Monthly Archives: Wrzesień 2011

Odpowiednia fryzura i szpilki, czyli o tym, skąd się bierze poczucie własnej wartości

Odpowiednia fryzura i szpilki, czyli o tym, skąd się bierze poczucie własnej wartości

Od kilku dni bezustannie zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę sprawia, że czujemy się pewni siebie. Dla kobiet odpowiedź jest prosta: odpowiednia fryzura i piękne, drogie buty 😉 Gdyby tak rzeczywiście było, to świat byłby piękny, ale coś mi się wydaje, że chyba trzeba nam nieco więcej…

Co się składa na nasze poczucie własnej wartości? Stan posiadania? Prestiż? Sukces w osiąganiu własnych celów? Pewnie większość z Was powie, że to miłość leży u podstaw poczucia własnej wartości… Ale czy na pewno?

Ponad tydzień temu siedziałam sobie na ławce w Sadach Żoliborskich (jak zwykle) i przyszedł mi do głowy taki oto podział czynników kształtujących nasze poczucie własnej wartości:

CZYNNIKI INDYWIDUALNE


Predyspozycje ogólne:

– „dziedzictwo” – czyli to, co dostajemy w genach, w tym ZEWNĘTRZNE (czyli wygląd, styl, sposób poruszania się, mimika) i WEWNĘTRZNE (temperament, inteligencja, stan zdrowia)

– osobowość – czyli to, jacy stajemy się w toku rozwoju

Konkretne cechy:

– samoświadomość i umiejętność pracy nad sobą

– skłonność do rozpamiętywania vs. umiejętność życia teraźniejszością/koncentracja na celach

– energia i motywacja

– odporność fizyczna psychiczna (jest taki termin w psychologii – resiliance)

(niesamowity fragment koncertu Madonny „The Confessions Tour” z 2007 r., zatytułowany „Confessions” – mnie za każdym razem ciary przechodzą)

CZYNNIKI SPOŁECZNE

– pochodzenie społeczne (a przede wszystkim to, czy się go wstydzimy, czy nie)

– wsparcie ze strony rodziny

– aktualny status społeczny

– wykształcenie

– satysfakcja z pracy

– wysokość zarobków

– prestiż (powiązany z pochodzeniem, aktualnym statusem społecznym, zarobkami i wykształceniem)

– relacje (z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi itd.) – UWAGA! UWAGA! Tutaj jest miejsce na MIŁOŚĆ 🙂

– przynależność do grup (związanych np. z hobby, miejscem zamieszkania, przynależnością etniczną lub religią)

Każdy z nas składa się z powyższych puzzli. Nasze poczucie własnej wartości zależy od tego, jak zostaną one ułożone oraz od tego, jakie mamy w życiu priorytety. Moim zdaniem, jednym z najważniejszych i decydujących o naszej pewności siebie czynników jest samoświadomość i umiejętność pracy nad sobą. Jeśli ktoś posiada takie cechy, może sobie poradzić z brakami w wielu pozostałych puzzlach. Np. jeśli mamy świadomość, że wsparcie, jakie uzyskaliśmy od naszych bliskich nie jest wystarczające lub nie było go wcale, to możemy dostrzec, iż całą energię życiową inwestujemy w zaspokajanie własnych podstawowych potrzeb i w związku z tym brakuje nam energii na sprawy „wyższe”, takie jak np. samorealizacja zawodowa. Na szczęście uświadomienie jest pierwszym krokiem w stronę zmiany i daje możliwość dalszej pracy nad sobą (np. nad rozwiązaniem spraw z przeszłości).

Czas teraz na banalne stwierdzenie: niektórzy z nas mają lepiej, a inni gorzej – tuż przy samym życiowym starcie. Jednak nawet najlepiej przez życie wyposażony człowiek może zmarnować swoje szanse (jakie dało mu np. urodzenie w majętnej i wspierającej rodzinie), jeśli zabraknie mu odpowiedniej motywacji, energii lub… zdrowia. Tak samo, jak przepiękna i mądra dziewczyna może być wiecznie z siebie niezadowolona, jeśli zabrakło jej w dzieciństwie miłości rodziców, a stawiane jej wymagania były niemożliwe do spełnienia (znam takich wiele).

Dlatego ważne jest, abyśmy w dorosłym życiu mieli świadomość tego, co nam życie dało „z urodzenia”, co udało nam się po drodze zdobyć, czego prawdopodobnie nigdy nam się nie uda osiągnąć (np. w wieku 40 lat nie zostaniemy gwiazdą hip – hopu z dnia na dzień…) oraz czego byśmy najbardziej chcieli. Jeśli nie zabraknie nam samoświadomości, energii i motywacji do pracy nad sobą, to myślę, że nawet najbardziej sponiewierane poczucie własnej wartości można odbudować albo przynajmniej załatać…

Powodzenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Gruszki na talerzu i kurki w sosie

Gruszki na talerzu i kurki w sosie

Na początek kawałek (może trochę depresyjny…), który kojarzy mi się z moją wczesną młodością i z Listą Przebojów Marka Niedźwiedzkiego w Trójce…

Idzie jesień, czuję to! Zapach lata ustąpił intensywnemu zapachowi jesieni. Ostatnio bardzo dużo spacerowałam, gdyż u nas w bloku trwa remont zarówno w mieszkaniu nad nami, jak i pod nami. W związku z tym jesteśmy skazani na całodzienną banicję, gdyż Miki nie może spać, a ja nie jestem w stanie myśleć. Spędzamy więc całe dnie w Sadach Żoliborskich. Jestem zakochana w tym miejscu, gdyż ma ono nieodparty urok. Urzeka dostojeństwem, zapachem drzew owocowych, spokojem. Uwielbiam obserwować panów grających w szachy o każdej porze dnia. Lubię patrzeć na drzewa owocowe zrzucające gruszki prosto pod nogi. Pokazuję mojemu synkowi kolorowe liście i wszędobylskie sroki.

No, cóż, Moi Kochani, jeśli jesień, to koniecznie jesienna kuchnia. Jaki smak kojarzy mi się z jesienią? Oczywiście wspomniane już gruszki i… kurki. Jestem wielką miłośniczką obu wspaniałych darów natury. Podzielę się z Wami swoim specjałem – przepisem na makaron z kurkami, groszkiem i pomidorami, w sosie serowym z…gruszką.

MAKARON Z KURKAMI I RÓŻNYMI NIESPODZIANKAMI 😉

Składniki:

– 1 paczka makaronu penne

– 1 duża łyżka masła

– 500 g kurek

– 1/2 puszki groszku

– 3 pomidory (najlepiej malinowe – ja tylko takie uznaję)

– 1/2 opakowania sera camembert

– 1 kubek śmietany 22%

– sól i pieprz

– 1 bardzo słodka gruszka

Sposób przygotowania:

Kurki myjemy i obcinamy im co trzeba 😉 Łyżkę masła rozgrzewamy na patelni, na to wrzucamy kurki i smażymy ok. 10 minut. Wrzucamy makaron do garnka i gotujemy. Kroimy pomidory (można obrać ze skórki) na drobne kawałki i wrzucamy na patelnię. Mieszamy z kurkami. Dodajemy pół puszki odsączonego groszki. Następnie kroimy camembert w kostkę. Wszystko razem chwilę smażymy, od czasu do czasu mieszając.Zdejmujemy z ognia, dodajemy śmietanę, mieszamy i z powrotem kładziemy patelnię na palniku. Dodajemy odrobinę soli i pieprzu. Wszystko razem smażymy około 10 minut. Ugotowany i odsączony makaron nakładamy na talerze, polewamy sosem kurkowym.
Na osobnym talerzu kładziemy obraną i pokrojoną gruszkę. Polecam po kilku kęsach makaronu zjeść jeden kawałek gruszki – to połączenie smaków jest niesamowite!

UWAGA! Potrawa jest bardzo, bardzo sycąca (a przy tym tak strasznie pyszna, że można zwariować ;-))

Mama podejmuje męską decyzję, czyli żegnaj cycusiu

Mama podejmuje męską decyzję, czyli żegnaj cycusiu

Wiele się mówi o karmieniu piersią (choć nadal nie wszystko – pisałam o tym TUTAJ). Jak już się przeżyje początki karmienia (które bywają trudne), potem następuje okres sielanki, a przynajmniej tak się wszystkim wydaje. To fakt: karmienie piersią jest pięknym czasem i doskonałą okazją do nawiązania wyjątkowej więzi między matką a dzieckiem.

Z czasem jednak rodzi się wiele pytań:
– Jak długo karmić?
– Jak często karmić?
– Czy karmić na żądanie, czy o określonych porach?
I wreszcie – moim zdaniem – najtrudniejsze pytanie:
– Jak odstawić dziecko od piersi?

Zacznijmy jednak od początku. Odpowiem na te wszystkie pytania na podstawie własnych doświadczeń. Zastrzegam od razu, że jest to moje subiektywne stanowisko, dobre akurat w naszym przypadku, lecz każda mama (i każde dziecko) to indywidualny „przypadek” i takie decyzje należy dostosowywać do własnych potrzeb.

JAK DŁUGO KARMIĆ DZIECKO?

To jest temat bardzo kontrowersyjny. Od wielu lat w mediach i w zaciszu ognisk domowych toczy się spór dotyczący tego, co jest lepsze: pierś czy butelka. Co kilka lat pojawiają się nowe wyniki badań wynoszące na piedestał to jedno, to drugie rozwiązanie. Do niedawna królował pogląd, że dziecko powinno być karmione wyłącznie piersią do ukończenia szóstego miesiąca życia (takie jest oficjalne stanowisko WHO w tej kwestii). Kilka miesięcy temu jednak pojawiły się nowe badania zaprzeczające temu twierdzeniu. Artykuł przedstawiający wyniki badań pojawił się między innymi w The Guardian – możecie się z nim zapoznać TUTAJ.

Jak sobie poradzić z taką liczbą bombardujących nas sprzecznych informacji? Moja odpowiedź jest prosta – można brać je pod uwagę, ale przede wszystkim należy słuchać siebie i dziecka. U nas było tak: Mały przestał przybierać na wadze i dość szybko zorientowałam się, że moje mleko mu nie wystarcza. W związku z tym nasz mały Żarłoczek dostał pierwszą kaszkę i zupkę w wieku czterech miesięcy. Od razu zaakceptował łyżeczkę i nową konsystencję pokarmów. Od tego czasu „cycuś” służył mu raczej za popitkę lub uspokajacz niż za posiłek. Uważam, że wprowadzenie stałych pokarmów tak wcześnie było dobrym rozwiązaniem. Gdybym uparcie trzymała się stanowiska WHO i karmiła Małego wyłącznie piersią, to chyba bym własne dziecko zagłodziła.

Jeśli chodzi o moment zaprzestania karmienia piersią – to też jest bardzo indywidualna decyzja. Jednak często matki z niewiadomych przyczyn znacznie przedłużają okres karmienia, mimo iż dziecko tak naprawdę wcale nie potrzebuje ich mleka. Mnie osobiście dziwią takie sceny, kiedy dziecko w wieku dwóch lat, z pełnym uzębieniem, chodzące i mówiące nadal ssie pierś matki. Tego rodzaju bliskość jest właściwa dla symbiotycznej fazy relacji matki z dzieckiem. Kiedy dziecięca indywidualność zaczyna się wyłaniać, należy pozwolić dziecku się oddalić. A ta wyjątkowa bliskość? Można ją zastąpić przytulaniem, głaskaniem, rozmową, zabawą. Zresztą, karmienie z butelki może być równie przepełnione czułością, co karmienie piersią, a matka karmiąca dziecko mieszanką (czy z wyboru, czy z konieczności) nie jest wcale gorszą matką.

JAK CZĘSTO KARMIĆ? CZY KARMIĆ NA ŻĄDANIE, CZY O OKREŚLONYCH PORACH?

Jest to dylemat, z którym zmaga się wiele początkujących mam. Nasze dziecko, które jest zupełnie nowym i nieprzewidywalnym (przynajmniej na początku) istnieniem, wymaga od nas uważnego słuchania i intuicji, które z czasem pomogą nam zrozumieć i poprawnie odgadywać jego potrzeby. Jednak na początku większość z nas nie wie, co zrobić. W szpitalu każą nam karmić dziecko co 2 godziny i budzić dziecko do karmienia. Z drugiej strony inne osoby mogą nam powtarzać: „Przecież śpiącego dziecka się nie budzi”. I co tu zrobić? Moim zdaniem, należy dostosować pory karmienia do stopniowo wyłaniającego się rytmu dobowego dziecka. W praktyce i tak na początku karmimy dziecko co dwie godziny. Mi bardzo pomagało zapisywanie każdego karmienia przez pierwszych kilka tygodni. Po pewnym czasie zauważyłam, że Mały sygnalizuje głód o dokładnie tych samych porach. Dzięki temu wyłonił się pewien schemat, który utrzymywał się przez około 4 miesiące. Potem, tak jak wspomniałam, wprowadziłam pokarmy stałe (też mniej więcej o tych samych porach). Moim zdaniem regularność posiłków jest dobra zarówno dla dziecka (daje poczucie bezpieczeństwa), jak i dla matki (można sobie zaplanować dzień). Oczywiście, jeśli dziecko jest wściekle głodne godzinę wcześniej niż zwykle, to nie głodzimy go przetrzymując do naszej stałej pory 😉

KIEDY I JAK ODSTAWIĆ DZIECKO OD PIERSI?

To pytanie zaczęło się kołatać w mojej głowie już jakiś czas temu. Zauważyłam, że często myślę: „On już się staje powoli za duży na karmienie piersią”. Dostrzegłam też u siebie znużenie i zmęczenie, a nawet zniecierpliwienie karmieniem, które ostatnio było bardzo częste. Mój synek domagał się „cyca” od 2 – 4 razy w nocy i kilka razy w dzień. W okresie ząbkowania lub intensywnego rozwoju domagał się jeszcze częściej. Nieprzespane noce i wypłukanie organizmu z wapnia dało mi się mocno we znaki. Mimo, iż te chwile, kiedy mały ssak przytula się i patrzy w oczy są naprawdę cudowne, powoli zaczynałam mieć dosyć. Czasami po prostu mama chce mieć święty spokój…

Nie wiedziałam jednak, kiedy i jak zakończyć karmienie, żeby nie zaszkodzić ani synkowi, ani sobie. Kiedy zaczęłam się z bliska przyglądać tematowi odstawiania (brzmi jak wysyłanie dziecka na odwyk… i chyba czasami tak to wygląda 😉 ), to pojawiły się nowe pytania.

SKĄD MAM WIEDZIEĆ, KIEDY JEST DOBRY MOMENT NA ODSTAWIENIE?

Moim zdaniem, żeby móc odstawić dziecko od piersi musi być spełnionych kilka warunków koniecznych. Po pierwsze – dziecko musi umieć pić z butelki. Nasz synek od samego początku był przyzwyczajany do butli (zdarzało mi się i zdarza wychodzić z domu bez niego 😉 ) i dzięki temu bez trudu zaakceptował zmianę „cycusia” na butelkę. Ponadto ważne jest, żeby dziecko znało i lubiło smak mleka modyfikowanego. Każdy z was, kto kiedykolwiek spróbował mieszanki dla niemowląt wie doskonale, jak ohydny ma ona smak. Na szczęście, dzieciom na ogół smakuje. Nasz synek zaakceptował piąte z kolei mleko (odrzucał wcześniej m.in. Bebiko, NAN, Bebilon) – Hipp Combiotik 3. Jest jeszcze jeden warunek, z którym niektóre z Was mogą się nie zgodzić – czyli obecność życzliwej, akceptowanej przez dziecko i kompetentnej osoby, która pomoże nam przejść przez proces odstawiania.

Kiedy już powyższe warunki zostaną spełnione, dziecko – TEORETYCZNIE – jest gotowe. Jednak to wszystko jest dużo bardziej złożone. Do całego obrazu należy dodać kwestie psychologiczne (aktualna faza rozwoju emocjonalnego) i czysto biologiczne (np. wspomniane już ząbkowanie czy choroba). U nas było tak – jeszcze niedawno, kiedy już myślałam o odstawieniu, ale nie byłam całkowicie tego pewna, miałam wrażenie, że nasz synek jest zbyt mały i zbyt zależny ode mnie, żeby móc go ukochanego „cycusia” pozbawić. Dlatego czekałam na odpowiedni moment i – nie ukrywam – pretekst. Dla niektórych mam takim pretekstem są np. kolejne ząbki i zwyczaj podgryzania piersi przez dziecko (mój Maluch na szczęście tego nie robił). Dla innych (tak jak i dla mnie)- szeroko pojęte naciski z zewnątrz czy tzw. wyższa konieczność – pójście do pracy, choroba i konieczność przyjmowania leków zabronionych podczas karmienia, nagły wyjazd. U mnie, oprócz pretekstu, który mnie tylko utwierdził w decyzji o odstawieniu, rolę odegrały dwa czynniki. Po pierwsze – zmęczyła mnie rola bycia „tą od cyca”. Kilka tygodniu temu zauważyłam, że mój Synek zwraca się do mnie per „tsytsa” i wskazuje palcem na dekolt, natomiast „mama” nie bardzo przechodzi mu przez usta 😉 Bycie „tsytsa” zaczęło mi już trochę doskwierać. Po drugie – i najważniejsze – nasz synek przeszedł niedawno ostatni w swoim pierwszym roczku skok rozwojowy, ogromny i bardzo ważny krok w stronę niezależności – czyli zaczął uczyć się chodzić. Jeszcze sam nie stawia kroków, ale trzymany za rączki pokonuje już całkiem spore dystanse. Potrafi też stać sam i sam decydować, czym chce się bawić i dokąd chce pójść. Zaczął mieć również wyraźne poczucie humoru i własne zdanie! Kiedy to zauważyłam, wiedziałam już, że muszę i chcę pozwolić mu trochę odejść, czyli pomóc pożegnać ukochanego cycusia. Dzięki temu możemy zbliżyć się do siebie jako dwoje coraz bardziej odrębnych istnień… A to jest naprawdę bardzo fajne!

CO BĘDZIE DALEJ PO ODSTAWIENIU?

Tego jeszcze nadal nie wiem. Jesteśmy w trakcie. Już dwie doby bez karmienia. Na razie czuję się dobrze (choć piersi moje przypominają głazy), a Mały – o dziwo – nie dopomina się o „tsytsa”. Nasz synek spędza teraz trochę więcej czasu ze swoim tatą, tymczasowo wyniosłam się do drugiego pokoju, żeby w nocy nie złamać się i nie karmić Malucha piersią. Całe szczęście, moje chłopaki świetnie sobie razem radzą. A ja mogę się cieszyć byciem wyspaną i zadowoloną mamą, która ma teraz więcej energii na wszystko!

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dzień babeczki, czyli ćwiczymy przed roczkową imprezą

Dzień babeczki, czyli ćwiczymy przed roczkową imprezą

Już bardzo niedługo (1 października) nasz synek będzie świętował ukończenie pierwszego roku swojego życia. Z tej okazji już teraz zaczynam ćwiczyć przygotowywanie urodzinowych babeczek. Zamierzam zrobić też tort… ale nie o torcie dzisiaj. Poniżej mała foto – relacja z moich wczorajszych babeczkowych poczynań. Każda babeczka powstała na bazie lekkiego ciasta jogurtowego. Dekoracje wykonane są z kolorowego lukru plastycznego, bitej śmietany (zwykłej lub barwionej sokiem z aronii) i gotowych dekoracji cukierniczych. Słodko:)

Podobają się Wam?

O tym, co ma fryzjer do partnerstwa oraz na jakich drzewach rosną ideały

O tym, co ma fryzjer do partnerstwa oraz na jakich drzewach rosną ideały

W ubiegłym tygodniu trafił w me ręce (a właściwie w oczy) bardzo ciekawy artykuł pt. „Jak oni się kochają”, zamieszczony w portalu wyborcza.pl. Opisano w nim wnioski wypływające z raportu rządowego „Młodzi 2011”. Obraz, który się z niego wyłania nie jest dla mnie zaskoczeniem. Wręcz przeciwnie, kiedy czytałam ten artykuł, kiwałam głową mrucząc sobie w myślach: „Tak, tak, to ja” albo „Oooo, znam takie osoby”. Chciałabym przybliżyć Wam fragmenty tego raportu, ale najpierw piosenka.

Już sam nagłówek artykułu w dwóch zdaniach idealnie odzwierciedla moją osobistą sytuację:

„Młode Polki: rozdarte między rolą matki a karierą, lepiej wykształcone od mężczyzn, ale ciągle gorzej opłacane. Są za związkami partnerskimi, ale gdy w nie wchodzą, przyjmują tradycyjne role”.

Uwaga, uwaga, to o nas! O nas – Udomowionych Karierowiczkach. O „nie – feministkach”. O kobietach, które mimo roztaczających się świetlanych perspektyw, wybierają tradycyjny model rodziny. Niektóre z nas robią to, ponieważ chcą dać swoim dzieciom tego, czego same nie miały. Inne, mimo licznych zdolności i dobrze zapowiadającej się kariery, męczą się w pracy, trafiają na stanowiska niezgodne ze swoją osobowością, szybko się wypalają, ponieważ trwający wszędzie (w małych i w dużych miastach, w małych i dużych firmach) wyścig szczurów wykańcza je psychicznie i fizycznie. Jeszcze inne boją się przeciążenia związanego z łączeniem pracy i kariery. Można też spojrzeć z innej perspektywy (pod którą nie do końca się podpisuję)- że takie kobiety są ofiarami stereotypów płci, mimowolnymi nosicielkami „gęby”, którą narzuca im społeczeństwo. Jak napisano we wspomnianym artykule: „Wchodząc w dorosłe życie, podlegają sprzecznym presjom. Chcą realizować się zawodowo i jednocześnie mieć dzieci. Odkładają macierzyństwo, a gdy decydują się na dziecko, często przerywają pracę. Te, które z niej nie rezygnują, mają średnio o 7,3 godziny tygodniowo mniej wolnego czasu od mężczyzn.”. W naszym społeczeństwie dominują takie związki, w których głównie kobieta zajmuje się dziećmi (w sumie aż 58% par, w tym 26% takich, w których kobieta nie pracuje, a 32% takich, w których kobieta łączy zajmowanie się domem i pracę). Związków typowo partnerskich, czyli takich, w których mężczyzna i kobieta pracują oraz dzielą się obowiązkami na pół jest najmniej – tylko 19%.

Oczywiście, oprócz tych młodych Polaków, którzy zdecydowali się na życie w parze, są single, których jest coraz więcej, zwłaszcza wśród kobiet. Współczesne singielki to kobiety atrakcyjne, dobrze zarabiające i – co za tym idzie – bardzo wymagające. Coraz częściej decydują się zostać same, ponieważ żadnemu mężczyźnie nie udaje się ich oczekiwaniom sprostać. Tak się składa, że znam takie kobiety. Niektóre z nich tak długo i intensywnie skupiają się na karierze zawodowej, że kiedy chęć na związek zaczyna je „dopadać” w ich grupie rówieśniczej nie ma „w czym wybierać” (a przynajmniej one tak twierdzą). Jeśli chodzi o wspomniane wymagania, to rzeczywiście – kobieta dobrze zarabiająca i samowystarczalna miewa ich sporo. Moim zdaniem, jednak, są to kobiety które z jednej strony nie chcą bliskości lub się jej po prostu boją, a z drugiej strony bardzo, bardzo głęboko w sobie skrywają pragnienie, by przybył „rycerz na białym koniu”, który zasypie je płatkami róż i sprawi, że w mgnieniu oka będą szczęśliwe. Myśląc w ten sposób, pomijają ten niezwykle trudny etap w życiu pary, jakim jest poznawanie się, słynne „docieranie” i budowanie gniazda składającego się z kompromisów i sprawnej komunikacji. Zapominają, że nie od razu dostaje się gotowy, idealny związek. Zarówno idealni mężczyźni, jak i idealne związki nie rosną na żadnych specjalnych drzewach. Takie drzewa trzeba sobie samemu zasadzić, wyhodować i wypielęgnować. Partnerstwo to ciężka praca. Często wysiłek, nerwy i łzy. Ale też dobry związek sam w sobie stanowi nagrodę za trud w niego włożony. Jeśli udaje się nam pokonać lęk przed bliskością, kompromisy nie są dla nas czymś uwłaczającym godności oraz kiedy rozumiemy, że znalezienie partnera idealnego jest niemożliwe, to zdobywamy coś wyjątkowego. Zdobywany jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy z dnia na dzień, krok za krokiem jesteśmy coraz bliżej i bliżej tej jedynej, ukochanej osoby.

http://www.youtube.com/watch?v=egx1cI7yCbA

Co ciekawe, coraz większą grupę stanowią w naszym społeczeństwie osoby, które decydują się pozostawać jak najdłużej u rodziców „na garnuszku” (tzw. Gniazdownicy). Z czego to może wynikać? Z rosnącej niedojrzałości psychicznej i lęku przed usamodzielnieniem i zaangażowaniem w poważny związek? Nie zamierzam tutaj negatywnie oceniać takich postaw, ponieważ potrafię sobie wyobrazić motywacje, jakie takimi osobami kierują. Tradycyjny obraz rodziny, która trzyma się razem na dobre i na złe, zaczyna powoli znikać z naszej społecznej świadomości. Szybkie, konsumpcyjne i coraz płytsze emocjonalnie społeczeństwo kształtuje w nas poczucie, że partnera, tak jak mebel czy telewizor, możemy wymienić na lepszy egzemplarz, gdy zacznie się psuć… Zapominamy o tym, że największa satysfakcja płynie z ciężkiej pracy. Niekończąca się wymiana „bo coś nie gra” i dążenie do wyimaginowanego ideału jest wielkim błędem w myśleniu.

Kilka dni temu, kiedy byłam u fryzjera, przeglądałam kolorowe, babskie gazety (tylko wtedy mam na to czas…). Trafiłam na pewien zaskakująco ciekawy artykuł w magazynie Olivia. W artykule tym poświęcono wiele uwagi wspomnianej przeze mnie ślepej pogoni za idealną „drugą połówką”, która będzie do nas pasowała jak klucz do zamka i zrozumie nas bez słów. Wyjaśniając takie zachowanie, powołano się na pewną teorię, która mówi, że taki sposób myślenia może mieć swoje źródło we wczesnej relacji z matką. W takiej relacji matka odczytuje potrzeby niemowlęcia bez słów, chroniąc i pielęgnując bezbronną istotę. Nie wyjaśniono jednak, czy taka tęsknota powstaje wtedy, gdy np. matka jest nadopiekuńcza i nawet gdy dziecko już potrafi się komunikować „wyskakuje przed szereg” i próbuje zaspokajać potrzeby dziecka zanim ono je zasygnalizuje, czy może wtedy, gdy takie potrzeby są przez nią ignorowane, a dziecko zaniedbywane. To jest chyba dobre pole dla badań psychologicznych 😉

Wracając jeszcze na chwilę do partnerstwa i wszystkich trudów związanych z „dopasowywaniem klucza do zamka”. Czasami bywa rzeczywiście trudno. Choćby dlatego, że zarówno my sami, jak i nasi partnerzy nie jesteśmy całkowicie elastyczni i pewnych rzeczy nie prostu NIE DA SIĘ i NIGDY SIĘ NIE UDA zmienić. Czasami trzeba się z tym pogodzić, choć to bardzo trudne (oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy naprawdę nie da się dojść do porozumienia i trzeba się rozstać). Są też takie chwile, że wydaje nam się, że udało nam się coś w związku osiągnąć, a potem przychodzą złe dni i BACH – cofamy się o kilka kroków. Jednak to wszystko ma sens – trzeba tylko cały czas pamiętać, żeby dostrzegać wszystkie dobre strony związku, nie tracić z oczu wspólnego celu i doceniać wzajemne starania. Bo czy nie ma nic cudowniejszego niż usłyszeć (po kilku ładnych latach związku):
„Z grzywką, czy bez grzywki – i tak zawsze będziesz mi się podobała, bo jestem w Tobie beznadziejnie zakochany” 🙂

UWAGA! Wspomniany w tekście artykuł można przeczytać TUTAJ.

Trzymajcie się ciepło wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!