Monthly Archives: Marzec 2011

Dolce far niente, czyli jak perfekcjonistka uczy się odpuszczać…

Dolce far niente, czyli jak perfekcjonistka uczy się odpuszczać…

Zanim zostałam matką, ba, zanim stałam się kobietą zaangażowaną w poważny związek, żyłam sobie po swojemu. Wtedy nie wiedziałam, że zostając matką, poświęcasz właśnie tę wolność. Wolność robienia tego, co chcesz zawsze wtedy, kiedy chcesz. Może inaczej: wiedziałam, ale to do mnie nie docierało, póki nie poczułam tego na własnej skórze. Oczywiście, dziecko wynagradza brak tej wolności, ale to nie znaczy, że się za nią nie tęskni…

Macierzyństwo to jest młyn. Oprócz wykonywania codziennych obowiązków, spędzania czasu ze swoim dzieckiem, spacerków i zabawy, ogarniasz gotowanie, pranie i sprzątanie. Ponadto pragniesz być atrakcyjną kobietą, więc ćwiczysz, uważasz co jesz (żeby było zdrowo dla dziecka i dobrze dla Ciebie) i ładnie się ubierasz. Malujesz paznokcie i dbasz o włosy. Aby nie wyjść z intelektualnego obiegu, czytasz książki, przeglądasz wiadomości ze świata, słuchasz radia. Oglądasz filmy (na komputerze wprawdzie, ale w kinie czasem też). Jesteś na bieżąco z tym, co dzieje się w życiu Twoich przyjaciół. Rozmawiasz z rodziną. Robisz zakupy. Jesteś kobietą dla swego mężczyzny. Jesteś jak gejsza – kobieta od wszystkiego. A przynajmniej starasz się być.

http://www.youtube.com/watch?v=gz3DROS00k4&playnext=1&list=PLEC6B9DFC12B1C2FC

Potem jednak nadchodzi pierwsza wolna chwila, w czasie której możesz odpocząć. Załóżmy, że wszystko jest wysprzątane, obiad ugotowany, mąż zabrał dziecko na spacer. Nic nie musisz. Okazuje się, że nie potrafisz po prostu usiąść na kanapie i nic nie robić. Przez godzinę Twoje myśli krążą wokół tego, co by tu zrobić, co trzeba, co powinnaś… A co z relaksem? Próbujesz się wyciszyć, uspokoić. Nie potrafisz. Zaczynasz ćwiczyć brzuszki, składać uprane ubrania. Myślisz: „Chyba powinnam zapalić trawkę, żeby się wyluzować”. Próbujesz medytacji. Nie wychodzi. Nie potrafisz odgonić myśli.

A chodzi o to, żeby nauczyć się odpuszczać. Odpuszczać bycie perfekcjonistką. Jest to trudne, ponieważ perfekcjonizm to bardzo silna i przyczepiająca się do człowieka cecha. Pozwala utrzymać pozorną kontrolę nad rzeczywistością. Na większość otaczającego świata wpływu nie mamy, więc obsesyjnie ogarniamy własne podwórko. Perfekcjonizm to silna nerwica naszych czasów.

Wczoraj obejrzałam film „Eat Pray Love” z Julią Roberts w roli głównej. Jest to bardzo kobiecy film opowiadający o poszukiwaniu swojego prawdziwego „ja”. Film jest piękny wizualnie, momentami bardzo śmieszny, a przy tym naprawdę mądry. Myślę, że każda kobieta, bez względu na to, na jakim etapie swojego życia się znajduje, znajdzie w nim coś dla siebie.

„Dolce far niente” – to moja odpowiedź na trudy macierzyństwa. „Słodycz nicnierobienia” to klucz do odpoczynku. Nie każdy potrafi, ale spróbować warto. Odpuścić. Dobrze się najeść, nawet jeśli trzeba będzie później kupić szersze dżinsy. Bohaterka „Eat Pray Love” rozwiodła się z mężem i wyjechała w daleką podróż w poszukiwaniu siebie (Włochy, Indie, Bali). Większość z nas nie może podjąć takich drastycznych kroków. Mamy różne zobowiązania (praca, rodzina, dzieci etc.). Uważam, że można odnaleźć sobie nawet w najbardziej szarej i nudnej codzienności. Trzeba tylko umiejętnie szukać tego, co nas relaksuje i nauczyć się pewnej trudnej rzeczy – wyłączenia natrętnych myśli. Ja się dopiero uczę. Kiedy mam wolną chwilę, to piszę bloga albo śpię. Wczoraj długo kąpałam się w wannie z wielką ilością piany i słuchałam muzyki reggae 🙂

Jedni odnajdą siebie w samotności, inni – w bliskiej relacji z drugim człowiekiem, jedni w intensywnym życiu towarzyskim, inni – w podróżach. Chyba nie muszę mówić, że warto odnaleźć takie swoje „coś” ? 🙂 Im dziecko jest starsze, tym trudniej o wolną chwilę, tylko i wyłącznie dla siebie. Coraz trudniej godzić wszystkie role – matki, żony, córki, cioci, koleżanki etc. Wiem jedno – im bardziej na co dzień żyjemy w zgodzie z sobą, tym łatwiej nam będzie to wszystko razem pogodzić.

A zatem Droga Mamo i Nie tylko mamo – „Jedz, módl się i kochaj!” ile się tylko da. Polecam medytację. Jeśli nie potrafisz medytować, zacznij od banalnej wersji dla początkujących, tak jak w filmie zalecił bohaterce jej balijski przyjaciel i guru – Ketut – usiądź, zamknij oczy i po prostu uśmiechaj się. Ustami, umysłem, a nawet… wątrobą 🙂

Nowa fala – nowa energia

Nowa fala – nowa energia

W czwartek byłam w warszawskim Palladium na koncercie francuskiej grupy Nouvelle Vague (z fr. nowa fala). Jak sama nazwa wskazuje, NV są przedstawicielami tzw. francuskiej nowej fali. Grupa zasłynęła ciekawymi aranżacjami znanych utworów m.in. Depeche Mode,The Clash, Billy’ego Idola, The Sisters of Mercy. Więcej informacji na temat historii zespołu, można znaleźć TUTAJ. Ich muzyka często wykorzystywana jest filmach, serialach i reklamach. Współpracują z wieloma muzykami z całego świata. W trasy koncertowe jeżdżą w zmiennym składzie (z różnymi wokalistkami).

Warszawa miała wielkie szczęście. Dlaczego? Dlatego, że NV przywiózł ze sobą dwie najpiękniejsze wokalistki. Jedna z nich, Liset Alea to wokalistka pochodząca z Kuby. Emanująca seksapilem i będąca posiadaczką najbardziej niesamowitego głosu, jaki miałam okazję usłyszeć na żywo. Jej wokal przyprawił mnie o całkowity i permanentny opad szczęki. Szczególnie zapadło mi w pamięć jej wykonanie utwory „Human Fly” oraz drugi bis, który okazał się spełnieniem moich muzycznych marzeń. W drugim bisie Liset zaśpiewała utwór „In the manner of speaking”, który moim zdaniem jest jedną z najpiękniejszych ballad wszech czasów. Zanim zaczęła śpiewać, zdradziła publiczności, że tydzień wcześniej rzucił ją chłopak, prosząc jednocześnie o wybaczenie, jeśli popłyną jej łzy. Zaśpiewała przepięknie… Chyba nigdy nie słyszałam tak doskonałej muzyki na koncercie.

Drugą wokalistką była Mareva Galanter, zjawiskowo piękna, była Miss Francji, pochodząca z Tahiti. Wystąpiła w przykuwającej wzrok czerwonej sukience. Mareva i Liset na scenie to był prawdziwi żywioł. Koncert był porywający. Chcę jeszcze!

Źródło: http://media.saywho.fr, od lewej: Liset Alea, Mareva Galanter

Muszę przyznać, że to wyjście dało mi porządnego, pozytywnego kopa. Odstresowałam się, wyluzowałam, pobyłam wśród ludzi i nasłuchałam świetnej muzyki. Postanawiam robić to częściej!

Dlatego wybieram się w kwietniu na koncert Bonobo, a w maju na Hooverphonic. O!

Wszystkim mamom i nie tylko mamom polecam chodzenie na fajne koncerty 🙂

W końcu porządnie się najeść…

W końcu porządnie się najeść…

Do dzisiejszego wpisu pasuje mi ten kawałek (z przymrużeniem oka, oczywiście 😉 ):

Każda mama, zwłaszcza ta na przymusowej diecie, marzy o tym, żeby w końcu porządnie się najeść. Mnie się to wczoraj udało. Miałam już serdecznie dość kaszy jaglanej, brązowego ryżu, warzywek i przetworów sojowych. Szczerze mówiąc, wszystko co sojowe jest dla mnie obrzydliwe. Śmierdzi. Ma paskudny smak. Kawa z mlekiem sojowym smakuje równie „pysznie” jak kawa z olejem rybnym. A serek tofu? Dla mnie – „to FUUUUU”! Po kilku tygodniach przerwy w jedzeniu mięsa, zamarzyłam o porządnym mięsnym obiedzie. Miałam ochotę na trzy rzeczy: ziemniaki, buraki i schab. Pasuje doskonale, prawda? Niestety, kotlety schabowe odpadają, bo jak zrobić panierkę bez jajek? Postanowiłam więc zrobić schab pieczony, który zresztą uwielbiam.

A oto przepis na mój obiad – Schab pieczony z czosnkiem i morelami, podany z puree ziemniaczanym i burakami w sezamie:

Składniki:

– 500 g schabu bez kości, pokrojonego w plastry

– 1,5 kg ziemniaków

– 0,5 kg buraków

– sól, przyprawa do mięs (ja użyłam oczywiście mojej greckiej przyprawy do musaki)

– 3 ząbki czosnku

– oliwa z oliwek

– 10 suszonych moreli

– garść ziarenek sezamu

– masło (może być też margaryna lub masło roślinne)

– mąka ziemniaczana i 2/3 szklanki wody


Sposób przygotowania:

Rozgrzewamy piekarnik do około 200 stopni. Na dno naczynia żaroodpornego wylewamy trochę oliwy z oliwek (tak, żeby zakryć dno). Na oliwie układamy kawałki mięsa (mogą się stykać). Przetykamy je pokrojonymi ząbkami czosnku i kilkoma morelami. Wierzch pocieramy rozkrojonym ząbkiem czosnku, posypujemy solą i przyprawą do mięsa. Na każdym kawałku układamy po jednej moreli. Przykrywamy naczynie i wkładamy do piekarnika. Mięso powinno się piec około 1 – 1,5 godziny.

Na ok. 45 minut przed wyjęciem mięsa z piekarnika obieramy buraki i ziemniaki. Ziemniaki gotujemy aż zmiękną. Buraki trzemy na tarce (na grubych oczkach). Na dużej patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy buraki i chwilę smażymy (ok. 10 minut), cały czas mieszając. Dodajemy roztwór mąki ziemniaczanej i wody. Podsmażamy jeszcze ok. 5 – 10 minut. Na koniec dodajemy garść ziaren sezamu i mieszamy. Ugotowane ziemniaki gnieciemy z dodatkiem masła. Ci, którzy mogą, niech dodadzą jeszcze odrobinkę mleka, wtedy puree będzie jeszcze bardziej aksamitne. Aha, takie buraczki w oderwaniu od całości świetnie nadają się na przystawkę.

Wyciągamy mięsko z piekarnika i… gotowe. Niebo w gębie. Po takim obiedzie koniecznie wypijcie szklankę rumianku albo mięty 🙂

Smacznego dnia Wam życzę. Wiosna sobie na chwilę gdzieś poszła, ale nie martwcie się, wróci i to pewnie ze zdwojoną siłą!

Greckie smaki

Greckie smaki

Grecja to mój ulubiony kraj. Najlepsze wakacje w swoim życiu spędziłam właśnie tam. Dwa razy. Pierwszy raz, gdy miałam siedemnaście lat, pojechałam z trzema koleżankami z klasy na dwa tygodnie do miejscowości Olympic Beach. Mieszkałyśmy w dwupokojowym apartamencie, oddalonym o kilometr od plaży. Wtedy zakochałam się w Grecji, w jej smakach i kolorach, pogodzie, morzu, a przede wszystkim w ludziach. Dziesięć lat później pojechałam do Grecji z moim narzeczonym, jeszcze przed pojawieniem się naszego synka na świecie. Tym razem celem wyprawy była Kreta. Zatrzymaliśmy się w małej, malowniczej miejscowości Agia Galini (czyli „święty spokój”), na południu wyspy.

Spędziliśmy tam całe dwa tygodnie, urozmaicając sobie pobyt rejsami wycieczkowymi po okolicy oraz dwoma wypadami samochodowymi do najważniejszych miasteczek na Krecie (Heraklionu, Rhetymnonu, Xanii). To, co najbardziej mnie zachwyciło w Grecji tym razem, to krystalicznie czysta woda, zwłaszcza w takich miejscach jak Paximadia (maleńka wyspa w kształcie śpiącego psa), czy w okolicy wąwozu Preveli (niestety las wokół Preveli doszczętnie spłonął w sierpniu 2010 roku) oraz jedzenie! Kulinarnym hitem tego wyjazdu była musaka. Jadłam ją prawie codziennie, w naszej ulubionej restauracji Onar. Spędzaliśmy tam każdy wieczór z poznaną na wakacjach parą E. i M. Piliśmy pyszne piwko Mythos, jedliśmy musakę i graliśmy w kości.

W czasie jednej ze wspomnianych wycieczek zwiedzaliśmy Rhetymnon. W porównaniu z naszym uroczym Agia Galini, Rhetymnon był wielkim rozczarowaniem. W Agia Galinii oprócz nas i E&M nie było żadnych Polaków. Dzięki temu mogliśmy się w pełni wczuć w miejscową kulturę. W Rhetymnonie co drugi turysta mówił po polsku. Niestety typowo polskie zachowania też dały się zauważyć od razu… Jednak podczas naszej wycieczki udało się mi zdobyć książkę kucharską z ponad 200 przepisami kuchni śródziemnomorskiej.

Od razu zakupiłam też przyprawę do musaki oraz specjalne naczynie do jej pieczenia i podawania. Minęły prawie dwa lata, musaki jeszcze nie zrobiłam, ale przyprawy używam na co dzień, do prawie każdej potrawy mięsnej i do bakłażanów.

http://www.youtube.com/watch?v=mB1tycVyZAQ

Odkąd przeszłam na dietę bezmleczną, zaczęłam poszukiwać możliwości przyrządzania pysznego jedzenia. Dlatego sięgnęłam po tę zapomnianą książkę kucharską. Okazało się, że jest w niej bardzo wiele przepisów spójnych z moją nową dietą. W końcu w kuchni śródziemnomorskiej nie używa się zbyt wiele mleka ani jajek. Zainspirowana blogiem Asi postanowiłam upiec swoje pieczywo (zakochałam się w TYM CHLEBIE). Z bijącym sercem odkryłam w mojej książce przepis na kreteńskie bułeczki i postanowiłam go wypróbować.

Przypomniało mi się, że w greckich restauracjach podaje się jako przystawkę właśnie takie pieczywo z pastą z czarnych oliwek. Przepis jest uroczy w taki grecki sposób… Podane miary są luźne i niezbyt zobowiązujące. Trzeba się zdać na swoją kuchenną intuicję. Warto, bo efekt jest niesamowity.

Oto zmodyfikowany przeze mnie przepis na przepyszne greckie bułeczki:

Składniki:

– 0,5 kg mąki pszennej (zupełnie zwykłej, bez żadnych tam specjalnych cudów)

– 1 saszetka drożdży instant (mogą tez być zwykłe, ale po co się babrać, skoro można sobie ułatwić życie)

– około pół szklanki oliwy z oliwek (w oryginalnym przepisie napisano: „1 Greek coffee cup olive oil” 😀 Użyłam więc kupionego na Krecie kubka do kawy, który jest nieco mniejszy niż nasze kubki)

– 1 łyżeczka soli

– 1 łyżeczka cukru

– trochę ciepłej wody (w przepisie napisano „lukewarm water at the quantity needed” 🙂 )

Sposób przyrządzenia:

Do miski wsypujemy mąkę, drożdże, cukier i sól. Mieszamy wszystko dokładnie. Następnie wlewamy oliwę i wodę i zaczynamy wyrabiać ciasto. Dolewamy wody i oliwy według uznania, do czasu aż ciasto będzie miękkie i jednolite. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odkładamy w ciepłe miejsce. Ciasto powinno dwukrotnie zwiększyć swoją objętość. U mnie stało 1,5 godziny przy kaloryferze w łazience. Wyrośnięte ciasto dzielimy na części, z których formujemy bułeczki (w zasadzie kształty możemy lepić dowolne). Do środka możemy włożyć np. pestki dyni. Z wierzchu smarujemy oliwą z oliwek. Możemy też posypać sezamem lub słonecznikiem. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, układamy bułeczki (zachowując odpowiednią odległość między nimi, ponieważ jeszcze urosną!), przykrywamy ponownie ściereczką i zostawiamy na 15 – 20 minut. Wkładamy je do piekarnika. Pieczemy w średniej temperaturze aż zbrązowieją od góry (jak mówi przepis). Czyli sprawdzamy maksymalne możliwości naszego piekarnika, dzielimy przez dwa, rozgrzewamy do tej temperatury, która nam wyszła i wkładamy bułki 😉 Polecam jeść od razu po wyjęciu z piekarnika, jeszcze gorące. Można oszaleć z nadmiaru nieba w gębie!

Smacznego, Kochani 🙂

Mamoreksja

Mamoreksja

MAMOREKSJA – inaczej matczyny głód – jest to jednostka chorobowa nieklasyfikowalna w żaden sposób. Warunkiem wystąpienia jest posiadanie małego, karmionego piersią dziecka. Objawy: bladość, podkrążone oczy, chroniczne niewyspanie i … przeraźliwa chudość wynikająca ze skrajnego zagłodzenia.

Najcięższe zanotowane przypadki mają w domu małych alergików. Jednym ze znaków rozpoznawczych chorej jest nieobecne spojrzenie, kiedy pytamy, co słychać. Zazwyczaj taka mamorektyczka odpowiada „Wszystko w porządku”, ale w jej głowie dźwięczy jedno: „CZEKOLAAADAAA!!!” (lub po prostu „JEEEEŚŚŚĆĆĆĆ”). Myślicie, że to śmieszne, haha, też mi się tak wydawało. Jednak wcale takie śmieszne to nie jest. Jest straszne.

Kilka dni temu pediatra stwierdził, że pewne objawy występujące u mojego dziecka, mogą być wynikiem skazy białkowej. Rzecz jasna, żeby to sprawdzić, musiałam od razu przejść na dietę. Bezmleczną i bezjajeczną. No bez jaj! Dla mnie – Chronicznego Nabiałożercy – jest to prawdziwy horror. Mój codzienny jadłospis do tej pory zawierał owsiankę na mleku (z figami, migdałami, nerkowcami, bananami), kawę z mlekiem, białe pieczywo z masłem i serem (dużo! dużo! masła i dużo!dużo! sera). Do obiadu zawsze sos na bazie śmietany i SERA. Czasem naleśniki, pierogi, makarony (zrobione m.in. z jajek przecież…) etc. Poza tym co kilka dni jajka. W ramach przekąski – Danio waniliowe. W tzw. międzyczasie – moje ukochane muffinki, a w ich składzie jogurt, masło, jajka. Po tym, jak lekarz zalecił dietę, złapałam się za głowę. „I co ja mam teraz jeść?”. Tak czy siak chodzę głodna, bo dzieciątko tyle energii wraz z mlekiem wysysa, że apetyt mam ogromny. Ciągle mi mało. Do tej pory podjadałam co popadło, z czekoladą włącznie. Teraz nie wolno mi czekolady, z wyjątkiem gorzkiej, której nie lubię. Postanowiłam jednak nie rozpaczać zbyt długo, tylko porządnie zbadać grunt i przystąpić do zmiany przyzwyczajeń. Zaczęłam od zakupu masła roślinnego i woreczka kaszy jaglanej. Potem zasiadłam przed komputerem i postanowiłam poszukać przepisów i porad. Dowiedziałam się, że z taką dietą da się żyć. Zawsze może być gorzej – może być do tego dieta bezglutenowa i wtedy się zaczyna jazda. Póki co – jest świetnie. Dowiedziałam się, że kupując pieczywo muszę dokładnie sprawdzać jego skład. Koniec z białymi bułeczkami z sezamem. Śmierć drożdżóweczkom. Kawa od dziś bez mleka lub z mlekiem sojowym (bleh!). Jakby fakt, że jest bez kofeiny nie wystarczył…

W związku z dietą, mój dzisiejszy jadłospis wyglądał tak:

Na śniadanie owsianka na wodzie, wrzuciłam dwa ciasteczka Digestive (w składzie brak wrogich substancji, więc odetchnęłam z ulgą), do tego tak jak zwykle – garść migdałów i nerkowców oraz posiekana suszona figa. Banana dziś odpuściłam. Do tego Ricore bez mleka. Nie było najgorzej. Owsianka szczerze mi smakowała.
Na drugie śniadanie dwie kromki chleba tzw. rosyjskiego pytlowego (bez jajek, mleka czy masła w składzie) z wieprzową szynką i czerwoną papryką.
Na obiad kasza jaglana z groszkiem i sosem pomidorowym. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to było naprawdę pyszne… A może ja już tak bardzo głodna jestem. Właśnie, jedną z cech charakterystycznych mamorektyczek jest jeszcze rzucanie się na jakiekolwiek jedzenie (jeśli już im coś wolno jeść).

Po południu widziałam się z przyjaciółką. Umówiłyśmy się pod kinem Atlantic i to był błąd. Tam jest Coffee Heaven… Mogłam jedynie spojrzeć tęsknie w tamtą stronę i ciężko westchnąć. „Kiedyś sobie odbiję” – pomyślałam. Poszłyśmy do Bordo na Chmielnej. Ci, którzy znają to miejsce, wiedzą, jak obłędnie tam pachnie jedzeniem. W menu wszystko, ale to wszystko zawiera albo masło, albo mleko, albo jajka. Zamówiłam zieloną herbatkę i, mimo iż spotkanie było bardzo, bardzo miłe, to w głębi duszy łkałam z głodu. Niestety, gwóźdź do trumny dopiero mnie czekał. Weszłyśmy do Marks&Spencer. Na tyłach sklepu jest dość spora część spożywcza. Przyprawy, dżemiki, sosy, oliwy, ciasteczka, cuda – niewidy. Same pyszności. No i pięknie pachnące pieczywo… Drożdzóweczki, bułeczki, czekolada. Obłęd. Po kilku minutach musiałam wyjść i poczekać na świeżym powietrzu, bo mi się w głowie zakręciło. Całe szczęście, dziś było dość chłodno i szybko doszłam do siebie. Po powrocie do domu zjadłam kolejną porcję kaszy jaglanej i ciągle było mi mało.

Na razie jestem w szoku, ale pewnie się przyzwyczaję. „Da się z tym żyć” – tak twierdzą wszystkie mamy będące na diecie z powodu alergii dzieci. Poza tym prędzej czy później albo mały z tego wyrośnie, albo przestanę karmić piersią. Póki co dzięki dziewczynom z zaprzyjaźnionego forum dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek (Asiu, jesteś wielka!) prowadzi fantastycznego bloga z przepisami dla mam poszkodowanych przez los 🙂 Polecam gorąco!

„Pink elephants and lemonade”, czyli kilka słów o zabawie

„Pink elephants and lemonade”, czyli kilka słów o zabawie

Na początek, żeby wprowadzić Was w nastrój, zachęcam do obejrzenia tego pięknego teledysku:

http://www.youtube.com/watch?v=2Mx7nUDx3dQ

Pamiętacie Wasze ulubione zabawy z dzieciństwa? A może pamiętacie osoby, z którymi najbardziej lubiliście się bawić? Co sprawiało, że te zabawy i te osoby były tak wyjątkowe? Pamiętacie kolory, smaki, zapachy, wrażenia? Ja pamiętam, jak na podwórku taplaliśmy się w błocie, biegaliśmy po drzewach, zwisaliśmy na trzepaku. Bawiliśmy się w wybory Miss Podwórka (zawsze miałam ostatnie miejsce, ale i tak dobrze się bawiłam). Od czasu do czasu wyjeżdżałam z mamą do znajomych do Katowic. Znajomi ci mieli córkę, trochę starszą ode mnie. Nie wiem, jak ona to robiła, ale potrafiła wymyślać tak niesamowite zabawy, że absolutnie nigdy się tam nie nudziłam! To były najfajniejsze momenty mojego dzieciństwa. Pamiętam zabawy w strażników nocnych, w jakieś bazy wojskowe, skakanie po wyimaginowanych kamieniach (czyli poduszkach leżących na podłodze). Jak to dziewczynki, lubiłyśmy się też bawić w salon piękności i w modelki 🙂

Zabawa jest nieodłączną częścią każdego dzieciństwa. Lalkami czy autkami w samotności, z koleżankami, z bratem, z ojcem, z psem. Kiedy sami zostajemy rodzicami, te wszystkie zabawy do nas wracają. Wracają, a my zastanawiamy się, jak bawić się z naszym dzieckiem, żeby dobrze się rozwijało i było szczęśliwe. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach rodzice inwestują w ilość, zamiast w jakość. Kupują tony drogich zabawek, chcąc stymulować rozwój intelektualny dziecka. Zapominają o tym, że najfajniejsze zabawy to te, które wymagają prostych czynności i odrobiny wyobraźni. Nie trzeba do tego kolorowych, grających zabawek. Wystarczy uśmiech, energia i wyobraźnia. Im dziecko jest większe, tym łatwiej się z nim bawić. Może dlatego, że łatwiej się ono komunikuje i szybciej jesteśmy w stanie odgadnąć, co mu się podoba.

Kiedy dziecko jest malutkie, wielu rodziców po prostu nie wie, jak ma wyglądać zabawa z dzieckiem. Twierdzą, że nie lubią i nie potrafią mówić do dziecka infantylnym językiem, nie chcą robić głupich min, czy wydawać dziwnych odgłosów. Jednak zaręczam, że jak tylko usłyszycie pierwszy spontaniczny śmiech Waszego dziecka na widok potwornie głupiej miny, przestaniecie się krępować. Najważniejsza jest spontaniczność. Mój synek uwielbia, kiedy chrumkam jak świnka. Uwielbia jak się po prostu wydurniam. Śmieje się wtedy histerycznie.

Zabawa wymaga wyłączenia naszego wewnętrznego krytyka, który mówi: „Zachowujesz się jak idiotka”, „Kretyńsko wyglądasz”. Niech on się lepiej zamknie. Najważniejsze jest szczęście naszego dziecka. Pewnie znacie takich mądrych „życzliwych”, który Wam mówią:

– Rozpuścisz dziecko
– Do dzieci należy mówić jak do dorosłych
– Matka jest od opiekowania się, nie od zabawy

Moja rada: jeśli nie da się ich wyrzucić za drzwi, to po prostu ich nie słuchajmy. Róbmy swoje. Każda matka wie, co jest najlepsze dla jej dziecka. Zabawa to dbanie o rozwój psychologiczny dziecka. Owszem, jeśli na siłę zabawia się dziecko, za wszelką cenę dostarczając mu różnorodnych stymulacji, można je do tego przyzwyczaić. Później będzie się domagało nieustannej uwagi. Dlatego należy podążać za dzieckiem. Podążanie za dzieckiem jest bardzo ważnym pojęciem w psychologii dziecka i w psychoterapii. Oznacza wrażliwe reagowanie na sygnały płynące od dziecka i dostosowywanie swojej aktywności (w tym przypadku zabawy) do potrzeb dziecka. Terapeuci stosują tzw. odzwierciedlanie – czyli obserwują zabawę dziecka i próbują je naśladować. W praktyce codziennej wygląda to tak, że jeśli dziecko wysyła rodzicowi sygnały do zabawy, na przykład reaguje śmiechem na konkretne zachowanie, zaczepia, gaworzy, jest aktywne i uśmiechnięte, to dobry rodzic powinien zadbać o kontynuację tego stanu, adekwatnie odpowiadając na zachowanie dziecka. Po pewnym czasie rodzic nauczy się, jak silnej stymulacji potrzebuje maluszek. Będzie wiedział, że nie należy przesadzać z bodźcami lub przeciwnie – zwiększyć ich natężenie.

My – dorośli różnimy się od siebie umiejętnością zabawy. Terapeuci często traktują tę umiejętność jako jeden z wyznaczników zdrowia psychicznego. Jest to spore uproszczenie, ale coś w tym rzeczywiście jest. Terapeuci sprawdzają, czy dorosła osoba, która przyszła do nich na terapię z dzieckiem, potrafi zdjąć buty na obcasie i usiąść na podłodze, żeby pobawić się autkami. Obserwują, czy potrafi dostosować swój sposób mówienia do dziecka, czy potrafi być spontaniczna i trochę „zwariowana”.

A jak Wam idzie zabawa z Waszymi dziećmi? Pamiętajcie, że im lepiej, tym Wasze dzieci będą bardziej szczęśliwe zarówno teraz, jak i w przyszłości. Głęboko w to wierzę. Dobrej zabawy, kochani!

O luksusach

O luksusach

Za mną naprawdę wspaniały weekend. Słoneczny, ciepły, odprężający. Ale o tym za chwilę.

Najpierw chciałabym się przyjrzeć temu, w jaki sposób zmienia się definicja luksusu w naszych umysłach, kiedy zostajemy matkami. Jeszcze kilka lat temu, gdy byłam wolną, niezależną kobietą u progu kariery, każdą wolną złotówkę wydawałam na siebie. Odkąd zaczęłam zarabiać własne, godziwe pieniądze, inwestowałam głównie w płyty, książki, wyjścia na imprezy oraz… zawartość swojej szafy. Wydawałam pieniądze na buty, płaszcze, sukienki, stale powiększająca się kolekcję kolczyków (w tej chwili licząca jakieś dwieście par). W dalszej kolejności – wyjścia na basen, saunę, do fryzjera, do kosmetyczki. Kino, spa, masaże. Wakacje na łódkach. Życie pełną gębą. W tamtym czasie luksusem byłby dla mnie wyjazd na miesiąc na Bora Bora lub jacht na własność.

Kiedy zaczynamy czuć na karku oddech stabilizacji, coraz częściej oglądamy każdy grosz. Zanim kupimy kolejną parę butów, zastanawiamy się, czy nie lepiej zacząć odkładać na remont przyszłego rodzinnego gniazda. Zaczynamy gotować, zamiast wydawać kasę na kolejny wypasiony obiad w Porto Praga lub ogromną porcję sushi.

Odkąd zostałam matką, moje pojęcie luksusu przeszło prawdziwą rewolucję. To, co kiedyś było zwyczajną czynnością, stało się luksusem. Wyjście do kina z koleżanką, obiad w restauracji, wizyta u fryzjera, czy u kosmetyczki – stały się prawdziwym świętem. Jest też coś, co w tej chwili jest dobrem najcenniejszym i niemieszczącym się w absolutnie żadnych kategoriach. Chodzi o pewien stan umysłu, który można opisać krótko: Nic nie muszę i nie martwię się o dziecko. Stan ten można osiągnąć, gdy ktoś bliski i zaufany zajmuje się naszą pociechą, podczas gdy my zażywamy długiej kąpieli lub wychodzimy z domu. Albo przynajmniej mamy wolne ręce. Nie musimy myśleć o tym, że dziecko zaraz się obudzi/rozpłacze/zrobi głodne. Luksusem ponad miarę są właśnie te chwile, które mamy tylko dla siebie i nigdzie nie musimy się spieszyć. Z tak zrewolucjonizowanym spojrzeniem na luksus, trudno jest mi się odnaleźć w dzisiejszej rzeczywistości. Nie wiem, co myśleć, gdy widzę coś takiego:


Źródło: Goldo.pl

albo takiego:


Źródło: LuxLux.pl

Zastanawiam się, jak musiałabym się zmienić, żeby sobie chcieć na coś takiego pozwolić… Słowo „chcieć” jest tutaj kluczowe. Bo „móc” to oczywiście, niektórzy pewnie mogą. Natomiast chcieć wydać kasę na taki – w moim odczuciu – zbytek, to mi się już w głowie nie mieści. Nie wiem, czy zazdroszczę, czy się po prostu dziwię. Jest to dla mnie coś na kształt science – fiction.

Wróćmy do mojego weekendu. Spędziłam go luksusowo – po swojemu. Większość dnia poza domem, z rodziną. Na słońcu i świeżym powietrzu. Miałam też okazję oddać moje dziecko w ręce kogoś zaufanego, nie będącego ani mną, ani ojcem dziecka – i to było naprawdę coś! Taka osoba w zasięgu ręki to jest prawdziwie bezcenne dobro.

A teraz siedzę sobie na ławce w parku, dziecko śpi, ja wystawiam twarz na słońce, piszę i czuję się szczęśliwa. Prawdziwe bogactwo jest wokół nas i nie trzeba za nie grubej kasy płacić.

Na koniec jeszcze mam do Was kilka pytań. Odpowiedzcie sobie na nie szczerze. Kiedy macie okazję wyjść z domu na spacer, to jak długo i jak bardzo naokoło z niego wracacie? O ile procent wydłużył się czas, jaki spędzacie w wannie/pod prysznicem podczas gdy mąż/babcia/ktoś zajmuje się Waszym dzieckiem? Jeśli Wasze odpowiedzi to: „Bardzo długi i bardzo naokoło” oraz „Pewnie o jakieś 100%” to znaczy, że wszystko z Wami w porządku 🙂

Prześladowana przez smaki

Prześladowana przez smaki

Ostatnio chodził za mną smak jagód. Śnił mi się po nocach ich kolor, ich słodycz, słodki i kuszący zapach. Przypomniałam sobie pewien piękny film, który widziałam dawno temu, pewnego zimowego wieczora. Prosty, ciepły, kolorowy. Jak placek z jagodami.

http://www.youtube.com/watch?v=4cCupTpjjfo

Zapragnęłam się zbliżyć choć trochę do tego smaku i do tego filmu. Dlatego postanowiłam upiec coś z jagodami. Oczywiście, teraz nie ma sezonu na te owoce, postanowiłam więc posiłkować się konfiturą (na szczęście miałam taką w swoich domowych zapasach). Jako wielka fanka muffinek postanowiłam połączyć jedno z drugim i… powstały takie oto cudeńka:

To są idealne babeczki na każdą porę roku. Lekkie, chrupiące, pyszne… Doskonałe, by poczęstować gości. Najlepsze, by podarować je komuś, kogo się bardzo lubi. Nadają się również do jedzenia w samotności, do książki lub dobrego filmu. Oczywiście, jeśli macie nastrój na coś innego niż jagody, to bardzo proszę 🙂 Można dodać dowolne owoce. Można dodać też nutellę…

Oto mój przepis:

Babeczki jogurtowe

Składniki:

– 1,5 szklanki mąki pszennej
– 2/3 szklanki cukru
– 2 łyżeczki proszku do pieczenia
– 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
– szczypta soli
– 2 małe jajka
– 400 g jogurtu naturalnego
– 80 – 100 g stopionego tłuszczu (masła lub margaryny)

W jednej misce wymieszać składniki suche: mąkę, cukier, sól i proszek do pieczenia. W drugiej – składniki mokre. Następnie wymieszać wszystko razem. Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, napełnić ciastem do połowy (około 1 łyżki stołowej), następnie położyć nadzienie (konfiturę, świeże owoce lub nutellę). Następnie wstawić do piekarnika (180 st. C lub 4 – 5 poziom piekarnika gazowego) i piec ok. 20 – 30 minut.

Kochani, wydaje mi się, że im częściej będziemy słuchać takich podszeptów swojego mózgu i wprowadzać je w życie, to będziemy szczęśliwsi. Równie ważna w codziennym życiu, oprócz pozwalania sobie na przyjemności, jest umiejętność wyciszenia się i usunięcia z głowy niepotrzebnych myśli. Kiedyś przychodziło mi to z łatwością. Teraz potrzebuję na to dużo więcej czasu. Jak tylko mam chwilę, żeby odpocząć, pierwsze pół godziny spędzam na wyciszeniu umysłu, który ciągle podpowiada mi: „Nie zrobiłaś jeszcze tego”, „Musisz ugotować obiad, najlepiej teraz, bo później nie będzie czasu”. Muszę zmusić swój mózg do odpuszczenia. Zmusić, żeby nie rozpamiętywał zdarzeń sprzed kilku godzin lub nie planował przyszłości. Poprosić, żeby pozostał tu i teraz. Spróbujcie. To wcale nie jest takie proste…

Powodzenia!

Heal the world, make it a better place…

Heal the world, make it a better place…

Kiedy zachodzimy w ciążę a potem stajemy się matkami, wzrasta nasza wrażliwość na różne sygnały płynące ze świata zewnętrznego. Wiele czynników czy zachowań ludzkich, do tej pory zupełnie dla nas obojętnych, nabiera nowego znaczenia. Widzimy jakim ogromnym potencjalnym zagrożeniem mogą być psy typu rottweiler lub amstaff, grasujące na osiedlu czy w parku bez smyczy i bez kagańca. Dostrzegamy, ilu kierowców jeździ bezmyślnie, stwarzając zagrożenie na drodze (gapiąc się na przykład w automapę zamiast na drogę). Ktoś mnie zapytał tuż po porodzie, jak się czuję z odpowiedzialnością za dziecko na swoich barkach. Na swoich? Świetnie. Wiem, że zrobię co w mojej mocy, żeby dziecko było zadbane, szczęśliwe, najedzone, kochane i czuło się bezpiecznie. Jednak absolutnie przeraża mnie to, ile zagrożeń czeka na nie w świecie zewnętrznym. Ilu kierowców – debili może wyjechać zza zakrętu. Ile przedszkolanek bez powołania, za to z ogromną frustracją i głęboko skrywaną niechęcią do dzieci, może mi zwichrować dziecko. Ogarnia mnie poczucie bezradności. Wiem, że na nic nie mam wpływu, na nic oprócz własnego domu. Chciałam napisać „podwórka”, ale rozminęłabym się z prawdą. Na naszym bielańskim podwórku roi się od spuszczonych ze smyczy pitbulli. Roi się tez od ich właścicieli, którzy siedzą na ławce i popijają piwo.

Aby moje podłe oszczerstwa nie wydawały się wyssane z palca, podam kilka przykładów z naszego ulubionego parku:

Zima. W parku jest dość spora górka, z której dzieciaki zjeżdżają na sankach. Tuż obok jest specjalne ogrodzone miejsce, z wysypanym piaskiem, gdzie można spuszczać psy ze smyczy. Jednak ilekroć tamtędy przechodzę, te wybiegi są puste. Za to psy, również te duże i agresywne, biegają po całym parku. Zdarzenie sprzed dwóch tygodni. Maluch pod opieką ojca wsiada na sanki i zjeżdża na dół. Do dziecka podbiega wielki pies. Dziecko się wystraszyło i płacze. Za psem ledwo zipiąc drepcze właścicielka – starsza pani. Ojciec dziecka, bardzo zdenerwowany, krzyczy na kobietę. Bardzo słusznie. Przecież mogła się stać tragedia. Starsza pani nie byłaby w stanie poradzić sobie z dużym, silnym psem, skoro nawet nie była w stanie odpowiednio szybko go dogonić.

Inna sytuacja, lecz bezmyślność podobnej maści. Kobieta w średnim wieku, inwalidka, podparta na dwóch kulach. Obok niej drepcze wielki czarny pies. Z przeciwka zbliża się kobieta z dzieckiem, pies podchodzi do dziecka i je obwąchuje, dziecko ucieka, pies za nim. Matka staje między dzieckiem a psem. Właścicielka krzyczy: „Ale on nic nie zrobi”. To jest chyba najczęściej słyszany tekst w takiej sytuacji. Mam ochotę odpowiedzieć tak, jak tamta matka: „A co mnie to obchodzi! Nawet jeśli nie ugryzie, to może przestraszyć dziecko. Może je polizać. Nie życzę sobie tego!”. Wcale jej się nie dziwie. Nie wszyscy muszą kochać wasze pieski, drodzy właściciele czworonogów. Tak samo, jak moi goście nie muszą kochać moich kotów i mogą sobie nie życzyć, żeby moje kochane, śliczne sierściuszki łasiły się do nich, ocierając o nowe czarne spodnie i zostawiając na nich sierść.

Trzecia historia. Ten sam park. Ja z synkiem zawiązanym w chuście. Z przeciwka nadchodzi kobieta z dużym psem. Pies na nasz widok zaczyna biec, podbiega, staje na tylnych łapach i próbuje na mnie wskoczyć. W ostatniej chwili odsuwam się, żeby piec nie uderzył łapami mojego synka. Kobieta mija nas zadowolona. Mówię więc do niej:

– Proszę pilnować pieska, mógł zrobić krzywdę dziecku.
– Ale on nic nie zrobi… – naprawdę, zawsze ten sam ton, ta sama melodia zdania, bez względu na płeć!
– Zrobi, nie zrobi – nie życzę sobie, żeby skakał po mnie. A po moim dziecku tym bardziej.

Osobna sprawa to te milusińskie cudeńka załatwiające się na chodnikach i trawnikach gdzie popadnie. Znacie te widoki- gdy przychodzi odwilż i drogi osiedlowe stają się jednym wielkim szambem? Zaczyna się slalom gigant między psimi kupami. To teraz sobie wyobraźcie, że musicie przejechać wózkiem. Powodzenia. Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że taki wózek potem najczęściej wjeżdża z powrotem do mieszkania, bo w większości bloków brakuje takiego luksusu jak wózkarnie. Czyszczenie kółek z kawałków psiej kupy jest przemiłym zwieńczeniem spaceru, daję słowo…

Naprawdę, ludzie, trochę empatii! Ja też lubię zwierzęta, jednak nie znoszę, gdy obce psy nagle liżą mnie w rękę. Nie chcę tutaj robić nagonki na właścicieli psów. Chodzi mi raczej o pewien rodzaj ludzi i ich mentalność. Ludziom się wydaje, że wszystko im wolno, że ulice, parki, chodniki należą do nich. Powołują się na postulaty wolności osobistej itd. Jednak wiele z tych zachowań, do których praw tak zaciekle bronią, są to zachowania, które szkodzą innym. Niektórzy usprawiedliwiają się jak mogą. „Zapaliłem papierosa na klatce bloku, bo na zewnątrz jest zimno”, mówią. Inni jednak mają wszystko gdzieś i nawet usprawiedliwiać się nie zamierzają. Palą w windzie i rzucają pety na schody. Parkują na przejściu dla pieszych. Parkują zastawiając cały chodnik, tak, że człowiek nie może przejść, nie wspominając już nawet o przejechaniu wózkiem. Zajeżdżają nagle drogę, bo im się przypomniało, że powinni zmienić pas. Zapomnieli przy okazji włączyć kierunkowskaz. W ciągu ostatniego roku, kiedy byłam w ciąży i urodziłam dziecko, zaobserwowałam tyle sytuacji, w których potencjalnie mogło się stać coś złego ze mną lub z dzieckiem, że aż mnie zimny pot oblewa jak o tym myślę.

Matkom zresztą też się wydaje, że ich cudne dzieci nie mogą nikomu przeszkadzać, podczas gdy ktoś może sobie nie życzyć, aby kopały w jej/jego nogę brudnymi bucikami, czy też lepkimi rączkami dotykały markowej torebki.

Naprawdę, wystarczyłoby uruchomić wyobraźnię i świat od razu byłby lepszy. A przynajmniej wiadomo by było, że ludzie się starają, żeby się wszystkim łatwiej i przyjemniej żyło w społeczeństwie.

Najgorsza w tym wszystkim jest ludzka bezmyślność… Ludzi, którzy robią krzywdę celowo jest mniej niż nam się wydaje. Najwięcej jest tych, którzy nie myślą. Tych, którzy wjeżdżają z pełną prędkością na przejście dla pieszych rozmawiając przez telefon, nie orientując się przedtem w sytuacji na drodze. Jeśli coś się stanie, nigdy nie przyznają się do własnego przewinienia. Co więcej – są święcie przekonani, że nic złego nie zrobili. Ot, głupi przypadek…

Im dłużej jestem mamą, tym większy jest we mnie strach o dziecko. To oczywiste, że chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Wraz z partnerem robimy wszystko, żeby dziecku było dobrze i żeby było szczęśliwe. Wychowujemy je najlepiej jak potrafimy, dbamy o nie, dobrze je odżywiamy, staramy się zapewnić mu bezpieczeństwo. A co będzie potem? Potem oddamy je do przedszkola, jak podrośnie zaczniemy wypuszczać domu… Wtedy już nie będziemy w stanie obronić dziecka przed wszystkimi zagrożeniami. Nawet jeśli zwrócimy uwagę jednemu bezmyślnemu właścicielowi psa, czy nieodpowiedzialnemu kierowcy, to za rogiem czeka takich więcej. Wszystkich nie ustawimy do pionu. Nie przewidzimy wszystkich zagrożeń, nie będziemy obecni przez sto procent czasu przy naszym dziecku, choćby w przedszkolu. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak ja to psychicznie wytrzymam. Jak zniosę świadomość, że pozornie milutka przedszkolanka, może się okazać kobietą z problemami, która wyżywa się na dzieciach? Chyba zacznę medytować…

Muszę się nauczyć zapominać o czyhających zagrożeniach, przynajmniej do pewnego stopnia, żeby móc cieszyć się życiem i nie ograniczać dziecka swoimi własnymi lękami. Dobrze by było jednocześnie zachować czujność. Kolejne mission impossible, które mają do wypełnienia rodzice. Litości, jesteśmy tylko ludźmi! Naprawdę, dożywotni karnet do SPA poproszę…

Na koniec chciałabym podkreślić, że na całe szczęście, świat nie składa się tylko z opisanych przeze mnie niezrównoważonych i nieodpowiedzialnych wariatów. Są też rozważni, mili, empatyczni i życzliwi. Są też tacy, którzy są po prostu normalni i już. Tak to już jest. Trzeba uważać na siebie i jednocześnie dostrzegać pozytywne elementy rzeczywistości.

Jak zwykle, trzymam kciuki za wszystkich rodziców i nie tylko rodziców. Powodzenia w codziennym boju!

Dbać o siebie i karmić dziecko

Dbać o siebie i karmić dziecko

Tydzień temu byłam u lekarza. Wyjątkowo tym razem pacjentem byłam ja, a nie moje dziecko. Lekarz, endokrynolog, miał za zadanie ocenić mój stan zdrowia. Ciąża i poród pod względem hormonalnym to prawdziwa rewolucja, więc i mojej tarczycy się dostało. Diagnoza: poporodowe zapalenie tarczycy. Była to moja pierwsza wizyta u tego konkretnego lekarza. Niewiele zdań wypowiedziałam podczas tego spotkania. Pan doktor, przemiły człowiek, mówił za nas dwoje. Przytoczył mi wyniki najświeższych sensacyjnych badań, które mówią, iż kobiety z chorobami tarczycy po porodzie częściej niż przeciętni śmiertelnicy doświadczają depresji poporodowej, kończącej się próbami samobójczymi. Super. Nie bardzo wiedziałam, jak mam zareagować na takie rewelacje, więc po prostu słuchałam. Dowiedziałam się, że moja gospodarka hormonalna unormuje się (względnie) w ciągu około roku od urodzenia dziecka. W tym czasie mają prawo mną targać różne emocje. Mam prawo czuć się źle. Mam prawo nie mieć siły i energii na nic. Dobrze wiedzieć! Dobrze mieć usprawiedliwienie dla niechęci do sprzątania 🙂 Poza tym Pan doktor kazał przekazać mężowi, żeby się ze mną nie rozwodził do czasu aż mój organizm wróci do normy. Zapewnił, że powinnam znów być taka, jak dawniej. Tylko ja nie wiem, czy słowa Pana doktora powinny być skierowane akurat do mnie. W sumie nie jest mi źle tak, jak jest teraz. Mam energię, mam dzikiego wręcz powera. Czuję, że mogę wiele ogarnąć. Jestem z tych, co nie bardzo potrafią odpoczywać. Trudno mi wychodzi proste odpuszczanie w zakresie codziennych obowiązków. Staram się tego nauczyć, ale średnio mi idzie na razie.

Najlepsze Pan doktor powiedział na koniec. Stwierdził, że powinnam w najbliższym czasie wyłącznie dbać o siebie i karmić dziecko. Żadne tam sprzątanie, pranie, gotowanie, prasowanie. Zalecił też przynajmniej raz w tygodniu mieć przynajmniej godzinę dla siebie. Co do tego drugiego postulatu – jestem jak najbardziej za i stosuję, oj stosuję 🙂 Jednak to pierwsze naprawdę mnie rozbawiło. Ale że jak?! Jak najbardziej mogłabym tak zrobić, tylko ktoś musiałby opłacić pensję gosposi, która by mnie w pracach domowych wyręczała. Nie należę do tych szczęściar, która mają do pomocy non stop mamę/babcię/ciocię. Jestem zdana na siebie przez calusieńki dzień. Wieczory i weekendy to jest czas świętowania.

Zawsze zastanawiam się, po co matki targają ze sobą pół rodziny przyprowadzając dziecko na szczepienie. W maleńkiej przychodni na Kleczewskiej, gdzie poczekalnia ma wymiary metr na metr, gnieżdżą się babcie, bracia, tatusiowie. Może trochę zazdroszczę, ponieważ o godzinie 11 w dni powszednie po prostu nie ma kto ze mną pójść. Przyzwyczaiłam się do tego, że sama takie rzeczy ogarniam i chyba bym nawet nie wiedziała, co zrobić z taką osobą towarzyszącą. Ciekawa jestem, ile jest takich kobiet, jak ja, których mężowie/partnerzy pracują do 17/18 , które nie mają nikogo do pomocy, ale i tak świetnie sobie radzą. Jesteście tam?

Takie mnie nachodzą myśli pod wpływem spotkania z opisanym powyżej niezwykłym lekarzem: a może by tak trochę wyluzować? Tak, jak pisałam niedawno, spróbować sobie odpuścić? Tak zamierzam dzisiaj uczynić, wstawię tylko babeczki do piekarnika i włączę mój ulubiony ostatnio serial „In Treatment”. Spróbuję dzisiaj nie robić nic, tylko dbać o siebie i karmić dziecko. Ciekawe, czy mi się to uda…