Monthly Archives: Luty 2012

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

WDM, czyli jak być Wystarczająco Dobrą Matką

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że macierzyństwo mnie przerasta… Znacie to? Myślę, że większość normalnych matek przeżywa takie chwile. Mnie najczęściej dopada najzwyklejsze przeciążenie zmysłów ciągłą uwagą i czuwaniem. Jako rodzic jestem stale na straży. Słucham, patrzę, obserwuję, reaguję. Oprócz zmysłów, codziennie i bez przerwy używam instynktu. Ktoś by mógł zapytać: Dlaczego? Przecież można wyluzować… Odpowiedź jest prosta – bo chcę jak najlepiej dla dziecka. Chcę, by czuło się kochane, otoczone opieką, bezpieczne. Czasami wydaje mi się, że się w tym zatracam. Czasami czuję, że zapominam o sobie. Jednym z najtrudniejszych zadań, jakie stoją przed rodzicami jest mądre stawianie granic, czyli dokładanie starań, by dziecku było jak najlepiej i jednoczesne pilnowanie „własnych interesów”. Gdzie leży ta granica? Myślę, że w każdym domu leży w innym miejscu. Nie ma na to recepty, nie ma gotowych odpowiedzi. Można jedynie spróbować podkreślić to, co najważniejsze.

Uwaga, uwaga – poniżej mój przepis na to, by być matką wcale-nie-idealną, lecz Wystarczająco Dobrą.
P.S. Ja wcale taką nie jestem, więc to czysta teoria, do której staram się codziennie zbliżać i wychodzi mi… no tak, jak mi wychodzi 😉
P.S.2 Dla psychologicznie niezorientowanych – Wystarczająco Dobra Matka to termin ukuty przez D.W. Winnicotta, słynnego psychoanalityka, wyjaśnienie TUTAJ.

Słuchaj uważnie i aktywnie, staraj się wyłapywać każdy nawet najmniejszy komunikat ze strony dziecka. Jeśli czegoś nie rozumiesz, poproś dziecko, by pokazało, o co mu chodzi. Przykład z dzisiejszego poranka: Moje Dzidzi woła: „Popąąąąą” i zaczyna płakać. Zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc powiedziałam: „Kochanie, zaprowadź mamę i pokaż, o co Ci chodzi”. Synek zaprowadził mnie do kuchni i pokazał rączką sok malinowy. Zapytałam, czy chce wody z sokiem. „Taaaaa”. Woda z sokiem i „Popąąą”, czyli kompocik to dla dziecka jedno i to samo:))

Dostrajaj się do potrzeb dziecka – jak wyżej! Poza tym mądra mama idzie z duchem czasu i roczniaka nie traktuje jak sześciomiesięcznego bobasa. Mama wie, co w danej chwili jest potrzebne i jak stymulować dziecko do rozwoju. Nie narzucaj aktywności, jeśli dziecko tego nie chce.

Reaguj spokojnie – niestety bardzo trudna umiejętność. Ja się powoli uczę nie panikować i nie latać jak kura z obciętą głową, gdy Mały przewróci się na twarz i rozetnie wargę. Zen, calma, OMMM i do przodu!

Dbaj o swoje granice – jeśli nie chcesz, by dziecko po Tobie skakało lub wyrywało Ci włosy, powiedz mu o tym stanowczo i nie pozwalaj mu kontynuować czynności! Nauczysz dziecko wytrzymywania frustracji, respektowania granic innych i wyznaczania własnych granic. Jest to umiejętność na wagę złota!

Dbaj o inne relacje z ludźmi – niech dziecko widzi, że są inne osoby, na których Ci zależy i którym zależy na Tobie. Jest to podstawa dobrego rozwoju społecznego dziecka. A oprócz tego zapewniaj dziecko o swojej miłości do niego. Ja codziennie pytam Synka: „Kogo mama kocha najbardziej na świecie?” „Tiiii” – woła maluch i pokazuje palcem samego siebie.

Dawaj dziecku możliwość eksploracji – kiedy poczujesz, że dziecko do tego dojrzało, pozwól mu wyjść w świat. Pozwól biegać, dotykać drzew, poznawać ludzi. Jednocześnie pilnuj jego bezpieczeństwa, oczywiście. Lepiej nie pozwalać dziecku podchodzić do „panów spod sklepu”, czy do obcych psów.

Pozwalaj dziecku na inne zabawy niż te, które Ty wymyślasz – niezmiernie ważna sprawa. Nawet jeśli Tobie się wydaje, że tatuś dziecka wywija nim zbyt ochoczo robiąc fikołki, nie bój się! Przecież Maluch jest pod opieką osoby, która go kocha i chce dla niego jak najlepiej. Poza tym męski pierwiastek w zabawie uczy dziecka innych rzeczy niż spokojne przeglądanie książeczek z mamą, czy rysowanie kółek. Bardziej „agresywne”, czy pełne delikatnej rywalizacji zabawy z ojcem, uczą dziecko zdrowych zachowań, które przydadzą mu się później w szerokim świecie.

Przyjmij, że inni (np. ojciec, babcia, niania) mogą się dzieckiem zająć równie dobrze, jak Ty, pokazując mu świat inaczej i przez to rozszerzając jego horyzonty. Jeśli możesz, nie wtrącaj się, chyba że rzeczywiście twoim zdaniem dziecku grozi jakaś krzywda.

Umożliwiaj dziecku kontakt z innymi dziećmi – tutaj chyba nie trzeba wyjaśniać…

– Pozwalaj dziecku dokonywać wyboru (oczywiście w granicach rozsądku) – pozwalaj mu rano wybrać ubranko, w którym chce chodzić (no chyba, że wybierze Twoje pończochy…) albo zabawę, którą chce się zająć. Nie stosowałabym tego w zakresie posiłków, bo można się nieźle wkopać…

Nie stosuj przemocy, jedynie bądź konsekwentna i stanowcza, jeśli chcesz coś wyegzekwować

Nie siedź za dużo w internecie (taaa, jasne), choć jeśli rzeczywiście musisz coś zrobić (bo np. pracujesz z domu), a dziecko domaga się twojej uwagi, bądź stanowcza i jednocześnie pomysłowa. Wymysl dziecku jakieś zajęcie, które skutecznie odciągnie je od Ciebie na tę chwilę, gdy musisz coś zrobić.

– Okazuj dziecku dużo czułości – tym na pewno nie da się dziecka nadmiernie rozpieścić

Wybaczaj sobie swoje błędy, wyciągaj wnioski i idź do przodu wzbogacona o nowe doświadczenia. Nie wypominaj sobie, że poprzedniego dnia puściłaś mu trzy odcinki Elma zamiast jednego. Czasem trzeba i już;-)

Ufff… Sporo tego. Myślę, że nie jest to wcale takie trudne, musimy być jedynie uważne, świadome i pełne miłości. Zatem, do roboty, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Wystarczająco Dobre Wychowywanie czas zacząć! Powodzenia:-)

Rysunek domu, czyli co się dzieje, gdy wychodzimy poza schemat

Rysunek domu, czyli co się dzieje, gdy wychodzimy poza schemat

Ależ mi spadła forma… Tym razem nie chodzi o żadne doły, raczej o spadek pisarskiego zacięcia. A to wszystko dlatego, że dużo się dzieje. A gdy dużo się dzieje, o pisaniu myślę mniej. Zawsze sobie mówię: „Zbieram doświadczenia, by mieć o czym pisać”. Jeszcze jestem w trakcie…

Ostatnie tygodnie obfitowały w niespodzianki. Zaangażowałam się w dwa urodzinowe tajne projekty, którymi chciałam ucieszyć moich bliskich. Mam nadzieję, że choć trochę mi się udało. Przy tej okazji chciałabym się Wam pochwalić, że odkąd jestem matką, mam więcej kreatywnych pomysłów, tak jakby jakaś blokada w moim mózgu odskoczyła. Może ujmę to inaczej – wcale nie mam więcej pomysłów niż kiedyś, jednak teraz zdecydowanie łatwiej jest mi je wprowadzić w czyn. Dokładnie pamiętam moment, w którym to się zaczęło. Któregoś dnia siedziałam z synkiem przy stole i rysowałam dla niego różne rzeczy. Postanowiłam narysować dom. Wzięłam beznadziejnie smutną brązową kredkę i nakreśliłam schemat domu. Tak, jak się go rysuje w przedszkolu czy podstawówce. Spojrzałam na ten rysunek i pomyślałam: „No, nie… Co to w ogóle ma być?! Od czego mam jeszcze 11 innych kolorowych kredek? Dlaczego ten dom ma być taki martwy?” Postanowiłam go ożywić. Jak szalony artysta zmierzyłam się z tym wyzwaniem. Po kilku minutach dom miał już wielu mieszkańców. Jego fasadę i dach pokrywały liczne kolory. Wokół wyrosły drzewa. Postawiłam przed drzwiami samochód. Posadziłam parę kwiatków. Dodałam niebo, chmury, słońce, trawę, kota, psa. „Matko jedyna, kto to narysował?” – pomyślałam spojrzawszy na swoje impresjonistyczno – kubistyczne dzieło. Poczułam, że w tym momencie mój umysł pozbył się schematycznego myślenia. Skorzystał ze schematu po to, by dalej rozwinąć myśl. To mi dało wiele satysfakcji.

Od tego momentu zaczęłam korzystać z tej umiejętności. Ciekawa jestem, co z tego dalej wyjdzie… To na razie tyle, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, idę dalej zbierać doświadczenia, wkrótce się odezwę!

Dla wszystkich, którzy nie bojkotują Walentynek :-)

Dla wszystkich, którzy nie bojkotują Walentynek :-)

Ja nie bojkotuję! Jestem chwilowo kontuzjowana, gdyż poparzyłam sobie prawą rękę i pisanie sprawia mi wielki ból… Napiszę więc szybko:

Życzę Wam wszystkim, żebyście znaleźli taką miłość, która zamiast zatrzymywać Was w miejscu, będzie motywowała Was do pójścia do przodu, która jednocześnie zapewni Wam poczucie bezpieczeństwa i zarazem da mnóstwo ekscytacji. Życzę Wam takiej miłości, która przetrwa największe życiowe próby i nie straci pierwotnego ognia. Takiej miłości, której będziecie pewni od początku do końca. Z wzajemnością, oczywiście!

Oprócz tego życzę Wam, żebyście zaznali wszystkich rodzajów prawdziwej miłości – miłości przyjaciela, miłości partnera/kochanka i miłości dziecka – żebyście mogli poczuć się prawdziwie spełnieni.

Kochajcie się, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O tym, jak uroniłam dziś rano kilka łez…

O tym, jak uroniłam dziś rano kilka łez…

Dzisiejszy dzień zaczęłam od łez. Domyślacie się z jakiego powodu? Jak tylko zajrzałam do Internetu i przeczytałam, że odeszła Whitney Houston, moje oczy wypełniły się łzami. „Dlaczego ja płaczę?” – pomyślałam. Zwykle nie płaczę, gdy odchodzą ludzie, których osobiście nie znam. Już mówię dlaczego. Whitney jest jednym z symboli naszego pokolenia. Niestety po kolei zaczynają odchodzić artyści, którzy kształtowali swymi głosami nasze gusta i wrażliwość muzyczną. To, że odchodzą, przypomina nam, że sami nie stajemy się młodsi z dnia na dzień. Poza tym uroniłam łzy nad tą piękną, wrażliwą i niezwykle zdolną kobietą, która nie poradziła sobie z życiem. Whitney miała taką osobowość, która predysponowała ją do robienia rzeczy wielkich, a z drugiej strony przyczyniała się do popadania w uzależnienia i w toksyczne związki. Wielka szkoda… Nie napiszę tutaj nic oryginalnego. Powiem tylko, że mi smutno i żal. Piosenki Whitney są dla mnie kultowe, miały ogromny wpływ na mój gust muzyczny. Do tej pory po plecach przebiegają mi dreszcze, gdy słyszę jej głos. No cóż… To ja już nic nie powiem, tylko posłucham.

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

„NEEEE !!!!!!!!!!!” – czyli o tym, jak dziecko zaczyna pokazywać różki i co z tym zrobić

W życiu młodej mamy czasem brakuje ekscytacji. Takiej ekscytacji, którą pamięta się z młodości, z lat „singielskich”, takiego bondowskiego dreszczyka…

Jednak, jeśli się bliżej przyjrzymy życiu przeciętnej mamy, to naszym oczom ukażą się sytuacje zawierające w sobie więcej grozy niż w niejednym horrorze. No i taka mama musi mieć odporność słonia zmiksowanego z betonową ścianą. Już przechodzę do szczegółów.

Od kilku dni mój synek ukochał sobie słowo „NIE”, a w zasadzie „NEEEEEE!”. Jest to odpowiedź na większość moich pytań, może z wyjątkiem: „Czy chcesz iść na spacerek?” lub „Czy chcesz odwiedzić dzidzię?”, czy „A może obejrzymy Elmo?”. Wtedy słyszę rozkoszne „Taaaaa” i wiem, że mam na chwilę święty spokój. Jednak w większości przypadków jest walka o przewagę i wpływy. Mój ukochany Mały Uzurpator negocjuje swoją przestrzeń psychiczną i fizyczną w domu. Od początku podeszłam do tego tematu „z głową”, miałam wiedzę (ze studiów, z książek) oraz własne przemyślenia. Wiedziałam, że etap „NIE na wszystko” wkrótce nastąpi i nie bałam się wcale.

Kiedy jednak pierwszy raz doznałam takiego buntu na własnej skórze, to trochę mnie zatkało. Jak to? Moja Dzidzia, mój Synuś tak się buntuje? Potem oczywiście przypomniałam sobie, że to normalne, iż moje Ukochane Dziecko zaczyna pokazywać pazurki i że nie ma powodów do paniki. Tak naprawdę, to cieszę się z tego ogromnie. Za każdym razem, gdy słyszę to łobuzerskie „Nie!” i widzę tę szelmowską minę, tę dumę i zadowolenie z siebie mojego synka, jestem szczęśliwa. Mam ochotę uśmiechnąć się i uściskać go. Zwykle, gdy bunt dotyczy rzeczy błahych, to sobie dobrze radzę. Jednak gdy Dzidziuś zaczyna wpadać w histerię, bo proszę go o założenie śliniaczka, czy zjedzenie obiadku albo gdy zaczyna robić to, czego wie, że mu nie wolno, to jestem wystawiona na większą próbę. Na samym początku, kilka razy zareagowałam nie tak, jak bym chciała. Przestraszona ustępowałam lub denerwowałam się na Synka. Teraz już więcej wiem i za każdym razem pamiętam, że on w ten sposób bada świat, bada granice, kształtuje i pokazuje swoją osobowość. To, w jaki sposób będą wyglądały reakcje rodziców na jego zachowanie, będzie miało ogromny wpływ na jego rozwój w przyszłości.

Oto przykład na to, jak wyglądają moje reakcje na bunt na pokładzie:

JA: Kochanie, chodź zmienimy pieluszkę.
DZIDZIA: NEEEEE!!! – chyba nie muszę dodawać, że moje Słonko w takiej chwili ucieka na drugi koniec pokoju zostawiając za sobą posmrodek ewidentnej kupy…

Daję mu wtedy chwilę czasu, póki nie zacznę czuć, że ten zapaszek mnie zaraz zabije. Zaczynam wtedy działać jak zdarta płyta. Spokojnie, miłym, acz stanowczym głosem powtarzam: „Chodź, zmienimy pieluszkę”, poszukując przy okazji jakiejś atrakcyjnej zabawki, która odwróci uwagę Smyka. Jednocześnie poszukuję stale stoickiego spokoju w sobie.

No i w końcu uzbrojona w uśmiech, zabawkę i maksimum cierpliwości dopadam mojego rozbrajającego Bobasa i z prędkością błyskawicy zmieniam pieluchę, jednocześnie rozmawiając wesoło z Potomkiem. Uff. Podobnie jest w przypadku zakładania śliniaczka, czy wsiadania do wózeczka. Gorzej jest, gdy Maluch wpada w totalną histerię, jednak w takich wypadkach nie chodzi o bunt dla buntu, ale zwykle wchodzą w grę jeszcze inne czynniki, np. bolące zęby, czy brzuszek. Ale o tym za chwilę.

W wielu takich sytuacjach staczam wewnętrzną walkę – ustąpić, czy nie. Zazwyczaj nie ustępuję, ponieważ nie upieram się nigdy na jakieś bzdety, tylko na naprawdę ważne rzeczy. Przecież bez butów z domu nie wyjdziemy, no i obiad też zjeść trzeba. W moim odczuciu ustępowanie nie jest przejawem miłości. Chyba, że marzy nam się rozpuszczony bachor, który wyrośnie na egocentryka mającego poczucie, że wszyscy muszą wokół niego skakać. Trzeba postępować mądrze, potrafić wyczuć sytuację. Musimy wiedzieć, kiedy możemy z dzieckiem lekko „powalczyć”, czyli cierpliwie i stanowczo próbować namówić go do włożenia śliniaczka, a kiedy rzeczywiście powinniśmy spuścić z tonu. U mnie najczęściej działa fortel albo magiczne zdanie: „To nałóż śliniaczek sam”. Jednak jeśli widzę, że zaraz nastąpi (albo już nastąpiła) jakaś niesamowita rozpacz z powodu byle śliniaczka, to to jest dla mnie znak, że chodzi o coś więcej, że dziecku coś dokucza fizycznie lub psychicznie i wtedy zdarza mi się, że daruję sobie ten śliniak. Mówię wtedy sobie: „Ubrania się wypierze, a buźkę się umyje”.

Jest jeszcze jeden kontrowersyjny aspekt związany z „walką” z dzieckiem. A co zrobić, jeśli czasem trzeba coś dziecku zabrać lub nawet wyrwać z ręki…? To może zabrzmi strasznie, ale naprawdę są takie sytuacje, że nie będziemy się bawić w Wersal. Na przykład – jeśli jest to kubek gorącej herbaty lub jakieś ostre narzędzie (np. dziecko jakimś cudem otworzyło nieotwieralną szufladę z nożami). A gdy jest to upaprana kupką pielucha? Nie wyobrażam sobie matki proszącej spokojnie dziecko: „Oddaj Mamuni pieluszkę”, skoro wiadomo, że za chwilę i dziecko i my będziemy umazani zawartością pieluchy (może też dostać się kanapie i kotom po drodze, rykoszetem). Raczej będziemy się starać doprowadzić do tego, żeby pielucha znalazła się jak najszybciej w naszych rękach lub najlepiej w śmietniku. W sytuacjach niezagrażających zdrowiu i życiu dziecka nie popieram siłowania się z dzieckiem o przedmioty 😉

No to się powymądrzałam. Mam nadzieję, że wszystko, co napisałam jest jasne. Pamiętajmy, dziecko mówi „NIE” nie po to, żeby zrobić nam na złość, tylko po to, żeby się nauczyć świata, nauczyć zdrowych granic i pokazać, że ma coś do powiedzenia. To jest naprawdę piękne, choć czasem piekielnie denerwujące.

Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – ustalcie sobie z partnerem wspólny front, żeby potem „w akcji” nie musieć kwestionować swoich metod.

Życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju i dobrych pomysłów na fortele 😉 Trzymajcie się ciepło Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!