Monthly Archives: Maj 2011

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Co mają indyjscy imigranci do zegarów na ścianie?

Chwaliłam się, że taki ze mnie nawiedzony czytacz… A do tej pory na moim blogu o książkach było niewiele. Czas to zmienić. Będzie o książce, będzie też trochę o wspomnieniach. Dlatego na początek piosenka, tak w temacie 🙂

Książka, którą ostatnio przeczytałam nosi tytuł „Tłumacz chorób”. Autorką jest młoda, zdolna pisarka pochodząca z Indii – Jhumpa Lahiri. „Tłumacz chorób” to zbiór literacko olśniewających opowiadań, których bohaterami są indyjscy imigranci mieszkający w USA. Książka ta jest ciekawa nie tylko ze względu na naszkicowany w niej obraz kultury indyjskiej (podziały kastowe, aranżowane małżeństwa etc.), ale również ze względu na niewątpliwe walory literackie. W każdym z opowiadań znalazłam coś, nad czym mogłam się zatrzymać, by chwilę pomyśleć, powspominać, zastanowić się nad dokonanymi wyborami.

Ostatnie opowiadanie w tej książce, pt. „Trzeci i ostatni kontynent” to historia młodego chłopaka z Indii, który przyjeżdża na studia do USA. Wspomina on swoją pierwszą stancję u pewnej starej kobiety. Wspomina ją z wielkim sentymentem i ciepłem. Kiedy czytałam to opowiadanie, przypomniała mi się moja pierwsza stancja, u pewnej starej kobiety, jednak moje wspomnienia mają nieco inne zabarwienie emocjonalne.

Już kiedyś pisałam o tym (TUTAJ), ile przeszkód musiałam pokonać, żeby znaleźć swoją pierwszą stancję. Po wielu trudach i niepowodzeniach, trafiłam na Mokotów. Blok przy ulicy Gagarina. Zieleń, starsi ludzie, święty spokój. Przywitała mnie urocza staruszka. Miała wielkie cielęce oczy, niesamowicie długie rzęsy i sporą nadwagę. Gdy mówiła, wykonywała wiele teatralnych gestów, wzdychała… Wzięła mnie na litość, teraz to wiem. Pamiętam, jak pokazała mi pokój, w którym miałam zamieszkać. Łzy stanęły jej w oczach, gdy powiedziała:

– Tutaj mieszkała moja wnusia. Przez pięć lat mieszkała tylko ze mną, a kilka miesięcy temu rodzice ją zabrali i teraz mieszkają wszyscy w USA.

Pomyślałam sobie: „Jaka biedna kobieta…”. Zdecydowałam się zostać, żeby wypełnić pustkę w życiu staruszki, nazwijmy ją panią Stasią M.

Przyjechałam w umówionym terminie, z wielkim i ciężkim plecakiem. Miałam swoją pościel w serduszka, trochę ubrań i kosmetyków oraz lampkę nocną. Pierwsze popołudnie było w porządku. Zdążyłam się dowiedzieć, że pani Stasia M. jest obecnie ławnikiem sądowym i że miała trzech mężów. Z jednym z nich nadal się „kumpluje” (cytat dosłowny). Pani Stasia używała języka dość młodzieżowego i starała się być miła. Niestety pierwsza noc już dała mi popalić. Kiedy zamknęłam na noc drzwi, zza szafy wypadł na mnie wielki plastikowy manekin. Odpadła mu ręka. Chyba miałam wtedy zawał. Kiedy leżałam w ciemności zorientowałam się, że z szafy spoglądają na mnie oczy dwóch ogromnych lalek. Wtedy również pierwszy raz zauważyłam, że na ścianie wisi siedem (!!!) różnych zegarów, plastikowych i metalowych, co najmniej kilka z nich działających, chodzących, tykających…

Źródło: http://inspirationlog.wordpress.com (Salvador Dali – Trwałość Pamięci)

Trzy sztuki udało mi się unieszkodliwić poprzez wyciągnięcie baterii. Kiedy położyłam się z zamiarem zignorowania pozostałego tykania, wybiła północ. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w dużym pokoju, z którym sąsiadowała moja sypialnia, stał wielki zegar, z tych w kształcie szafy, z wielkim dzwoniącym czymś. To dzwoniące, a w zasadzie bijące coś sprawiło, że moja ściana zadrżała dwanaście razy. Wtedy wiedziałam, że na przespanie nocy nie mam szans. Dlatego podłączyłam lampkę nocną i zaczęłam czytać książkę. Pięć minut później rozległo się pukanie.

– Wyłącz światło, moja droga, jest noc, a ty marnujesz energię – rzekła pani Stasia M. i wyszła.

Byłam w szoku. Przerażona, wyobcowana, nieszczęśliwa, zgasiłam światło i płakałam w poduszkę.

Następnego dnia był 1 października. Wstałam, zjadłam śniadanie, umyłam się. Umyłam i wysuszyłam włosy. Gdy wyszłam z łazienki, pani Stasia w szlafroku siedziała w dużym pokoju. Przywitałam się z nią.

– A to ty rano myjesz włosy? To bardzo dziwne – skonstatowała pani Stasia.
– Tak, myję, codziennie.
– To będziesz musiała to zmienić – powiedziała staruszka – wszystkie kobiety od zarania dziejów myją włosy wieczorem co kilka dni – dodała z pełnym przekonaniem.

„Świetnie – pomyślałam – to nie dość, że będę chodziła niewyspana, to jeszcze będę miała ohydne, tłuste włosy”.
Na szczęście pani Stasia zmieniła temat:

– Dziś masz rozpoczęcie roku? To świetnie! Ubierz się ładnie, to może poderwiesz jakiegoś mena.

Yyy… Tak mnie zatkało, że nic nie powiedziałam. Posłałam tylko pani Stasi mój kompulsywny uśmiech, który pojawia się u mnie zawsze w sytuacji zakłopotania.
Czy ona powiedziała „mena”? No, cóż, nie będę się nad tym zastanawiać.

Rozpoczęcie roku przysporzyło mi wiele emocji i nowych znajomości. Poznałam między innymi A., który w czasie studiów był moim najlepszym przyjacielem. Po oficjalnym rozpoczęciu roku szliśmy sobie wzdłuż campusu UW, w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Zaczepiła nas reporterka z kamerą, zadała mi pytanie o studia, odpowiedziałam coś zupełnie oczywistego, uśmiechnęłam się, podałam nazwisko i poszłam sobie. Po pięciu minutach zapomniałam o całym zajściu. Kiedy wieczorem wróciłam na stancję, w progu powitała mnie pani Stasia i jej teatralne gesty.

– Widziałam cię w telewizji! W głównym wydaniu wiadomości!

Naprawdę była w szoku. Ja też. Wieczorem dostałam jeszcze kilka smsów o podobnej treści od różnych znajomych.
„Pierwszy dzień w Warszawie, a Ty już w telewizji”. No, cóż, moja kariera była krótka. Później wystąpiłam jeszcze w serialu W11, jako nomen omen, studentka.

Zaczął się rok akademicki. Pani Stasia była dość miła, choć nie pozwalała mi czytać po nocach, kąpać się po 22 („bo można sąsiadów obudzić”). Mogłam na szczęście chodzić na imprezy. Kiedy wychodziłam pierwszy raz dała mi nawet gaz pieprzowy do obrony. Wszystko zepsuło się, kiedy zachorowałam Zaczęło się od zapalenia oskrzeli. Ciężkiego. Gorączka, osłabienie, katar, kaszel – masakra. Dwa antybiotyki pod rząd nic nie pomogły. Byłam cieniem człowieka, wyczerpana i odwodniona. Mój przyjaciel A. zaoferował pomoc, przywiózł mi jedzenie, napoje i lekarstwa. Posiedział u mnie godzinkę i sobie poszedł. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, pani Stasia wparowała do mojego pokoju.

– Co Ty sobie myślisz, dziewczyno, ze mi tu będziesz chłopaków sprowadzać?! Ja jestem poważnym człowiekiem, ławnikiem sądowym, ludzie będą gadać!

Nawet nie dała mi się obronić. Czułam się jak więzień. Jedyna trasa, którą pokonywałam, to była trasa z pokoju do łazienki lub kuchni. Przemykałam się jak duch. Pewnego dnia u pani Stasi siedział jej eks – mąż, ten od „kumplowania”. Kiedy przemykałam się do kuchni po herbatę, pani Stasia zawołała mnie do swojego pokoju.

– Pokaż się – powiedziała. Stanęłam w drzwiach (chora, blada, w szlafroku), przywitałam się z eks – mężem pani Stasi.
– Odwrócić się – rzuciła pani Stasia. A ja co? Zaskoczona zrobiłam kółeczko wokół własnej osi. I wtedy usłyszałam coś, co sprawiło, że miarka się przebrała.
– No bo my mamy syna… – zaczął eks – mąż.
– Mieszka w Pruszkowie i ma własny dom… – dodała słodko pani Stasia.
– Nie, dziękuję, nie szukam męża – wyszeptałam i uciekłam do pokoju.

Mimo choroby i gorączki, spakowałam plecak i pojechałam chorować do domu. 360 kilometrów. Kiedy stanęłam na nogi, wróciłam, szybko znalazłam nowe mieszkanie i wyprowadziłam się z dnia na dzień. Pani Stasia żegnała mnie z wrzaskiem, życząc mi wszystkiego najgorszego. Tak to jest, jak się przytrafia tak ogromna różnica pokoleń. Spotkanie emerytki z charakterną nastolatką musi się źle skończyć.

Moje wspomnienia są właśnie takie. Wynika z nich, że na słodkie staruszki trzeba uważać. Jednak muszę przyznać, że pani Stasia M. jest (a może już była, nie wiem) tak barwną postacią, że nie da się jej zapomnieć.

Polecam więc wszystkim „Tłumacza chorób”, może i w Was obudzi jakieś zakopane wspomnienia?

Czerwony dywan, czerwona podeszwa

Czerwony dywan, czerwona podeszwa

Na początek coś niesamowitego – występ Beyoncé podczas gali Billboard Awards 2011, zapiera dech (mimo iż piosenka, delikatnie mówiąc, słaba – IMHO):

http://www.youtube.com/watch?v=qkqUTY3G13M&feature=related&wl_token=UNy9OlzqoMj9ZfldaPbJkf2xVG18MTMwNjMzOTg3OUAxMzA2MjUzNDc5&wl_id=qkqUTY3G13M

A teraz słuchajcie, Drogie Mamy (i nie tylko), gdyby któraś z Was miała wolną gotówkę (około 5 000 zł) oraz tuzin niań do zajmowania się dzieckiem, podczas gdy Wy paradować będziecie po czerwonym dywanie w zabójczych szpilkach, to koniecznie wybierzcie się do butiku przy Moliera 2 w Warszawie. Christian Louboutin w natarciu!

A tutaj można przeczytać więcej na ten temat (i zobaczyć więcej zdjęć!):

LuxLux_Louboutin

Ja się na Moliera 2 raczej nie wybieram, ale pomarzyć zawsze można. Zbliżają się moje urodziny, więc jakby ktoś chciał mi zrobić niespodziankę, to noszę rozmiar 40, dziękuję 😉

Dziś Dzień Matki, więc wszystkim Mamom zaglądającym na mojego bloga życzę, aby jak najczęściej czuły się kochane, doceniane, piękne i szczęśliwe!

M Cupcakes

M Cupcakes

Wczoraj znów miałam okazję poszaleć cukierniczo przy okazji robienie babeczek. Babeczki były prezentem imieninowym dla dwóch osób z rodziny. Robiliśmy babeczki we dwoje (z moim M.), każdy po cztery. Każda babeczka była inna, wyjątkowa, spersonalizowana. Podstawą był przepis na muffiny jogurtowe znajdujący się TUTAJ, zamiast konfitur czy nutelli, do nadziewania babeczek użyłam kremu waniliowego (takiego do tortów). Do dekoracji użyliśmy lukru plastycznego (tym razem kupiliśmy gotowy na allegro). Złote elementy uzyskałam mieszając biały lukier ze złotym barwnikiem spożywczym). Jak zwykle zabawa przy dekorowaniu była przednia. Żałuję, że nie zostawiliśmy sobie żadnej babeczki w domu…. Chyba będzie trzeba zrobić więcej!

Przedstawiam Wam królową babeczek:

A oto najnowszy model aparatu Canon:

Aniołek z lekkim przechyłem:

Gniazdo z jajem dinozaura:

No i rzut na nasze wszystkie wyczyny:

Która Wam się najbardziej podoba?

Mommy Led Weaning, czyli jak żarłam makaron lewą ręką

Mommy Led Weaning, czyli jak żarłam makaron lewą ręką

Dzisiaj będzie o tym, jak wraz z pojawieniem się dziecka nasze (czyt. matczyne, ludzkie) potrzeby zostają zepchnięte na dalszy plan. Zacznę może od tego, że jest to absolutnie normalne i naturalne, choć będąc w ciąży nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę… Nie wiem, jak ja sobie to wszystko wyobrażałam, ale to zupełnie inna historia. Na taki stan rzeczy mam jedną radę: należy się z tym pogodzić i w miarę możliwości, w wolnych chwilach (hehe, jakich wolnych chwilach?!) zajmować się zaspokajaniem swoich własnych potrzeb i spełnianiem zachcianek.

A teraz przejdę do przykładów.
Dzień jak każdy inny. Śpisz w najlepsze. Twoje dziecko ma wmontowany mały budzik, który włącza się codziennie około 6 rano. Z najgłębszego snu wyrywa Cię stukanie grzechotki o szczebelki łóżka. To nic, że akurat śnił Ci się basen pełen półnagich modeli, takich jak np. tutaj:

Źródło: Lula.pl

Nie powinnam narzekać, bo moje dziecko na ogół budzi się z uśmiechem na twarzy. Bywają dzieci, które codziennie o 6 rano budzą się z rykiem, z bólem i cierpieniem wkraczając w kolejny dzień.

Wstajesz i zaczynasz od podania dziecku śniadania. Potem Ty w pośpiechu zjadasz swoją bułkę z szynką i serem (luksusem są tosty z fetą i pomidorem), popijając kawą rozpuszczalną z mlekiem. Jeśli masz szczęście, Twój mąż nie wyszedł jeszcze do pracy i dzięki temu może popilnować dziecka, podczas gdy Ty idziesz się wykąpać. W jakimś „mądrym” czasopiśmie, czy książce (nie pamiętam dokładnie, wyparłam) wyczytałam, iż dobra matka i gospodyni powinna wstać przed wszystkimi domownikami, czyli przed dzieckiem także. Jasne, już widzę siebie wstającą o 5 i z uśmiechem i piosenką na ustach piekącą bułeczki i serwującą rodzinie śniadanko. Raz na pół roku może.

Wracając do naszego dnia! Przy odrobinie szczęścia i kombinowania jesteś umyta i najedzona. Zaczyna się ta tajemnicza część dnia zwana „zajmowaniem się dzieckiem”. Cóż się kryje za tą enigmatyczną sentencją? Otóż w zależności od wieku dziecka albo – dziecko słodko śpi, a Ty siedzisz w Internecie, sprzątasz, dzwonisz do koleżanek, oglądasz TV, prasujesz etc. Albo – przez bite dwie godziny dziecko Ci ucieka, a Ty za nim biegasz. Albo – dziecko siada, chwieje się i leci na twarz, a Ty je w ostatniej chwili łapiesz. Dziecko pakuje kotu palce do oczu, a Ty w ostatniej chwili ratujesz kota przed ślepotą. W tzw. międzyczasie odkurzasz, prasujesz, pierzesz, sprzątasz i gotujesz. Jest jeszcze jedna wersja: kiedy jest śliczna, letnia pogoda, Ciebie boli kręgosłup i ani myślisz latać za dzieckiem, chrzanisz to wszystko, wsadzasz dziecko w wózek i wychodzicie na spacer do parku. Po przejechaniu dwóch metrów dziecko zasypia, Ty siadasz na ławce, smażysz się na słońcu, czytasz książkę i jesteś przeszczęśliwa. Osobiście jestem wielką fanką opcji ostatniej 🙂

Około południa przychodzi czas na zupkę. Jeśli dziecko nie ma problemów z jedzeniem, to jest super, idylla, dziecko otwiera buźkę, Ty je karmisz, rozkoszując się swoim ślicznym bobaskiem. Jeśli jednak dziecko ma gorszy dzień i marudzi lub jest po prostu niejadkiem, to przez pół godziny walczysz z tym, żeby dziecko łaskawie zwróciło na Ciebie uwagę oraz – jeszcze łaskawiej – zwróciło uwagę na łyżeczkę z jedzeniem. W międzyczasie modlisz się, aby jedzenie nie wylądowało w całości na ubranku (niestety większość śliniaczków dla dzieci do niczego się nie nadaje, mój syn opanował ich ściąganie jedną ręką z zamkniętymi oczami). Kiedy wywalczysz zjedzenie choćby połowy porcji, to jesteś szczęśliwa, odpuszczasz resztę i dokarmiasz mlekiem z piersi. Nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że umierasz z głodu. Dziecko odmawia siedzenia w krzesełku, więc trzymasz je na kolanach, jedną ręką (najczęściej lewą, bo prawą podtrzymujesz dziecko) pożerając ugotowany wcześniej makaron. Jeśli masz szczęście, zdołasz go wcześniej podgrzać. Jeśli nie – zżerasz na zimno, a smakuje Ci jak nigdy.

Czas na Twoją ulubioną część dnia, czyli poobiedni spacer. Zaczynasz od ubierania dziecka, które w zależności od wieku leży grzecznie na pleckach albo robi wszystko, żeby przewrócić się na brzuch. Powodzenia w przewijaniu w tym drugim przypadku 🙂 Kiedy już zdołasz dziecko ubrać (spociwszy się okropnie – polecam zawsze otworzyć okno zanim zaczniemy dziecko ubierać), zdajesz sobie sprawę, ze jesteś w samych gaciach i koszulce, zaczynasz więc ubierać siebie – w tempie błyskawicznym, żeby dziecko Ci się w wózku nie zgrzało. UDAŁO SIĘ! Znakomicie! Możecie wyjść z domu, oboje szczęśliwi jak wariaci.

Co tu dużo mówić, spacery są najlepsze! Są cudowne, każda mama o tym wie. Są lekarstwem na depresję, przywracają energię, odświeżają. Są okazją do tego, by spotkać innych ludzi. Po powrocie ze spaceru (podczas którego oczywiście nie próżnujesz, bo robisz zakupy) czas leci już z górki. Następuje „zajmowanie się dzieckiem” odsłona druga. Przy odrobinie szczęścia dziecko zapada w popołudniową drzemkę, podczas której możesz robić, co chcesz. Najlepiej spać. Moje dziecko jest z tych, które popołudniowego spania nie uznają. Wolą zasuwać po podłodze w poszukiwaniu przygód. W końcu przychodzi upragniona 18, kiedy to wraca do domu mąż. Jeszcze dwie godzinki (kolacyjka, kąpiel, usypianie) i będziecie mieli wieczór dla siebie. Uff!

Na koniec chciałabym podkreślić, że choćby nie wiem, jak strasznie to wszystko brzmiało, to każdy dzień spędzony z dzieckiem, to dzień, w którym czegoś nowego się uczę – o dziecku i o sobie. Codziennie doświadczam niesamowitych emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i tych negatywnych. Nie żałuję tych dni spędzonych z dzieckiem. Nie zamieniłabym tego na żadną pracę świata. Jestem szczęściarą, że mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że czas, który teraz poświęcam mojemu dziecku, zaprocentuje. Zaprocentuje jego szczęściem i dobrym rozwojem, mam nadzieję!

Trzymajcie się ciepło, wszystkie mamy i nie tylko mamy.

Bakłażan – Miss Świata Warzyw, a właściwie Owoców

Bakłażan – Miss Świata Warzyw, a właściwie Owoców

Bakłażan to prawdziwa piękność. Obdarzony niezwykłą barwą i idealnym kształtem jest ucztą dla oczu. Co więcej – wiele zyskuje przy bliższym poznaniu.

Ma również tę właściwość, że sam będąc prawie nijakim w smaku, potrafi wydobyć smakowe cuda z potraw, w których się znajdzie. Niedawno dowiedziałam się, że tak naprawdę jest owocem, jagodą, należącą do rodziny psiankowatych! Dowiedziałam się dzięki foody.pl

Jestem tak zakochana w bakłażanie, że nie mogę przestać o nim myśleć. Inspiruje mnie na co dzień w kuchni. Ostatnio wyobraziłam sobie, jak będzie smakował z zapiekaną fetą i wymyśliłam taki oto przepis:

Bakłażan zapiekany z cukinią, nerkowcami, pomidorem i fetą

Składniki (2 osoby):

– 1 duży bakłażan

– 1/2 cukinii

– 1/2 pomidora obranego ze skórki

– 10 nerkowców

– 1/2 opakowania fety (ok. 135g)

– 1 łyżka oliwy z oliwek + dużo oliwy z oliwek do pieczenia

– 1 łyżka śmietany 12%

– sól, pieprz, przyprawa do musaki

Sposób przyrządzenia:

Bakłażan przekroić na pół (wzdłuż). Wydrążyć miąższ za pomocą dużej łyżki. Do blendera wrzucić miąższ bakłażana, obraną i pokrojoną cukinię, nerkowce oraz pomidora. Wsypać pieprz, sól i przyprawę do musaki. Wszystko rozdrobnić na najniższych obrotach blendera. W misce wymieszać fetę, oliwę i śmietanę. Następnie powstałą pastę serową połączyć z pozostałymi składnikami. Nadzienie wyłożyć w wydrążone połówki bakłażana. Zapiekać w dużej ilości oliwy (najlepiej, żeby zakrywała całą skórkę, wtedy po wyjęciu z piekarnika skórka będzie aksamitna, miękka i rozpływająca się w ustach), w 200 stopniach przez ok. godzinę. Potem wyłączyć płomień i trzymać potrawę w piekarniku przez ok. pół godziny.

Naprawdę polecam! Jeśli ktoś chce wersję nie – wege, to do nadzienia polecam dodać kilka plasterków ulubionej szynki.

Smacznego 🙂

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Zapomniał wół jak cielęciem był, czyli o amnezji wstecznej u młodych mam

Na początek, w ramach luźnego skojarzenia, proponuję jedną z pierwszych piosenek, które pokochałam (jako dziecko jeszcze, słuchałam jej z płyty winylowej):

W ostatnich dniach widziałam się z dwiema koleżankami będącymi aktualnie w ciąży i taka naszła mnie refleksja, że ludzka pamięć jest bardzo krótka… Mam na myśli to, że tak szybko zapomniałam jak to jest być w ciąży, jak to jest CZUĆ SIĘ w ciąży. Kobieta w ciąży jest bardzo wrażliwa, często płaczliwa, ale również- o czym rzadko się głośno mówi – przepełniona złością. Jest często zamknięta w sobie, nie słucha sugestii innych – jest to zachowanie, które może się wydawać nieracjonalne, jednak czemuś służy. Czemuś bardzo ważnemu: dokonaniu własnych wyborów, zgodnych z intuicją i z tym, czego kobieta sama chce. Śmieję się w duchu, jak sobie przypominam własną ścieżkę zmian w myśleniu. Od „błagam, cesarskie cięcie na życzenie!” do „wyłącznie poród naturalny bez znieczulenia”. Ciąża chyba po to jest długa, żeby w naszym rozumowaniu dokonała się zmiana. Każda kobieta musi przez to przejść. Z tego właśnie powodu kobiety w ciąży często zamykają się na sugestie i podpowiedzi bliskich – bo muszą i chcą podjąć decyzje samodzielnie. Łatwiej im czytać fora, zbierać informacje pozbawione kontekstu rodzinnego i troski bliskich osób. Jak sobie przypomnę siebie, to byłam do złudzenia podobna do upartej trzylatki. „Ja siama”. Wszystko „siama”.

Fot. Studio Qropka

Poza wypracowaniem własnego sposobu myślenia o macierzyństwie, partnerstwie, dziecku etc. każda przyszła matka (zresztą – ojciec często też) żyje pewnym złudzeniem. Jakim? Już tłumaczę. Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, jej znajomi (troskliwi i życzliwi najczęściej) mówią jej:
– „Wyśpij się na zapas”
– „Uzbrój się w cierpliwość przy karmieniu”
– „Teraz skończy się wolność i już zawsze tak będzie”.

Takie słowa często budzą w młodych rodzicach bunt i niedowierzanie. Młodzi rodzice myślą:
– „U nas tak nie będzie”
– „Jesteśmy dobrze zorganizowani, u nas będzie lepiej”
– „Będziemy nadal wychodzić do kina raz w tygodniu i na imprezy dwa razy w miesiącu”.

Z mojego doświadczenia wynika, że ten stan wyidealizowania rodzinnej rzeczywistości trwa ok. 6 – 7 miesięcy. Potem każdy staje się tym życzliwym znajomym, który mówi: „Wyśpij się na zapas”. Każdy. Gwarantuję 🙂

Trochę świństwa, czyli jak powstawał Mr „Big”

Trochę świństwa, czyli jak powstawał Mr „Big”

Ostatnio dużo oglądam „Seksu w Wielkim Mieście”, więc na rozgrzewkę – Carrie & Mr Big:

A teraz do rzeczy.
Zapraszam do obejrzenia galerii – małej, acz szokującej. Na zdjęciach uwieczniony został proces wykańczania mojego ostatniego cukierniczego „dzieła”, czyli tortu na wieczór panieński przyjaciółki. Jestem zadowolona z efektu, choć następnym razem zamierzam użyć więcej lukru plastycznego (masy cukrowej – to to różowe), bo jak tort został obłożony masa w całości, to na penisa niewiele zostało. Zabrakło mi też czasu na dorobienie lukru. Dlatego falliczna dekoracja jest tak niewielkich rozmiarów i nazywa się Mr „Big”, a nie Mr Big.

[nggallery id=6]

Pod różową masą cukrową znalazły się trzy warstwy puszystego ciasta biszkoptowego (chętnie się podzielę przepisem pochodzącym z mojego prywatnego zeszytu z przepisami, ale to za chwilę), lekko nasączonego kawą i rumem (Valdragone), przełożonego dżemem truskawkowym oraz własnej roboty kremem budyniowym (budyń + masło = pychota). W warstwie kremu znajdującej się na samej górze, tuż pod lukrem, znalazły się jeszcze kawałki gorzkiej czekolady. Podobno było dobre 🙂 Przyznam szczerze, ze jestem bardzo zadowolona i zamierzam nie poprzestawać na tym jednym torcie.

A jak Wam się podoba?

Przepis na łatwy i pyszny biszkopt (UWAGA: pieczemy w tortownicy o średnicy max. 23 cm, nie większej!)

Składniki

– 2 łyżki wrzątku

– 4 jajka

– 6 łyżek cukru

– 1 opakowanie cukru waniliowego

– 4 – 5 łyżek mąki pszennej

– 2 łyżki mąki ziemniaczanej

– 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Sposób przygotowania

Oddzielić białka od żółtek. Żółtka rozetrzeć z 2 łyżkami gorącej wody (ja rozcierałam łyżką), następnie utrzeć je z 3 łyżkami cukru i cukrem waniliowym na puszystą masę (tym razem już ucierałam mikserem). Białka ubić z resztą cukru. Pianę wyłożyć na masę żółtkową, na to wsypać mąkę, mąkę ziemniaczaną i proszek do pieczenia. Dodać rum i wymieszać. Tortownicę natłuścić, oprószyć mąką, wlać ciasto. Piec ok. 35 minut w 200 stopniach. Biszkopt można przekroić na dwa lub trzy krążki – po całkowitym wystygnięciu.

Życzę Wam smacznego i zachęcam do kreatywności w kuchni!

O tym, jak być interesującym człowiekiem dla samej siebie, czyli o hobby słów parę

O tym, jak być interesującym człowiekiem dla samej siebie, czyli o hobby słów parę

Dziś chciałabym się chwilę zastanowić nad tym, czym jest hobby i jakie ma znaczenie w naszym życiu. Na początek podzielę się z Wami utworem, który najczęściej grywałam na flecie będąc w ciąży.

Każda mama przeżywa takie chwile, gdy myśli, że stała się mało interesująca dla otoczenia, przez sam fakt, że stała się matką. Powiem brutalnie: To jest możliwe i często bardzo naturalne. Ważne, żeby nie przestała być interesująca dla najbliższych i – przede wszystkim – dla samej siebie. Fakt, że trochę wypada się „z obiegu” jest niezaprzeczalny. Spada inteligencja, to też prawda. W domu z dzieckiem, pogrążona w rutynie nie będziesz błyszczała intelektem na salonach, bo jak się wyrwiesz już z domu, to wypijesz jedno piwo, od razu będziesz pijana i zaniemówisz ze szczęścia, że jesteś wśród ludzi. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy – nie masz i długo nie będziesz miała swobody wychodzenia z domu kiedy chcesz i spontanicznego umawiania się. Na dodatek, nawet gdy wychodzisz, jesteś myślami z dzieckiem, zwłaszcza gdy karmisz piersią. Ratunkiem dla Ciebie może być jakieś fajne hobby.

Ja jestem z tych, co mają pomysłów tysiąc na minutę. Czasem jest ich tak dużo, że ostatecznie nie wybieram niczego. Po prostu z nadmiaru pęka mi głowa i marnuję czas na zastanawianie się co by tu teraz zrobić… Nie mam żadnego spektakularnego hobby. Kiedyś moim hobby był taniec, ale taka ze mnie przekorna dusza, że od czasu, gdy zaczął się wielki boom na taniec i każdy, nawet totalnie pozbawiony talentu teraz „tańczy”, to mnie cholera bierze i taniec zszedł na daleki plan. Od dziecka lubiłam pisać, regularnie robię to od wielu lat, tylko czy to jest hobby? Raczej sposób na radzenie sobie z uczuciami i myślami, na układanie ich, no i na zaspokojenie potrzeby bycia w centrum uwagi i dzielenia się z innymi wiedzą. Poza tym, znów moja przekora się ujawnia – w dobie blogów, kiedy każdy może pisać co mu się podoba, to pisanie też mnie już tak bardzo nie kręci. Muzykowanie? Granie na instrumentach jest fajne, ale przy małym dziecku trudno o regularność, no i też nie można przesadzać z głośnością. Ostatnio najczęściej „gram” mojemu synkowi w kuchni na puszkach, butelkach i szklankach (zamiast pałeczki używam szpikulca do fondue – naprawdę jest super!).

Zazdroszczę ludziom, którzy mają jakieś oryginalne hobby, dzięki któremu się potrafią odstresować, „wyłączyć”. Podziwiam artystów, rękodzielników, twórców biżuterii etc. Ponad pół roku temu zażyczyłam sobie w prezencie maszynę do szycia, mając nadzieję, że przebywanie z dzieckiem w domu to dobry czas na doskonalenie swoich krawieckich umiejętności. Powodzenia… Jak tylko mój syn zaśnie, siadam z herbatką i wyciągam maszynę do szycia…Wtedy on natychmiast się budzi. Nawet nie zdążę jej włączyć. Od czasu do czasu robię jakieś poprawki krawieckie dla znajomych i to wszystko. Moje górnolotne marzenia o wykonanych własnoręcznie sukienkach muszę odłożyć na bok. Może jak moje dziecko pójdzie do przedszkola…

Hobby to dla każdej mamy ratunek przed szaleństwem. Czasem można je znaleźć przypadkiem. Ja znalazłam swoje jakiś czas temu… Kiedy zostałam mamą, zaczęłam częściej gotować – a najczęściej piec różne słodkości. No i chyba stałam się cukiernikiem z zamiłowania. A w zasadzie „cukierniczką”. Ostatnio wzięłam na tapetę torty. Początki są skromne, ale.. rozwijam się 🙂 Zakochałam się w programie „the Ultimate Cake Off” – jest to reality show (na kanale TLC) z udziałem teamów cukierniczych, które mają za zadanie zrobić specjalny tort. Emocje są ogromne, a torty tak mistrzowskie, że dech zapiera. Polecam: ULTIMATE CAKE OFF

Choć wiem, że nigdy takiego mistrzostwa nie osiągnę, to się nie przejmuję. Piekę i dekoruję dla przyjemności własnej – no i mojej rodziny, która zamienia się dla mnie w surowych degustatorów 🙂
Wszystkim Wam polecam odszukanie swojego hobby!