Monthly Archives: Lipiec 2011

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Od naszego wyjazdu na Kos minął już miesiąc z kawałkiem, pełen burzliwych dni i prawdziwie monsunowych deszczy. Siedzę sobie właśnie i zastanawiam się nad tym, kto w naszym kraju nagrzeszył tak strasznie, że nam słońce wyłączyli… No i czy to już tak na zawsze…? W Indiach oprócz ulewnych deszczy monsunowych są pory gorące i morderczo słoneczne, dlatego w porze monsunowej można się cieszyć deszczem, nawet gdy zacznie padać w dniu Twojego wesela.

Pewnie część z Was zna ten piękny film – „Monsunowe Wesele” (ja go kocham, kocham absolutnie):

Ale do rzeczy – przyszedł czas na ostateczne podsumowanie „wakacji z Itaką”. Zacznę może od tego, co, delikatnie mówiąc, rozminęło się z naszymi oczekiwaniami.
Kiedy przyszłam do biura sprzedaży Itaki poprosiłam wyraźnie o kilka rzeczy:

– żeby hotel był mały, kameralny i podkreśliłam – żadnych bungalowów (mam awersję, nie mam pojęcia dlaczego…)!
– żeby klimatyzacja w pokojach była bezpłatna
– żeby w pokoju był aneks kuchenny i czajnik bezprzewodowy (sprawa bardzo ważna, gdy wyjeżdża się z małym dzieckiem na wakacje

Na miejscu niestety okazało się, że absolutnie żadem z tych warunków nie został spełniony. Trochę w tym naszej winy, bo nie sprawdziliśmy tego obiektu w internecie przed wyjazdem. Okazało się, że hotel ten był wielkim kompleksem bungalowów (cały mieścił ok. 3 000 gości). Klimatyzacja, owszem, była bezpłatna, ale dopiero od 15 czerwca (czyli na dwa dni przed naszym odjazdem). W pokoju nie było ani aneksu kuchennego, ani czajnika, po ciepłą wodę na kaszkę trzeba było biegać do restauracji, która znajdowała się na drugim końcu kompleksu hotelowego.

Największymi koszmarami tego wyjazdu były jednak inne rzeczy (wspominałam już o nich TUTAJ):

– paskudna, masowa kuchnia, gwóźdź do trumny dla matek karmiących, ale nie tylko (mimo przemiłej obsługi, nie dało się tego jeść… no może z wyjątkiem ciastka z kremem)
– straszne jędze w recepcji (z wyjątkiem jednej Polki), opieszałe i bardzo niesympatyczne
– brak możliwości wypłacenia gotówki z bankomatu w hotelu, w jego pobliżu oraz w najbliższej miejscowości – Mastichari

Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam, wakacje były naprawdę bajkowe. Dlaczego? Choćby dlatego, że wyspa Kos jest przepiękna. Palmy, zachody słońca nad morzem, rozgwieżdżone niebo. Poza tym codziennie była piękna pogoda i mnóstwo kolorów dookoła, takich których nawet na moich zielonych Bielanach nie można doświadczyć. Codziennie spotykaliśmy przemiłych ludzi, nastawionych przyjaźnie do dzieci, otwartych, uśmiechniętych.

Ponadto dzięki tym wakacjom nasz synek bardzo się rozwinął:

POZNAWCZO:

– mógł doświadczyć kolorów i faktur nie występujących w naszej przyrodzie (dotykał palm, kolorowych kwiatów, greckiego piasku)
– nauczył się jeść świeże owoce
– nauczył się pić wodę z plastikowego kubeczka
– pokochał kąpiele w morzu

SPOŁECZNIE:

– poznał swojego pierwszego kumpla od zabaw w piasku
– pierwszy raz się zakochał – upatrzył sobie pewną nastoletnią Włoszkę, którą był w stanie wypatrzyć z daleka mimo dzikiego tłumu (miała niesamowicie oryginalne okulary przeciwsłoneczne)
– zawarł dużo ciekawych znajomości

Poza tym po powrocie do domu od razu zaczął robić „pa-pa”, mówić „mama” i bić „brawo”.

Jeszcze raz podsumuję krótko nasz wyjazd: warunki były, jakie były, ale za to było ciepło… Marzy mi się ponowny wyjazd za granicę. Myślę, że tym razem byłoby mi wszystko jedno, czy bungalow, czy nie, gdybym tylko wstając rano mogła zobaczyć słońce.

Życzę Wam dużo ciepła, drogie mamy i nie tylko mamy!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się TUTAJ.

Druga część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Trzecia część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Seksualność matek, czyli o pewnym specjalnym przycisku i o innych dziwnych sprawach, o których się nie mówi;-)

Wyprzedzając Wasze pierwsze skojarzenia, od razu powiem, że tytułowy przycisk, to wcale nie słynny punkt G, ale o tym za chwilę 😉

Nadszedł wreszcie czas, żeby poruszyć temat tabu, czyli opowiedzieć o tym, jak się zmienia (jeśli w ogóle) seksualność kobiety, gdy staje się matką. Istnieje wiele mitów dotyczących tej sfery, a także wiele kierunków, w jakich kobieca seksualność może się rozwinąć po urodzeniu dziecka. Nie zamierzam tutaj niczego obalać, ponieważ nie wiem, co się dzieje w głowach i sypialniach wszystkich kobiet. Chcę jedynie poruszyć ten temat, dotknąć wierzchołka góry lodowej i – być może – skłonić Was do dyskusji.

Na początek piosenka Królowej Seksu, yyy Popu, żeby Was wprowadzić w odpowiedni nastrój 😉

http://www.youtube.com/watch?v=ESxJJK3QsnM

Jeśli jesteś kobietą w ciąży, to bardzo dobrze, że tu zajrzałaś. Warto wiedzieć, że są dwie rzeczy dotyczące seksu po porodzie, o których mało się mówi:

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 1:

Tuż po porodzie (i oczywiście po zakończonym połogu) seks jest co najmniej dziwny (delikatnie mówiąc)… Jakby to ująć obrazowo – to tak, jak z samochodem po wypadku, trzeba go ponownie rozruszać 😉 Ten pierwszy seks po porodzie to doznanie dla większości kobiet nieprzyjemne i bolesne. Co ciekawe – nie dotyczy to wyłącznie tych, które rodziły naturalnie. Po cesarce nasz „samochód” również wymaga ponownego „rozjeżdżenia”. Warto to wiedzieć i warto się na to psychicznie przygotować. Trzeba dużo cierpliwości. Sprawcami zamieszania są tutaj głównie hormony, ale również dość częste pęknięcia, nacięcia okolic krocza i szyjki macicy.

TAJEMNICA SEKSUALNA NR 2:

Na szczęście jest tak, że po kilku dziwnych poporodowych „pierwszych razach” wszystko wraca do normy, a czasami jest nawet lepiej niż było. Piszę to na wypadek, gdyby któraś z Was żywiła przekonanie, że po porodzie nastąpi definitywny koniec przyjemności.

Teraz czas na kilka powszechnych przekonań związanych z naszym tematem:

PRZEKONANIE NR 1:

Już nigdy nie będzie tak samo jak przed porodem.

A to akurat prawda. Nie będzie tak samo. Będzie inaczej – a inaczej nie musi oznaczać gorzej. Pamiętajmy, że przyjemność rodzi się w mózgu i od naszego nastawienia zależy wszystko. Trzeba po prostu zaakceptować zmiany i już.

PRZEKONANIE NR 2:

Partner/mąż nie będzie widział już w nas obiektu seksualnego, a jedynie kurę domową i matkę swojego dziecka.

To się też podobno zdarza. Jeśli miałabym się postawić na miejscu takiego męża, to bym pewnie też tak zareagowała, przynajmniej trochę. Przecież pojawienie się dziecka to jest naprawdę ogromna zmiana. Partnerka przyjmuje nową rolę i często inaczej się zachowuje w domu niż przedtem. Wiele kobiet zapomina o tym, jak bardzo kiedyś lubiły o siebie dbać. Wtedy męskie rozczarowanie gotowe. Trudno podniecić się bladą kobietą w naciągniętym dresie.


Źródło: Shapes.pl

Z drugiej strony, jeśli facet naprawdę kocha, to w dresie czy nie w dresie, blada czy nie, zawsze będziesz dla niego boginią seksu. Jeśli obojętność mężczyzny na Twoje wdzięki przedłuża się, nie pomagają żadne rozmowy i próby uwiedzenia go, to chyba warto zasięgnąć pomocy profesjonalnej. Pamiętajmy, że nie tylko kobiety mogą mieć depresję poporodową!

PRZEKONANIE NR 3:

Wiele kobiet cieszących się udanym życie seksualnym, obawia się, że po urodzeniu dziecka można „zgubić swój orgazm” oraz że pochwa po porodzie będzie tak wielka i rozciągnięta, że nie będzie można odczuwać przyjemności z taka intensywnością, jak dawniej.

Drogie panie, nie można zgubić orgazmu z powodu porodu. Można go zgubić jeśli się zafiksujemy na myśli, że na pewno go zgubiłyśmy 😉 Sam poród nie zmienia naszej budowy w taki sposób, żeby popsuć możliwość odczuwania przyjemności.

PRZEKONANIE NR 4:

Kobieta karmiąca piersią „inaczej patrzy na mężczyznę”.

W tym przekonaniu jest sporo prawdy. Kobieta, która staje się matką, jest obarczona mnóstwem nowych ról – opiekunki, karmicielki (czyli innymi słowy lodówki, mikrofalówki i talerza w jednym), maskotki – pocieszycielki etc. Musi się zmienić fizycznie (każda kobieta karmiąca wie, jak piękny jest jej biust w czasie laktacji), a przede wszystkim psychicznie. Hormony laktacyjne nastrajają ją łagodnie w stosunku do dziecka. Nie wystarcza ich niestety na resztę rodziny i do męża nie nastawiają już tak łagodnie. Czasem może się mężom wydawać, że przeszkadzają oni swoim partnerkom ( i często rzeczywiście tak jest). Każda świeżo upieczona mama jest bardzo obciążona psychicznie nieustanną opieką nad dzieckiem. Im więcej czasu minęło od porodu, tym bardziej się to zmienia. Pierwsze tygodnie po porodzie bywają czasem krytycznym okresem dla związków. Wiele małżeństw się rozpada, powstają ogromne konflikty. Mało kto pamięta o jednym – to mija. Po zakończeniu karmienia piersią, wraz z rosnącą niezależnością dziecka, rodzice mają więcej czasu dla siebie. Wtedy ich związek, jeśli jest dobry, może przeżyć swoje odrodzenie.

Odeszłam jednak od seksu. To prawda, że kobieta trochę inaczej patrzy na mężczyznę, ale nie jest to zjawisko totalne. Wszystko zależy od tego, na ile kobieta sprawnie przełącza się między swoimi rolami, czyli czy ma taki inteligentny przycisk zapewniający przełączenie z trybu „matka” w tryb „demon seksu”. To jest chyba cała tajemnica.

Na koniec chciałabym przedstawić możliwe drogi, którymi może podążyć seksualność pary po urodzeniu dziecka:

SCENARIUSZ 1:

On nie chce (bo mu się partnerka mniej podoba; bo ma on maskowaną depresję związaną z ciążącą na nim odpowiedzialnością za rodzinę; bo żona zamieniła się w narzekającego potwora z wrzeszczącym klonem wiszącym u cyca).

SCENARIUSZ 2:

Obydwoje nie chcą, bo po prostu wolą spać (padają na twarz ze zmęczenia, bo wrzeszczący wiszący klon woli w nocy skakać po ścianach).

SCENARIUSZ 3:

Ona nie chce, bo… (i tu powodów może być tysiąc – hormony, poczucie braku atrakcyjności, zmęczenie, przeciążenie rolą matki, depresja poporodowa, albo po prostu – bo nie i nie wiadomo, o co chodzi).

SCENARIUSZ 4:

Wszystko jest od razu ok (naprawdę rzadko się zdarza).

Bez względu na to, jaki scenariusz stanie się Waszym udziałem, ważne jest, żeby po pierwsze rozmawiać o swoich potrzebach i wątpliwościach, po drugie – po prostu próbować uprawiać seks. Nic Wam się nie stanie, a wręcz przeciwnie, możecie się zrelaksować, a to – jak wszyscy pewnie wiecie – znacznie ułatwia życie. Poza tym nie należy zapominać, że seks, obok zaspokajania głodu, potrzeby snu i ciepła, jest jedną z naszych fundamentalnych potrzeb.


Źródło: NYTimes

Dlatego nie rezygnujmy z seksu! Wiem, że nie jest to łatwe, kiedy codziennie trzeba czekać, aż dziecko łaskawie zaśnie. Poza tym zawsze może się tak zdarzyć, że kiedy już zaangażujecie się w zajmowanie sobą nawzajem, to dziecko się obudzi z rykiem, bo jest głodne i wtedy Twoje piersi będą musiały szybko przełączyć się z trybu „Twój kobiecy atut” w tryb „dystrybutor”. Moja rada: nie poddawać się, nie rezygnować, walczyć o swoje 😉

Ach, no i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – pomyślcie z wyprzedzeniem o jakości swojego życia seksualnego po porodzie i – jeśli jeszcze tego nie robicie – to zacznijcie ćwiczyć mięśnie Kegla (można to robić zawsze i wszędzie – bardzo dyskretne ćwiczenie 😀 ). Warto również już podczas ciąży zainwestować w specjalne olejki do masażu (z witaminą E i olejkiem migdałowym), które chronią przed urazami krocza przy porodzie. Poza tym, Drogie Panie, nie zaniedbujcie się, ćwiczcie, chodźcie do fryzjera, uśmiechajcie się, bo zaniedbane przestaniecie się podobać nie tylko partnerowi, ale również samym sobie.

Na koniec podzielę się z Wami swoim odkryciem internetowym. Przeszukując internet (a konkretnie serwis kobieta.gazeta.pl), trafiłam przypadkiem na taką stronę:
http://seksualnosc-kobiet.pl/
Podoba się Wam?

O pewnym małym mieście na południu Polski

O pewnym małym mieście na południu Polski

Na początek piosenka o pewnej dziewczynie z małego miasta, takiej jak ja…

http://www.youtube.com/watch?v=hEgwR3stSYY

Po tygodniu spędzonym w moim rodzinnym mieście (Cieszyn), czuję się wypoczęta i odmłodzona o przynajmniej 10 lat. Miałam możliwość kąpania się codziennie w źródlanej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, spania na najwygodniejszym łóżku pod słońcem. Poza tym codziennie we wszystkim pomagała mi moja mama. Mogłam odsypiać ostatnich 10 miesięcy, podczas gdy moja mama spędzała czas ze swoim wnusiem. Mój synek pokochał babcię miłością absolutną, co dla mnie było jak zbawienie. Wieczorami, gdy Mały spał, wychodziłam z domu, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Miałam okazję doświadczyć pięknej letniej pogody (podczas gdy w tym samym czasie w Warszawie lało i lało…). Po raz pierwszy od wielu miesięcy miałam czas i możliwość wybrać się spokojnie do fryzjera na dłuższą wizytę ratującą moje włosy przed nudą. Minął tydzień, musiałam wrócić do Warszawy. Niestety…

Wróciłam prosto w wir hałasu i remontów u sąsiadów. Nie wiem, czy kiedyś nastąpi ten piękny moment, kiedy w naszym kraju przyjmie się zwyczaj informowania społeczności sąsiedzkiej o planowanych remontach. Gdybym wiedziała, że po 10 miesiącach remontu u sąsiada z dołu, sąsiadka z góry zacznie skrobanie ścian, to bym sobie u mamy dłużej posiedziała. Słyszałam, że są takie wspólnoty mieszkaniowe, w których sąsiedzi informują o remontach. Wisi karteczka z dokładnymi datami, w których hałas nie będzie dawał ludziom żyć. Przynajmniej można się przygotować psychicznie. Wydaje mi się, że moje ukochane Bielany odstają kulturą od reszty świata pod tym względem. A przynajmniej mój blok. W poprzednim miejscu zamieszkania też doświadczyłam nieustającego remontu (mam jakiegoś pecha, czy co?). Sprawcy zamieszania też nie poinformowali o planowanym remoncie, zrobili za to coś innego – kiedy już skończyli, napisali do wszystkich sąsiadów liścik z przeprosinami i z zaproszeniem na parapetówkę. Tylko, że to była mała społeczność na zamkniętym osiedlu na Żoliborzu. Kultura z nieco wyższej półki.

No nic, ale nie chcę narzekać, nie mam tak źle, żebym musiała się nad sobą użalać. Mogę sobie w ciszy domowego ogniska puścić wiązankę z filmu „Dzień Świra” i to z grubsza wszystko, co mogę zrobić….

Wracając do Cieszyna – mam kilka przemyśleń po tych krótkich wakacjach. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do Warszawy (TUTAJ i TUTAJ). O miłości do rodzinnego miasta nie wspominałam. Może dlatego, że rozstanie z domem było zbyt bolesne (choć bardzo tego chciałam, bo pociągał mnie świat, inne życie etc.), a może dlatego, że do tego, by docenić małe miasto, trzeba dojrzeć. To tak, jak z buntem przeciw rodzicom w okresie adolescencji – żeby stać się dorosłym człowiekiem, musimy zanegować przekaz rodziców, żeby poznać życie na własnej skórze. Dopiero gdy przeżyjemy swoje, wracamy spokojnie myślami do rodzinnego domu i jesteśmy skłonni docenić wyniesione z niego wartości. Podobnie jest z moim sentymentem do Cieszyna. Musiałam naoglądać się świata, żeby po latach, umęczona, wrócić do domu i docenić kameralność, spokój, czyste powietrze i krystalicznie czystą wodę płynącą z kranu. Musiałam pomieszkać trochę w wielkim mieście, żeby zatęsknić za widokiem gór na horyzoncie. Szczęśliwym trafem, nawet po tylu latach mam w Cieszynie sporo znajomych. Zarówno tych, którzy tam zostali, jak i tych, którzy wyjechali i przypadkiem przyjechali akurat w tym samym czasie. Niesamowite, że nasze ścieżki przecięły się po latach w tym samym miejscu.

Ci, którzy zostali, ludzie, których znałam lata temu, bliżsi i dalsi, wydają się być tacy sami jak zawsze. Panie sprzedawczynie z drogerii, które oprócz kilku siwych włosów więcej, nie noszą na sobie wyraźnych znaków czasu. Mamy moich koleżanek z przedszkola, które nadal farbują włosy na ten sam kolor. Tylko od czasu do czasu ktoś umiera zostając na zawsze w sercach mieszkańców i w sercu miasta.

Cieszyn, mimo iż jest małym miastem (liczba mieszkańców to ok. 35 000, według danych za 2009 r.), oferuje szeroki dostęp do dóbr kultury. Mimo, iż odbywający się przez kilka lat z rzędu w Cieszynie Festiwal Nowe Horyzonty w 2006 roku „wyprowadził” się do Wrocławia, Cieszyn nie pogrążył się w rozpaczy. Zaproponował swoje własne festiwale, na mniejszą skalę, skierowane głównie do mieszkańców miasta. Wiosną odbywa się tam festiwal Kino na Granicy. Latem mają miejsce aż dwa ciekawe wydarzenia artystyczne – festiwal filmowy Wakacyjne Kadry oraz festiwal artystyczny Kręgi Sztuki . Na wszystkie imprezy obu festiwali wakacyjnych wstęp jest bezpłatny. Oprócz projekcji kinowych, odbywają się również imprezy towarzyszące, performance i wystawy, pokazy specjalne na Rynku, koncerty, warsztaty, wykłady, prezentacje. Co roku organizatorzy przygotowują również specjalny program dla dzieci.

Przez cały rok działa w Cieszynie oddział zamiejscowy Krytyki Politycznej. W ramach Krytyki działa O! Świetlica, w której organizowane są zajęcia edukacyjne i artystyczne dla dzieci. Udział w zajęciach jest bezpłatny. Cały rok działa również Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości, centrum designu i sztuki nowoczesnej, w budynku którego znajduje się również bardzo stylowa kawiarenka Presso.

Po 10 latach mieszkania w Warszawie doszłam do wniosku, że w dużym mieście, mimo iż kultura jest na wyciągnięcie ręki, rzadziej korzystam z oferty kulturalnej miasta. Kiedy mieszkałam w Cieszynie, brałam udział w każdym lub prawie każdym wydarzeniu kulturalnym. Dlaczego? Na pierwszym roku studiów, w podręczniku pt. „Wstęp do psychologii” wyczytałam, iż przyczyną takiego rozdźwięku jest fakt, iż świadomość dostępności szerokiego wachlarza kulturalnych wydarzeń sprawia, że nie jesteśmy zmuszeni z nich korzystać szybko i natychmiast. W małym mieście, w którym oferta jest węższa i pojawia się np. sezonowo, mieszkańcy mobilizują się i biorą udział w bieżących wydarzeniach, mając świadomość, że okazja może im „przejść koło nosa”. Chyba coś w tym jest.

Jest jeszcze jedna poważna różnica między Warszawą a Cieszynem. Po tygodniowym pobycie w Cieszynie stwierdzam, że my – warszawskie mamusie – jesteśmy trochę rozpieszczone. Ostatnio bardzo głośno mówi się o tym, że mamom z wózkiem w Warszawie jest ciężko, że są miejsca, do których trudno się dostać, przejechać etc. Walką z niewygodą w mieście zajmuje się głównie wspaniała Fundacja MaMa. Wiele matek narzeka, że np. w metrze zepsuła się winda i musiały wnosić wózek po schodach. Ja rozumiem chęć odciążenia kręgosłupa – sama nie przepadam za noszeniem wózka wraz z dzieckiem (czyli razem jakieś 25 kg ciężaru, jeśli nie więcej), rozumiem dążenie do wygody – to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce! Jednak wszystkim mamom, które narzekają, że od czasu do czasu muszą wnieść wózek po schodach (najczęściej z czyjąś pomocą, z mojego doświadczenia wynika, że ludzie po prostu rzucają się, żeby pomóc matce z wózkiem!), polecam udać się na jakiś czas do takiego miasta jak Cieszyn. Tam nie ma praktycznie żadnych udogodnień dla matek z wózkami. Wszędzie pod górkę, wszędzie schody (do każdego sklepu!), wszędzie wielkie kostki brukowe i wysokie krawężniki, przejścia dla pieszych w bardzo dziwnych miejscach i wąskie chodniki. Większość budynków to kamienice albo maksymalnie czteropiętrowe bloki z lat 70 tych, więc o windach można zapomnieć. I wiecie co, drogie warszawskie mamy? Nie spotkałam jeszcze żadnej matki z Cieszyna, ani w naszym pokoleniu, ani w pokoleniach starszych, która by narzekała na to, że ma źle czy niewygodnie. Po prostu, jak się nie ma wyboru, to się żyje tak, jak się da w zastanej rzeczywistości. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zatem, Kochane Warszawianki, doceniajcie to, co macie. Cieszcie się, że w ogóle macie windy w blokach, niskopodłogowe autobusy i obniżone krawężniki. Ja się cieszę, bo po tygodniu w Cieszynie mój kręgosłup wymaga nastawienia;-)

I to tyle o Cieszynie – pojeździe tam i się sami przekonajcie, jak tam ślicznie i fajnie! A wszystkim mamom polecam zabrać nosidełko lub chustę.

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Dziś kolejna, obiecana część opowieści wakacyjnych. Tym razem zebrałam listę przykładowych „hardkorów”, które mogą nam się przytrafić na wakacjach z dzieckiem. Lista powstała na bazie doświadczeń zarówno moich, jak i moich przyjaciół. Mam nadzieję, że nic z wymienionych katastrof, mniejszych i większych, Was nie spotka. Przeczytajcie jednak – ku przestrodze!

A na początek piosenka z cudownej płyty Playing For Change 2: Music Around The World. Piosenka, która odmładza i dodaje pozytywnej energii.

PROBLEM 1: MRÓWY I INNE ATRAKCJE ZWIĄZANE Z MIEJSCEM BYTOWANIA

Zacznę od tego, że po przyjeździe na upragnione wakacje może wcale nie być tak, jak sobie wyobraziliśmy. Coś, co w katalogu nazwano „oazą spokoju” może się okazać totalną dziurą bez ciepłej wody. Miejsce nazwane „miejscem, w którym można obcować z naturą” okazuje się być campingiem w środku lasu, gdzie oprócz ludzi jest cała masa innych żywych stworzeń, niekoniecznie przyjaźnie nastawionych. Nawet u nas, w cywilizowanym czterogwiazdkowym hotelu (o którym napiszę osobno w części IV) były takie atrakcje. Może dlatego, że hotel – a właściwie kompleks bungalowów – leżał na terenie gaju palmowego. Wiązało się to z zatrzęsieniem wściekłych komarów oraz innych żywych stworzeń. Na przykład: pewnego dnia musiałam wrócić z plaży po coś do naszego lokum. Kiedy stałam na ganku szukając klucza, spadło na mnie Z GÓRY stado mrówek! Tak naprawdę myślę, że to wcale nie były mrówki. Raczej jakieś mutanty lub inkarnacje dinozaurów. Spadły chyba z nieba – albo wysypał je ze słoika sąsiad mieszkający nad nami, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

PROBLEM 2: JEŻOWCE – ZŁOŚLIWIE ŚWINIE

Pozostając w temacie zwierząt, nie sposób nie wspomnieć o jeżowcach… Te paskudztwa żyją sobie na skałach, zarówno na brzegu morza, jak i pod powierzchnią wody. Dwa lata temu na Krecie będąc, pławiąc się w zachwycie nad błękitem i przejrzystością wody, postanowiłam skąpać swe ciało w morzu. Na tę okazję sprawiłam sobie specjalne buty (zmotywowało mnie do tego to, że poprzedniego dnia mój M. rozciął sobie stopę na skałce). Uzbrojona w buty śmiało stąpałam po kamieniach. Niestety mimo gumowego podszycia butów, kamienie okazały się zbyt śliskie i noga osunęła mi się między skałki. Poczułam jak miliard szpilek wbija mi się w stopę. Okazało się, że jeżowiec – w tym wypadku wyjątkowo paskudna świnia – przez buty dobrał się do mojego ciała. W małym palcu prawej nogi tkwił cały orszak czarnych kolców. Z bólu zobaczyłam gwiazdki. W miejscowej aptece otrzymałam jakąś maść odkażającą oraz igłę wraz z prostą instrukcją – wyciągnąć skurczybyki z palca jak najszybciej, żeby nie doszło do zakażenia. Powiem krótko – przez kolejne trzy godziny leżałam na naszym hotelowym tarasie i darłam się na czym świat stoi (w poduszkę), bynajmniej nie z rozkoszy, tylko z bólu. Nie ma to jak grzebanie igłą w palcu na żywca, dziękuję, nigdy więcej!

PROBLEM 3: ZA DUŻO SŁONKA

Osobna i bardzo popularna sprawa to oparzenia słoneczne. Ja za każdym razem popełniam ten sam błąd. Chyba nigdy się nie nauczę, chyba nigdy nie dorosnę – zawsze na początku wakacji spalę sobie plecy. Przez kolejnych parę dni nie mogę się opalać, a w nocy nie mogę spać. Mam dla siebie usprawiedliwienie – jestem zawsze tak stęskniona za słońcem, że chcę je chwytać garściami, ba, wiadrami! To wszystko dlatego! W tym roku wzięłam ze sobą Fenistil żel, który pomógł zarówno na ukąszenia komarów, jak i na spieczone ciałko.

PROBLEM 4: ATRAKCJE PODCZAS LOTU

A teraz parę słów o dzieciach. Zacznę od hardkorów w samolocie. To, czego każdy rodzic się boi najbardziej to (w kolejności przypadkowej): że dziecko zrobi przestraszliwie ogromną i śmierdzącą kupę i – co najgorsze – trzeba będzie odstawić przewijanie w samolotowej toalecie (wiadomych rozmiarów) oraz że przez cały lot ani na chwilę nie zaśnie. Pierwszej z wymienionych sytuacji nie przeżyłam osobiście, znam tylko relacje z drugiej ręki. Natomiast dziecko rozbudzone w samolocie w czasie nocnego lotu – to znam i nie polecam. Zwłaszcza, jeśli maleństwu włączy się „chcę-dotknąć-wszystkiego” mode, a jest np. 3 w nocy. Nie pośpicie ani wy, ani większość Waszych sąsiadów z samolotu.

PROBLEM 5: KASA

A na miejscu, już na wakacjach? Może się przytrafić całe mnóstwo rzeczy. Ząbkowanie, zatrucie pokarmowe, katar gigant. O gorszych wypadkach nawet nie chcę wspominać. Nam się na przykład przytrafiło ząbkowanie w wersji bardzo intensywnej (6 ząbków na raz) oraz – za przeproszeniem – pierwsze w życiu naszego synka potężne zatwardzenie. Ta druga sprawa okazała się sprawiać mu taki ból, że skorzystaliśmy z przywileju oferowanego przez naszego ubezpieczyciela, czyli wezwania lekarza do hotelu. Niestety, okazało się, że mimo wykupienia przez nas rozszerzonej polisy, musimy zapłacić za tę „imprezę” aż 100 Euro i dopiero po powrocie dopominać się o zwrot kosztów leczenia (co się wiąże z wypełnianiem koszmarnego formularza, tak strasznego, że aż daliśmy sobie spokój). W związku z koniecznością zapłaty, wypstrykaliśmy się całej gotówki, którą mieliśmy przy sobie w hotelu, ponieważ jadąc na wakacje byliśmy pewni, że na każdym kroku będzie można wypłacić pieniądze z bankomatu. Nic bardziej mylnego. Na terenie naszego hotelu nie było bankomatu. W miasteczku, które znajdowało się w odległości ok. 3 km piechotą na Wschód, też nie było bankomatu. Tzn. był podobno, ale – jak nam wytłumaczyła pani wypożyczalni samochodów – zabrano go kilka tygodni wcześniej, bo się zepsuł i do tej pory nie oddano. Najbliższy bankomat był oddalony o ok. 10 km. Ostatecznie udało nam się zdobyć gotówkę (wymagało to kombinacji z mojej strony i kosztowało nas 10% prowizji). Lekarka przyjechała.

PROBLEM 6: WZYWANIE MIEJSCOWEGO LEKARZA

Okazało się, że pani jest bardzo, bardzo młoda. Na dodatek praktycznie wcale nie zna języka angielskiego. Przypadło mi w udziale wytłumaczenia pani, co dolega mojemu dziecku.

– He’s suffering from obstruction – rzekłam.

Pani spojrzała na mnie tak, jakbym wypowiedziała to zdanie po japońsku. Pokiwała głową i wzruszyła ramionami.

– He’s got problems with poo – powiedziałam w nadziei, że może to dotrze. Reakcja była jednak wciąż ta sama.

– He cannot SHIT! – ostatnia deska ratunku również nie zadziałała. W końcu w akcie desperacji włączyłam pantomimę wykonując różne miny i gesty dodając odpowiednie odgłosy. Zauważyłam z ulgą zmianę na twarzy lekarki, wyrażającą zrozumienie.

– AAAAAAAAAA – odparła pani – Ka – Ka! He cannot Ka – Ka!

– Yes! – usiadłam wykończona na tapczanie, w duchu pękając z dumy, że udało mi się w końcu wytłumaczyć babie, co z moim dzieckiem.
Pani doktor dokonała oględzin i zawyrokowała:

– You should give him some orange juice and he will do Ka -Ka. Also you should give him this – tu wypisała receptę na czopek glicerynowy – and it will help him I think.

Dodam tylko – dla tych, którzy nie wiedzą – że cytrusy uznawane są w Polsce za silne uczulające i dlatego nie podaje się ich do czasu ukończenia przez dziecko roku. Poza tym była 6 wieczorem, my byliśmy bez gotówki, a na dodatek apteka była oddalona od hotelu o 10 km. Na szczęście okazało się później, że w biedzie Polak Polakowi pomoże. A właściwie polska matka polskiej matce, ale o tym w części IV.

CUDOWNE ROZWIĄZANIE?

No, cóż, Kochani, życie bywa złośliwe, a my możemy zrobić tak naprawdę jedno – spróbować zadziałać tak, żeby problem zniknął i cały czas mieć w głowie słowa poniższej piosenki Boba Marleya (tutaj w wykonaniu mojego ukochanego Playing For Change): „Don’t you worry about a thing, every little thing is gonna be alright”.

Zapraszam też do lektury cz. I: TUTAJ

oraz części II: TUTAJ

Jakie to proste – cieszyć się smakiem, czyli jagody, jagody, jagody!

Jakie to proste – cieszyć się smakiem, czyli jagody, jagody, jagody!

Tak, jak obiecałam, wracam do Was z przepisem na jagodzianki. Wyszły, choć nie do końca tak idealnie, jak chciałam. Ciasto było trochę za twarde, podejrzewam, że z powodu mąki (powinna być chlebowa, a ja użyłam zwykłej pszennej). Poza tym mogłyby być trochę słodsze… Zanim jednak wrzucę tutaj przepis, rozgrzeję Was piosenką z „My Blueberry Nights” (lubię ten film, już kiedyś o tym pisałam TUTAJ).

http://www.youtube.com/watch?v=NU2wn9L0DXc

Teraz jest czas jagód. Są wszędzie. Każda piekarnia kusi karteczką na drzwiach: „Zapraszamy na świeże jagodzianki”. A ja zapragnęłam mieć takie swoje, prosto z pieca. Przepis, tradycyjnie, wzięłam z bloga Moje Wypieki, dodałam jednak, jak zwykle, coś od siebie – maliny i bitą śmietanę…

JAGODZIANKO – MALINIANKI ZE ŚMIETANĄ

Oryginalny przepis na jagodzianki od Doroty znajduje się TUTAJ

Składniki:

– 500 g mąki pszennej (najlepiej chlebowej)

– 1,5 łyżeczki suchych drożdży (7 g) lub 14 g świeżych drożdży

– szczypta soli

– 1 szklanka mleka (250 ml)

– 1 jajko

– 1/4 szklanki oleju słonecznikowego

– 1/2 szklanki cukru (UWAGA: sugeruję dodać więcej, czyli 2/3 szklanki)

– 8 g cukru waniliowego

Składniki na farsz (mój):

– ok. 200 g jagód

– ok. 100 g malin (powinny być bardzo, bardzo słodkie)

– 4 łyżki cukru

– 1 łyżka mąki ziemniaczanej

– kubek śmietany 36%

– łyżka cukry pudru

Jagody, maliny, cukier i mąkę ziemniaczaną razem wymieszać. Osobno ubić śmietankę z cukrem pudrem i wstawić do lodówki.

Mąkę połączyć z drożdżami, dodać sól. Wlać mleko, wbić jajko, wymieszać dokładnie. Dodać olej i resztę składników. Zagnieść miękkie, plastyczne ciasto. Zostawić je w ciepłym, pozbawionym przeciągów miejscu aż podwoi swoją objętość (UWAGA: u mnie rosło prawie 2 godziny, akurat był zimny dzień i lało, może dlatego).
Następnie ciasto krótko wyrobić, podzielić na 16 części (ok. 60g każda) – UWAGA: u mnie wyszło odrobinę mniej, bo 14. Uformować jak bułeczki, w kule, i znów pozostawić na 15 minut do napuszenia. Z każdej kuli zrobić placek i na jego środku umieścić kopiastą łyżkę jagodowego farszu. Zlepić placki jak pierogi, dokładnie dociskając. Każdą umieścić złączeniem w dół na blacie stołu i delikatnie lecz zdecydowanie rolować nadając im kształt owalnych bułeczek. Gotowe umieścić na blaszce (np. wyłożonej papierem do pieczenia, albo – jak pisze Dorota – posypanej mąką) i pozostawić do wyrośnięcia na 45 minut.

Wyrośnięte jagodzianki piec w temperaturze 220 st. C przez około 15 minut. UWAGA: U mnie w piekarniku gazowym piekły się ponad 45 minut, więc nie ma reguły – każdy piec jest indywidualistą 😉 Wystudzić na kratce.

UWAGA SMACZEK ;-)!
Wystudzone jagodzianki wyłożyć na talerz. Przygotować szprycę z długą końcówką, napełnić ją ubitą wcześniej śmietaną. Napełnić każdą jagodziankę odrobiną śmietany.

Wcinajcie, Kochani. Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

P.S. Następnego dnia, jak Wam zostanie trochę farszu i śmietanki, możecie wypić taką oto specjalną kawę:

Romantycznie jak na jesień przystało

Romantycznie jak na jesień przystało

Piekę właśnie jagodzianki, zapowiadają się cudnie… Czytam trochę (Jodi Picoult – „Dziesiąty Krąg” – bardzo mi się podoba), trochę rozmyślam, jesień za oknem sprzyja romantyczno – nostalgicznemu nastawieniu do świata. Rozmyślając tak i rozpływając się w słodkim zapachu dobiegającym z kuchni przypomniałam sobie jak dawno, dawno temu miałam w domu (jeszcze tym pierwszym, rodzinnym) dwie płyty Anny Marii Jopek. Kochałam je obie zarówno „Bosą”, jak i „Szeptem”, ale to właśnie na „Szeptem” znalazł się jeden z najpiękniejszych kobiecych utworów o miłości, jakie znam. Na Youtube go nie ma, jest na szczęście na Wrzucie, więc wrzucam 😉 Cieszcie się tą piękną piosenką razem ze mną:

Anna Maria Jopek – CZAS ROZPALIĆ PIEC