Monthly Archives: Listopad 2011

Nothing sweet about me, czyli poznajcie mój najnowszy tort

Nothing sweet about me, czyli poznajcie mój najnowszy tort

Na początek piosenka, na której punkcie mam ostatnio obsesję…

A teraz chciałabym się Wam pochwalić ostatnim projektem cukierniczym. Koleżanka zamówiła u mnie tort urodzinowy dla swojego ukochanego, który obchodził 33 urodziny. Ukochany koleżanki zajmuje się fotografią, więc motyw związany z tym tematem był obowiązkowy. Z wielkim zapałem (i wałkiem) zabrałam się do pracy!

Najważniejszy w takim torcie jest dobry lukier plastyczny. Tym razem zaopatrzyłam się w sklepie Tortownia.pl. Z czystym sumieniem polecam ich lukier firmy Renshaw, idealnie się rozwałkowuje, nie pęka i pięknie wygląda. W sklepie dostępna jest cała paleta kolorów lukru oraz mnóstwo różnych gadżetów cukierniczych. Do mojego projektu zużyłam 500 g lukru w kolorze białym, 250 g niebieskiego oraz 250 g brązowego (o smaku czekoladowym).

Biszkopt wykonałam według sprawdzonego wielokrotnie przepisu (zapraszam TUTAJ). Ciasto podzielone na trzy części przełożyłam karmelem i kremem waniliowym. Całość obłożyłam warstwą gładkiego, białego lukru. Następnie zabrałam się za wykonanie dekoracyjnej kliszy. Do wykonania dziurek użyłam specjalnego dłuta znalezionego w czeluściach skrzynki z narzędziami mojego M. Pojedyncze klatki wytłoczyłam za pomocą… drewnianego klocka z zestawu naszego synka. Pomysł na wykonanie tych szczegółów zawdzięczam mojemu M., dziękuję:-*

Na koniec zabrałam się za wykonanie aparatu. Niestety miałam na to niewiele czasu i dlatego słodki Canon EOS 33 nie został wykonany z taką precyzją, jak zakładałam, ale i tak chyba wyszedł całkiem nieźle… Jak Wam się podoba?

Pozdrawiam wszystkie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Łysy i cyniczka, czyli jak się ma film „One Day” do rzeczywistości (UWAGA możliwe spoilery)

Łysy i cyniczka, czyli jak się ma film „One Day” do rzeczywistości (UWAGA możliwe spoilery)

W ubiegłą niedzielę, zachęcona trailerem i dobrymi recenzjami, wybrałam się do Kina Muranów na pokaz filmu „One Day” w reż. Lone Scherfig. Film bardzo mi się podobał, pochłonął mnie w całości, a potem wypluł zapłakaną i wstrząśniętą. Bez względu na stan emocjonalny po wyjściu z kina i tak uważam, że warto ten film zobaczyć. Jedno małe ostrzeżenie- jeśli wybieracie się do kina na ten film, to idźcie z kimś, przed kim nie będziecie musieli kryć łez, bo zwyczajnie się nie da. Ja poszłam sama. Bardzo dobrze, bo osoba która siedziałaby obok mnie, z pewnością miałaby mokre od moich łez ubranie. Obowiązkowy zestaw to paczka chusteczek. Polecam też wziąć tydzień wolnego w pracy, żeby móc w spokoju dojść do siebie po tym filmie 😉

Film pokazuje losy dwojga bohaterów – Emmy i Dextera, którzy poznają się w 1988 roku i wskutek pewnych zwykłych, acz skomplikowanych zdarzeń zostają przyjaciółmi zamiast kochankami. Ich przyjaźń trwa wiele lat. Obydwoje lubią się, szanują, podziwiają i doskonale nawzajem rozumieją. Wystarczy raz spojrzeć i wiadomo, że mamy przed sobą mityczne „bratnie dusze” – czyli konstrukt, który znamy z filmów i książek, za którym w głębi duszy każdy z nas się ugania… Akcja filmu obejmuje w sumie 23 lata, skupia się na przełomowych wydarzeniach w życiu Emmy i Dextera, pokazuje jak obydwoje przechodzą metamorfozy i podejmują ważne życiowe decyzje. Podczas seansu wielokrotnie nasunęła mi się myśl, że czasami bardzo małe, wręcz ledwo dostrzegalna wydarzenia decydują o tym, że nasze życie układa się tak, a nie inaczej. „One Day” jest kolejnym filmem o tym, jak ważny jest tzw. timing. Wielu z nas wie, jak trudno się spotkać w tym samym momencie, z tą samą gotowością na związek, odwagą i podobną dojrzałością. W zwykłym szarym życiu taki doskonały timing zdarza się rzadko. Ja znam tylko jedną parę, która po wielu latach znajomości i emocjonalnego rozmijania się, w końcu się odnalazła. Tak samo Emma i Dexter, obydwoje po nieudanych i rozczarowujących związkach, obarczeni bagażem życiowym, w końcu się spotykają, obydwoje gotowi. Pewnie wystarczyłoby, żeby Emma dłużej się zawahała podczas ich paryskiego spotkania i nie byliby razem prawdopodobnie nigdy…

Jestem ciekawa, czy takie historie zdarzają się często. Czy często zdarza się tak cudowne porozumienie, które jest w stanie przeczekać różne życiowe zakręty, żeby w końcu doprowadzić swoje ludzi do siebie? Z tego, co zdążyłam zaobserwować, w rzeczywistości jest nieco inaczej. Zakochana para z czasów liceum, rozdzielona, uwikłana po drodze w różne związki, spotyka się po latach, gotowa dać szansę swojej największej życiowej miłości, a tu BAM! Okazuje się, że on jest łysy i leniwy, a ona cyniczna i zamknięta w sobie. Dziwnym trafem Emma i Dexter wypięknieli i odmłodnieli z wiekiem…

Mam nadzieję, że jednak nie mam racji i że taka miłość, jak w „One Day” może zdążyć się każdemu.

Ja jeszcze dochodzę do siebie po tym filmie… Jak już się otrząsnę, to wybiorę się na film „The Restless” (reż. Gus Van Sant), którego premiera już jutro!

Trzymajcie się ciepło, Drogie mamy i Nie Tylko Mamy!

Moja największa miłość „z ekranu”

Moja największa miłość „z ekranu”

Mam dziś ochotę podzielić się z Wami swoją największą „celebrycką fascynacją”, czyli miłością do Antonia Banderasa. Antonio to nie tylko twarz z reklamy WBK, czy starzejący się aktor. To wspaniały człowiek, który przeszedł długą drogę i musiał się wiele nauczyć zanim stał się gwiazdą. Jest od wielu lat związany z Melanią Griffith, z którą tworzy jeden z najdłuższych i najbardziej trwałych związków w Hollywood. Jednak dla mnie Antonio, ten piękny mężczyzna, kojarzony głównie z Desperado, jest przede wszystkim kompozytorem, autorem tekstów i wokalistą. Zresztą, dosyć gadania, zapraszam do słuchania przepięknej piosenki z filmu „Mambo Kings”:

O tym, że diabeł tkwi w sloganach i dlaczego warto słuchać starszych

O tym, że diabeł tkwi w sloganach i dlaczego warto słuchać starszych

Im dłużej jestem matką (no i wraz z wiekiem…), coraz częściej zaczynam dostrzegać, że za popularnymi porzekadłami, sloganami, stoi prawda i znajomość życia. Często wypowiadamy takie zdania lekko, ponieważ pasują do kontekstu, nie zdając sobie sprawy z wagi tego, co mówimy. Chciałabym się krótko przyjrzeć niektórym z takich zdań – wytrychów, które oprócz „łatania rozmowy” powinny każdemu z nas dać porządnie do myślenia…

GRUNT TO ZDROWIE

Im dłużej jestem mamą, tym boleśniej przekonuję się jak ważne i prawdziwe jest to stwierdzenie. Jak dziecko jest chore, cały świat staje w miejscu. Jeśli jest poważnie chore, staje na dłużej. Jednak nawet jeśli chodzi o jakieś lżejsze chorowanie, to plany związane z wychodzeniem z domu czy też spotykaniem się z ludźmi, muszę zejść na dalszy plan. Poza tym chore dziecko wzbudza naszą litość oraz poczucie bezradności, bo czasami bardzo trudno jest mu pomóc, a proces zdrowienia trwa długo. A o sytuacji, kiedy Ty jesteś chora i dziecko jest chore, to już nawet nie wspomnę… Dlatego już teraz wiem, że zdrowie jest faktycznie sprawą fundamentalną, nie tylko w szerszej perspektywie, ale też w życiu codziennym i to nie tylko na starość, lecz ZAWSZE.

PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ

Przyznam szczerze, że co do tego jeszcze nie jestem do końca pewna, bo wydaje mi się, że gdybym miała ich dużo, to bym była jeszcze szczęśliwsza niż teraz. Może inaczej powinno się to sformułować? Na przykład – samo posiadanie pieniędzy nie gwarantuje szczęścia – bo to fakt. W sumie od pieniędzy ważniejszy jest wspomniane już zdrowie, rozum i spełnienie w relacjach z ludźmi. No, ale – umówmy się – najlepiej jest, jak mamy to wszystko na raz.

PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ W BIEDZIE

To jedno z moich ulubionych. Pisał o tym Mickiewicz w pewnej bajce dla dzieci oraz wielu innych pisarzy i poetów. Przekonałam się o tym na własnej skórze i to kilka razy. Nie trzeba przechodzić przez wielkie dramaty życiowe – wystarczy być w trakcie wielkiej i ważnej zmiany, która pochłania naszą energię i dezogranizuje życie. I znów – każda mama wie, jak zmieniają się nasze znajomości i przyjaźnie po tym, jak urodzimy dziecko, pisałam już o tym np. TUTAJ.

MILCZENIE JEST ZŁOTEM

W ustach osoby, która tak bardzo lubi słowa zabrzmi to może mało wiarygodnie, ale naprawdę uważam, że często lepiej jest nic nie mówić. W dzisiejszych czasach, w kulturze nadmiernej szczerości, eksponowania na zewnątrz tego, co nosimy w środku, ludzie noszą w sobie wielką potrzebę „przegadywania” spraw. A każda mama i nie tylko mama wie, że w wielu sytuacjach, kiedy w grę wchodzą naprawdę wielkie emocje i skomplikowane życiowe sytuacje, lepiej jest milczeć. Słowa, zwłaszcza te wypowiedziane bezmyślnie lub w gniewie, mogą wyrządzić wielką krzywdę.

CZAS LECZY RANY

Kolejny, pod którym podpisuję się wszystkimi odnóżami. Nawet najtrudniejsze sytuacje z naszego życia z czasem tracą swoją siłę rażenia. Bledną emocje, zatracają się szczegóły, w ich miejsca powstają nowe. Poza tym ludzki organizm oraz ludzka psychika mają wielką zdolność regeneracji, nie zapominajmy o tym!


NIE DA SIĘ KOCHAĆ INNYCH, JEŚLI NIE KOCHA SIĘ SAMEGO SIEBIE

Prawda absolutna. Ktoś kto siebie nie kocha, na każdym kroku będzie poszukiwał potwierdzenia własnej wartości, głodny i nienasycony raniąc napotkanych po drodze ludzi. Ja bym dodała jeszcze jeden komponent od siebie. Jeśli ktoś nie zaznał miłości w dzieciństwie, będzie miał trudności w pokochaniu siebie – czyli jeśli nie dostał miłości, to nie nosi jej w sobie i – co za tym idzie – nie może jej oddać innym. Mniej kategorycznie – może mieć trudności w kochaniu siebie i innych, a wydobycie tych emocji może wymagać wielu lat ciężkiej pracy nad sobą.

CHCESZ COŚ ZMIENIĆ, ZACZNIJ OD SIEBIE

Często bywamy nieszczęśliwi, bo chcielibyśmy zmienić swoje życie i nam się nie udaje. Szukamy nowej pracy, nowych znajomości, wyprowadzamy się do innego miasta w poszukiwaniu szczęścia, spokoju, spełnienia. Ci, którzy mają za sobie taką pogoń, wiedzą doskonale, że końcowy wniosek nas może zaskoczyć. Szczęście jest w nas, tylko musimy potrafić po nie sięgnąć. Jest to niezmiernie trudne. Trudniejsze od wyprowadzki na drugą półkulę, czy od rzucenia dobrze płatnej, lecz mało satysfakcjonującej pracy.

Przypomina mi się pewna piosenka, która jest dobrym podsumowaniem:-)

http://www.youtube.com/watch?v=sedhkVMYAuo&feature=fvsr

A na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak tylko rzucić sloganem:

SŁUCHAJCIE SIĘ STARSZYCH, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy, nawet jeśli wydaje nam się, że rzucają jakieś wyświechtane i zramolałe teksty. Oni naprawę znają życie lepiej od nas…

Nietylkomama jedynie je dynie

Nietylkomama jedynie je dynie

Dziś, między doskonaleniem swoich umiejętności związanych z jazdą samochodem, czytaniem książek i jedzeniem, zasłuchuję się w ten oto kawałek, znany mi już od lat ze ścieżki dźwiękowej do filmu Davida Lyncha „Zagubiona autostrada”:

http://www.youtube.com/watch?v=4zheEkjHX4A&feature=related

Wieczór zapowiada się spokojnie, bez szaleństw, bez niezwykłych wydarzeń. Mam w planie zrobić zupę – krem z dyni. Za przepis bardzo dziękuję AH 😉

Przepis pochodzi z bloga DOMI W KUCHNI, poniżej przedstawiam go w wersji nieco przeze mnie zmodyfikowanej:

ROZGRZEWAJĄCA ZUPA Z DYNI

Składniki:

– 1 kg dyni
– 1-2 cebule (w zależności od potrzeb i upodobań)
– 3 łyżki masła
– 1 szklanka wywaru z mięsa
– świeżo starty imbir (absolutna konieczność – wówczas zupa jest cudownie rozgrzewająca)
– śmietanka 18% (opcjonalnie! moim zdaniem bez śmietany jest o wiele lepsza)
– 2 kajzerki lub kawałek chleba, oliwa z oliwek, ew. suszony czosnek (na grzanki)

Sposób przygotowania:

UWAGA od Nietylkomamy: poprzedniego dnia ugotować wywar z mięsa (dowolnego) oraz obrać i pokroić dynię.

Na dużej i dosyć głębokiej patelni roztopić masło i wrzucić pokrojoną cebulkę. Kiedy cebula się zeszkli, dodać oczyszczoną z pestek i pokrojoną w kostkę dynię. Dusić wszystko chwilę razem i podlać szklanką wywaru, gotować około 10 minut, a gdy już dynia będzie całkiem rozgotowana, zmiksować wszystko blenderem. Doprawić solą i pieprzem, a jeżeli zupa jest za bardzo gęsta, dolać jeszcze wywaru do uzyskania pożądanej konsystencji. Na sam koniec dodać łyżkę (lub więcej ;-)) startego świeżo imbiru i jeszcze chwilkę miksować.

Można dodać śmietanki, ale ja nie polecam…
Podawać z grzankami podsmażonymi na patelni z oliwą i czosnkiem.

Smacznego!

Tańcząc z Piną Bausch, czyli o ludzkim pięknie z bliska

Tańcząc z Piną Bausch, czyli o ludzkim pięknie z bliska

Uważam, że o filmie Wima Wendersa „Pina” bardzo trudno jest opowiedzieć. Na pytanie: „O czym jest?” można odpowiedzieć na tysiąc sposobów. Jest o tańcu, o teatrze, o twórczości Piny Bausch. Jest o życiu, pasji, miłości, przyjaźni, zaufaniu, o pięknie, o intymności. Ten film, jak każda impresja artystyczna, może być w różnoraki sposób interpretowany, w zależności od tego, kto patrzy, słucha i czuje.

(Fragment filmu „Pina”, reż. Wim Wenders)

Przez prawie dwie godziny seansu możemy podziwiać na przemian sceny tańca, nagrania archiwalne zawierające wypowiedzi Piny oraz indywidualne portrety tancerzy. Kiedy wyszłam z kina, pierwsze zdanie, które przyszło mi do głowy było takie: „Ten film tak pięknie pokazuje jak każdy człowiek jest inny”. W tym filmie widać, że w ludziach tkwi niewyobrażalne piękno. Pina Bausch potrafiła je wydobyć. Mówiła do swoich tancerzy: „Jesteś piękna”, „Jesteś aniołem”. Potrafiła pięknie tańczyć, potrafiła pięknie mówić, a przede wszystkim – potrafiła porywać ludzi swoją pasją. Z wielkim podziwem słuchałam tancerzy, opowiadających o swojej choreografce i nauczycielce. Ich wypowiedzi nakreśliły w mojej głowie portret drobnej, kruchej kobiety o niesamowitej sile i charyzmie, która była perfekcyjna w tym, co robiła, pełna ekspresji, a także niezwykle wymagająca (a przy tym potrafiła dobrze motywować i wzmacniać swoich tancerzy). Kiedy patrzyłam na jej zdjęcia lub oglądałam nagrania z prób, myślałam: „Tyle piękna w takiej małej osobie”.

(Fragment filmu dokumentalnego „Coffee with Pina” (2006), reż. Lee Yanor)

Sekwencje taneczne w tym filmie wzbudzają niemy zachwyt, wbijają w fotel. Dzięki sposobie prowadzenia kamery, a także dzięki technologii 3D można odnieść wrażenie, że dosłownie dotyka się skóry tancerzy, że czuje się ich zapach, dotyka faktury włosów. Dzięki temu można też głęboko poczuć każdy ruch tańczącej osoby. Układy taneczne są perfekcyjne i niesamowite. Myślę, że aby osiągnąć takie mistrzostwo, trzeba móc i potrafić zatracić się bez reszty w tym co się robi, trzeba być wolnym, nieograniczonym, zrzucić fasadę i pozbyć się zahamowań. Trzeba umieć oddać się drugiej osobie, tak jak tancerze oddali siebie zarówno Pinie, jak i sobie nawzajem. Poza tym trzeba dokonać rzeczy z pozoru niemożliwej: wyrażać autentyczne, niczym nieograniczone emocje (bo tylko wtedy taniec może być tak dojmująco piękny), jednocześnie radząc sobie z negatywnymi konsekwencjami niektórych scen (takimi jak wstyd, czy wręcz poczucie upokorzenia). Taka umiejętność potrzebna jest nie tylko w pracy tancerza i aktora. Przydaje się również psychologom (wtajemniczeni zrozumieją, o czym mówię 🙂 ).

Jeszcze jedna kwestia zwróciła moją szczególną uwagę: Starsi tancerze i ich twarze. Twarze, na których wypisane są lata ciężkiej pracy i trybu życia nieco odmiennego od tego, które przypada w udziale zwykłym śmiertelnikom. Lata morderczych prób, wyjazdów, koczowniczego trybu życia. Z drugiej strony – twarze szczęśliwe, spełnione, żyjące pasją. Patrzyłam i trochę zazdrościłam. najbardziej tego, że kiedy byli młodzi, mieli szczęście spotkać się, stworzyć grupę ludzi, zaangażowanych w osiąganie wspólnego celu. Mieli szczęście spotkać Pinę. Córka pary starszych tancerzy, zapytana o to, czy wyobraża sobie życie bez Piny, odpowiada, że nie, bo nigdy nie miała życia poza nią i jej grupą. Jestem bardzo ciekawa dalszych losów Tanztheater Wuppertal. Nie ukrywam, że po tym filmie chętnie zobaczyłabym ich występ na żywo, ale czy to jest jeszcze to samo bez Piny Bausch?


(Fragment filmu „Pina”, reż. Wim Wenders)

Dobrze, ładnie i w sam raz, czyli rzecz o dopasowaniu

Dobrze, ładnie i w sam raz, czyli rzecz o dopasowaniu

Ostatnio wiele myślałam o tym, skąd wiadomo, że ktoś lub coś idealnie (lub prawie idealnie) do nas pasuje. Wydaje mi się, że większość z nas dąży do takiego stanu – w miłości, w pracy, właściwie w każdym aspekcie życia, żeby było nam dobrze i komfortowo. Oczywiście, wszyscy różnimy się od siebie pod względem konkretnych oczekiwań. Wydaje mi się, że najważniejsza jest odpowiednia proporcja między częściami składowymi – np. w miłości między „chemią” a przyjaźnią (oczywiście, ważna jest też domieszka podziwu, szacunku, zwieńczona „pokrewieństwem dusz”), w pracy – między zainteresowaniem tym, co się robi, a wynagrodzeniem i innymi korzyściami, np. kontaktami towarzyskimi. Jeśli rozmieszczenie tych części składowym nam nie odpowiada – np. w miłości brakuje iskry, a super płatna praca jest potwornie nudna – nie będziemy zadowoleni. Wielu z nas godzi się na rozwiązania pośrednie, np. tkwimy na stanowiskach pracy, które nie przynoszą nam perspektyw rozwoju albo wręcz nas uwsteczniają, bo jest nam tam wygodnie. Robimy to właśnie z wygody, czasem z wyrachowania albo po prostu próbujemy się pogodzić z sytuacją i zapomnieć o targających nami emocjach. Da się tak żyć, ale czy to jest dobre? Oczywiście, tak jak już KIEDYŚ pisałam, w pewnym momencie warto sobie zdać sprawę z tego, że ideałów nie ma, ale z drugiej strony warto próbować się do nich zbliżyć, przynajmniej dopóty, dopóki jest to jeszcze możliwe.

Chciałabym dziś znów nawiązać do zachodzących w moim życiu zmian… Tym razem postanowiłam zadbać o dopasowanie najbliższe ciału, czyli udać się do sklepu oferującego usługi profesjonalnego bra – fittingu. Byłam już w kilku takich sklepach do tej pory i w każdym coś mi nie pasowało. Obsługa, ceny, niewielki wybór – zawsze coś. Ciało kobiety, która przeszła przez ciążę, poród i karmienie zostało poddane ogromnym zmianom. Część z nich to zmiany odwracalne, część niestety nie… Dlatego kobieta, która zakończyła karmienie piersią, jest szczególnie wrażliwa na swoim punkcie. Moja poprzednia wizyta w sklepie z bielizną skończyła się łzami i wrytą w mózg myślą: „Kiedyś byłam piękna, ale potem nagle spuchłam, urodziłam dziecko, wykarmiłam je piersią, a na koniec zostałam z ciałem, którego nie rozpoznaję…”. Jednak po krótkim okresie załamywania się postanowiłam spróbować raz jeszcze. Tym razem trafiłam do salonu z bielizną Dopasowana.pl. Sklep mieści się na warszawskim Grochowie, niedaleko Ronda Wiatraczna. Z początku przestraszyłam się odległości, ponieważ mieszkam na Bielanach i Grochów zawsze wydawał mi się być końcem świata. Jednak kiedy już zdecydowałam się pojechać, to stwierdziłam, że jednak dojazd nie jest wcale zły. Dojechałam w 40 minut metrem i tramwajem.

Na miejscu spotkałam się z miłą i bardzo profesjonalną obsługą. W doborze odpowiedniego biustonosza pomogła mi Pani Monika, właścicielka sklepu, cierpliwa i bardzo pomocna. Przymierzyłam cały stos staników, mając na uwadze nadrzędny cel – znaleźć ten idealny! Na szczęście, mimo nieprzyjemnej temperatury na dworze, w przymierzalni panowało przyjemne ciepło. Nie było też za gorąco. Zdarza Wam się wchodzić do przymierzalni, w których jest taki upał, że kupicie wszystko i byle co, aby tylko szybko wyjść? Albo do takich, w których klimatyzacja chłodzi tak mocno, że można zamarznąć? Zapewniam Was, że w Dopasowanej nic takiego Wam nie grozi. Można spokojnie zabrać ze sobą dziecko (jest specjalny kącik dla dzieci), czy nawet opierającego się chłopaka (można go zachęcić perspektywą znajdującej się przed przymierzalnią wygodnej kanapy i sporego telewizora wiszącego na ścianie). Co najważniejsze – naprawdę jest w czym wybierać, sklep ma w ofercie bardzo dużo modeli, od najmniejszych do największych, w przystępnych cenach.



Po ponad czterdziestu minutach intensywnego przymierzania i dopasowywania udało mi się znaleźć trzy modele pasujące doskonale, a spośród tych trzech, jeden pasujący po prostu idealnie. Wyszłam z salonu bardzo zadowolona. Już teraz nie będę się bała kupować bielizny 😉 Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy, szczupłe, czy krąglejsze, mało – czy dużo – biuściaste – zasługujemy na to, aby czuć się dobrze i atrakcyjnie. Zatem – idźcie i dopasowujcie się:) A ja powoli szykuję się do kolejnych zmian… Do zobaczenia!