Monthly Archives: Sierpień 2011

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Mama na pełniejszy etat, czyli czym się różni kura od kariery

Na początek piosenka wspaniałej Diany Ross – o matczynej miłości:

http://www.youtube.com/watch?v=49xIXu2UVsg&playnext=1&list=PL493ADA4BC009FA86

Ostatnio na jednej z regularnie śledzonych przeze mnie grup dyskusyjnych związanych z macierzyństwem, pojawiło się zdanie, które dało mi do myślenia:

” Mamy na pełen etat – jak sobie radzicie? Jak łączycie pracę z macierzyństwem?”
Od razu pomyślałam: „Zaraz, zaraz, chwileczkę, coś mi się tu nie zgadza..”.

Dlaczego? A dlatego, że w moim rozumieniu „mama na pełen etat”, to mama, która rezygnuje z kariery i zostaje w domu. Na pełen etat – a nawet pełniejszy niż pełen, bo w wymiarze 24 godzin na dobę. Bez dodatkowych świadczeń socjalnych, gadżetów marketingowych, bonusów. Bez urlopów, zwolnień lekarskich, gdy dopadnie ją grypa, bez ploteczek z koleżankami przy porannej kawie. Bez wyzwań zawodowych i realizowania się w codziennych zajęciach w pracy. Bez wynagrodzenia w postaci wypłaty na konto. Właśnie o tych mamach, które zostają w domu, o tych kapłankach codzienności, często się zapomina. Wiele matek mówi, że nie mogły wytrzymać w domu i dlatego poszły do pracy. Twierdzą, że nie mogły znieść monotonii dnia codziennego z dzieckiem i tej ciągłej bliskości. Zdecydowały się pójść do pracy dla swojego dobra i – jak deklarują – dla dobra swoich dzieci. Często słyszę zdanie: „Lepiej, żeby dziecko miało szczęśliwą i spełnioną mamę od godziny osiemnastej niż sfrustrowaną i nerwową matkę przez cały dzień”.

Niedawno trafiła w moje ręce książka słynnej polskiej psychoterapeutki, Zofii Milskiej – Wrzosińskiej: „Para z dzieckiem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów pani Zofii ukazujących się przez lata w jednym z miesięczników dla rodziców. Opisanym przeze mnie mamom, które zdecydowały się wrócić do pracy, pani Wrzosińska odpowiada w dość ostrym tonie. Zarzuca im ucieczkę od bliskości. Twierdzi, że popełniają wielki błąd przedkładając swoje dobre samopoczucie nad dobro dziecka. Jej zdaniem dziecko powinno być do 3 roku życia wychowywane przez matkę. Pani Wrzosińska posuwa się jeszcze dalej i krzyczy: „Żłobki należy zlikwidować!”. Przeczytawszy tę książkę stwierdziłam: baba oszalała. Tak skrajne podejście u psychoterapeuty wydało mi się bardzo nieprofesjonalne. Poza tym jest wiele kobiet, które po prostu muszą wrócić do pracy ze względów choćby finansowych – jak one mają się czuć przeczytawszy tak ostre słowa? Z drugiej strony poczułam się mile połechtana i deceniona jako ta matka, która wybrała „pełniejszy etat”, czyli pozostanie z dzieckiem w domu….

Pragnę podkreślić, że nie uważam matek pracujących za gorsze matki. Uważam jednak, że jest to inne macierzyństwo. Łatwiejsze. Przyznaję, że trochę im zazdroszczę. Gdy mają gorszy dzień, mogą wlepić wzrok w komputer i przeglądać Pudelka sącząc latte z korporacyjnego ekspresu. Mogą pogadać z kumpelą z sąsiedniego openspace’u i już mają lepszy nastrój. A co z mamą pozostającą z dzieckiem w domu?
Nie może sobie wstać rano i powiedzieć:
„Dziecko drogie, dzisiaj mamusia jest w złym humorze, dlatego będziesz się samo sobą zajmowało, a mamusia spędzi cały dzień w łóżku z książką w lewej i kubkiem melisy w prawej ręce. Wszelkie rozmowy i zabawy są wykluczone”. Wyobrażacie to sobie? Dla takiej mamy nie istnieją żadne dobre wymówki. Musi być od rana – czasem bardzo wczesnego – w bliskiej relacji z dzieckiem. Musi i chce, choć czasem jest jej bardzo ciężko.

Tak się zastanawiam, jak to naprawdę jest – czy lepsza ta mama robiąca karierę, czy mama pozostająca w domu? Czasem praca bywa absolutnie konieczną odskocznią od tej bliskości full – time. Od tego, że matka musi być cały czas przytomna, rozmowna, skoncentrowana, uśmiechnięta, sprawiedliwa, mądra i … bardzo dorosła. Nawet jeśli jej wewnętrzne dziecko jest wyjątkowo kapryśne i zbuntowane. Większość jej potrzeb schodzi na dalszy plan. Oczywiście, dostaje codziennie nagrodę w postaci kontaktu z dzieckiem, ale o tym nie będę pisać teraz, tylko wkrótce 🙂
Moja odpowiedź na pytanie, „która mama lepsza” brzmi: TO ZALEŻY. Zależy od mamy, od dziecka, od sytuacji. Jeśli lepiej dla danej rodziny, ze mama pracuje, niech pracuje, jeśli lepiej, żeby została, niech zostaje, byle by się z tym dobrze czuła.

Chcę jednak tym wpisem trochę dopieścić te matki, któe zdecydowały się zostać z dzieckiem w domu. Nas, drogie mamy na „pełniejszy etat”, nikt nie pyta: „Jak tam na froncie?”. Bo wiadomo, że musi być dobrze. Dlatego uważam, że jesteśmy bardzo dzielne.

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Czy jak będziemy mieć po 60 lat, to zagramy razem w brydża na werandzie? – czyli o „przyjaźniach” i Przyjaźniach słów kilka

Czy jak będziemy mieć po 60 lat, to zagramy razem w brydża na werandzie? – czyli o „przyjaźniach” i Przyjaźniach słów kilka

Na początek pewna piosenka, dla mnie bardzo wyjątkowa:

Ostatnio pisałam o tym, że jak zostałam mamą, moje przyjaźnie przeszły poważną weryfikację. Udało mi się oddzielić prawdziwe perły od znajomości powierzchownych i fałszywych. Chciałabym się dzisiaj podzielić swoją własną kategoryzacją znajomości. Zacznę może od tych fałszywych, bo jest ich znacznie więcej, niestety…

– „przyjaciele” „dział kontrolingu” – dzwonią i pytają „co słychać?”, chcąc tak naprawdę usłyszeć tylko „dobrze” lub „źle” i nic innego ich nie interesuje. Po odbębnieniu tej czynności znikają w niebycie na następne pół roku. Ostatnio gdzieś trafiłam na taki cytat: „tak naprawdę niewielu ludzi chce Ci pomóc, większość jest po prostu ciekawa” i chyba coś w tym jest

– „przyjaciele” „mam problem z bliskością”, czyli tacy, którzy na początku znajomości zasypują nas wszelkimi dobrami, rozpieszczają do granic możliwości, dzwonią po 15 razy w trakcie dnia i ciągle chcą się spotykać, jednak gdy zaczynasz się do nich zbliżać i przed nimi otwierać – rozpływają się w powietrzu (np. ciągle nie mają czasu odpisywać na maile, choć widzisz, że jednocześnie są dziko aktywni na Facebooku)

– „przyjaciele” „ty mój wyrzucie sumienia” – rozpoznasz ich po tym, że gdy wpadniesz na nich przypadkiem, to rozmowę zaczynają od słów „miałam do Ciebie zadzwonić, ale jestem taka zapracowana…” – i tu następuje cała litania wytłumaczeń

– „przyjaciele” „halo, czy to telefon zaufania?” – czyli tacy, dla których jesteś tylko ramieniem do wypłakania się – przez godzinę potrafią opowiadać Ci o swoich problemach przez telefon, a kiedy Ty próbujesz im coś o sobie powiedzieć, natychmiast przestają słuchać

– „przyjaciele” „wyścig szczurów” – czyli tacy, dla których jesteś tylko punktem odniesienia, ponad który próbują się wzbić. Jeśli Tobie się coś udaje, oni muszą zrobić to lepiej. Jeśli Ty sobie coś kupujesz, oni muszą mieć od razu to samo, a najlepiej jeszcze fajniejsze i dużo droższe. Mnie takie zachowania śmieszą i jakoś szczególnie się tym nie przejmuję, ale bywa to irytujące

– „przyjaciele” „tylko – na – złe” – tacy, którzy poświęcają Ci uwagę tylko, gdy jesteś nieszczęśliwa/-y. Gdy Ci się dobrze powodzi, znikają jak kamfora

– „przyjaciele” „tylko – na – dobre” (tych nazwałabym „znajomymi” i się nie czepiała, bo tu sytuacja jest jasna jak słońce) – z nimi można imprezować, pogadać o najnowszych plotkach i niczego więcej od siebie nawzajem nie wymagać

– „przyjaciele” „lubię to” – tacy, których nie widzieliśmy od wielu lat, którzy tak naprawdę wcale tak bardzo nas nie lubią i pewnie nie rozpoznaliby nas na ulicy, a jednak lajkują większość naszych wpisów na Fejsie.

A po czym poznać Prawdziwego Przyjaciela?

– możecie się nie widzieć kilka lat, a i tak za każdym razem rozmawiacie tak, jakbyście Wasze ostatnie spotkanie miało miejsce wczoraj

– czujesz i wiesz, że ten ktoś lubi z Tobą rozmawiać

– czujesz i wiesz, że Ty lubisz rozmawiać z tym kimś

– czujesz i wiesz, że gdy mówisz, ten ktoś naprawdę Cię słucha

z przyjemnością i zainteresowaniem słuchasz tej osoby

– wiesz, że zawsze powie Ci to, co myśli, a z drugiej strony jest na tyle dobrym dyplomatą, że nie zorientujesz się, gdy coś przemilczy dla Twojego dobra

pamięta wszystko albo prawie wszystko, co razem robiliście i o czym rozmawialiście

– nie opowiada w kółko o swoich piorunujących sukcesach w pracy podczas gdy wie, że Ty np. zostałaś wyrzucona z dobrze zapowiadającej się roboty

– z drugiej strony – jeśli już Ci o tym opowiada, to Ty się cieszysz jego/jej szczęściem – i to robi z Ciebie dobrą przyjaciółkę/dobrego przyjaciela 😉

wspiera Twoje wszystkie pomysły, nawet te najbardziej szalone i w pełni Cię akceptuje, nawet jeśli zmieniasz swój sposób na życie co 15 minut

nie wypomina Ci: „a przecież mówiłaś, że jednak go nie kochasz” tuż po tym, jak Ty po raz 3 wróciłaś do swojej wielkiej i szaleńczej miłości, po niedawnym burzliwym rozstaniu

– na spotkaniu często słyszysz od tej osoby: „myślałam/myślałem o tym, co mi ostatnio powiedziałaś/eś” – czyli wiesz, że nie tylko słucha jak mówisz, ale też wraca do tego i myśli o tym, co przekazujesz

nie umniejsza Twoich problemów: „ech, to nic takiego, myślałam/-em, że coś poważnego się stało”

W jednym z moich ulubionych seriali: „How I Met Your Mother”, wyznacznikiem tego, czy ktoś się nadaje na przyjaciela lub dziewczynę/chłopaka był tzw. „test werandy”. Aby się przekonać, czy nowa osoba pasuje do zgranej paczki bohaterów, trzeba było sobie wyobrazić tę osobę na starość z nimi wszystkimi na werandzie, podczas gry w brydża lub po prostu, podczas rozmowy. Jeśli taka osoba przeszła „test werandy”, to zostawała zaakceptowana jako członek grupy.

A Wy – ile macie w swoim kręgu takich osób, które chcielibyście na starość widywać na swojej werandzie?

Źródło: TVFanatic.com

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Drugi okres dojrzewania, czyli o tym jak matka uczy się przyznawania do błędów, wybaczania oraz dbania o własne interesy

Dziś na początek – wyjątkowo – nie piosenka, a historia. Moja bardzo osobista historia.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Kilkanaście dni po urodzeniu syna musiałam wybrać się do apteki, żeby odebrać lekarstwa dla bliskiej mi osoby. Podczas poprzedniej wizyty w aptece na stanie były tylko dwa opakowania leku Y i jedno opakowanie X. Zapamiętałam, że powinnam odebrać jeszcze dwa opakowania leku X i jedno Y. Była jesień, prawie zima, wiatr lodowaty, przenikliwy. Zawinęłam więc mojego synka w chustę i wybrałam się do apteki. Mój synek zasnął w chuście już po kilku wspólnych krokach. W aptece zastałam wielką kolejkę i niemożliwy upał.Hormony poporodowe uderzyły mi od razu do głowy. Poczułam, że rozpływam się z gorąca. Ponadto załapałam schizę, że podczas stania w kolejce Mały złapie jakąś cholerę od kogoś chorego stojącego obok. Teraz, jako bardziej doświadczona matka wiem, że nie jest to takie proste. Ale do rzeczy.

Farmaceutka obsługująca jedno z okienek poprosiła mnie do siebie, bez kolejki. Podziękowałam i powiedziałam, po co przyszłam. Pani przyniosła mi jedno opakowanie leku X i jedno Y. Na to ja spokojnie odpowiedziałam jej, że powinno być jeszcze jedno opakowanie leku X. Pani bez słowa zniknęła na zapleczu i rozpoczęły się jedne z najdłuższych minut w moim życiu. Pot spływał mi po plecach i po brzuchu. Synek zaczął się przebudzać i wiercić w chuście. Za mną utworzyła się niemożliwa kolejka. Pani farmaceutka zaczęła dzwonić do innego pracownika apteki, który poprzednio sprzedał mi lekarstwa. Nie wiem, co mi się stało, ale okropnie się wzburzyłam. Z perspektywy czasu winię za to wyłącznie stan szoku poporodowego i wyrzut niemożliwych do opanowania hormonów. Zaczęłam wydzierać się na farmaceutkę, podburzać ludzi stojących w kolejce, zarzucać całej aptece matactwa… Po prostu – zachowałam się jak rasowa schizofreniczka lub starsza pani z postępującą demencją. Ostatecznie pani farmaceutka, przyparta do muru moim wybuchem, dała mi jeszcze jedno opakowanie leku X. Wyszłam roztrzęsiona, rozdygotana wręcz i – co najdziwniejsze – nie czułam ulgi, tylko poczułam się jeszcze gorzej. Ruszyłam biegiem do domu. Po drodze zadzwoniłam szybko do osoby, dla której leki kupowałam. Okazało się, że mój cholerny Mommy Brain źle zapamiętał i rzeczywiście apteka miała wydać tylko jedno opakowanie leku X. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy. W mojej głowie kotłowały się różne myśli:

– A może tak wziąć ten lek i już… – przecież to tylko 80 zł.
– Ale przecież pewnie tamten pracownik będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
– No dobra, dojdę do domu, zadzwonię do apteki i powiem, że się pomyliłam.

W tym samym momencie mój synek poruszył się w chuście. Nagle, w jednej sekundzie, zrozumiałam co powinnam zrobić. Wiedziałam, że MUSZĘ, absolutnie MUSZĘ wrócić do apteki, oddać lek i przyznać się do błędu. Nie przez telefon, lecz twarzą w twarz. Nie za chwilę, lecz teraz, najlepiej przy tych samych świadkach. MUSZĘ – ponieważ mój syn… Mój syn… Dla niego chcę to zrobić. Dla niego i dla siebie. Chcę być dobrą matką dla swojego syna. Mogę być dobrą matką tylko wtedy, gdy będę porządnym, uczciwym człowiekiem. Zawróciłam więc spod drzwi mojego mieszkania. Weszłam do apteki, było zupełnie pusto. Pani farmaceutka spojrzała na mnie. W oczach miała łzy. Zebrałam w sobie tyle siły, ile potrafiłam, położyłam lekarstwo na ladzie i powiedziałam:
– Przepraszam panią najmocniej za swoje zachowanie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Źle zapamiętałam. To pewnie zmęczenie i hormony, ponieważ niedawno urodziłam dziecko… ale nie chcę się tłumaczyć. Bardzo, bardzo panią przepraszam. Jest mi okropnie przykro.
Chwilę później obie uśmiechałyśmy się przez łzy. Przed wyjściem kupiłam paczkę melisy.

Nie bez powodu opisałam tę osobistą i trudną dla mnie historię. Powód jest banalny. Tamta sytuacja zmieniła moje życie. W tamtym momencie zawahania w drodze do domu poczułam, że mój sposób myślenia jest inny i już nigdy nie będzie taki, jak kiedyś. Teraz nie jestem tylko sobą. Jestem kimś więcej – matką mojego syna. Zmiana, która się we mnie dokonała, dotyczy nie tylko umiejętności przyznawania się do błędów (co jak sami pewnie wiecie jest bardzo trudną sztuką). Dotyczy również codziennej walki o interesy swoje i dziecka (w sklepie, na placu zabaw, w kolejce, w parku, w urzędzie). Dotyczy również wybaczania sobie i innym. Tamta historia z apteką ma jeszcze jedno dno. Po powrocie do domu, przez kilka następnych dni bardzo przeżywałam to, co się stało i cała płonęłam ze wstydu. Jednak po kilku dniach zrozumiałam, że biczowanie się nic tutaj nie zmieni. Zrozumiałam, że muszę sobie wybaczyć – i to była kolejna lekcja. Każda matka popełnia błędy. Nie da się być codziennie, na każdym kroku, chodzącą doskonałością. Szczególnie, gdy trwa połóg, gdy dopada nas baby blues, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, gdy dziecko ząbkuje. To nieprawda, że matka jest zawsze cierpliwa. Nawet najlepsza matka czasem przeklina. Nawet najlepsza matka czasem wybuchnie w najmniej odpowiednim momencie. Nie jesteśmy robotami. Nie jesteśmy z żelaza. Jesteśmy ludźmi.

Oprócz wybaczania sobie, w toku matczynego dojrzewania, wybaczamy również więcej naszym najbliższym. Zaczynamy doceniać ich obecność, ich pomoc, przestajemy się czepiać (choć niektóre z nas cierpią na nieuleczalne czepialstwo, dotyczące głównie porządku w mieszkaniu, ale to nie jest jakaś straszna rzecz.. 😉 ). Zaczynamy widzieć, że nie warto chować urazy z jakichś błahych powodów i po prostu trzeba zacząć się cieszyć obecnością bliskich, wiernych i szczerych ludzi. Przez to szczególnie zaczyna się doceniać własnych rodziców, choćby nie wiem jak bardzo byli niedoskonali. Z drugiej strony, stajemy się bardziej surowe w kwestii przyjaźni. Przesiewamy znajomości nic niewarte od tych prawdziwie wartościowych (czyt. tych, które przetrwały mimo iż zostałaś matką). W moim przypadku po urodzeniu dziecka okazało się, że tych prawdziwych jest ok. 1% względem tego, co mi się przedtem wydawało… Smutne, ale prawdziwe do bólu i nie ma co nad tym rozpaczać. Tak jest i już. Te przyjaźnie, które zostały, trzeba doceniać i porządnie pielęgnować!

Jest jeszcze jedna rzecz, która się zmienia. Stajemy się bardziej odważne i mniej zahamowane. Z dnia na dzień uczymy się, że warto nie tylko dawać, ale i brać. Dzięki macierzyństwu wiemy, jak bardzo cenny jest czas i dzięki temu szybciej mobilizujemy się do działania. Jeśli nadarza się okazja, by zrobić coś ciekawego, poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, po prostu to robimy, bez zastanawiania się. Nie pławimy się we własnych kompleksach i ograniczeniach. Zaczynamy również dbać o własny czas, zaczynamy rozwijać swoje zainteresowania i hobby.

Opisany przeze mnie „drugi okres dojrzewania” nie jest może tak bolesny i trudny, jak ten pierwszy, ale jest równie ważny. Jest bardziej procesem niż rewolucją. Zmianą, która dokonuje się na naszych własnych oczach. Co więcej – jest zmianą nieodwracalną. Stając się nową osobą, musimy pożegnać się z dawnym „ja” i przeżyć po sobie żałobę. Kiedy już przebolejemy stratę, możemy zacząć cieszyć się nową jakością.

http://www.youtube.com/watch?v=o8Y9-JlSRXw

Powodzenia, kochane Mamy i nie tylko Mamy 🙂

Wielka feta

Wielka feta

Dawno nie było przepisu na danie obiadowe! Ciągle tylko torty, muffinki i inne słodkości. A przecież coś innego jeść też trzeba 🙂

Ostatnio u nas w domu zapanował kult lasagne – bo szybko i sprawnie można ją przygotować. Ja jestem bardzo, bardzo wygodna, nie przepadam za smażeniem i najchętniej wszystko bym piekła. Dlatego lasagne to dla mnie danie – marzenie. Zwłaszcza, że nie musi oznaczać nudy – za każdym razem można przygotować ją inaczej. Z mięsem, ze szpinakiem, z warzywami. W jednej z moich ulubionych pizzerii w Warszawie pewien bardzo zdolny kucharz przyrządza przepyszną lasagne z… łososiem i szparagami.

A my dziś spieszyliśmy się bardzo z obiadem, bo o 14:30 umówiliśmy się z teściową, która zgodziła się popilnować naszego synka, podczas gdy my wybraliśmy się na PRAWDZIWĄ RANDKĘ! To się nazywa luksus. Miałam okazję założyć jedne z moich nowych butów i poprzytulać się do ramienia mojego mężczyzny w kinie. Cudownie… Wracając jednak do jedzenia – w związku ze wspomnianym pośpiechem postanowiłam zrobić „lasagne z niczego”, czyli wyłącznie z posiadanych w domu zasobów. Powstał zaskakująco dobry kąsek 🙂

LASAGNE Z POMIDORAMI I FETĄ

Składniki:

– 6 płatów makaronu lasagne

– puszka pomidorów lub 4 świeże pomidory + oliwa z oliwek (najlepsze są pomidory malinowe, IMO)

– ser feta (pół opakowania)

– przyprawy – sól, pieprz, bazylia

Sposób przyrządzenia:

Przygotować farsz: pomidory podsmażyć na oliwie, dodać trzy plasterki fety, porządnie wymieszać, dodać sól, pieprz, bazylię. Makaron przygotować zgodnie z przepisem na opakowaniu (tzn. jeśli trzeba go ugotować przed zapiekaniem, to należy to zrobić 😉 ). Na dno naczynia żaroodpornego położyć jeden płat makaronu, następnie położyć przygotowany wcześniej farsz. Na farszu położyć warstwę fety. Przykryć kolejnym płatem lasagne. Układać kolejne warstwy aż się wypstrykamy z makaronu 😉 Na wierzch położyć plasterek żółtego sera. Wszystko zapiekać w 180 stopniach przez około 20 – 30 minut. Podawać z liściem świeżej bazylii.

Niestety nie zdążyłam uwiecznić potrawy, bo została pochłonięta w tempie ekspresowym. Polecam!

W tej potrawie królowała feta, naprawdę, ten delikatny smak, ta miękka konsystencja, kiedy się ją zapiecze, mmm…

A na koniec, tak w temacie jedzenia – Meat Loaf 😉

Szybcioch

Szybcioch

Kochani moi, dziś tylko taki „szybcioch”, bo jestem w amoku – między zajmowaniem się synem, graniem nocą na instrumentach maści wszelkiej, głównie perkusyjnych i dętych, kupowaniem butów na wyprzedaży oraz czytaniem biografii Maty Hari, nie mam czasu, by na dłużej się zatrzymać, skupić, pomyśleć i napisać coś w miarę ciekawego. Zawsze w takich chwilach mówię, że zbieram doświadczenia, by mieć o czym później pisać 😉

Dlatego dziś podzielę się tylko linkiem do zdjęć przestawiających modelki – matki. Dla mnie największym szokiem jest to, że niektóre z tych pięknych (i jakże szczupłych) kobiet, mają troje, a nawet czworo (!) dzieci – np. Stella Tennant i Heidi Klum.

Zobaczcie same/sami:

Modelki Matkami – GALERIA

Pozdrawiam Was ciepło i słonecznie (nareszcie!)