Monthly Archives: Lipiec 2012

O życiu w zgodzie z naturą, czyli o tym jak powiedziałam „dość” sztuczności

O życiu w zgodzie z naturą, czyli o tym jak powiedziałam „dość” sztuczności

Wiem, że część z Was nie lubi filmu (i książki) „Eat Pray Love”. Zarzucacie tej historii naiwność. Tak się składa, że ten film hołduje wartościom, które są mi bliskie, szczególnie ostatnio. Zaczynam powoli rozumieć, że w życiu chodzi o piękno płynące z prostoty i naturalności. Wszystko, co sztuczne przeszkadza mi i denerwuje mnie.

Wszystko zaczęło się od tych potwornych upałów. Od klejących się do ciała ubrań. Im bardziej sztuczne były materiały, z których wykonane było ubranie, tym goręcej mi było i tym gorzej się czułam. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że skóra pod takim sztucznym ubraniem nie oddycha, męczy się, dusi. Postanowiłam jak najszybciej zaopatrzyć się w ubrania z najbardziej naturalnych tworzyw. Efekt – chyba nawet nie muszę o tym mówić. Pełna swoboda, lekkość i dużo, dużo chłodniej 😉

Natura ma w sobie wszystko, co nam potrzebne. Powinniśmy wybierać dla siebie to, co najbardziej nam służy i najbardziej się nam podoba. Dlatego tak uwielbiam sezon na owoce. Dlatego tak lubię dotykać drzew. Dlatego tak silnie zakochana jestem w słońcu i wodzie. Oczywiście, nie chodzę bosa, brudna i zarośnięta. Nigdy nie zrezygnuję z depilacji i antyperspirantów. Jednak postanowiłam zbliżać się powoli do natury w takim stopniu, w jakim mam na to ochotę. W ramach dostarczania sobie powodów do uśmiechu.

Bo właśnie uśmiech jest dla człowieka naturalny. Tak samo, jak ruch, taniec, jedzenie i seks. Towarzystwo innych ludzi, przyjaźń i miłość. Ciepło i otwartość. Naturalny dla człowieka jest spokój i poczucie harmonii. Ostatnio z wielką siłą poczułam, że żyję w wielkim oddaleniu od tego spokoju. Na co dzień wpadam w pułapki kreowania siebie i przyjmowania masek, które stanowią pancerz ochronny. Ja jestem tym bardzo zmęczona, a Wy?

Raz jeszcze powtórzę: harmonia, spokój i bliskość natury. Warto do tego dążyć, przynajmniej spróbować. Myślę, że wprowadzając w swoje życie taki klimat będziemy zdrowsi, silniejsi, odporniejsi i szczęśliwsi. Kto się odważy spróbować? Ja już zaczęłam. Ograniczam korzystanie Facebooka do minimum (na tyle, na ile potrafię). Staram się nie korzystać z komputera poza pracą i – oczywiście – pisaniem bloga. Weekendy staram się spędzać w trybie offline. Poszukuję nowych sposobów na relaks, staram się zdrowo i dobrze odżywiać, otwierać się na dobrych ludzi. Nie prostuję już moich niesfornych loczków. Pozwalam czasami, żeby smutek mnie dopadł i oswajam się z nim. Pancerze zostawiam sobie tam, gdzie jest to potrzebne, żeby przetrwać. W domu, w ciszy, z bliskimi chce być taka, jaka jestem NAPRAWDĘ. Spróbujcie, to cudowne uczucie 🙂

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O rozwoju mowy z perspektywy matki

O rozwoju mowy z perspektywy matki

Dziecko to taka istota, która bezustannie zadziwia swoich rodziców. Od kilku dni cały czas chodzę zafascynowana tym, jak szybko mój Synek uczy się nowych słów. Na początku nieśmiało powtarzał pojedyncze sylaby, a teraz powtarza dosłownie wszystko. Jak był maleńki, naśladował głównie melodię wypowiedzi, tak, jakby śpiewał po swojemu to, co mówią dorośli. A teraz, wykorzystując to, co już umie, składa całkiem poważne (lub trochę mniej poważne) wypowiedzi.

Jakiś czas temu, rozmawiając ze znajomymi, zastanawiałam się: „Ciekawe, kiedy on zacznie mówić…”. Wtedy moi przyjaciele, z żartobliwym uśmiechem odpowiadali: „Poczekaj, jeszcze będziesz siedziała i się zastanawiała: >Boże, czy on kiedykolwiek przestanie gadać?!<". Póki co mam czas do tego momentu 😉 Mogę godzinami wysłuchiwać gadania mojego Malucha. Zadziwia mnie jego kombinowanie, kreatywność w dobieraniu dźwięków. Wczoraj wieczorem po raz pierwszy spróbował wymówić swoje imię (Mikołaj) i przez kilkanaście minut bawił się nowym dźwiękiem. - Kłojaj! - Mikusiu, co powiedziałeś? - oczywiście, oszalałam z radości. - Kłajaj! Kłoj! Łojaj! Łojoj! Łaj! Nie musze chyba dodawać, że "Kłojaj" było ostatnim słowem, jakie wypowiedział przed zaśnięciem i drugim (zaraz po nieśmiertelnym i odwiecznym "pić!") zaraz po obudzeniu.

To, co jest jeszcze urocze i cudowne, to gesty rączką i miny, które towarzyszą wypowiadanym słowom.
Kiedy mój Synek czegoś chce i na przykład krzyczy:

– Błaaa!!!!!!!!! Błaaaa!!!!!!! (czyli buła)

to ja wtedy mówię:
– Kochanie, powiedz: „Proszę, Mamusiu”.

Uwielbiam ten moment, kiedy mój Synek wyciąga do przodu jedną rączkę i mówi:

„Sieeee (proszę) Mamuuuuu Mamuuuuu” – akcentując bardzo wyraźnie „muuuu”.

Mogłaby tak pisać do zmroku. Każde nowe słowo warte jest wzmianki, zanotowania, nagrania. Tak samo, jak postępy w tańcu, śpiewaniu, łączeniu tańca z graniem na bębenku, obrotach tanecznych z jednoczesnym wykonywaniem ruchów głową w stylu pogo 😉 Żałuję, że nie mogę tego oglądać przez cały dzień. To są najcudowniejsze widoki, jakie kiedykolwiek oglądały moje oczy.

Życzę Wam podobnych wzruszeń, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

O najpiękniejszych chwilach macierzyństwa…

Mój Synek rośnie i rozwija się jak piękny kwiat. Patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, nazachwycać… Codziennie nowe słowo, nowy gest. Przedwczoraj wygłupialiśmy się, a on w pewnym momencie dosłownie padł ze śmiechu na ziemię i zaczął się tarzać. Nauczył się słowa: „Nic”. Przebywając wśród dzieci, podchodzi do nich, głaszcze je i przytula. Do każdej napotkanej osoby woła: „CZEEEE!”, wywołując szczery uśmiech zarówno u zasępionych staruszek jak i groźnych dresiarzy. Kiedy jesteśmy razem w domu, a ja coś gotuję lub sprzątam, mój Synek spontanicznie podchodzi do mnie, przytula się, całuje i mówi: „Ko-kam”. Nikt tego do końca nie zrozumie, póki nie zrobi tego jego własne dziecko…

A wczoraj wieczorem, kiedy usypiałam mojego Maluszka, wyczułam, że jest już bardzo śpiący i niewiele potrzeba, żeby usnął.

Zapytałam go:
– Zaśpiewać Ci piosenkę?
– Taaak.
– A jaką pioseneczkę chcesz?
– Tete – TEN!
(czyli Playing For Change).

Niesamowicie mnie to wzruszyło, gdyż akurat Playing For Change, płyta i teledyski, towarzyszą mnie i mojemu Synkowi w naszej codzienności jeszcze od czasów prenatalnych.
Dlatego wczoraj mój Synuś zasnął przy dźwiękach mamusinej wersji „Stand by Me”…

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy i życzę Wam jak najwięcej pięknych chwil z Waszymi maluszkami

O wielkiej uldze, kiedy dziecko zaczyna się uniezależniać oraz o tym, jak wygląda dzień mamy pracującej

O wielkiej uldze, kiedy dziecko zaczyna się uniezależniać oraz o tym, jak wygląda dzień mamy pracującej

Otóż to, moje Drogie mamy i Nie Tylko Mamy… Kiedy dziecko dorasta, staje się coraz bardziej samodzielne, z wielkim i pełnym wdzięczności uśmiechem przypatrujemy się jego postępom oraz zaczynamy czuć coraz większą ulgę. Ulgę spowodowaną odzyskaniem pewnej dozy wolności. W momencie, kiedy codzienny rytm ulega stabilizacji, możemy sobie planować czas, który pozostał tak, jak chcemy. Większość pracujących mam, takich jak ja, żeby zaznać relaksu lub/i rozrywki musi poświęcić sen oraz nierzadko zdrowie. Będąc ostatnio w pędzie korzystania z życia w szczątkowych wolnych chwilach, jakimi dysponuję, chyba lekko przesadziłam. Głównie dlatego, że tak mi się podobały te wszystkie rozrywki, że chcąc ich więcej i więcej odkładałam na drugi plan odpoczynek i dbanie o zdrowie. A nie jestem przecież już dwudziestolatką 😉 Chyba czas wyhamować na chwilę.

Dla wszystkich, którzy nie mają pojęcia o tym, jak wygląda codzienność samotnej matki pracującej przedstawiam tu skrót wydarzeń, jakie mają miejsce z grubsza każdego dnia (tzn. ostatnie dni były szczególnie ciężkie, bo upał sprawiał, że w mieszkaniu panował dziki ukrop)

5.30 – pobudka, bo w mieszkaniu panuje śmiertelnie wysoka temperatura. Albo dziecko woła, albo sama się budzę z powodu tego cholernego upału. Patrzę na zegarek i z jękiem albo idę spać (jeśli winien ukrop) albo wstaję i idę sprawdzić, o co chodzi mojej ukochanej pociesze

około godziny 7 – haha, dzwoni mi budzik, a ja już od półtorej godziny na nogach

7 – 7:30 – myję się, odkurzam mieszkanie, zaczynam szykować śniadanie

ok. 7:30 – mam zazwyczaj kryzys i jęcząc coś pod nosem (przyczyną jęku jest poczucie winy z powodu tego, co za chwilę nastąpi) UWAGA! włączam dziecku telewizor. Następnie zawstydzona mamroczę coś a’la „To mamusia się na 5 minut położy” i w ciągu ułamka sekundy zapadam w błogi sen, przerwany zazwyczaj po dwóch minutach, bo a. dziecku nie podoba się aktualnie emitowana bajka, b. dziecko woła o coś do picia, c. dziecko jest głodne, a ja przecież zaczęłam już szykować śniadanie

ok.7:40 (tak mniej więcej w praktyce wychodzi), po dwóch minutach błogiej i wytęsknionej drzemki, z trudem opanowując łzy ze zmęczenia, idę do kuchni, przygotowuję śniadanie i wracam do pokoju

7:45 – 8.15 – tyle mniej więcej zajmuje nam wspólne zjedzenie śniadania, w sumie najprzyjemniejszy moment tego poranka, ponieważ nasze potrzeby są wtedy takie same, każde z nas radzi sobie z jedzeniem sam i nie wchodzi drugiemu w paradę. No, chyba, że: a. dziecku właśnie przypomniało się, że wcale nie chce jeść chleba, tylko sam ser, b. dziecko postanawia włożyć sobie miskę z jedzeniem na głowę, do góry nogami, wysypując całe jedzenie na siebie (dodam, że następuje to w ciągu ułamka nanosekundy, podczas której łapczywie sięgałaś po kubek z kawą). W międzyczasie, o godzinie 8, wykonuję pewien ważny telefon, bez którego mój poranek ma nieco mniejszy sens 😉

8:15 – 8:45 – ogarniam, zmywam, myję dziecku buzię i rączki, pakuję dla siebie jedzenie do pracy, karmię i poję koty, prasuję ubranie, robię makijaż, czyli w skrócie „szykuję się do pracy”. To, co w czasach „przedciążowych” robiłam w 2 godziny, robię w niecałe 15 minut

między 8:45 a 9 – przychodzi niania i jeśli dziecko nie postanawia zacząć płakać z tego powodu, spokojnie i czule żegnam się z nim, a następnie opuszczam mieszkanie

Między 9 a 9:30 znajduję się po kolei: w drodze do metra, w metrze, w tramwaju oraz w drodze z tramwaju do pracy. Czas ten zawsze wykorzystuję bardzo pożytecznie – czyli nic nie robię. Nie chce mi się nawet czytać. W zależności od nastroju albo gapię się bezmyślnie w jakiś bliżej nieokreślony punkt, albo na ludzi. Jeśli na ludzi, to przynajmniej pozostawiam włączony intelekt. Jeśli w punkt, to po prostu sobie wiszę.

W końcu dojeżdżam do pracy. Do godziny 17 z kawałkiem sobie tam jestem. Szczegółów opisywać nie będę, powiem tylko, że jest fajnie. Mało myślę w tym czasie o tym, co dzieje się w domu. Niania raportuje mi w smsach, jeśli coś się dzieje ważnego. Kiedy nadchodzi 17 z kawałkiem, powoli zbieram się do domu. Sprzątam swoje szklanki, talerze i kubki, wkładam do zmywarki, zabieram pudełko, w którym przyniosłam obiad.

Między 17:15 a 18
jestem w drodze do tramwaju, w tramwaju, w metrze i w drodze z metra do domu. Jeśli trzeba tego dnia kupić pieluchy to w drodze z pracy do tramwaju wstępuję do Rossmanna. Jeśli nie trzeba, to nie wstępuję. Za to codziennie w drodze z metra do domu robię jakieś mniejsze lub większe zakupy spożywcze. Pomidory,ser, bułki, jajka, wodę etc.

Wracam do domu (po całym dniu zmęczona jak wół i mokra od upału), niania od razu wychodzi, Synek wita mnie radośnie, nie dając mi niestety czasu na ogarnięcie się. Prawda jest taka, że mając do dyspozycji tylko chwilę czasu z nim, ogarnianie siebie zostawiam trochę w tyle. Spędzamy razem dwie godziny. Potem kąpię synka i kładę go spać. Usypianie trwa od 30 minut do godziny. Zatem około 21 jestem wolna. Nie jest to jednak czas dla mnie. To czas, kiedy mogę zrobić pranie, ugotować obiad, posprzątać mieszkanie. Kiedy kończę, jest już zwykle bardzo późno.

Wiecie co? Naprawdę to wszystko jakoś można wytrzymać. Pracę i dom można ze sobą pogodzić. Czasami liczba wszystkich obowiązków przeraża i przytłacza, jednak ostateczne ogarnięcie tego daje wielką satysfakcję i smak zwycięstwa. Serio! Poza tym te słodkie buziaki, które dostajemy od naszego dziecka… To najlepsza zapłata za wszystko!

A kiedy mam czas na pisanie bloga? Ha, nie powiem 🙂

Pozdrawiam Was serdecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy

Czy Wy też tak macie?

Czy Wy też tak macie?

… chodzi mi o to, czy macie taki dziki power do działania? Bo ja mam 🙂 Czuję, że rozpiera mnie energia i wszystkiego mi się chce. Serio.

http://www.youtube.com/watch?v=xgcIpKL86Jk

Ktoś mi kiedyś powiedział, że kobieta w wieku trzydziestu (prawie) lat wkracza w najlepsze lata swojego życia. Coś w tym chyba jest. Najlepsze dla mnie w byciu prawie trzydziestką jest to, że nie działam na oślep. Mam już sporo doświadczeń oraz jestem na tyle spokojna, że potrafię z tych doświadczeń korzystać. Piękna sprawa. Dzięki temu wszystko, czego smakuję, jest takie dobre. Wiem, czego chcę i potrafię docenić to, co mam. Zawsze tak chciałam. Będąc młodszą, szczególnie w czasach nie – mamowych, brnęłam przez życie, często chaotycznie, przecierając szlaki na swojej drodze. Wiele z moich kroków i wyborów wiązało się z ryzykiem popełnienia błędu. Teraz takie ryzyko również istnieje, ale jestem tego w pełni świadoma. To właśnie ta świadomość – zarówno świadomość siebie, jak i zjawisk ze świata zewnętrznego, znacznie podnosi jakość mojego życia.

Nie mogę się przestać zachwycać życiem i jego możliwościami. Czuję w sobie wielką wdzięczność… No i jestem ciekawa, co dalej! Czy jak osiągnę kolejny próg, czyli np. będę sexy pięćdziesiątką, to moje życie nabierze jeszcze nowych smaków i kolorów? Nie mogę się doczekać!

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy – cudownego smakowania codzienności Wam życzę!