast posuwać się do przodu, przez ostatnie 1,5 godziny pociąg kołysał się na boki, niebezpiecznie zbliżając się do momentu, w którym mógł przewrócić się na bok i już więcej nie powstać. Latem można było się przykleić do siedzenia, zrobionego oczywiście z dermy. Pamiętam, jak sukienka przyklejała mi się do ciała. Otwarcie okien nic nie dawało. Pozostawało tylko modlić się, żeby pociąg jechał szybciej.

Jednak tamto wydarzenie, które do mnie wróciło, miało miejsce zimą. Późną zimą, taką jak teraz. Jechałam tym rozklekotanym pociągiem. Usiadłam w ostatnim wagonie, bo zawsze lubiłam obserwować znikające tory przez drzwi na końcu składu. Wagon był pusty, bezprzedziałowy oczywiście, jak to zwykle bywa w osobówkach. Było bardzo wcześnie rano, w nocy słabo spałam, więc rozsiadłam się wygodnie na zimnym siedzeniu i zamknęłam oczy. W uszach nieodłączne słuchawki, w walkmanie „Kinematografia” Paktofoniki.

Nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi do przedziału, otworzyłam oczy i zobaczyłam czterech chłopaków mniej więcej w moim wieku. Ubrani w dresy i kurtki z kapturami. W rękach spraye i markery. Wpadli do wagonu i niewiele się zastanawiając zaczęli niszczyć wszystko, co wpadło im w ręce. Nie byli to żadni graficiarze, tylko po prostu wandale. Wyrywali kawałki dermy z siedzeń. Rysowali jakieś bliżej nieokreślone znaczki markerami na ścianach, zamalowali sprayem szybę tylnych drzwi, odbierając mi przyjemny widok uciekających torów.

Zesztywniałam ze strachu, jednak udawałam, że śpię, nie zdejmując z uszu słuchawek. Schowałam tylko moje czarne glany pod siedzenie, żeby nie budzić skojarzeń subkulturowych.
W pewnym momencie ze zgrozą zauważyłam, że moim towarzyszom podróży zaczyna brakować pomysłów na to, co by tu jeszcze zniszczyć. Wszyscy czterej usiedli obok mnie, jeden po mojej lewej stronie, drugi po prawej, dwóch na przeciwko.

„No to koniec” – pomyślałam – „Pewnie teraz mnie okradną i cholera wie co jeszcze”.
Wiedziałam, że nie mogę pokazać strachu.

Ten, który usiadł po mojej lewej stronie, chłopak o zuchwałym spojrzeniu i wielkich czarnych oczach zagadnął:

– A dokąd jedziesz?
– A do Bielska – Białej. A potem do Warszawy – odpowiedziałam szczerze, zupełnie nie wiem dlaczego.
– Oj, to daleko – odparł chłopak. Spojrzał na pozostałych i zaczęli chichotać.
– A nie boisz się tak sama jeździć? To przecież tak daleko i cholera wie, kogo możesz spotkać.
– Nie, nie boję się – odpowiedziałam, ale przyznaję, że umarłam wtedy ze strachu.
– Ale chyba powinnaś. My byśmy się strasznie bali – odparł tamten poufałym tonem. Przełknęłam ślinę.

– Czego tam słuchasz? – zapytał snów Ciemnooki i wyjął mi słuchawkę z ucha.
– Paktofoniki – odpowiedziałam cicho.
– Oooo, my też bardzo lubimy Paktofonikę, prawda? – odpowiedział chłopak, a pozostali mu przytaknęli. Spojrzeli na mnie z zaciekawieniem. Uśmiechnęłam się słabo. Przyznaję, że wtedy ulżyło mi i przestałam się bać.

Pociąg zaczął hamować (czyt. zaczął jechać jeszcze wolniej niż do tej pory), zbliżając się do stacji Skoczów.
– Moja droga, musimy wysiadać, nie mamy niestety biletów – poinformował mnie przemiłym tonem Ciemnooki – gdybyśmy mieli, to chętnie byśmy Cię do tej Warszawy odwieźli. No bo dziewczyna tak sama podróżuje, naprawdę… Uważaj na siebie.

Pociąg dotelepał się do stacji Skoczów, moi rozmówcy wysiedli. Zostałam sama w zniszczonym wagonie. Opadł ze mnie stres. Sięgnęłam do plecaka i zjadłam wszystkie kanapki przygotowane na podróż do Warszawy.

Czasami sobie myślę, że gdyby nie Paktofonika, tamta historia mogłaby się dużo gorzej skończyć. Poza tym z tego wydarzenia nie płynie żaden powalająco odkrywczy morał. Może tylko taki banalny, że często nie jest tak, jak nam się wydaje. Sytuacje nawet z pozoru beznadziejne, mogą się dobrze skończyć. Warto zachować zimną krew. Przyznaję, że od tamtego czasu, mimo iż tamta historia dobrze się kończyła, zawsze zajmowałam miejsce w wagonie przy lokomotywie, tuż obok kierownictwa pociągu. Tak na wszelki wypadek.

Zahipnotyzowana stukotem kół wózka nie zauważyłam, że poszłam w zupełnie inną stronę niż chciałam. Ocknęłam się, strzepnęłam z ramion wspomnienia i ruszyłam do celu, na pocztę, w codzienność, nucąc sobie pod nosem…

http://www.youtube.com/watch?v=gCKOatZDo-k

Już nie gniewam się na pierogi

Już nie gniewam się na pierogi

Na dobry początek piosenka, która mnie dziś oczarowała:

http://www.youtube.com/watch?v=n9h9tHOQXUE

Minęło kilka dni od czasu pierogowego koszmaru i chyba przestałam żywić urazę… Pierogi z soczewicą są naprawdę pyszne. Niestety moje zmagania z nimi trwały dwa dni, wypróbowałam dwa przepisy i z jednego wyszedł mi farsz, z drugiego ciasto. Ciasto z pierwszego było paskudne i twarde. Mimo strasznie długiego czasu gotowania, pierogi były zupełnie niezdatne do spożycia. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wypróbować przepis z książki… W internecie mamy możliwość podejrzenia komentarzy zamieszczonych przez osoby, które już ten przepis przetestowały. W książce mamy tylko słowo autora. Ja się niestety przejechałam. Schody zaczęły się już przy samym wyrabianiu ciasta…

Na szczęście z tej pierwszej nieudanej próby zostało mi strasznie dużo farszu, więc następnego dnia, niezrażona porażką wstałam rano i postanowiłam dokończyć swoje dzieło. Wyszukałam w internecie przepis mający dużo pozytywnych komentarzy, udałam się do sklepu po składniki i przystąpiłam do pracy. Gdyby nie żmudne klejenie, to byłabym całkiem zadowolona. Przy klejeniu przydaje się dodatkowa para rąk. A najlepiej dwie pary, które zrobią to za Ciebie, a Ty pójdziesz leżeć, pachnieć i czekać na gotowe pierogi. Jednak rzeczywistość jest brutalna i jedyne co można zrobić, to zagryźć zęby, włączyć jakąś chilloutową muzyczkę i kleić…

Pozwalam sobie zatem zamieścić poniżej przepis łączący obie moje próby:

Farsz (z książki „Rok w kuchni – jesień/zima”)

– 300 g zielonej soczewicy
– 200 g pieczarek
– 1 cebula
– olej do smażenia, sól, pieprz

Gotujemy soczewicę (możemy ją nawet trochę rozgotować). Cebulę obieramy, kroimy i wrzucamy na rozgrzany olej. Dodajemy pokrojone drobno pieczarki. Przykrywamy i dusimy ok. 7- 10 minut. Dodajemy sól i pieprz. Jeśli wolimy bardziej spójną konsystencję farszu, to polecam zmiksowanie.

Ciasto (przepis pochodzi ze strony MniamMniam.pl)

– 4 szklanki maki
– 2 jajka
– 5 łyżek gęstej kwaśnej śmietany (ja dodałam tradycyjnie 18% śmietanę firmy Piątnica)
– 3 łyżki oleju
– szczypta soli
– 3/4 szklanki letniej wody

Mąkę przesiewamy przez sitko, robimy dołek, wbijamy jajka. Dodajemy śmietanę, olej i sol. Mieszamy składniki, dodajemy stopniowo wodę, wyrabiamy ciasto. Odstawiamy na 10 – 15 minut. Następnie dzielimy ciasto na 3 – 4 części, jedną z nich cieniutko wałkujemy, resztę przykrywamy. Wycinamy szklanką kółka, nadziewamy farszem. Kleimy pierogi. Polecam mieć pod ręką szklankę z wodą, żeby móc zwilżyć brzegi ciasta – wtedy łatwiej będzie się kleić.

Pierożki gotujemy we wrzątku, około 5- 10 minut od czasu wypłynięcia na powierzchnię.

Podajemy z roztopionym masłem.

Smacznego!

Na matczyne smutki…

Na matczyne smutki…

… dobry jest łyk wódki. Rymuje się idealnie. Może nawet litr wódki brzmi lepiej. Ale – jak wiadomo, picie wódki nie przystoi eleganckiej kobiecie, a szczególnie matce 😉 Zatem co zrobić, kiedy matczyny spokój zostaje wystawiony na próbę? Co zrobić, kiedy zalewa Cię smutek albo puszczają nerwy?
Dużo już pisałam o matczynej pewności siebie i o tym, jak kluczowe ma znaczenie dla zdrowia psychicznego zarówno matki, jak i dziecka. Jak to w życiu bywa, są dni, kiedy jesteśmy przepełnione spokojem i pewne swoich racji. Wiemy wtedy, że nasza intuicja podpowiada nam słuszne rozwiązania i ze sporą satysfakcją odkrywamy, że mamy rację. Są jednak chwile, kiedy złośliwe życie wystawia nas na próbę. Przyjrzyjmy się tym sytuacjom.

Po ciężkiej nocy (trzy pobudki, wysokie decybele płaczu, długi czas karmienia) wstajesz rano. Za oknem bliżej nieokreślona szaro – czarna maź. Temperatura niebezpiecznie niska. Trzy dni wcześniej dziecko dostało na twarzy wysypki, nie wiadomo co je uczuliło, więc odstawiłaś wszystkie potencjalne alergeny. W związku z powyższym jesteś taka głodna, że chętnie wyjadłabyś kwiatki z doniczek. Wstajesz wcześnie, bo na 9 musisz zjawić się z dzieckiem u pediatry. Myjesz się szybko, jesz błyskawicznie kromkę chleba bez masła z plasterkiem szynki. Popijasz kawą bez mleka (i bez kofeiny). Pechowo dziecko nie chce współpracować przy ubieraniu, czas Was goni, godzina 9 zbliża się nieubłaganie. Dziecko zaczyna płakać a jego płacz osiąga nieznane Ci dotąd wysokie rejestry. W tym momencie dzwoni Twój telefon. Nie możesz odebrać, bo dziecko leży na przewijaku i wyje. W końcu udaje Ci się dokończyć ubieranie, jednak wiesz, że jeśli nie wybiegniesz w tym momencie z domu, to się spóźnicie. Ubierasz więc naprędce tysiąc warstw na siebie. Przy zakładaniu butów zacina się suwak. Dziecko zaczyna płakać w wózku, bo mu gorąco.

Masz ochotę usiąść na podłodze i na przemian kląć i płakać. Jednak nie robisz tego, tylko zaciskasz zęby, stajesz przed lustrem i powtarzasz: „Jestem kompetentną matką, jestem kompetentną matką”. Nie mylić z „jestem kompletną idiotką”. W końcu wychodzisz z domu i zdążasz na wizytę, choć z trudem. Całe szczęście takie dni zdarzają się rzadko, ale jednak zdarzają się i jak przychodzi wieczór masz ochotę wręczyć dziecko partnerowi, zamknąć za sobą drzwi i paść trupem. Padanie trupem matce nie przystoi, zatem poszukajmy sposobów na to, żeby się odstresować. A przynajmniej spróbować.

Oto zestawienie sposobów na odreagowanie:

1. Spacer – dobry i zawsze się sprawdza. Tylko siarczysty mróz lub huragan może być przeszkodą. Nawet wyjście do sklepu po chleb może mieć na Ciebie zbawienny wpływ. Zimą jednak przed wyjściem trzeba się przygotować psychicznie na ubieranie siebie i dziecka we wszystkie możliwe warstwy… No, ale i tak warto wyjść.

2. Śpiewanie i/lub taniec – rób to nawet, jeśli kompletnie nie umiesz… Dziecko nie zna się na muzyce, ale na pewno go Twoje zachowanie rozbawi. A przynajmniej zaciekawi. Ja mam popisową choreografię do pewnego nieśmiertelnego kawałka:

Moje dziecko to uwielbia i od razu obydwoje mamy dobry nastrój.

3. Rozmowa z przyjaciółką – albo po prostu z kimś, kogo lubisz najbardziej na całym świecie. Może to być mama, sąsiadka, ksiądz, fryzjer – byle byś mogła się wygadać.

4. Po prostu ruch! Tak jak pisałam powyżej tańcz! Biegaj, skacz, ćwicz brzuszki, wymachuj nogami. Wyrzuć z siebie napięcie.

5. Zrób sobie kąpiel lub weź prysznic. Wcześniej kup najładniej pachnący żel pod prysznic jaki jest dostępny w sprzedaży 😉

6. Połóż się na kanapie i obejrzyj ulubiony serial. Koniecznie mało obciążający intelektualnie. Koniecznie z jakimś przystojnym aktorem. Wypij buteleczkę Karmi. Polecam malinowe.

7. Przeczytaj fajną książkę. Mnie zawsze relaksuje Haruki Murakami. Niestety przeczytałam już wszystkie jego książki dostępne na polskim rynku. Czekam teraz na następne. Jeśli masz dużo czasu, to polecam „Na wschód od Edenu” Johna Steinbecka. To moja ulubiona cegła – yyy… literówka – KSIĄŻKA. Bardzo relaksującą lekturą są też przepiękne literackie biografie pisane przez Pierre La Mure’a. Polecam „Miłość niejedno ma imię” (o F. Mendelssohnie) , „Moulin Rouge” (o. H. Toulouse – Lautrecu) i „Claire de Lune” (o C. Debussym) .

8. Jeśli coś Cię strasznie zdenerwowało i nie jesteś już w stanie nad sobą zapanować, to połóż dziecko spać lub jeśli nie płacze, zostaw je w łóżeczku, wyjdź do drugiego pokoju, włącz głośno muzykę i przeklinaj na czym świat stoi lub rozpłacz się. Nie trzymaj emocji w sobie jeśli czujesz, że zaraz wybuchniesz.

9. Jeśli jesteś głodna tak, że nie możesz wytrzymać, to odciągnij mleko i zamów ogromną pizzę z tym wszystkim, czego mama karmiąca jeść nie może.

Teraz chciałabym przejść do sposobów PREMIUM, tylko dla tych wyjątkowych szczęściar, które mogą czasami wyjść z domu bez dziecka:

1. Wyjdź na imprezę. Nawet jeśli masz być następnego dnia niewyspana, to naprawdę warto. Poczuj się znów kobieco i odpocznij od codziennej rutyny.

2. Idź na randkę z przyjaciółką do Waszej ulubionej knajpy.

3. Jeśli potrzebujesz mocnych wrażeń, to zagraj w pokera lub idź do lunaparku. Nic tak nie dostarcza wrażeń jak porządny rollercoaster 😉

4. Idź na zakupy i spraw sobie coś super ślicznego i nieprzytomnie drogiego, najlepiej całkowicie niepraktycznego. Ja na przykład kupiłam sobie w środę buciki na zabójczej szpilce. Nie wiem, gdzie ja w nich wyjdę, ale i tak, kiedy na nie patrzę, to się czuję szczęśliwa.

5. Wyrzuć spodnie od dresu. Noś w domu spódnicę/sukienkę. Mama też może być ładna, nawet w wersji domowej.

Zawsze możesz też upiec muffinki. Ja dziś upiekłam takie:

Tym razem są to muffinki z owocami (w przepisie widnieją jeżyny, ja użyłam mrożonki zawierającej truskawki, borówki i maliny). Przepis pochodzi z bloga MojeWypieki.

Na koniec jeszcze kilka ostrzeżeń. Jeśli masz zły dzień, absolutnie nie rób następujących rzeczy:

Nie rozglądaj się po mieszkaniu i nie myśl: „O, Boże, ile tu kurzu, muszę posprzątać”, mimo iż sprzątałaś wczoraj. Najgorzej jest, jak wychodzi słońce i widać każdy najmniejszy brudek. Polecam założyć okulary przeciwsłoneczne i mieć wszystko w… poważaniu. Posprzątasz, jak Ci się poprawi nastrój.

To samo się tyczy prania, prasowania i gotowania. Jeśli trzeba, no to trzeba, ale jeśli nie musisz, to tego nie rób.

Nie narzucaj sobie dodatkowych obowiązków. Pozwól sobie na chwilę słabości. Tłumione emocje lubią się kumulować i wychodzić w najmniej odpowiednich momentach…

Powodzenia:)

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

O tym jak zrobić coś z niczego i kilka innych myśli

Nie mam na dzisiaj żadnych specjalnych planów. Wczoraj wyszłam na spacer z synkiem, żeby się polansować na osiedlu. Tym razem wzięłam wózek, ponieważ nie miałam siły, żeby dźwigać moje ponad ważące ponad 7,5 kg maleństwo 😉 Mój lans był niestety krótki, ponieważ okazało się, że bardzo silny wiatr praktycznie uniemożliwia poruszanie się. Z dużym wysiłkiem pchałam wózek próbując zwalczyć siłę wiatru. Mój syn spał w najlepsze, a ja heroicznie walcząc z siłami żywiołu, trzymając jedną ręką czapkę, żeby mi jej z głowy nie zwiało, drugą ręką kocyk, który miał chronić synka przed rażącym słońcem, trzecią ręką pchałam wózek, a czwartą łapałam porwane przez wiatr reklamówki… Myślę, że za jakiś czas w toku ewolucji u kobiet wykształcą się co najmniej cztery ręce.

Dziś też wybieram się na spacer, pewnie tym razem zawinę synka w chustę. W windzie spotkam sąsiada z góry, starszego pana, który zawsze pyta: „A pani to na pewno mama tego dzidziusia? Myślę, że raczej siostra”. Pójdę pod sąsiedni blok posłuchać, jak ktoś gra na pianinie. Ten ktoś gra przepięknie… Może nie jest mistrzem jeśli chodzi o technikę, ale słuchać w każdej nucie, że grający ma duszę i przelewa na klawisze mnóstwo emocji. Potem pewnie udam się w stronę ulicy Staffa, jak co dzień spotkam tego samego żula z listkiem marihuany nadrukowanym z przodu czapki. Następnie pójdę prosto, może po drodze wstąpię do biblioteki. Następnie udam się do parku. Niedawno odkryłam, że jest to park im. Zbigniewa Herberta. O każdej porze dnia można tam spotkać mamy z wózkami. Czasem trafia się również jakiś tatuś. Jest taki jeden pan, który nosi swojego dzidziusia w chuście. Uroczy to widok. W chuście i w wielkiej kurtce pan wygląda jak jaskiniowy niedźwiedź, ale jemu z tym bardzo do twarzy. Mój synek prześpi wszystkie etapy spaceru wsłuchany w bicie mojego serca. Nawet nie zorientuje się, że wróciliśmy do domu.

Moje dziecko codziennie mnie zaskakuje: dziś na przykład wymyśliło sobie, że nie zamierza leżeć ani na plecach, ani na brzuchu, ani w leżaczku, tylko będzie cały czas siedzieć i to najlepiej na moich kolanach. Szczęśliwie, w końcu się zmęczyło i poszło spać, więc mogę trochę pisać. Jedną ręką z dzieckiem na kolanach byłoby bardzo trudno.

W związku z absorbującym porankiem, muszę się trochę wyluzować. Najchętniej poleżałabym na plaży i piła drinki z palemką, ale jak wiadomo – nie bardzo mogę, więc włączę sobie pozytywnie nastrajającą muzykę, wejdę do wanny i poczytam książkę. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić, jeśli się nie ma tego, co się chce.

Zanim jednak oddam się przyziemnym przyjemnościom, chcę się podzielić nowym odkryciem kulinarnym. Tym razem nie jest to przepis wegetariański, ponieważ zawiera szynkę, jednakże wydaje mi się, że bez szynki tez może być dobry. Jest to jeden z tych wymysłów, które się udają przypadkiem, kiedy nie masz „nic” w lodówce, a chce Ci się strasznie jeść i jesteś zdesperowany. Poza tym potrzebowałam odpocząć od potraw skomplikowanych i czasochłonnych po tym, jak przez dwa dni z rzędu robiłam pierogi z soczewicą. Ich klejenie śniło mi się po nocach… Jak już przestanę się na nie gniewać, to chętnie podzielę się przepisem. Zanim to jednak nastąpi, wolę się podzielić czymś znacznie łatwiejszym.

Składniki:

2 torebki brązowego ryżu
20 dag pieczarek
10 dag sera żółtego
1 kubeczek śmietany 18&
15 dag szynki, koniecznie chudej i słonej (ja użyłam ulubionej szynki z kotła)
sól i pieprz

Instrukcja (banalna):

Gotujemy ryż, pieczarki wrzucamy na patelnię (z odrobiną oliwy z oliwek), chwilkę dusimy, wrzucamy pokrojoną w kostkę szynkę. Dusimy 5-10 minut, aż pieczarki zmiękną. Dodajemy śmietanę i starty ser, doprawiamy i… gotowe. Jest to proste, szybkie i pożywne. Nie mogłam się oderwać od talerza.

W związku z tym, że ugotowanie tego zajmuje 10 minut, zjedzenie jeszcze mniej, to ja namawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy – wykorzystajcie pozostały czas i zróbcie dziś dla siebie coś co wyjątkowo lubicie. Długa ta zima, nasz organizm potrzebuje dogrzania i pozytywnej energii. Skoro świat zewnętrzny nam tego skąpi, sami sobie poradźmy! Zdrowy egoizm górą! 🙂

Książki, książki, książki!!!

Książki, książki, książki!!!

Chciałabym dzisiaj poświęcić chwilę przeglądowi książek dotyczących ciąży i macierzyństwa. Będzie to wybór subiektywny, na podstawie tego, co mam w domu.

Jak już pewnie się przyzwyczailiście, na początek będzie piosenka, a następnie mała dygresja. Nie wiem, dlaczego, ale ten kawałek pasuje mi do tematu związanego z czytaniem.

Zawsze uważałam, że aby dobrze i lekko pisać, trzeba dużo czytać. Taki mały truizm 🙂 Dlatego też, odkąd sięgam pamięcią, połykałam książki. Czytałam wszystko, co stanęło mi na drodze. Byłam jednym z tych dewiantów, którzy czytają wszystkie lektury szkolne i to na dodatek z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet jeśli jakaś książka mi się nie podobała lub miałam co do niej wątpliwości, doczytywałam ją do końca, czasami w strasznych męczarniach. Pewnie teraz część z Was mnie zlinczuje, ale numerem jeden wśród takich „książek – katów” jest dla mnie „Potop” Henryka Sienkiewicza. Chętnie bym sobie dała medal za przeczytanie tej książki mimo bólu, prawie fizycznego. Oczywiście, jest kilka takich książek, których nie dałam rady skończyć, mimo wielkiej samodyscypliny i szczerych chęci. Jedną z takich książek jest „Chleb na wody płynące” I. Shawa. Miałam do niej kilka podejść, ale… za każdym razem poddawałam się mniej więcej w jednej trzeciej drogi. Nie pamiętam dlaczego.

Nie chcę się teraz zagłębiać w poszczególne fascynacje i anty – fascynacje literackie. Zanim przejdę do książek traktujących o ciąży i macierzyństwie, chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na pewną zaskakującą zmianę w moim podejściu do czytania podręczników. Zawsze byłam straszliwie systematyczna i skrupulatna jeśli chodzi o naukę. Wyjątek stanowiła chemia, moja największa pięta achillesowa i porażka naukowa. Poza tym zawsze miałam dobrą pamięć i, rzecz jasna, wykorzystywałam to podczas nauki. Przygotowując się do egzaminów podczas studiów czytałam podręczniki od deski do deski (a wcześniej słuchałam wykładów) i to wystarczyło. Zapamiętywałam dużo i bardzo szczegółowo. Niestety na dość krótko. Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam się przygotowywać do porodu i macierzyństwa trochę tak, jak do dużego i trudnego egzaminu. Obłożyłam się z każdej strony książkami, czytałam dokładnie od początku do końca wszystko, co wpadło mi w ręce, zaznaczałam kolorowymi karteczkami interesujące rozdziały, tematy, tezy, tabelki. Teraz chce mi się z tego śmiać, ponieważ do tej pory ani razu nie chciało mi się sprawdzać, co na tych karteczkach napisałam, dużo łatwiej mi po prostu zajrzeć do indeksu pojęć z tyłu książki 😀

Teraz już wiem, że po porodzie i tak niewiele się pamięta z tego, co się przeczytało. Wszystkie szczegóły umykają. Co, kiedy, jak i po co dziecko ma robić? Jak my mamy reagować? W mózgu pustka. Jedyne co zapamiętałam, to że będzie bardzo ciężko i wpadałam codziennie w panikę myśląc: „Jak ja sobie dam radę?!”. Czytanie po prostu bardzo pomaga nam przejść przez ciążę, moim zdaniem. Dzięki temu możemy mieć poczucie, że oprócz naszych gabarytów, rosną też nasze kompetencje. I bardzo dobrze! Niech rosną. Po porodzie się bardzo przydadzą. Tak samo, jak przyda się podkreślana już nie raz przeze mnie intuicja i wiara w to, że postępujemy słusznie. Warto postawić sobie te książki w zasięgu ręki, żeby móc do nich zaglądać w razie potrzeby. Ja zaglądam codziennie.

Teraz czas na subiektywny przegląd literatury związanej z ciążą i macierzyństwem.

Wyróżnienie specjalne:

Należy się, moim zdaniem, książce „Język niemowląt” Tracy Hogg. Wokół tej pozycji jest wiele kontrowersji. Pani Hogg ma rzeszę swoich wielbicielek i drugie tyle – wrogów. Moim zdaniem, należy zachować zdrowy rozsądek i z każdej książki wybierać cos dla siebie i szybko zapominać o tym, co do nas nie przemawia. Dla mnie osobiście w tej książce zawartych jest kilka tez, które do mnie trafiają. Po pierwsze – o tym, jak ważne jest nauczenie się, co dziecko próbuje nam zakomunikować. Rozróżnianie rodzajów płaczu. Empatyczne dostosowywanie się do komunikatów dziecka. Zamiast – za przeproszeniem – wciskania cyca za każdym razem, gdy dziecko zapłacze – uważne słuchanie. Jeśli dziecko boli brzuch albo ma mokro, to się tylko tym cycem zdenerwuje. Bardzo ciekawym konceptem jest tzw. łatwy plan. Zakłada on wypracowanie kompromisu między temperamentem i potrzebami dziecka a rytmem dobowym, który rodzice chcą wprowadzić. W skrócie – mówi o tym, jak połączyć rytm dziecka z rytmem rodziców, aby obie strony były zadowolone. Polecam wgłębienie się w temat, bo – moim zdaniem – to naprawdę działa! Niektórzy czytelnicy zarzucają Tracy Hogg podejście treserskie do dzieci. Szczególnie oburzają się zwolennicy tzw. rodzicielstwa bliskości. Hogg pisze po prostu o tym, że dzieciom należy stawiać od początku granice i uczyć je samodzielności. Jest zagorzałą przeciwniczką spania z dzieckiem w jednym łóżku. Zgadzam się z nią w tej kwestii. Nie jest to jednak, moim zdaniem, tresura. To zdrowe wyznaczanie granic, dobre zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Polecam – przeczytajcie sami i się przekonajcie, czy to do Was przemawia, czy nie.

Moje hity:

1. „Umysł mamy” K.Ellison. O tej książce już pisałam TUTAJ. Bardzo ciekawa pozycja, obalająca stereotypy dotyczące zmian w sposobie myślenia kobiet po porodzie. Inspirująca i wciągająca, mimo iż jest to praca naukowa.

2. Dwie książki Australijki Kaz Cooke – „Ciężarówką przez 9 miesięcy” oraz „Dzieciozmagania”. Szczególnie polecam tę pierwszą, od samego początku ciąży. Jest tak śmieszna, że kilka razy łzy mi ze śmiechu po policzkach spływały. Oprócz błyskotliwych i bardzo zabawnych tekstów zawiera karykaturalne obrazki doskonale ilustrujące treść. Zawiera zarówno porady, jak i fragmenty ciążowego pamiętnika. Myślę, że każda „ciężarówka” znajdzie tutaj coś dla siebie. Ja przeczytałam tę książkę w całości chyba 10 razy.
„Dzieciozmagania” to kontynuacja „Ciężarówki” – ogromna cegłówa zawierająca porady dotyczące pierwszych pięciu lat życia dziecka. Istne kompendium wiedzy. Warto!

Dobre podręczniki:

Konkretne, fachowe, przejrzyste. Zawierają bardzo dużo praktycznych wskazówek. Można się nimi posłużyć jako ramami teoretycznymi w kwestii rozwoju.

1. Jolanta Zdzienicka – „Małe Dziecko” – dobre i na dodatek polskie! Wyczerpujące kompendium wiedzy na temat rozwoju dziecka w ciągu pierwszego roku jego życia. Sporo miejsca autorka poświęca żywieniu dziecka, pielęgnacji, leczeniu. Książka zawiera również przepisy dla dzieci z alergiami.

2. A. Eisenberg, H.E. Murkoff, S.E. Hathaway – „Pierwszy rok życia dziecka”. Opracowana w formie pytań i odpowiedzi wielka Biblia dla rodziców. Bardzo dużo przydatnych informacji. Rzetelne i konkretne odpowiedzi. Moim zdaniem powinna być w każdym domu.

3. T.B. Brazelton – „Emocjonalny i fizyczny rozwój twojego dziecka przez pierwsze lata życia: punkty zwrotne” – Brazelton to „ulubiony pediatra Ameryki”, wszechobecny również w podręcznikach z psychologii dziecka. Mądry facet 🙂 Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam, ale i tak uważam, że warto. Jedyne, co mnie w tej książce dołuje to fakt, że gdy porównam sobie jego podejście z tym, co spotyka nas w polskich gabinetach pediatrycznych, to mnie delikatnie rzecz ujmując trafia szlag! Nie spotkałam jeszcze pediatry tak uważnego, tak dokładnego jak on. Prezentowane przez niego holistyczne podejście do rozwoju dziecka bardzo do mnie trafia. Czy Wasi pediatrzy są zainteresowani rozwojem psychologicznym dziecka? Czy rozmawiają z Wami o Waszych domowych problemach? Brazelton to pediatra i terapeuta w jednym… Jeśli znacie takiego, to ja poproszę numer telefonu.

Warto znać, choć można bez nich przeżyć:

1. D. Maurer, Ch. Maurer – „Świat noworodka” – szczegółowo opisuje jak noworodek odbiera i przetwarza bodźce płynące ze świata zewnętrznego. Napisana jest dość sucho, ale temat jest na tyle ciekawy, że da się przebrnąć.

2. B. Cramer – „Dwa pierwsze lata – co się dzieje między matką, ojcem i dzieckiem” – Cramer to psychoanalityk, jeden z autorytetów w dziedzinie psychologii dziecka. Powiem szczerze – książka nie dla wszystkich. Nawet mnie jako psychologa drażni psychoanalityczne rozkładanie relacji na części pierwsze. Czasem mam wrażenie, że autor na siłę próbuje dostrzec pewne rzeczy tam, gdzie ich nie ma. Mam też wrażenie, że nie każdy chce i nie każdy powinien tak głęboko zaglądać w sferę emocji. Dlatego też osobom sceptycznie nastawionym do psychologii odradzam, bo się mogą tylko zdenerwować.

3. D. Kornas Biela – „Wokół początku życia ludzkiego” – jeden z podstawowych podręczników czytanych na studiach psychologicznych, na specjalizacji klinicznej dziecka. Zawiera szczegółowe informacje dotyczące tego, jak rozwija się płód oraz tego, co się dzieje z matką i ojcem wraz rozwojem dziecka. Moje zastrzeżenie – książka wydana jest przez katolickie wydawnictwo, zawiera więc dość stronnicze poglądy… Poza tym rzeczywiście zawiera dużo przydatnych informacji.

Niekoniecznie:

1. Anne Krueger – „Macierzyństwo. Pierwsze 12 miesięcy życia dziecka”
2. G.B.Curtis, J. Schuler – „Pierwszy rok życia twojego dziecka tydzień po tygodniu”
3. B. Nees – Delaval – „Będziemy rodzicami”

W skrócie – pierwsze dwie napisane bardzo chaotycznie. Za dużo informacji na raz. Poza tym wiele z nich jest już nieaktualnych w świetle nowych badań.
Ostatnia – zupełna do mnie nie przemówiła. Może i zawiera dużo informacji, ale jest nieciekawie napisana. Zawiera również makabryczne rysunki, które absolutnie wystarczą, żeby tę książkę zatrzasnąć z hukiem.

Lekki przerost formy nad treścią, ale w sumie śmieszne i dobrze się czyta:

1. Leszek K. Talko – „Dziecko dla odważnych” – zbiór bardzo śmiesznych felietonów znanego dziennikarza. Talko pisze o tym, jak z żoną codziennie zmagają się z dwójką dzieci z piekła rodem. Można się szczerze uśmiać. Jednak jeśli byśmy pominęli cały aspekt humorystyczny to przed naszymi oczami ukaże się obraz bardzo nieudolnego rodzicielstwa. Chaos, chaos, chaos i dzieci włażące bezradnym rodzicom na głowę. Mimo to polecam!

2. D. Port, J. Ralston – „Szkoła przetrwania dla przyszłych ojców” – nareszcie coś wyłącznie dla tatusiów! Śmieszna książka napisana bardzo łopatologicznie, skierowana do mężczyzn – jaskiniowców, którzy do tej pory nie umieli nic innego jak tylko pić piwo i chodzić na polowanie, a nagle muszą stać się odpowiedzialnymi ojcami. Podejrzewam, że dla niektórych panów to będzie bardzo odkrywcze doświadczenie… Z mojej perspektywy – warto, choćby dla fajnych przepisów. No i brawo za książkę dla ojców – nie ma ich zbyt wiele!

Uff… Trochę tego napisałam, a to tylko niektóre pozycje! Polecam przeglądać jak najwięcej książek, żeby móc z każdej wybrać coś dla siebie. I tak cała wiedza zostanie zweryfikowana przez życie, a najwięcej nauczymy się na własnych błędach.

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy;-)

Między nami kobietami

Między nami kobietami

Chcę się dziś przyjrzeć temu, co się dzieje z naszymi przyjaźniami w czasie, gdy zachodzimy w ciążę i rodzimy dzieci. Na początek fragment wyjątkowego koncertu Divas Live, z udziałem najwspanialszych głosów świata:

Naturalnym zjawiskiem jest to, że jak zostajemy mamami, liczba naszych przyjaciółek znacznie się zmniejsza. Tak nam się przynajmniej na początku wydaje. Jednak – tak jak to bywa z wieloma aspektami naszego życia – krąg przyjaciółek nie tyle kruszeje, ile się zmienia pod wpływem czasu i nowych doświadczeń.

Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, w naturalny sposób zaczyna koncentrować się na sobie oraz nowym życiu, które się w niej rozwija. Wsłuchuje się w swoje ciało, jest w stałym kontakcie emocjonalnym i mentalnym ze swoim dzieckiem. Skoncentrowaniu na sobie sprzyjają różne dolegliwości ciążowe. Zmienia się percepcja rzeczywistości. Wyostrzone zmysły powodują, że rośnie apetyt, ale są też często przyczyną paskudnych mdłości i złego samopoczucia. Kobieta w ciąży jest bardzo emocjonalna i jest to zupełnie usprawiedliwione. Na przygotowanie się do nadchodzących zmian ma niewiele czasu, przeczuwa również, że wiele z tych zmian to zmiany nieodwracalne. Często ogarnia ją panika. Łatwo popada w stan przygnębienia, które jest tak obezwładniające, że trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy.

Zanim zostałam mamą, tematy związane z dziećmi nie były mi obojętne, jednak nie byłam w stanie wyobrazić sobie ani wczuć się w to, na czym naprawdę polega macierzyństwo. W obecności kobiety karmiącej piersią czułam się nieswojo. Przyglądałam się z lekkim zakłopotaniem i zastanawiałam się, jakie to uczucie i jak to w ogóle działa? Jak to dzieje, że mleko leci? Czułam się też trochę tak, jakbym była tylko w połowie kobietą, a ta osoba przede mną, z dzieckiem przyssanym do piersi – kwintesencją kobiecości. Czułam się gorsza. Zazdrościłam matkom siły i spokoju. Z drugiej strony czułam się wolna i niezależna. Myślałam, że wiele jeszcze przede mną, a przed nimi – nie bardzo… Teraz wiem, jakie to krzywdzące. To nie dziecko zabiera nam wolność i perspektywy tylko my same to robimy. Ograniczenia rodzą się w naszych głowach. Znam wiele kobiet, które dopiero w momencie gdy stały się matkami, zaczęły naprawdę słuchać siebie i wiedziały, co chcą w życiu robić. Zaczęły realizować swoje pasje, zakładać firmy, spełniać się. Tak jak już kiedyś pisałam, zmieniła się ich organizacja czasu, priorytety, sposób myślenia.

Kiedy sama zostałam mamą, zobaczyłam jak naturalne jest przedefiniowanie relacji z bliskimi kobietami. To normalne, że rodząc dziecko, każda z nas zbliża się do swojej mamy, babci, czy teściowej. Szukamy dobrych rad, wzorców. Poszukujemy również wsparcia w przyjaciółkach, które mają podobne doświadczenia.

http://www.youtube.com/watch?v=Zno0xeap0hU&playnext=1&list=PL06AA9CE9C6DB2487

Często jednak dziwimy się, dlaczego nasze koleżanki singielki czy bezdzietne przestają się z nami kontaktować. Nam, mamom, trochę nadwrażliwym pod wpływem hormonów wydaje się, że one po prostu przestały się nami interesować, że przestałyśmy być atrakcyjne jako osoby i jako przyjaciółki. Jednak zaręczam, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Nie bierzemy pod uwagę, że nasze koleżanki mogą odczuwać zazdrość. Nie pamiętamy, jak same czułyśmy się przy naszych koleżankach, które zostały matkami. Kolejna przyczyna zmniejszenia częstotliwości kontaktu ze strony przyjaciółek to po prostu niepewność, czy mogą dzwonić. One nie chcą przeszkadzać, nie chcą obudzić dziecka, nie wiedzą jak się zachować, często też czekają na nasze zaproszenie. A nam się wydaje, że same powinny się odezwać. Myślimy, że pewnie są tak skupione na swoich karierach i romansach, że o nas zapomniały. W ten sposób buduje się przepaść między matkami a ich bezdzietnymi przyjaciółkami. Na bazie domysłów.

Jedno jest pewne – my kobiety musimy się trzymać razem. Nawet najlepszy mężczyzna u naszego boku nie jest stworzony do rozmów na takie tematy jak szpilki od Jimmy’ego Choo, czy nowe kolczyki. O pewnych sprawach z mężczyznami wręcz rozmawiać nie należy. Kobieta – matka potrzebuje innych mam po to, by poczuć, że nie jest sama, że nie jest odosobniona w swoich problemach, że nie tylko ona marzy o wyjściu z domu bez dziecka. Z drugiej strony, potrzebuje również przyjaciółek bezdzietnych, które nie zważając na jej bycie mamą, zabiorą ją od czasu do czasu na imprezę lub do kina, opowiedzą o swoich najnowszych podbojach miłosnych i zawrotnej karierze. Takie spotkania mobilizują matkę do bycia nie tylko mamą, do zdrowego egoizmu i dbania o siebie.

Nie unikajmy się nawzajem, nawet jeśli nam się wydaje, że nasze drogi się rozchodzą, bo jedna z nas urodziła właśnie dziecko, a druga awansowała na managera działu. Jeśli się lubimy, to zawsze będzie się nam dobrze rozmawiało, niezależnie od sytuacji życiowej każdej z nas.

Namawiam więc przyjaciółki – singielki – dzwońcie do mam! One siedzą w domach z dziećmi i dostają kręćka. Tęsknią za nawet najmniejszą namiastką dawnego życia. Wyciągajcie jej więc z domu! A wy – drogie mamy – nie wykręcajcie się (chyba, że rzeczywiście jest obiektywny powód), dziecko zostawcie z tatusiem, załóżcie szpileczki, zróbcie makijaż i fryzurę i… miasto jest wasze. Warto!

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. II

Jak już wspominałam w poprzedniej części, moja droga do oswojenia Warszawy była długa i wyboista. Przyjechałam otwarta i bezbronna jak róża bez kolców. Z wszystkimi chciałam się zaprzyjaźnić. Wierzyłam w dobre intencje napotkanych osób. Innymi słowy – naiwność moja nie znała granic. Z jednej strony rozczarowałam się wielokrotnie, a z drugiej kilka razy spotkały mnie miłe niespodzianki. Jak to w życiu – raz z górki, raz pod górkę. Sama również parę razy zachowałam się beznadziejnie i dopiero po latach potrafiłam przyznać się do popełnionych błędów. Kilka osób po latach przeprosiłam, do niektórych niestety nie udało mi się dotrzeć. Przez lata poznawania Warszawy, trochę kolców mi wyrosło. Na szczęście wyboje na drodze nie do końca pozbawiły mnie wrodzonej otwartości i miłości do ludzi. To chyba nieuleczalna choroba!

Niektórzy z Was mogą myśleć – o co jej chodzi? Potrzebuje rozgrzeszenia? Tłumaczy się? Otóż, moi kochani, wraz z dojrzewaniem osobowości, a szczególnie w chwili, kiedy zostałam matką, zaczęłam się podwójnie wstydzić za niektóre swoje czyny. Zwłaszcza za te popełnione z głupoty i bezmyślności. Jako matka, która ma być dla dziecka wzorem, oparciem i – mam nadzieję – autorytetem – marzę o tym, żeby mieć czyste konto. Czyste we własnym odczuciu. Żeby taki stan osiągnąć trzeba spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Schrzaniłaś”. Kolejny krok to próba naprawienia tego, co się popsuło. Jeśli się nie da, to trzeba sobie wybaczyć. Stąd te wszystkie moje retrospekcyjne rozważania. Na dobry początek.

Chciałabym teraz cofnąć się do czasów, kiedy Warszawa była dla mnie wielką, nieprzyjazną zagadką.
Studia na MISH to była jazda bez trzymanki. Bezustanne bieganie z wydziału na wydział. Na pierwszym roku 48 godzin zajęć tygodniowo na trzech wydziałach. Bardzo dużo nauki. Część zajęć wybierana na oślep, okazała się być kompletnym niewypałem i kwintesencją nudy. Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że nuda to mój największy wróg i potencjalny zabójca.

Jak poprzednio pisałam, mieszkałam w Akademiku przy Żwirki i Wigury. Pamiętam, że mój pierwszy pokój miał numer 203. Miałam łóżko na wprost drzwi. Łóżko od połowy złamane i pozbawione sprężyn. Zero możliwości wymiany. Miałam dwie współlokatorki. Tylko jedną lubiłam, ale ona była zbyt spokojna dla tamtej mnie. Unikałam siedzenia w pokoju jak ognia. Ciągle chodziłam na imprezy. Tuż obok akademika, jak sama nazwa wskazuje, znajdował się klub Proxima. Pracowali tam moi koledzy. Ci sami koledzy pracowali też w Hybrydach (ta sama firma). Bywały takie tygodnie, kiedy imprezowaliśmy codziennie, z wyjątkiem niedzieli. Nie wiedziałam, co z tymi niedzielami zrobić.

Szybko musiałam zacząć dorabiać. Pierwszym dorywczym zajęciem były korepetycje z angielskiego. Dwa razy w tygodniu przekazywałam tajniki swej anglistycznej wiedzy trzem szóstoklasistom. Często w czasie korepetycji wracał z pracy tata jednego z nich, siadał w kuchni i gapił się na mnie przez okienko. Kilka razy spotkałam go w windzie. Za każdym razem padały jakieś dwuznaczne komentarze. Gdybym nie lubiła tych dzieciaków i samego nauczania, raczej bym z tego zrezygnowała.

Często zdarzało się, że z Hybryd wracałam pierwszym porannym autobusem. Czasami też nocnymi. Niejednokrotnie wracałam sama, bo wszyscy zwinęli się wcześniej, a ja, z moją niespożytą energią, wolałam tańczyć do rana. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę chodziłam do klubów po to, żeby tańczyć. Zdarzało się, że przez sześć godzin nie schodziłam z parkietu. Wypijałam w tym czasie jedno lub dwa piwa. Teraz pewnie liczby przedstawiałyby się dokładnie odwrotnie;-)

Czasami potrzebowałam kultury. Wtedy szłam do CSW i spędzałam tam pół dnia. Bardzo to lubiłam – niezależnie czy szłam sama, czy z kimś. Jednak najczęściej chodziłam sama, żeby odreagować, żeby pomyśleć, żeby się wyciszyć. Dość wcześnie odkryłam też Kinotekę i na wszystkie filmy chodziłam właśnie tam.

Z biegiem czasu kultowym miejscem stało się dla mnie Pole Mokotowskie – mieszkałam z prawie każdej jego strony, od Żwirek, od Batorego, od Boboli. Na trzecim roku studiów chodziłyśmy z koleżanką się uczyć „na Pola” i opalać jednocześnie. Kto zna to miejsce, ten wie, że trzeba być wytrenowanym w przeganianiu onanistów i ekshibicjonistów. Zawsze miałyśmy pod ręką jakiś konar w tym celu.

Największy przełom w poznawaniu miasta miał miejsce na drugim roku studiów. Mijały kolejne tygodnie. Minęła zima, podczas której regularnie, w środy, gubiłam rękawiczki. Po jednej sztuce z każdej pary. Wychodziłam wcześniej z zajęć na Wydziale Psychologii, biegłam na autobus odjeżdżający z Muranowskiej i wpadałam spóźniona i zdyszana na lektorat z hindi. Nasz nauczyciel, native speaker, prawdziwy porządny Hindus, zawsze patrzył na mnie z wyrzutem. Jako osoba bardzo punktualna, okropnie się wstydziłam tych spóźnień. Nie miałam innego wyjścia. Zawsze schodziło mi pół godziny na dojazd. Wcześniej wychodzić z zajęć na psychologii już nie mogłam. I tak wiele traciłam. Zachodziłam w głowę, jak to zrobić, żeby magicznie się nie spóźniać. Jakieś zagięcie czasoprzestrzeni może?

W międzyczasie przyszła wiosna. Początki były trudne, jak to z przesileniem bywa, spać się chce, organizm dopiero budzi się do życia. Jednak po kilku dniach, kiedy organizm poczuł krążące w powietrzu pozytywne wibracje, dostałam tradycyjnego wiosennego kopa energetycznego. Kopa, który uniósł mnie wysoko ponad powierzchnię ziemi. Pomyślałam wtedy – tak uskrzydlona szybciej dotrę pieszo na to Krakowskie Przedmieście niż dojadę autobusem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było dla mnie niezwykłe odkrycie, że Warszawę można przemierzać pieszo i na dodatek tak jest dużo szybciej niż komunikacją miejską. Opracowałam następującą trasę: z ulicy Stawki skręcałam w Zamenhofa. Z Zamenhofa w lewo w Nowolipki, z Nowolipek w Andersa, mijałam Komendę Policji i Kino Muranów, zbiegałam schodami do metra, przechodziłam na drugą stronę i wychodziłam „przy kamieniu” pod błękitnym wieżowcem Peugeota. Dalej szłam prosto, przechodziłam na drugą stronę ulicy i wchodziłam w bramę do Ogrodu Saskiego. Dalej w lewo przez Ogród Saski do Placu Piłsudskiego. Przechodziłam przez Plac Piłsudskiego i już byłam na Krakowskim Przedmieściu! Wystarczyło tylko dobiec do kampusu Uniwersytetu, do Instytutu Orientalistyki, na pierwsze piętro i gotowe! Nadal zdyszana, ale o wiele zdrowsza i szczęśliwsza, wpadałam na lektorat już nie piętnaście, lecz siedem minut spóźniona. Myślę, że nasz lektor był zadowolony z tej zmiany:)

Przemierzałam tę trasę w każdą środę, wokół mnie robiło się coraz cieplej. W wakacje, jak zwykle, wyprowadziłam się z akademika. Przygarnęła mnie koleżanka. Miały to być kolejne wakacje spędzone w Warszawie, jedne z bardzo wielu. Jednak wiedziałam już, że mogę wszędzie chodzić pieszo i odkrywać nowe, ładne miejsca i to sprawiało, że czułam się lepiej.

Ostatecznie to przyjaźnie sprawiły, że zadomowiłam się na dobre. Sprawili to moi przyjaciele, z którymi przesiadywałam w Heliconie (już nieistniejącym) zajadając się bajecznie pysznymi pierogami z soczewicą. Moja najlepsza przyjaciółka, z którą na pierwszą kawę poszłam do … baru mlecznego „Karaluch”, po zajęciach z – nomen omen – semiotyki logicznej. Pamiętam, że piłyśmy kawę Inkę z białych kubków „Społem”. Moja przyjaciółka z psychologii, która zaczepiła mnie na trzecim piętrze na wydziałowym korytarzu, a w tydzień później pojechałyśmy razem na warsztaty z bandą architektów (obie pisałyśmy prace roczne z psychologii architektury) i przez pomyłkę dostałyśmy pokój z łóżkiem małżeńskim.

To ludzie tworzą dom. Dzięki nim Warszawa jest moim domem. Poza tym Warszawa to miasto wielu możliwości. Sama świadomość tego, ile ich jest, często mi wystarcza.
Oczywiście czasami tęsknię za małym miastem. Moje rodzinne miasto jest śliczne i zadbane. Kameralne i nastawione na kulturę. Niedawno przeżyłam chwilę ogromnego wzruszenia, gdy odkryłam miejsce bliźniaczo podobne do cieszyńskich okolic.
Jednak, jak to często bywa, im trudniejsze są wspólne doświadczenia, tym uczucie jest silniejsze. Dlatego moja miłość do Warszawy jest tak ogromna.

Często sobie myślę, że przyjeżdżając tutaj przetarłam szlaki dla moich dzieci. Myślę wtedy: „Moje dzieci będą miały łatwiej. Nie będą musiały się wyrywać z prowincji i oswajać ze stolicą, ponieważ będą jej mieszkańcami od urodzenia”. Jednak kiedy się nad tym głębiej dziś zastanawiałam, doszłam do zaskakujących wniosków.

Wyobraziłam sobie taką scenę:

Mój osiemnastoletni syn podchodzi do mnie i mówi:

– Mamo, chcę wyjechać na studia do Nowego Jorku/Paryża/Canberry/Jemenu/Pragi…
A mnie, jak to matce, łzy stają w gardle, ale mówię:
– Jedź, synku.

I przypominam sobie jak tęskniłam za domowym obiadem. Przypominam sobie, jak walczyłam z wiatrem i deszczem zacinającym w twarz. Przez chwilę czuję strach o swoje dziecko. Jednak zaraz potem wraca do mnie siła i satysfakcja płynąca z samodzielnych decyzji. Przypominam sobie, jaka ogromna nauka płynie z własnych błędów. Jak silną osobą się stajesz, gdy nie bierzesz tego, co podają Ci na tacy, tylko walczysz o to, czego naprawdę chcesz!

Rodzicom nie wolno zatrzymywać dziecka, które chce podejmować samodzielne decyzje. Dzieci nie są naszą własnością. Zadaniem rodzica jest dać jak najwięcej miłości, wsparcia, wiedzy i mądrości kiedy dziecko dorasta. Jednak w chwili, gdy chce ruszyć w świat, trzeba mu pozwolić. I – po raz kolejny już to podkreślam – ufać mu i wierzyć, że nawet jeśli kilka razy powinie mu się noga, to dobrze je wychowaliśmy i ostatecznie to wszystko wyjdzie mu na dobre. Takie mądre rodzicielstwo to jest nie lada sztuka, wymaga wielkiej siły i umiejętności zwalczania własnego egoizmu. Moim zdaniem na tym właśnie polega prawdziwa i bezinteresowna miłość. Miłość w czystej postaci.

Część pierwsza tego wpisu znajduje się TUTAJ

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

Za kilka miesięcy minie dziesięć lat odkąd przeprowadziłam się do Warszawy. Była to pierwsza przeprowadzka w moim życiu. Pierwsza spośród bardzo wielu (tylko moi najbliżsi przyjaciele wiedzą, ile ich było). Zanim znalazłam tutaj swoje miejsce, musiało upłynąć wiele czasu. Przyjechałam z wielkim plecakiem marzeń i nadziei. Musiałam przejść wiele kilometrów, wylać wiele łez i poznać wielu ludzi, żeby w końcu poczuć się jak u siebie.

Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy w styczniu 2001, jeszcze długo przed egzaminami na studia. Wybraliśmy się we troje – moja koleżanka z klasy, mój najlepszy przyjaciel i ja. Nocowaliśmy w akademiku przy Żwirki i Wigury. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten akademik przez wiele lat będzie moim drugim domem. Pierwsze wrażenie było fatalne. Warunki mieszkaniowe straszne. Jedna łazienka z WC na całe piętro. Straszliwy moloch i bezustanne pijaństwo. Pomyślałam sobie: „Nigdy w życiu, za Chiny Ludowe nie chcę mieszkać w takim miejscu!” Teraz chce mi się z tego śmiać. Podczas tego pierwszego pobytu zrobiliśmy wiele kilometrów. Obejrzeliśmy chyba wszystkie ważne miejsca. Sejm, ambasady, Belweder, Łazienki, no i oczywiście taras widokowy Pałacu Kultury. Było szaro, zimno i nieprzyjaźnie, jednak my się świetnie bawiliśmy. Odkryliśmy pyszne drożdżówki z budyniem w podziemiach Dworca Centralnego. Do dziś, kiedy mijam tę cukiernię i widzę jej właściciela, uśmiecham się do siebie i do swoich wspomnień.

W marcu 2001 przyjechałam znów, tym razem sama. Na Uniwersytecie Warszawskim organizowane były Dni Otwarte. Zależało mi na spotkaniach Kolegium MISH, bo na te studia się wybierałam. Kiedy wyjeżdżałam z Cieszyna, było ciepło i wiosennie. W Warszawie już następnego dnia przywitał mnie powrót zimy. Nocowałam na Twardej u znajomych mojej mamy, nie było ich cały dzień w domu, więc nie miałam się gdzie schować przed zimnem. Musiałam szukać schronienia w ramionach miasta. Poszukiwałam ciepłych, przyjaznych miejsc. Pamiętam, jak szłam ulicą Miodową. Wiało mi prosto w twarz. Było nie więcej niż dziesięć stopni, padało coś na kształt deszczu ze śniegiem. Miałam na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem, rajstopy, cienką spódnicę i sweterek. Myślałam, że umrę z zimna. Zatrzymałam się przed Akademią Teatralną. Weszłam do środka i tam znalazłam schronienie na kilka godzin. Poznałam ludzi, którzy akurat przyjechali na konsultacje przed egzaminami. Na korytarzach spotkałam wielu rozśpiewanych studentów. Atmosfera była naprawdę porywająca. Odrobinę się rozgrzałam. Kiedy byłam już gotowa wyjść na zewnątrz, okazało się, że pogoda jest jeszcze gorsza niż przedtem. Siła i chłód wiatru przekroczyły granice mojej wytrzymałości. Walcząc z zacinającym śniego – deszczem, dotarłam na Krakowskie Przedmieście. Mój wzrok przyciągnął szyld: „Kino Kultura”. Postanowiłam wejść do środka. Akurat grano film „Ame Agaru” (tytuł polski był bardzo adekwatny do pogody: „Po deszczu”), według scenariusza A. Kurosawy. Wizualnie piękny film, w którym nie działo się absolutnie nic. Pamiętam, że przez cały seans czułam, że za chwilę odpadną mi skostniałe palce.

Fot. MK

Patrzyłam na ekran i wspominałam spotkanie w sprawie moich studiów. Dyrektor Kolegium MISH powiedział nam, że są to studia dla osób, które mają bardzo wąskie lub bardzo szerokie zainteresowania. Zaliczałam się do tej drugiej grupy – osób o mało sprecyzowanych zainteresowaniach, które chcą chłonąć całą wiedzę tego świata. Bardzo zależało mi na tych studiach. Wiedziałam, że dają szeroki wybór i wymagają niezależnego myślenia oraz dużej samodzielności. Zaczynałam się martwić, czy sobie poradzę. Wróciłam z Warszawy przemarznięta, przeziębiona i pełna wątpliwości.

Wiele osób pytało mnie: „Dlaczego akurat Warszawa? Dlaczego nie Kraków, Katowice, Gdańsk?”. Po pierwsze, z powodu MISH, który był dostępny wówczas tylko w Warszawie i w Toruniu. Po drugie, bo tak! Wymyśliłam sobie, że ma być Warszawa, podpowiedziała mi to intuicja. Zawsze staram się jej słuchać.

Nadszedł czas egzaminów. Tym razem nocowałam na Natolinie u bardzo miłej i gościnnej rodziny. Byłam dobrze przygotowana, ale egzaminy były bardzo trudne. Złożyłam jeszcze dokumenty na prawo i orientalistykę. Byłam w ciężkim szoku, kiedy zobaczyłam wynik pisemnych egzaminów na MISH. Zdałam – byłam trzynasta:-) Egzamin ustny był dla mnie jeszcze trudniejszy niż pisemny. Doszło kilka czynników natury psychologicznej. W komisji egzaminacyjnej siedziało kilka osób, które były autorami książek, z których się uczyłam. Autorytety świata nauki. Jedna z Pań miała chyba za zadanie podważać wszystko, o czym mówiłam. Broniłam się na oślep zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co mówię. Wyszłam zmęczona i mocno zdezorientowana. Pewna, ze nie zdałam. Wszystko to spowodowało, że rozpłakałam się w metrze.

Fot. MK

Bardzo chciałam już wracać do domu. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej poznać wyniki. Poszłam wieczorem na Nowy Świat, było po 21. Wszystko było pozamykane. Intensywnie się rozglądałam za jakimś tajemnym przejściem. Podszedł do mnie elegancki mężczyzna.

– Czego Pani tu szuka? – zapytał.
– Bardzo chciałabym się dostać do środka i poznać wyniki egzaminu.
– Chyba mogę Pani pomóc – odpowiedział z uśmiechem.
Przez chwilę się zawahałam. „A może to jakaś zasadzka?” – pomyślałam. Jednak podjęłam ryzyko i poszłam za mężczyzną. Skręciliśmy w Świętokrzyską, przeszliśmy kilka metrów, weszliśmy do sąsiedniego budynku. Zeszliśmy po schodach i znaleźliśmy się przy płocie. Tylko ten płot dzielił mnie od budynku, do którego chciałam się dostać. Serce mocniej mi zabiło.

– Tutaj pracują moi robotnicy – powiedział mężczyzna – Proszę, pani przodem – dodał wskazując dziurę w płocie. W szpilkach i garsonce przecisnęłam się na podwórko. Robotnicy spojrzeli na mnie wymownie.
Podziękowałam mężczyźnie i ruszyłam dalej. Musiałam przecież dostać się do budynku. Drzwi były otwarte.

Kiedy weszłam do środka, podeszła do mnie szczupła kobieta około pięćdziesiątki, tleniona blondynka.

– Słucham Panią? – zapytała.
– Proszę Pani, bardzo bym chciała dostać się na trzecie piętro pod sekretariat MISH. Muszę zobaczyć, czy zdałam egzamin. Jutro rano mam pociąg do domu… A tak bardzo chciałabym wiedzieć! – spojrzałam na nią wyczekująco. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
– Nie. Nie mogę tego zrobić. Już wszystko pozamykane. – odpowiedziała chłodno
– Ale ma Pani klucze, prawda?
– Mam, ale już jest za późno, przecież mówię, że wszystko pozamykałam.

Opuściłam głowę. Stałam tam jak ostatnia sierotka, kombinując jednocześnie w głowie, co by tu zrobić, żeby ją przekonać.

Fot. MK

Możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie zdarzył się cud. Tuż obok mnie i tlenionej pani nagle zmaterializował się bardzo przystojny chłopak w garniturze. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazł i którędy wszedł. Okazało się, że przyszedł po to samo, co ja. Pani zareagowała na niego wyraźnym ożywieniem. Tym razem jej twarz wyrażała emocje. Wystarczyło, że uroczy kolega się uśmiechnął i ładnie poprosił o wpuszczenie nas na górę. Sekundę później biegliśmy po schodach na trzecie piętro. Jak dwoje dzieciaków zdyszani przeglądaliśmy listę z nazwiskami kandydatów. Obydwoje zdaliśmy. Dostałam 49 punktów na 50. Uścisnęłam kolegę z całej siły. Postanowiłam, że egzaminy na prawo i orientalistykę sobie odpuszczę. W ramach MISH mogłam studiować wszystko, co chciałam. Następnego dnia mogłam wrócić do domu. Rozpoczęły się moje ostatnie beztroskie wakacje.

Po wakacjach przyszedł czas na poważne przyłożenie się do przeprowadzki. Musiałam znaleźć stancję. Dostałam miejsce w akademiku na Kickiego, ale przyjaciel bardzo mi odradzał mieszkanie tam. Wszędzie miałabym daleko. Przyjechaliśmy więc razem do Warszawy, on na egzaminy poprawkowe, ja – w poszukiwaniu swojego nowego domu. Z gazetą w dłoni złaziłam całą Warszawę. Przeszukiwałam ogłoszenia i dzwoniłam z budek telefonicznych pod wskazany numer. To były jeszcze czasy kart telefonicznych… Poszukiwania były długie i intensywne. Z ogłoszeń trafiałam na samych ekscentryków.

Najpierw był Ursynów, blisko metra. Mieszkanie trzypokojowe. Dla mnie przewidziany był najmniejszy. Właścicielką była Pani po pięćdziesiątce. Mocny makijaż, zgolone brwi, a w ich miejscu gruba czarna kreska. W dużym pokoju wielka kolekcja maskotek. Wyraźnie zapamiętałam obicie sofy a’la sierść dalmatyńczyka. Zapytałam, co jest w trzecim pokoju.

– To jest pokój moich kotków – odpowiedziała kobieta. Zajrzałam do środka. Podłoga wyłożona była gazetami. Uderzył mnie smród kocich odchodów.
Pani uprzejmie zaprosiła mnie jeszcze na herbatę. Wiedziałam już, że tam nie zamieszkam, ale pomyślałam, że porozmawiać przecież nigdy nie zaszkodzi. Pani opowiedziała mi o swoim synu, który wyjechał za granicę. Odniosłam wrażenie, że chyba za nim strasznie tęskni i czuje się potwornie samotna.

Fot. MK

Prosto stamtąd podjechałam w kolejne miejsce, tym razem w okolice metra Natolin. Trzecie piętro w bloku. Otworzyła mi ziejąca alkoholem kobieta. Miała wielkie okulary, grube szkła jak denka od butelek. Wyglądała trochę jak John Lennon, tylko starszy, brzydszy, no i z biustem. A przede wszystkim – w koszuli nocnej. Zaprosiła mnie do środka. Pokazała mi pokój, w którym miałabym mieszkać. Ciemno i duszno. Ciemnobrązowe meble na wysoki połysk. Stary pojedynczy tapczan, na nim pościel i brązowa kapa. Właścicielka podeszła do tapczanu uderzyła ręką w kapę. Tuman kurzu uniósł się w powietrze.

– No! – ryknęła – i tu byś spała.
– Aha… – odpowiedziałam.

Pani równie uprzejmie jak poprzednia, z wielkim gestem zaprosiła mnie do salonu.
– Herbatki? Wódeczki? – zapytała
– Nie dziękuję – przeraziłam się, jak zaczęłam sobie wyobrażać poziom czystości szklanek w tym domu.
– Spokojna jesteś? – wypaliła prosto z mostu. Sięgnęła do barku po papierosy. Caro.
– Papierosa? – zapytała i jednocześnie zapaliła papierosa zapałką.
– Nie dziękuję. Tak, spokojna jestem.
– No! – ryknęła ponownie moja rozmówczyni – Bo tutaj mieszkała przedtem taka jedna… Justyna. Przychodziły do niej koleżanki, siedziały w pokoju i darły mordę. To ją wywaliłam.
Przełknęłam ślinę. „Super – pomyślałam – jak tak dalej pójdzie, to niczego porządnego nie znajdę”.
Grzecznie się pożegnałam i szybko wybiegłam z mieszkania Pani Lennon, czując się mniej więcej tak:

Trzecia sytuacja, która skłoniła mnie do poddania się i zwrócenia o pomoc do agencji nieruchomości, miała miejsce na Powiślu. Jak zwykle zadzwoniłam z budki przy Świętokrzyskiej pod numer podany w ogłoszeniu. Odebrał mężczyzna. Pomyślałam – pewnie małżeństwo wynajmuje. Pan powiedział, że jeśli chcę zobaczyć pokój, to muszę przyjść bardzo szybko, bo już ma dużo chętnych. Poszłam od razu ze Świętokrzyskiej pod wskazany adres.
Na miejscu otworzył mi drzwi zadbany mężczyzna około czterdziestki, bielusieńkie sztuczne zęby, okulary, kamizelka, szeroki uśmiech. Małżonki ani śladu. Usiedliśmy w salonie. Zaczął mi zadawać różne pytania: ile mam lat, co lubię robić, jakie znam języki, co czytam, czy lubię chodzić do teatru, jakie mam poglądy polityczne, czy jestem religijna. Zaskoczona odpowiadałam na wszystkie jak leci.

– Czy mogę obejrzeć pokój? – zapytałam wreszcie zmęczona wywiadem.
– Ależ oczywiście. – mężczyzna zaprowadził mnie do pomieszczenia obok. Okazało się, że jest to pokój połączony z aneksem kuchennym. Na podłodze leżał materac, obok stał stół i krzesło. To było, nie przymierzając, wszystko.
– Mam nadzieję, że nie będzie Pani przeszkadzać, jak sobie rano będę przychodził zrobić kawę. Będziemy mogli jeść razem śniadania zanim pójdzie Pani na zajęcia.
– Eheee – odparłam, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „coś tu śmierdzi”. Poprosiłam tylko jeszcze o pokazanie łazienki, żeby nie było, że się przestraszyłam i chcę od razu wiać. Drzwi do łazienki się nie domykały. Nie było możliwości zamknięcia się na dobre od środka. Pożegnałam się. Wyszłam i rozpłakałam się z bezradności. Zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle chcę mieszkać w tej przeklętej Warszawie. Miałam osiemnaście lat i chciałam być całkowicie samodzielna. Takie bolesne chwile zwątpienia są ceną, którą za samodzielność trzeba zapłacić. Zaręczam jednak, że warto… Samodzielność to część składowa wolności.

Fot. MK

Wróćmy jednak do moich poszukiwań. Przy pomocy agencji nieruchomości znalazłam stancję u pewnej miłej babci na Mokotowie. Wytrzymałyśmy ze sobą miesiąc. Potem przez cały listopad mieszkałam z dwiema wrednymi i zmanierowanymi studentkami prawa przy ulicy Tamka. Paskudniejszych dziewczyn w całym swoim życiu nie spotkałam. Po tych dwóch trudnych miesiącach wreszcie znalazłam miejsce, w którym zatrzymałam się na dłużej. Przypadkiem. Przyjechałam do akademiku na Żwirki i Wigury po materiały do przetłumaczenia (mój przyjaciel załatwił mi zlecenie). Już tam zostałam. Po latach muszę przyznać sama przed sobą, że to było naprawdę dobre dla mnie, mimo iż bywało ciężko. Poznałam tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi do tej pory mam kontakt. Kiedy się przeprowadzałam do akademika, musiałam wozić swoje rzeczy kilka razy – w tym wielkim plecaku, który przyjechał ze mną z Cieszyna. Przy trzecim kursie, kiedy byłam już skrajnie umęczona, w metrze zaczepił mnie pewien chłopak. Zaproponował, że poniesie mój plecak. Pomógł mi się przeprowadzić. Okazało się, że jest studentem Collegium Civitas. Kilka razy się później spotkaliśmy. Do tej pory jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że mi wtedy pomógł. Jestem mu również wdzięczna za to, że zabrał mnie do Cafe Bordo na Chmielnej. Po dziś dzień jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie.

Przez trzy kolejne lata w moim życiu było ciągle pod górkę. Wymarzone studia okazały się prawdziwą szkołą życia. Codziennie marzyłam o prawdziwym ciepłym domowym obiedzie. Bardzo szybko zaczęłam pracować. Zaczynałam od korepetycji, przeszłam przez bycie tłumaczką, kelnerką, hostessą, pracownikiem biurowym… Ciągle na rozstaju, cały czas bez korzeni. Z przeprowadzką do nowego miasta jest jak z nowym mężczyzną, fascynuje Cię i pociąga, otwiera przed Tobą nowe możliwości, jednak wcale mu nie ufasz. Dopiero z czasem przychodzi oswojenie. Pamiętam, kiedy to u mnie nastąpiło. Jak to w życiu bywa – stało się to zupełnie przypadkiem…

CDN

Część druga tego wpisu znajduje się TUTAJ

Słońce Maroka, czerwień i ryż

Słońce Maroka, czerwień i ryż

W nocy z soboty na niedzielę śniło mi się że byłam w Maroku. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, bo w rzeczywistości nigdy tam nie byłam. Scena otwierająca sen była następująca:
Idę korytarzem starego budynku, wokół mnie panuje chłód i półmrok. Mam na sobie kremowa koszulkę na ramiączkach i dżinsowe szorty. Stopy bose. Korytarz powoli się kończy, widzę światło, słyszę zgiełk dochodzący z ulicy. Ktoś kogoś woła, słychać muzykę. Wychodzę na zewnątrz i wyraźnie czuję na sobie gorące marokańskie słońce. Czuję ciepło rozchodzące się po skórze. W ułamku sekundy zaczynam czuć się bardzo szczęśliwa. Jakby ktoś dał mi zastrzyk pozytywnej energii.

Fot. MK

Doznanie to było tak niezwykle intensywne, że pomyślałam sobie w tym śnie:

„O kurczę, chyba strasznie tęsknię za słońcem, skoro aż mi się przyśniło”.
Potem sen, jak to sen, popłynął w dziwnych kierunkach, ale to nieistotne. Ważne było to ciepło i słońce. Rano otworzyłam oczy i pomyślałam: „Nie mogę się doczekać lata. Już nie jestem wielką ciężarną kulką, więc mogę znów uwielbiać lato. Ciekawa jestem, czy mój synek też je polubi”.

Wyobraźcie sobie moją radość na widok tej cudnej wiosny, która nastała w niedzielę. Przedwcześnie. Zapewne jeszcze ustąpi miejsca zimie. Ale to nie szkodzi. Pogoda sprzyjała wychodzeniu z domu, więc z samego rana pojechałam do Arkadii, zostawiając synka z tatusiem. Napełniona energią i słońcem postanowiłam zrobić kilka drobnych miłych rzeczy. Dla siebie i nie tylko. Dla siebie zrobiłam trzy. Kupiłam kilka czerwonych ubrań. Czerwony to mój kolor.

Fot. MK

Potem poszłam do Coffee Heaven i zamówiłam Gingerbread Latte bezkofeinowe. Pani, która robiła dla mnie kawę dała mi super dużo bitej śmietany. Jakby czytała w moich myślach! Na koniec poszłam do Sephory zapoznać się z perfumami Belle d’Opium YSL, o których ostatnio pisałam i wiecie co… Nie wiem, czy to wpływ tej bardzo zmysłowej reklamy, czy też nie, ale… to jednak jest mój typ zapachu i muszę go mieć, bo inaczej nie zaznam spokoju:-)

Po południu poszliśmy jeszcze we troje na długi spacer. W naszej okolicy jest mnóstwo ładnych miejsc. Po powrocie do domu nie opuszczała mnie energia i kreatywność. Poza tym po długim chodzeniu dopadł mnie głód. Zupełnie przypadkiem wymyśliłam przepis na danie, które okazało się strzałem w dziesiątkę. Wiedziałam, że mam ochotę na brązowy ryż. Od samego rana. Reszta przepisu powstała wokół ryżu i wyszło następujące coś:

Składniki:

– 2 torebki brązowego ryżu

– 1 cukinia

– 1 czerwona papryka

– 15 dag sera mozzarella

– 1 puszka pomidorów

– 1 łyżka śmietany 22%

– sól, pieprz, zioła prowansalskie

Sposób przyrządzania:

Postawić ryż na ogniu (brązowy ryz gotuje się ok. 30 minut). Na rozgrzaną patelnię wlać odrobinę oliwy z oliwek. Wrzucić pokrojoną cukinię i paprykę. Dodać soli i pieprzu. Krótko smażyć, następnie przykryć i dusić przez ok. 5 minut. Dodać puszkę pomidorów, chwilę podgrzewać. Zdjąć na moment z ognia, dodać śmietany, wymieszać (zdjęcie patelni z ognia sprawi, że śmietana nam się nie „zwarzy”). Położyć patelnie z powrotem na ogniu, dodać pokrojony lub starty ser i podgrzewać do czasu jego całkowitego roztopienia. Na koniec dodać dużo ziół prowansalskich (min. 2 szczypty). Wymieszać sos z ugotowanym ryżem. Smacznego!

Niby nic, a jednak pyszne i bardzo zdrowe. Zdjęć zrobić nie zdążyłam, bo wszystko zostało zjedzone w ułamku sekundy.

To był dobry dzień i mam nadzieję, że takich będzie więcej. Snów też.