Monthly Archives: Kwiecień 2011

Czy to normalne, że on tak wrzeszczy? – czyli o tym, jak przetrwać bez instrukcji obsługi dziecka

Czy to normalne, że on tak wrzeszczy? – czyli o tym, jak przetrwać bez instrukcji obsługi dziecka

Dzisiejszy wpis jest dla tych rodziców, którzy codziennie czują, że dziecko ich zaskakuje czymś nowym i trochę przeraża. Czyli – ten wpis jest dla wszystkich rodziców.

Pewnie wszyscy znacie to uczucie, kiedy dziecko, a w szczególności wydaje jakiś nowy dźwięk, najczęściej typu charczącego, a w Waszej głowie powstaje taki oto mętlik:
„O, nowy dźwięk! Ciekawe, czy to zabawa głosem, czy może początek zapalenia płuc”.
Podobnie czujecie się, gdy Wasz półroczny smyk nagle z upodobaniem zaczyna piszczeć na wysokich tonach, osiągając niespotykane dotąd decybele. Zastanawiacie się:
„Ciekawe, czy to normalne, czy może pierwszy zwiastun zaburzeń rozwoju”.

Każdy rodzic, w toku poznawania swojego dziecka, przeżywa takie chwile zwątpienia. Wszystko to dlatego, że dzieci rodzą się bez metki. Bez instrukcji obsługi. Dostajemy doskonałego, czystego, nowego człowieka, któremu mamy pomóc się rozwinąć. Mamy zapewnić mu jak najlepsze warunki życia, sprzyjające rozwojowi. Ciąży na nas ogromna odpowiedzialność. Musimy go karmić, dbać o higienę, o bezpieczeństwo, a także dbać o jego psychiczny dobrostan. Wszystko byłoby super, gdyby wszystkie dzieci były takie same. A każdy rodzic wie, że tak nie jest.


Fot. MK

My – rodzice jesteśmy skazani na wieczne błądzenie we mgle. Do pomocy mamy naszą intuicję, wiedzę, porady członków rodziny, przyjaciół i lekarzy. Jednak często to nie wystarczy. Najważniejsza jest umiejętność odczytywanie sygnałów dziecka. A jest to piekielnie trudne… To tak, jakby mieć w domu Chińczyka albo przynajmniej Węgra. Fajnie by było, gdyby dzieci od początku mówiły, najlepiej głosem Bruce’a Willisa:

A oto dlaczego jest tak ciężko:

– większość z nas nie studiowała medycyny ani nie obserwowała dużej grupy niemowląt przez kilka miesięcy przed porodem (nie dotyczy pracowników żłobków) – nie mamy więc rozeznania w tym, co jest normalne, a co nie

– nikt nie daje nam instrukcji do dziecka, szkoła rodzenia daje tylko szczątkowe przygotowanie (i to dotyczące głównie noworodka), a i tak każde dziecko jest inne i chorując – inaczej się zachowuje

– nawet jeśli przeczytamy wszystkie dostępne książki, to praktyka da nam popalić

Internet nie jest niestety zbyt dobrym źródłem wiedzy, bo większość opinii jest bardzo subiektywnych i łatwo popełnić błąd kierując się nimi

– często nie ma czasu się zastanawiać gdy dziecko np. zachoruje- bo lepiej zrobić fałszywy alarm niż coś przeoczyć – bycie rodzicem ma w sobie coś z pracy sapera

– rozwój dziecka jest tak szybki, że nawet gdybyśmy chcieli, to nie nadążymy z przyswajaniem wiedzy i chcąc nie chcąc jesteśmy narażeni na popełnianie błędów

– jesteśmy tylko ludźmi i bywamy chorzy, smutni, zmęczeni, zniechęceni – czasem to przesłania obraz rzeczywistości i zniekształca nasz osąd

Ale… zauważcie, że nasi rodzice nie mieli tylu książek, ile teraz jest dostępnych na rynku, nie mieli Internetu, słuchali własnej intuicji i rad starszych – to musiało wystarczyć, a my jakoś przeżyliśmy… Myślę, że nasze pokolenie ma trochę tendencję do panikowania. Wiele mam widzi jeden objaw i od razu leci do Internetu, sprawdza, pisze na forach: „Co to może być?”. Niektóre od razu dzwonią do pediatry (choć w sumie to głupio tak ciągle dzwonić z byle pierdołą…). Na szczęście dobry, wyrozumiały pediatra cierpliwie takiej mamie wytłumaczy, bo rozumie, że jest jeszcze „zielona”. Całe szczęście ja mam takiego, bo bym chyba zwariowała. Mój synek od wielu tygodni ząbkuje. Jest z tych dzieci, które ząbkowanie przechodzą wyjątkowo koszmarnie. Bardzo cierpi, ciągle się budzi w nocy z koszmarnym płaczem, w dzień gryzie wszystko, co ma pod ręką, marudzi, nie chce jeść. Dodatkowo towarzyszą temu takie objawy jak: pokasływanie, katar, pocieranie uszu. Na początku nie miałam pojęcia, czy te objawy to ząbkowanie, czy może już jakaś infekcja uszno – gardłowa. No bo skąd miałam takie rzeczy wiedzieć?

Najważniejszy jest spokój i zaufanie – jeśli nie do siebie, to do jakiegoś autorytetu. No i bardzo ważne jest, żeby był ktoś, kto zajmie się nami, kiedy my jesteśmy zmęczeni, chorzy i zniechęceni.

Wszystkim rodzicom życzę spokoju i wsparcia oraz dużo, dużo zdrowia! Tak w ramach życzeń powielkanocnych 🙂

Naleśniki, w których można się zakochać

Naleśniki, w których można się zakochać

W minioną sobotę wstałam z myślą: „Jak by tu urozmaicić sobotnie śniadanko…?”. Ileż można jeść serów, wędlin, pomidorów, kajzerek z masłem, ileż, ileż!? Zajrzałam do lodówki, podrapałam się w głowę i ciężko westchnęłam. W lodówce obecne były: jajka, mleko, woda gazowana, jedno dorodne jabłko i słoiczek z musem jabłkowym Gerbera (poprzedniego dnia już nadżarty). Nie wiem, dlaczego, ale to właśnie słoiczek zainspirował mnie do moich kulinarnych poczynań, a nie jabłko. „O, zrobię naleśniki z jabłkiem” – pomyślałam, spoglądając na słoiczek. Dziwna jestem…

Zabrałam się od razu do roboty.

Przepis na ciasto poznałam kiedyś w Paryżu. Podzielił się nim ze mną pewien czarnowłosy kelner pracujący w naleśnikarni na Montmartre.

Sekretem przepisu jest woda gazowana (do naleśników pikantnych, np. z żółtym serem, szynką i sadzonym jajkiem można dodać piwo, chodzi o bąbelki).

Przepis na pyszne ciasto naleśnikowe:

– 1 jajko

– 1 szklanka mleka

– 3/4 szklanki wody gazowanej

– 1 i 1/4 szklanki mąki

– odrobina soli

Wszystko razem mieszamy i odkładamy na pół godziny do lodówki. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie. W szalonym ferworze wymyślania nadzienia, wrzucałam do blendera wszystko, co mi przyszło do głowy. Najpierw wrzuciłam oczywiście resztkę Gerberka z dna słoika, ale w zasadzie bym się bez tego obeszła. Główną nutą smakową tych naleśników są jabłka z cynamonem, a w drugiej kolejności słodkie rodzynki i chrupiące migdały. Jabłka i cynamon są dla siebie stworzone. Wręcz nie powinny istnieć osobno!

Nadzienie do naleśników:

– 2 jabłka (ja użyłam mojego ulubionego gatunku – jonagored)

– 2 szczypty cynamonu

– 2 łyżeczki brązowego cukru

– spora garść rodzynek

– ok. 10 migdałów

– bita śmietana lub serek waniliowy

Jabłka pokroić w kostkę i wrzucić do blendera. Dodać pozostałe składniki. Wszystko razem zmiksować. Smażyć cieniutkie naleśniki, przekładać nadzieniem i podawać ciepłe, z łyżką bitej śmietany lub serka waniliowego na wierzchu.

Voilà!

Polecam obudzić mężczyznę takim śniadankiem…. 😉

Bon Appétit 🙂

Zorientowana na Orient, czyli o Indiach, Ajurwedzie i innych „szamaństwach”

Zorientowana na Orient, czyli o Indiach, Ajurwedzie i innych „szamaństwach”

Zanim przejdę do Ajurwedy chciałabym sięgnąć do prehistorycznych czasów, kiedy to w moim życiu pojawiły się Indie. Indie, których nigdy nie odwiedziłam, ale które tak mnie fascynowały, że postanowiłam poznać jeden z wielu tamtejszych języków. Przez kilka ostatnich lat fascynacja owa przycichła, żeby wrócić z wielką siłą za sprawą dzielnicowej Biblioteki. Ale do tego jeszcze wrócę.

Na początek – piosenka. Trudno wybrać piosenkę dobrze oddającą klimat Indii. Indie to kultura, filozofia, religia, ale przede wszystkim ludzie i…rozrywka – kino i muzyka. Kino i muzyka w jednym, czyli kolorowy i zwariowany Bollywood! Dlatego wybrałam piosenkę z pewnego pięknego filmu Main Hoon Na („Jestem przy Tobie”). W rolach głównych – kultowi aktorzy – Kajol i Sharukh Khan.

http://www.youtube.com/watch?v=SLnAuVc0-RU&playnext=1&list=PL2911492951A267D2

Pierwszy raz zainteresowałam się bliżej Indiami w czasach licealnych. Chodziłam na prywatne lekcje angielskiego do pewnej wspaniałej osoby, mieszkającej po sąsiedzku. Była to dwa razy starsza ode mnie kobieta, która wiele lat swojego życia spędziła za granicą. Miała wiele ciekawych zainteresowań, była bardzo oczytana i niezwykle otwarta. To właśnie ona pokazała mi kilka najważniejszych książek mojego życia. Jedną z nich była powieść pewnej młodej indyjskiej autorki – Arundhati Roy pt. „The Good of Small Things”. Oczywiście, czytałam po angielsku, łącząc przyjemność z nauką. Wspomniana książka miała swe polskie wydanie pt. „Bóg rzeczy małych”, jednak zaręczam, że czytanie jej w oryginale jest o niebo lepsze. Jest tak pięknie napisana, że niestety polskie tłumaczenie nie oddało tego w odpowiedni sposób. Książka opowiada o losie rodzeństwa, dwujajowych bliźniąt, chłopaka i dziewczyny, wychowanych w indyjskiej prowincji Kerala. Ta bardzo przejmująca historia urzeka swoim pięknem, a opisywane przez Roy krajobrazy Kerali sprawiają, iż bardzo, bardzo chce się to miejsce zobaczyć.

Źródło: http://keralatourismkeralatours.blogspot.com/

Moja nauczycielka spełniła swoje (i moje) marzenie i wyjechała na długie wakacje do Indii. Leciała strasznie długo, z przesiadką w Moskwie. Podróżowała po całych Indiach, od północy po samo południe. Jeździła słynnymi taksówkami w Delhi, nocowała w hostelach za kilka dolarów w towarzystwie jaszczurek, przeżyła mrożącą krew w żyłach przejażdżkę autobusem po wysokogórskich drogach. Kierowcy w Indiach to ponoć prawdziwi Kamikadze! Przez całą drogę umiera się ze strachu o własne życie. Prawdziwa gratka dla poszukiwaczy wrażeń 🙂

Nigdy nie zapomnę jej opowieści o mieszkańcach wiosek indyjskich, którzy chcieli sobie robić zdjęcie z nią i jej koleżanką, ponieważ obie są blondynkami o jasnej karnacji. Mieszkańcy Indii wierzą, że przynosi to szczęście. Miejscowi mężczyźni są ponoć uśmiechnięci, mili i nienachalni. Przynajmniej poza wielkimi metropoliami, w których przecież kursują specjalne autobusy tylko dla kobiet (ma to je ochronić przed notorycznym obmacywaniem przez obcych mężczyzn).

Z innych ciekawostek – podobno w Indiach pociągi potrafią się spóźniać nawet 5 godzin bez żadnej wyraźnej przyczyny. Co najciekawsze – nikt nie krzyczy przez megafon i nie komunikuje, czy opóźnienie się zmienia. Trzeba stać na peronie i czekać. Jeśli pójdziesz do sklepu lub do toalety, a pociąg w tym czasie nadjedzie – twoja strata.

Nasłuchałam się wielu bardzo ciekawych historii. Z zapartym tchem czekałam jednak na deser – czyli relację z Kerali. Kerali, która podobno jest taka, jak w książce Roy. Piękna, rozległa, zielona, tysiąc razy czystsza niż reszta kraju. Absolutny raj. Dowiedziałam się, że w można tam spróbować pięciu rodzajów banana, przy czym każdy jest innego koloru i kształtu i ma zupełnie inny smak.

Dostałam w prezencie przepiękną papeterię z papieru czerpanego, którą mam do dziś.

Opowieści nauczycielki, książka Roy i wiele innych przeczytanych na fali tej fascynacji książek sprawiły, że na studiach zaczęłam się uczyć hindi. Studiowałam też Ramajanę, chodziłam na wykłady z historii filozofii indyjskiej, zdawałam z tych przedmiotów egzaminy. Kiedy pracowałam przy festiwalu Era Nowe Horyzonty (gdy jeszcze odbywał się w Cieszynie) miałam okazję porozmawiać w hindi z pewnym indyjskim reżyserem. To było ponad pięć lat temu. Od tego czasu, z wyjątkiem seansów filmowych z Bollywood i trzech lat praktykowania jogi w czasie studiów, nie miałam zbyt wiele kontaktu z Indiami.

Wszystko zaczęło się od nowa od mojej wyprawy do Biblioteki Publicznej dzielnicy Bielany. Absolutnie wykończona jesienią i zimą spędzonymi w domu z dzieckiem, spragniona relaksu i odnowy, postanowiłam poszukać jakiejś ciekawej książki. Zupełnie przypadkiem znalazłam książkę, w której znalazłam fantastyczne przepisy, ćwiczenia, sposoby na relaks oraz… odkryłam ponownie Indie. Tym razem pod postacią Ajurwedy.

Książka ta nosi tytuł: „Niezbędny relaks – weekendowy program zdrowia”.

Zawiera dwanaście weekendowych kuracji, dostosowanych do pory roku i danego miesiąca (po jednym weekendzie na każdy miesiąc). W kwietniu króluje akurat równowaga kwasowo – zasadowa, ja jednak wtopiłam wzrok w styczeń, czyli w moc Ajurwedy. Tym, którzy nie wiedzą, czym Ajurweda jest, zacytuję fragment wspomnianego styczniowego rozdziału: „W Ajurwedzie, prastarej hinduskiej nauce o leczeniu, chodzi o to, by pobudzić naturalną zdolność organizmu do samoloczenia. Ajurwedyjscy lekarze wychodzili z założenia, że w każdym człowieku płyną trzy strumienie energii, które kierują wszystkimi intelektualnymi, fizycznymi i duchowymi procesami. Te tak zwane doshavata, pitta i kapha – u każdego człowieka rozwinięte są w różnym stopniu. Przy urodzeniu są one w idealnych proporcjach…”.

Według Ajurwedy to właśnie brak równowagi dosha wywołuje choroby. Celem jest ponowne sharmonizowanie trzech dosha. W każdym z nas dominuje jeden ze strumieni. Ja na przykład jestem typem vata. Test dosha można zrobić sobie online, np.TUTAJ lub TUTAJ. Elementem kuracji ajurwedyjskiej jest dieta i aktywność fizyczna dopasowana do Twojego typu.

Jest też kilka ogólnych wskazówek, które warto znać:

– bardzo ważna jest odmiana i rozmaitość pożywienia
– w każdym posiłku powinny się znaleźć możliwie wszystkie smaki – gorzki, cierpki, słony, słodki, ostry i kwaśny
– w związku z tym, iż rano przemiana materii jest bardzo powolna, nie należy jeść wtedy posiłku – śniadanie można zastąpić szklanką wody, by zaspokoić głód

Z każdą filozofią i nauką jest tak, że warto z niej wybrać coś dla siebie. Jakieś elementy, które u nas się sprawdzą. Ja jestem osobą, która bez śniadania nie funkcjonuje. Jednak udaje mi się od kilku dni porę spożywania śniadania znacznie opóźnić (w ramach ajurwedyjskiej kuracji oczyszczającej). Wstaję skoro świt z moim dzieckiem – około 6 – 6:30. Co pół godziny wypijam szklankę ciepłej, przegotowanej wody z cytryną. Śniadanie zjadam dopiero około godziny 10. Jak na mnie to rekord…

Drugim elementem Ajurwedy, który wprowadziłam w życie są masaże, a w szczególności masaż stóp. Każdy z was pewnie wie, jak cudowne może mieć działanie odpowiednio przeprowadzony masaż stóp. Odpowiednio delikatny, ale jednak na tyle silny, żeby pozbawić nas nagromadzonych napięć. Należy zwrócić uwagę na tzw. punkty refleksyjne. Można w nie wierzyć lub nie, ale – jak to ze wszystkim bywa – znać warto, wiedza nie zaszkodzi.

Źródło: e-masaz.pl

Ajurwedyjski masaż stóp wygląda tak:

Do masażu (zarówno całego ciała, jak i stóp) użyć można oleju sezamowego lub specjalnych olejków ajurwedyjskich, które można kupić w sklepach ze zdrową żywnością/zielarskich.

Jedną dłoń kładziemy na wierzchu stopy, drugą – na podeszwie. Dolną dłonią ostrożnie gładzimy stopę od palców po pięty i z powrotem. Powtarzamy kilka razy. Następnie kciuki obu dłoni przykładamy do pięty i masujemy drobnymi, kolistymi ruchami stopę, od pięty, po palce. Znów powtarzamy czynność kilka razy. Następnie znów powtarzamy czynność pierwszą, czyli gładzenie stopy. Na koniec masujemy każdy palec z osobna i przestrzenie między palcami. Całość powtarzamy na drugiej stopie.

Uwaga! Moja rada: Jeśli jakaś część bardzo nas boli lub jest tak tkliwa, że nie możemy wytrzymać, to omijajmy ją! Zostawmy to profesjonalnym masażystom lub lekarzowi. Na stopy trzeba szczególnie uważać. Niosą nas przez świat, przez całe życie.

Na sam koniec chciałabym się podzielić moim własnym przepisem, inspirowanym Ajurwedą. Udało mi się połączyć w nim kilka smaków z różnej bajki (słodki, słony, cierpki, kwaśny i ostry). Gorzki pominęłam 🙂

Sekretnym składnikiem tej potrawy, oprócz sezamu, który uwielbiam, jest przyprawa zwana czarnuszką siewną (nigella sativa). Inne nazwy tej cudownej przyprawy, to czarny kminek lub złoto Faraonów. Znana była już w starożytnym Egipcie, gdzie była uważana za panaceum. Współcześnie w kulturze Arabskiej nadal panuje takie przekonanie. Przypisuje jej się szerokie działanie uzdrawiające.

Zwróciłam na nią uwagę dzięki mojej teściowej, która zaczęła stosować czarnuszkę do mięs zamiast pieprzu. Ziarenka tej przyprawy mają piękny aromat. Poza tym, w przeciwieństwie do pieprzu, są łagodne dla żołądka. Dla mnie najważniejsze jest jej działanie pobudzające laktację.

Ale do rzeczy! Oto przepis:

KURCZAK W SOSIE ŚMIETANOWO – SEROWYM Z SEZAMEM, ŻURAWINĄ I CZARNUSZKĄ


Składniki:

– pół paczki razowego makaronu (koniecznie razowego!)

– mała pierś kurczaka

– garść ziarenek sezamu

– kubek kwaśnej śmietany

– 10 ziarenek czarnuszki

– 1/4 szklanki suszonej żurawiny

– 3 plasterki ostrego sera

– sól, pieprz, oliwa z oliwek

Sposób przygotowania:

Kurczaka kroimy w kostkę, solimy i smażymy na patelni. Wrzucamy sezam i wszystko razem mieszamy. Smażymy razem przez 5-7 minut (na dobrej patelni teflonowej). Dorzucamy czarnuszkę i żurawinę. Zdejmujemy z ognia, zalewamy śmietaną, mieszamy. Czekamy chwilę, żeby się śmietana nie zwarzyła i wrzucamy ponownie na ogień. Dorzucamy sera, przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy wymieszane z makaronem razowym.

Smacznego!

Namaste!

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

B jak Bonobo vs. B jak bułki jogurtowe i kilka słów o ciachspottingu

Tytułowa rozgrywka to coś więcej niż tylko walka między dwiema literkami B. Ale o tym na końcu 🙂

Wczoraj (piątek) byłam na koncercie Bonobo. Kto zna, ten wie, że Bonobo to legenda, od 2003 roku związany z kultową wytwórnią płytową Ninja Tune. Po ich koncercie spodziewałam się czegoś niesamowitego. Zresztą, na fali koncertu Nouvelle Vague miałam nadzieję, że przeżyję kolejny „eargasm” (cytuję za pewnym internautą napotkanym na Youtube). A tu – że tak powiem niezbyt wyszukanie – trochę d…

Przede wszystkim zespół kazał na siebie bardzo długo czekać. Na bilecie widniała godzina 20:00, właściwy koncert zaczął się o 21:30, po wyjątkowo męczącym supporcie. Nie wiem, kto wybrał zespół supportujący (Jazzpospolita)… Może ja się nie znam, ale dla mnie to była banda chłopców, którzy usiłują być wirtuozami, a wyszła im niestety kocia muzyka – nudna, męcząca, po prostu straszna! Muzyka dla tych, którzy lubią kiwać głowami z uznaniem nad czymś, co jest przekombinowane i tylko „udaje”, że jest muzyką – bo wtedy im się wydaje, że są znawcami muzyki ambitnej. Jeden z kawałków można by określić jednym zdaniem: „Naparzamy bez opamiętania i zobaczymy, co z tego wyjdzie”. O, nie! Błagam, nigdy więcej. A już na pewno nie za 130 zł.

Kiedy w końcu pojawił się Bonobo z zespołem, miałam nadzieję, że mi wynagrodzi koszmar supportu. Niestety zawiodłam się. Od koncertów na żywo oczekuję wartości dodanej w stosunku do muzyki z płyty. I nie chodzi tu o światła stroboskopowe, czy jedną długą solówkę perkusisty. Jednak, żeby oddać sprawiedliwość temu w sumie bardzo dobremu zespołowi, to zacznę od plusów.

– bardzo dobry flecisto – saksofonista (który miał chyba lekkie ADHD, bo ciągle schodził ze sceny i wracał – a tak naprawdę, to były chyba drobne problemy z nagłośnieniem w Palladium)
– była z nimi wokalistka – Ruby Wood – dziewczyna ma ładny, głęboki, aksamitny głos. Jednak czegoś zabrakło. W porównaniu z dzikim żywiołem dziewczyn z Nouvelle Vague, Ruby wypadła blado
– genialny perkusista (i do tego ciężko przystojny)
– no i w ogóle chłopaki z zespołu – ciacha niemożliwe! Ale do ciach i innych wypieków jeszcze wrócę

Minusy:

– odniosłam wrażenie, że równie dobrze można by oglądać sobie to z Youtube’a i rzucić na ścianę kilka kolorowych wizualizacji
– zalatywało trochę nazbyt drogą imprezą klubową
– wspomniane problemy z nagłośnieniem – sprzężenia w mikrofonie wokalistki, na początku zbyt ciche dęciaki, całość w sumie okropnie głośna, co psuło odbiór (a ja dziś głucha jestem)

Na szczęście nie byłam na koncercie sama, tylko z moją przyjaciółką. Dzięki niej przeżyłam te ciągnące się 1,5 h do czasu wejścia Bonobo na scenę. Miałyśmy czas, żeby porozmawiać i pobawić się w „ciachspotting”, czyli po mojemu wyłapywanie „ciach” z tłumu, czyli najzwyczajniej w świecie – obgadywanie facetów. Pierwszy raz miałam okazję pobawić się w ciachspotting od czasu, gdy zostałam matką. Ciekawe doświadczenie z perspektywy kobiety spełnionej. Poza tym ciekawa była zmiana perspektywy. Kilka lat temu byłyśmy z moją przyjaciółką w dokładnie odwrotnej sytuacji życiowej. Ona – ustabilizowana. Ja – zwariowane dziewczę u progu kariery w mediach, zachłyśnięte imprezami i „wielkim światem”. Teraz to ja jestem tą ustatkowaną, a moja przyjaciółka – kobietą sukcesu, przebierającą w możliwościach. Każda z nas odnajduje się w swojej roli, choć podejrzewam, że obie też odrobinę tęsknimy do tej drugiej opcji 🙂

Ja podczas ciachspottingu od razu wyłowiłam swojego faworyta i przy nim pozostałam – zwycięzcą owym został perkusista Bonobo. Trochę starszy, postawny brunet, o potężnych, męskich ramionach. Potem zajęłyśmy się obgadywaniem wybranych mężczyzn z tłumu. Zastanawiałam się nad tym, jakie kryteria brałabym pod uwagę, gdybym w tej chwili, z tą wiedzą i doświadczeniem, które mam, miała wybierać mężczyznę dla siebie. Zupełnie inne kryteria miałam w głowie pięć lat temu, zupełnie inne teraz. Co ciekawe, doszłam do wniosku, że wybrałam mężczyznę najwłaściwszego – i wtedy i teraz! Dotarło do mnie, jaka ze mnie szczęściara. Miałam szczęście, że nie dałam się te kilka lat temu zwieść pozorom. Gdybym wybrała sobie wtedy np. uroczego obieżyświata w kraciastej koszuli, mającego szalone marzenia i tysiąc pomysłów na sekundę, to teraz pewnie czułabym się jak samotna matka albo co gorsza matka dwójki dzieci (w tym jednego niedojrzałego trzydziestolatka). Oczywiście – o ile w ogóle miałabym z nim potomstwo. Skonstatowałam więc, że jestem kobietą spełnioną i do tego szczęściarą. Co nie zmienia faktu, że ciachspotting jest fajny i odprężający. Zwłaszcza, gdy jest na kim oko zawiesić.

No a o co chodzi z tymi bułkami?
O nic takiego. Po prostu, trzy dni temu, w swoim zwyczajnym kobiecym zrywie postanowiłam upiec bułeczki z mojego ukochanego bloga Moje Wypieki. Ostatnio jestem wielką fanką Jogurtu Bałkańskiego, więc postanowiłam upiec bułeczki maślano – jogurtowe.

Oto przepis z kilkoma komentarzami od siebie:

Składniki na 12 dużych bułeczek:

– 500 g mąki pszennej

– 1 łyżka cukru

– 1,5 łyżeczki soli

– 7 g drożdży suchych (1 opakowanie) lub 14 g drożdży świeżych

– 200 g jogurtu – ja użyłam Jogurtu Bałkańskiego

– 120 ml mleka

– 1 jajko

– 60 g masła

– jajko do posmarowania

– sezam do posypania

Sposób wykonania:

Wszystkie składniki na bułeczki włożyć do miski (ja wrzuciłam do mojego niezawodnego teflonowego garnka) i zagnieść ciasto. Przykryć ściereczką i pozostawić do podwojenia objętości (około 1,5 h).

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 równych kawałków, z których uformować bułeczki. Kłaść na blaszce oprószonej mąką (można kłaść w niewielkich odległościach od siebie, by podczas pieczenia się zetknęły), przykryć ściereczką i pozostawić do wyrośnięcia na 40 minut.

Po wyrośnięciu posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać sezamem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 200ºC, przez 2 0 – 25 minut (ja piekłam prawie 45 – to chyba zależy od piekarnika). Studzić na kratce (ja studziłam na dużym sitku).

Efekt – niebo w gębie. Jeszcze lepsze niż te z rodzynkami chyba! I śliczne 🙂 Dziś zrobię znowu.

Krótko podsumowując: W starciu wydarzeń tego tygodnia zdecydowanie zwyciężają bułeczki 🙂

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

O bezwarunkowym zakochaniu w dziecku

Na początek, jak zwykle, piosenka:

http://www.youtube.com/watch?v=FuAQgZ-bdxs&feature=fvsr

Miłość do dziecka, to chyba jedyna miłość, która nigdy nie jest chwilowa. Nie przemija z biegiem czasu. Nie kurczy się pod wpływem zachowania dziecka. Bez względu na częstotliwość kłótni i na natężenie złych emocji, gdy dziecko jest starsze, miłość do niego nie zmienia się. Co więcej – staje się coraz większa, stale ewoluuje. Kiedy patrzysz na swoje małe dziecko, widzisz jego bezgraniczne zaufanie i miłość. Postanawiasz sobie, że zrobisz wszystko, by nigdy go nie zawieść. Zrobisz wszystko, żeby na taką miłość zasłużyć. Jak zrobić to mądrze?

Wszystko super wygląda w teorii. Wygląda świetnie również na początku naszej przygody z dzieckiem, kiedy jest ono leżącym, jedzącym i śpiącym noworodkiem. Schody zaczynają się wtedy, gdy nasz maluch zaczyna pokazywać charakter.

Aby nie pogrążyć się w chaosie, chciałabym uporządkować możliwe scenariusze wychowania dziecka i pogrupować je w kategorie. Chciałabym podkreślić, że żaden ze mnie autorytet w tej kwestii i wcale do takiej pozycji nie aspiruję. Przedstawiam tylko kilka typów rodzicielstwa najbardziej niebezpiecznych moim zdaniem oraz jeden, który chciałabym wprowadzić w życie we własnym domu.

TYP 1: „Ależ proszę kochanie, wejdź mi na głowę, najlepiej w bucikach, nie zabronię Ci, żeby Cię nie zestresować”, czyli w skrócie bezstresowe wychowanie.

Moim skromnym zdaniem, typ najbardziej niebezpieczny. Odnoszę wrażenie, że wielu rodziców boi się stawiać granice, ze strachu – w sumie nie wiem, o co. Że dziecku od zakazu stanie się krzywda? Takim dzieciom nie odbiera się smoczka do późnych lat życia „żeby ich nie stresować”, pozwala się im spać ze sobą w łóżku, gdy są już w wieku szkolnym, czy pozwala na urządzanie dantejskich scen w sklepie czy na placu zabaw, gdy nie chcemy/nie możemy czegoś kupić lub gdy dziecko musi skończyć zabawę. Nie pokazuje się dziecku swojego autorytetu. Tacy rodzice żywią błędne przekonanie, że w tej relacji autorytetem jest dziecko. A potem wyrastają takie rozpieszczone potworki… Widuję je w często w metrze. Krzyczą, biegają, kopią innych ludzi, skaczą po siedzeniach. Rodzice wyglądają na zawstydzonych, spuszczają wzrok i uśmiechają się niepewnie. Nie mówią dziecku NIC. Nawet gdy dziecko zaczyna kopać i gryźć ich samych.

TYP 2: Zrobię wszystko, żebyś nie miał tak jak ja – czyli wychowanie do góry nogami (na zasadzie przeciwieństwa).

Odnoszę wrażenie, że nasze pokolenie chce zrekompensować swym dzieciom własne braki z czasów PRL-owego dzieciństwa i rozpieszcza dzieci ponad miarę (chodzi o rozpieszczanie materialne). Wydaje mi się, że nie tędy droga! Kluczem jest raczej umiar i rozsadek oraz mierzenie sil na zamiary. Poza tym trzeba pamiętać, iż żadna materialna rzecz nie zastąpi emocjonalnej opieki i troski. Zamiast kupować tysiąc kolorowych zabawek, warto pobawić się z dzieckiem samemu lub wymyślić jakiś ciekawy, kreatywny sposób spędzania czasu. Czasem też warto pozostawić dziecko samemu sobie, niech ono samo wybierze, co chce robić. To fakt, że kiedy byliśmy mali, nie było tego, co teraz (zabawek, bajek, różnych cudów) – ale jakoś wyrośliśmy na ludzi! Nie sugeruję, żeby nie korzystać z tego, co oferują nam dzisiejsze czasy. Jednak nie przesadzajmy!

Takie zachowanie rodzica nie dotyczy tylko rozpieszczania materialnego. Inne przykłady, to „ja byłem niekochany, to Ciebie zaleję miłością”, „moi rodzice się rozwiedli, to ja się nie rozwiodę, za wszelką cenę”, „u mnie w domu się krzyczało, to u nas będzie cicho jak makiem zasiał” itd. Przykłady można mnożyć…

TYP 3: Z dumą przeglądam się w Tobie jak w lustrze, czyli dziecko na własny obraz i podobieństwo.

Jest to typ, na który jestem szczególnie uczulona. Wychowywanych w taki sposób dzieci jest bardzo dużo. Wystarczy się rozejrzeć. Zobaczymy wtedy pary identycznych bliźniąt, tylko dziwnym trafem jedno jest matką, a drugie synem (najczęściej). Chodzą w tych samych butach i kurtkach, ba, mają nawet identyczne grzywki. Są ze sobą zlani w jedno. Jadą metrem, rozmawiają ze sobą, a świat wokół nich nie istnieje. Pełna symbioza. Szkoda tylko, że syn już dawno jest za duży na takie rzeczy i mógłby mieć więcej swobody. A matce nieszczególnie pasuje chłopięca fryzura czy szkolne tenisówki. Niestety, takie zuniformizowanie rodzica z dzieckiem często nie kończy się na ubraniu i fryzurze. Dziecko wychowywane jest dokładnie tak, jak wymyślił sobie i zaprogramował rodzic. Jest poddawane praniu mózgu. Wszelkie przejawy samodzielności i własnego charakteru są tłamszone. Osobniczy temperament, jeśli jest odmienny niż u rodzica – zostaje zduszony. Przykład? Dziecko chce być sportowcem, lecz rodzic wymyślił, że zostanie naukowcem. Mamy wtedy do czynienia z zamordowaną tożsamością. Taki konflikt generowany przez rodzica, przeradza się w wewnętrzny konflikt dziecka, które zmuszone jest do działania wbrew własnej naturze. Takie rzeczy kumulują się i wybuchają po pewnym czasie, czasami w późnej dorosłości.

TYP 4: Jesteś fajny jak jesteś grzeczny, a ten niegrzeczny to nie jest moje dziecko – czyli idealna matka chce mieć idealne dziecko.

Wielu rodziców za każdym razem jest zdziwionych, gdy ich dziecko zaczyna marudzić, ma gorszy dzień, czy choruje. Jakby to było coś nadzwyczajnego. Jakby nie było w życiu miejsca na gorsze dni. Zarzekają się, że nigdy nie będą puszczać dziecku filmów na DVD, żeby mieć święty spokój. Założę się, że ukrywają przed swoimi znajomymi straszną prawdę. Szufladę pełną filmów o Teletubisiach czy Bobie Budowniczym 🙂
Przyznam szczerze, że ten typ chyba najczęściej dostrzegam u siebie samej.Taki los perfekcjonistki… Staram się z tym walczyć.

Teraz pytanie – jak ja bym chciała wychować syna? Odpowiedź brzmi: normalnie. Adekwatnie do rzeczywistości, do sytuacji finansowej, możliwości czasowych etc.

Moim zdaniem, wychowując dziecko trzeba zachowywać się tak, jak na co dzień w życiu. Nie musimy odstawiać specjalnego performance -u, choć faktycznie, warto skorzystać z wiedzy, jaką się zgromadziło do tej pory. Trzeba pokazać dziecku, że może usłyszeć w życiu „NIE”. Codziennie, bezustannie negocjować z dzieckiem Waszą wspólną przestrzeń. Od małego uczyć go kompromisów. Pokazywać możliwości, mądrze wymagać, zamiast oczekiwać rzeczy niemożliwych. Okazywać złość, jeśli ją czujemy. Oczywiście w zdrowy sposób. Od normalnej, ludzkiej złości nikt jeszcze nie umarł. Zachorować można za to od jej tłumienia.

Nadmierne chronienie dziecka przed silnymi emocjami czy bodźcami nie ułatwi mu życia w przyszłości, a wręcz przeciwnie. Wielu rodziców wycisza telefon, dzwonek u drzwi, chodzi na paluszkach, szepcze, zachowuje się we własnym domu jak w teatrze podczas sztuki. Ja nie widzę w tym sensu. Dziecko wychowane w cieplarnianych warunkach nie będzie potrafiło się przystosować do innych warunków w przyszłości, gdy już dorośnie. Oczywiście, u mnie w domu nikt mu ciężkiego rocka nad głową nie puszcza, ani nie sprasza gości przesiadujących do późnej nocy. Jednak zachowujemy się normalnie, jak mały idzie spać, poruszamy się po mieszkaniu, sprzątamy, zmywamy, oglądamy filmy, słuchamy muzyki. Dzięki temu nasz synek ma twardy, zdrowy sen i potrafi spać w każdych warunkach. Nie wybudza go dzwonek do drzwi, czy szczekanie psa za oknem.

Czy gorszy dzień, Twój lub dziecka, może w jakikolwiek sposób zmniejszyć tę ogromną miłość, która między Wami jest? Czy normalna, zdrowa złość lub przemęczenie sprawia, że jesteś złą matką? Odpowiedź brzmi: NIE, a nawet WRĘCZ PRZECIWNIE. Mądra miłością nie da się rozpuścić dziecka. Od małego, dziecku należy stawiać granice, dla jego zdrowia psychicznego, a rodzice powinni dać sobie prawo do niedoskonałości. Dobra matka, to przeciętna matka, tak głosi psychologia (tzw. „wystarczająco dobra matka” wg. D.W. Winnicotta). Podpisuję się pod tym rękami i nogami.

O zapachach, które zostają na całe życie

O zapachach, które zostają na całe życie

Każdy z Was ma na pewno w pamięci zapach, który kojarzy się Wam z dzieciństwem. Założę się, że większość z Was pamięta zapachy jakiegoś dobrego jedzenia… Ja doskonale pamiętam zapach ciasta „Murzynek”, wigilijnego kompotu z suszonych owoców, świeżych rogalików i gorącego kakao z bita śmietaną. W ramach kształtowania przyszłych wspomnień mojego synka, postanowiłam dzisiaj upiec bułeczki. Nie byle jakie, bo maślane z rodzynkami! Od wczoraj nie jestem już na diecie bezmlecznej, hurraa!!! Mogłam więc zaszaleć. Znalazłam w internecie kilka przepisów, połączyłam je w jedno i stworzyłam takie oto cuda:

Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale te bułki to naprawdę kulinarna ekstaza! Smakują obłędnie zarówno tuż po wyjęciu z piekarnika, jak i po paru godzinach. Są przepyszne same w sobie, ale również z dżemem (np. jagodowym), miodem lub Nutellą. Przygotowanie ich zajmuje chwilkę, najdłużej trwa oczekiwanie aż ciasto wyrośnie i potem samo pieczenie. Ja dziś wstałam wcześnie i przygotowałam bułeczki, żeby móc je podać na śniadanie. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy mój synek będzie już na tyle duży, żeby też móc tych pyszności spróbować. Myślę, że ten czas szybko zleci. Nawet nie wiem, kiedy upłynęło ostatnich sześć miesięcy!

Ach, zapomniałabym! Podaję przepis (główną inspiracją był przepis z mojego ulubionego bloga Moje Wypieki) i nawet już nie zachęcam, ale apeluję – upieczcie takie bułeczki dla swoich bliskich, na pewno to docenią.

Bułeczki z rodzynkami

Składniki:

– 1 opakowanie drożdży instant (7 g)

– ok. 0,5 kg mąki

– 75 g masła

– 1 szklanka mleka

– 100 g cukru

– szczypta soli

– 120 g rodzynek

– jajko do posmarowania bułek z wierzchu


Sposób wykonania:

Roztopić tłuszcz w garnku, dolać mleko i wszystko razem podgrzać (żeby było ciepłe, nie gorące, broń Boże nie zagotowywać). Odlać odrobinę do innego naczynia i rozpuścić drożdże. Wymieszać razem: roztwór drożdży, pozostały tłuszcz z mlekiem, cukier, sól i mąkę. Wyrabiać ciasto aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Ja wyrabiam ciasto w garnku teflonowym tak długo aż przestaje się kleić. Wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia (musi podwoić swoją objętość). Do wyrośniętego ciasto wrzucić rodzynki. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia kłaść uformowane bułeczki (uwaga! należy zachować dość duże odstępy), następnie przykryć ściereczką i odczekać 30 minut aż urosną. Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym jajkiem (im obficiej, tym lepiej – będą złocistobrązowe!). Piec w piekarniku rozgrzanym do około 200 – 220 stopni przez ok. 20 – 30 minut (polecam zaglądać i sprawdzać, czy już są dobrze wyrośnięte i brązowiutkie). Wyciągnąć z piekarnika i zajadać!

Smacznego 🙂

A na koniec przypomnę jeden z moich ulubionych filmów o gotowaniu 😉