Monthly Archives: Styczeń 2012

Przysmak Malucha, czyli autorski przepis na kompot z suszonych owoców z nutką Orientu

Przysmak Malucha, czyli autorski przepis na kompot z suszonych owoców z nutką Orientu

Dziś podzielę się z Wami swoim ostatnim „wynalazkiem”, czyli kompocikiem, który stał się hitem w naszym domu. Postanowiłam wypowiedzieć wojnę granulowanym, słodzonym herbatkom, które są dostępne na rynku i wymyśliłam taki oto prosty przepis na prawdziwą ambrozję.

KOMPOT Z SUSZONYCH OWOCÓW Z PRZYPRAWAMI

Składniki:

– 6-10 suszonych moreli

– 4 suszone daktyle

– 2 suszone figi

– garść (lub dwie, według uznania) suszonej żurawiny

– laska cynamonu

– 4 goździki

– szczypta czarnuszki

Można dodać suszonych śliwek, borówek etc. – wszystko według uznania. Można też dosłodzić, ale moim zdaniem jest to zabieg zupełnie niepotrzebny.

Sposób przygotowania:

Wszystkie owoce zalewamy wodą (ok. litra, można więcej, wtedy kompot będzie mniej „skoncentrowany”), dodajemy przyprawy i gotujemy. Ja gotuję zawsze „na oko” – od 20 – 40 minut.
Kompot można pić w postaci rozcieńczonej lub nie. Mój synek uwielbia napój w proporcjach: 1/3 kompotu, 2/3 wody.

No to jak, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy, odważycie się skosztować tej obłędnej słodyczy?

Prosto z mostu, gdy dna nie widać, czyli o ryzykownej szczerości słów kilka

Prosto z mostu, gdy dna nie widać, czyli o ryzykownej szczerości słów kilka

Ostatnio wiele rozmyślam o tym, czy warto być szczerym, czy nie. Chodzi mi głównie o relacje z przyjaciółmi (o których już pisałam TUTAJ i TUTAJ). Zastanawiam się nad rolą i sensem absolutnej szczerości… i nad definicją przyjaźni zarazem. Za chwilę Wam wszystko wytłumaczę, ale najpierw nie mogę się powstrzymać przed zilustrowaniem tematu, z przymrużeniem oka:

PHOEBE BUFFAY – THE LADY SINGER WHO TELLS THE TRUTH

Tak, jak już kiedyś wspominałam, od czasu gdy stałam się matką, w moich przyjaźniach i znajomościach nastąpiła prawdziwa rewolucja. Przynajmniej w większości tym relacji. Po tych wszystkich przemianach ostało się dosłownie kilkoro bliskich przyjaciół. Przeszłam wiele przemian wewnętrznych,z których jedną jest silna potrzeba szczerego wyrażania swoich potrzeb i uczuć, nie tylko tych przyjemnych, ale również rozczarowania, czy złości. Poza tym zaczęłam dość wyraźnie stawiać granice, ponieważ zbrzydła mi rola „tej, która zawsze zrozumie i wybaczy”. Po tej ostatniej rewolucji moje grono przyjaciół jeszcze bardziej się zmniejszyło. Na szczęście te znajomości, które przetrwały, są na tyle dobre i sprawdzone, że wyrażenie własnych potrzeb nie skutkuje awanturą. Często nawet nie trzeba tłumaczyć pewnych rzeczy, ponieważ występuje zjawisko „mam – tak – samo – jak – Ty” i niczego nie trzeba dopowiadać. Po prostu wiadomo, jak jest. Wiadomo, że nie odzywam się, bo mam doła, a nie dlatego, że mam gdzieś swoich przyjaciół. Nie mam czasu, bo moje dziecko pochłania całą moją uwagę i wiem, że nie muszę się z tego tłumaczyć. Takie przyjaźnie najłatwiej utrzymać przez długie lata. Dużo trudniej jest utrzymać takie, w których różnice są większe i wiele spraw trzeba dogadywać. Jednak proporcjonalnie do trudu włożonego w dogadanie się i pielęgnację relacji, rośnie zaangażowanie.

Pytanie, które sobie ostatnio zadaję najczęściej brzmi:
Czy w przyjaźni można sobie pozwolić na absolutną szczerość?

Mam na myśli sytuację, kiedy widzimy, że nasz przyjaciel jest na dobrej drodze do zniszczenia sobie życia. Czy naszą rolą jest przyglądać się biernie i wspierać przyjaciela w jego wyborach, czy też jako przyjaciele jesteśmy uprawnieni do sprzedania mu porządnego kopa w tyłek? Ktoś mógłby stwierdzić, że mówiąc przyjacielowi wprost: „Nie rób tego, bo zniszczysz sobie życie”, wtrącamy się w nie swoje sprawy lub przekraczamy granice. Moje zdanie jest inne. Wiele bym oddała za to, by w kilku momentach swojego życia dostać takiego kopa od kogoś życzliwego. Żałuję, że nikogo takiego w pobliżu nie było w chwilach, gdy popełniałam życiowe błędy. Zatem UWAGA: Kop w tyłek jest u mnie w cenie. Uważam, że szczere wyrażanie swoich opinii na temat życiowych wyborów przyjaciela jest bardzo ryzykowne, ponieważ nigdy nie wiemy, jaka będzie reakcja drugiej strony na nasze słowa, jednak warto to ryzyko podjąć w imię wyższego celu, czyli dla dobra przyjaciela.

Jaka jest moja nowa definicja przyjaźni? Przyjaźń to relacja, która przeszła wiele, która nie boi się szczerości i nagości emocjonalnej, która nie boi się słabości i gorszych chwil. Jednocześnie przyjaciel dba o Twoje emocje i stara się przekazywać nawet najgorszą prawdę w sposób dający się znieść 😉 Prawdziwy przyjaciel zawsze powie Ci, że ubrudziłeś się czekoladą lub że rozpruły Ci się spodnie, ponieważ chce Ci oszczędzić wstydu przed ludźmi. Nie będzie pielęgnował Twoich złudzeń, tylko pomoże Ci dotrzeć do prawdy. Aha, jeszcze jedno, prawdziwy przyjaciel cierpi na zaburzenia pamięci krótkotrwałej, czyli natychmiast zapomina o urazach, jakie miedzy Wami miały miejsce. No chyba, że jest to coś naprawdę strasznego…

Krótko podsumowując, uważam, że jeśli w Waszym otoczeniu jest ktoś, kto Wam mówi wprost i bez złośliwości to, co tak naprawdę myśli o Waszych wyborach życiowych, kto zmusza Was do myślenia i zadawania sobie pytań, do przemyśliwania wyborów życiowych i analizowania własnych motywacji – nie wypuszczajcie go z rąk! Amen 😉

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Nie Tylko Mama świętuje pierwsze urodziny!!!

Nie Tylko Mama świętuje pierwsze urodziny!!!

Właśnie przed chwilą się zorientowałam, że pierwszy wpis zrobiłam dokładnie rok temu! Ależ ten czas zleciał…

Jestem szczęśliwa, że wytrwałam konsekwentnie, wrzucałam „mięso” regularnie i intensywnie, mimo różnych przeciwności losu.
Dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądają. Dziękuję życiu, że codziennie mnie zaskakuje. Na przykład dzisiaj byłam na kawie z kimś, kto dał mi od siebie dużo fajnej energii – oby więcej takich spotkań, kiedy rozmowa sobie płynie, czas ucieka, a na duszy robi się lżej 🙂

Z okazji pierwszych urodzin życzę sobie dużo inspiracji do pisania, konsekwencji w realizacji celów i spełnienia na każdym froncie. Tego samego życzę i Wam, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy.
A na koniec podzielę się z Wami piosenką z filmu Tony’ego Gatlifa (którego uwielbiam…) pt. „Transylvania”. Niech Wam w duszy pięknie gra!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Kim jest ta starucha w lustrze, czyli odejdź depresjo!

Przez wiele ostatnich tygodni walczyłam. Walczyłam z ogarniającą mnie depresją. Robiłam to, co lubię, rozświetlałam sobie życie, żeby się nie pogrążyć. Ktoś mógłby mnie wyśmiać, kazać się porównać z tymi, co mają gorzej, etc. A ja na to – wiem, że są tacy, co mają gorzej i tacy, co mają lepiej. Jednak to, co ja czułam było silne i prawdziwe, więc porównywanie się z innymi mija się z celem. Mam wrażenie, że mój smutek był, hmm, organiczny. Wyzierał mi z oczu, nawet gdy usta się uśmiechały. Parę dni temu, po kolejnej nieprzespanej nocy, spojrzałam na siebie w lustrze i odkryłam z przerażeniem, że patrzy na mnie moja własna babcia. Zobaczyłam zmarszczki, puste spojrzenie, włosy w nieładzie. Zobaczyłam przed sobą tę zmęczoną, zaniedbaną matkę – Polkę, której tak bardzo się zawsze bałam.

Spędzanie czasu z dzieckiem ma swoje dobre i złe strony. Najgorszą stroną jest brak możliwości rozmowy z drugim dorosłym, czasami przez cały dzień. W dniu, w którym na widok radiowozu, pomyślisz „Ioo – iooo”, to jest z Tobą bardzo źle. Ja już przekroczyłam tę granicę, w której świat dziecka zlewa się z Twoim własnym, a Ty zaczynasz myśleć w bardzo infantylny sposób. Wydaje mi się, że pracującym mamo jest łatwiej pod tym względem, ponieważ mają kontakt z innymi ludźmi.

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo czuję się opuszczona przez znajomych i skazana na permanentne zajmowanie się dzieckiem , przez chwilę pozwoliłam sobie na festiwal biadolenia nad swoim losem (co zapewne moim bliskim zaczęło już bokiem wychodzić). Postanowiłam jednak ten festiwal zakończyć i zacząć aktywnie zmieniać znienawidzony stan. Otworzyłam szeroko oczy i… zobaczyłam, że wcale nie jestem sama. Zamknęłam się w zaklętym kręgu narzekania na własny los. Zamiast szukać towarzystwa, uzależniłam się od Facebooka i od stworzonego tam złudzenia bliskości z innymi ludźmi. Zaczęłam aktywnie poszukiwać towarzystwa innych mam i nie tylko mam. Nagle okazało się, że na spotkania nie starcza mi tygodnia!

Na koniec chcę się z Wami podzielić tym, co niedawno zobaczyłam w tramwaju nr 25. Jechałam sobie późnym wieczorem z Powiśla do Centrum, pogrążona w rozmyślaniach i głębokim żalu do świata. Przy Rondzie De Gaulle’a wsiadły cztery starsze panie. Kątem oka spojrzałam na nie i wróciłam do swoich rozmyślań. Mimo dość głośnej muzyki w słuchawkach, słyszałam jak się śmieją i radośnie rozmawiają, robiąc sobie przy tym zdjęcia. Kiedy odwróciłam się w ich stronę, aby wysiąść w Centrum, nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. Zobaczyłam piękne, roześmiane kobiety, promieniejące pięknem kobiet spełnionych życiowo. Wszystkie miały sporo po siedemdziesiątce, były elegancko ubrane, miały śliczne fryzury i gustowny makijaż. Aż chciałam wykrzyknąć: „O Boże, jakie panie piękne!”. W oczach jednej z nich zobaczyłam zaciekawienie połączone z litością, a może tylko mi się tak wydawało. Może pomyślała: „O, jaka dobrze zakonserwowana czterdziestolatka ;-)”. A może nic nie pomyślała… Wiem jedno – kiedy wysiadłam, zapragnęłam wyglądać na starość tak samo, jak te panie. A do tego potrzebna mi jedna rzecz – umiejętność cieszenia się tym, co jest teraz. To ja może zacznę… TERAZ!

To wszystko razem plus ten piękny, biały śnieg za oknem – to przegnało moją depresję w siną dal. Mam nadzieję, że na długo. Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy – życzę Wam dużo dobrego towarzystwa i pięknej, jasnej zimy.

Co to ma być?! Czyli o tej popierniczonej pogodzie parę słów…

Co to ma być?! Czyli o tej popierniczonej pogodzie parę słów…

Wiecie co… Tak się już od dłuższego czasu zastanawiałam: „Pisać coś o tym paskudztwie, które panuje na dworze, czy nie?”. Myślałam – ech, pewnie za chwilę spadnie śnieg i będzie dobrze. A tu mamy styczeń w pełni i śniegu zero. Jestem zła, wściekła nawet. Jestem z tych, co lubią konkretną pogodę – słońce i ciepło albo śnieg i mróz taki, że nos i uszy odpadają. Tak lubię. Wszelkie rozmemłane pośredniości mnie zwyczajnie denerwują. Błotko, mokradła, szarości nie są w moim guście. Po pierwsze dlatego, że wszystko jest zamazane. Szarość ma to do siebie, że zaraża sobą inne kolory. Poza tym ludzie są pochmurni i gorzej do siebie nawzajem nastawieni niż zwykle. Mnie się na przykład włącza tryb „odludek”, mimo iż w głębi serca tęsknię za towarzystwem. Poza tym moja biedna tarczyca nienawidzi takiej pogody, dużo gorzej pracuje, dużo słabiej walczy z pogodą. Jestem cała oblepiona sennością. Poza tym nic (albo prawie nic) mi się nie chce.

Teraz czas na parę słów trzeźwych i rozsądnych. Wiem przecież, że na pogodę nie mam wpływu. Mogę się poddać szarości, tak jak to robiłam do dziś do mniej więcej 6 rano, wpaść w beznadziejną deprechę i narzekać na swój los albo się zmobilizować do działania. Zainspirowana wpisem fejsbukowym mojej koleżanki Kasi postanowiłam zrobić listę moich sposobów na tę „jesienną dupę” za oknem. Co więcej – od samego rana postanowiłam zacząć wprowadzać je w życie.

Oto kilka moich sposobów:

1. Udawać, że jest ładnie – może wezmą nas za wariatów, może ktoś zarzuci nam, że stosujemy mechanizm zaprzeczania i żyjemy w świecie fantazji, ale w ogóle mnie to nie interesuje. Ja na przykład przykleiłam sobie do szyby dzisiaj słońce z kolorowego papieru i mam gdzieś, co sobie sąsiedzi o mnie pomyślą 😉

2. Dopieścić uszy ulubioną muzyką, bez względu na jej rodzaj, nie ma co się wstydzić, jeśli na nasz nastrój najlepiej wpływa disco z lat 80 – tych lub piosenki ze Shreka.

3. Sięgnąć po książkę, taką jaką lubimy najbardziej, taką, co nas pochłonie bez reszty. Ja tak mam z książkami Murakamiego. Niestety, przeczytałam już wszystkie jego książki, więc albo muszę zaczekać, aż napisze nową, albo zacząć od początku czytać wszystkie.

4. Robić tylko to, na co się ma ochotę i co się lubi. Broń Boże nie zmuszać się do zbyt wielu nieprzyjemnych czynności. Obowiązki obowiązkami, ale nie bądźmy nadgorliwi.

5. Upiec coś słodkiego i zjeść to! Najlepiej coś z owocami lub/i czekoladą. Ja przed chwilką upiekłam chrupiące babeczki z borówkami amerykańskimi (jak dobrze, że zamroziłam zapas latem). Jak wystygną, to po południu udekoruję je lukrem plastycznym. Mój synek ostatnio bardziej mi pomaga niż przeszkadza, chyba zaczyna się ten piękny czas, kiedy będziemy mogli bardzo dużo fajnych rzeczy robić razem.

6. Jeśli się nam uda wykaraskać z domowych pieleszy, to wypada wyjść do ludzi. Pogadać z kimś choćby przez chwilę. Ja dziś nie bardzo mam na to ochotę, ale czasem warto się nawet zmusić. Jeszcze nigdy takiego zmuszenia nie żałowałam – tylko trzeba uważać, z kim się rozmawia 😉 Najlepiej z kimś bliskim i życzliwym albo zupełnie nowym i bardzo ciekawym, kto ożywi nasz skostniały umysł.

7. Napisać/ulepić/namalować/wykleić – po prostu stworzyć coś – dla siebie, dla Ukochanego, dla dziecka – od razu świat nabierze kolorów.

8. Zdrzemnąć się słodko – ja właśnie zamierzam to uczynić, gdyż mój synek śpi i pośpi pewnie z 1,5 godzinki. To dobry czas, w sam raz na to, żeby zdążyło nam się coś przyśnić:-)

9. Czego nie wolno robić? Hmm… nie polecam picia alkoholu czy kawy, ponieważ pomagają tylko na krótką metę. W miarę możliwości spróbujmy się też nie denerwować. Mi to ostatnio średnio wychodzi, ale próbuję… W przeszłości pomagała mi melisa i medytacja. Może i Wam pomoże?

Postanowiłam sobie postanowić…

Postanowiłam sobie postanowić…

Ostatnio ktoś mnie zapytał, jakie mam postanowienia noworoczne. Hmm…

Odpowiedziałam coś na kształt: „Yyyy? Jakie postanowienia?”. No, właśnie… Nigdy dotąd nie robiłam żadnych noworocznych postanowień! Dlaczego? Może dlatego, że nauczona doświadczeniem wiem, że świat jest tak skonstruowany, że ciężko sobie cokolwiek zaplanować. Od pewnego czasu staram się nie używać zbyt kategorycznych stwierdzeń. „Nigdy”, czy „zawsze” zajmują w mojej mowie niedużo miejsca. Dlatego też, nie chcąc użyć w tym roku stwierdzenia „Nigdy nie robię postanowień noworocznych”, postanowiłam przekornie jakieś sobie wymyślić.

Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że nie w moim guście są postanowienia typu:

„Od dziś przez cały rok nie będę jadła czekolady” albo
„Od dziś rzucam przeklinanie”.

Dlatego moje postanowienia wyglądają tak:

„Od dziś postaram się mniej narzekać”
„Od dziś postaram się zacząć wcielać marzenia w czyny”
„Od dziś będę się znów częściej uśmiechać”

Jakie będą tego skutki – zobaczymy. Czy mi się uda – nie wiem… Tak samo, jak nie wiem, co się stanie jutro, a nawet co się stanie za chwilę. Chylę głowę pokornie przed losem, z ciekawością jednocześnie zerkając w przyszłość. Znalazłam się w takim punkcie swojego życia, kiedy patrzenie w przeszłość przestaje mieć sens. Tyle jeszcze ciekawego przede mną (mam nadzieję), że rozpamiętywanie tego, co było jest zwyczajnie stratą czasu. Życie ma być przyjemne, dobre i ciekawe, a nie zatopione w żalu i smutku. Na podsumowania przyjdzie czas na starość 😉

„Chciałabym być bardziej odważna i częściej wykorzystywać swoje szanse” – od realizacji tego postanowienia zaczynam ten rok. A Wy?