Monthly Archives: Maj 2013

Mały, malusieńki meltdown przed trzydziestką

Mały, malusieńki meltdown przed trzydziestką

Wpadłam tutaj właśnie, żeby trochę pomarudzić, ale chyba wcale nie chcę. Jutro są moje trzydzieste urodziny i przygotowując się do nich robię wszystko inaczej niż zwykle. Dlatego zamiast narzekać, wyciągnę jakieś pozytywne wnioski.

Jakiś czas temu ktoś mi powiedział, że w tym wieku ludzie już nie potrafią się zmieniać. Trochę prawda (bo diametralnie nie możemy się zmieniać), a jednak trochę nieprawda 🙂 Widzę po sobie, że przy odpowiednim wysiłku, kiedy ruszymy zardzewiałe koła zębate naszego charakteru, jesteśmy w stanie (tzn. ja jestem) modyfikować swój sposób myślenia, ba, nawet zmieniać swoje reakcje! Bezustannie, codziennie uczę się, że można żyć inaczej. Kolejny wyświechtany, banalny zwrot okazał się być prawdą absolutną: Świata nie zmienisz. Jak zmienisz siebie, to Twoje życie też się zmieni.

Trzydzieste urodziny to kolejna dobra okazja, żeby zrobić podsumowania, zweryfikować rzeczywistość, zobaczyć, co poszło nie tak, a co było dobre. Zastanowić się, kto z otaczających mnie ludzi był przy mnie wtedy, gdy przechodziłam przez najgorszy czas mojego życia, a kto ulotnił się jak kamfora. Po raz kolejny lista przyjaciół staje się krótsza, ale… so what? Takie jet życie. Nie rozpaczam już nad nieudanymi relacjami. Biorę te, które są i daję im z siebie maksimum i uczę się także brać dla siebie to, co dobre. Zarówno w związkach, jak i w przyjaźniach, najważniejsze jest to, że po latach ciągle chce się starać, ciągle dbać o to, żeby uczucie nie wygasło. Tylko tutaj jest pewien warunek konieczny – wzajemność. Nawet najlepsze starania, jeśli są jednostronne, na nic się zdadzą. Ważne, żeby dbać w tym całym szaleństwie o siebie, swoje granice, a przede wszystkim – znać siebie na wylot i wiedzieć, czego się chce. Nie udaje się coś? No i co z tego?! Czasami trzeba odpuścić i iść dalej. A czasami warto zaczekać i postarać się bardziej, poczekać aż druga osoba zdecyduje, czego sama chce i otworzy się z pełną wzajemnością. Wszystko zależy od tego, gdzie leży granica naszej cierpliwości.

tumblr_m24bltkVm21qz4d4bo1_500

Źródło: Pinterest.com

Moje podsumowania trzydziestkowe, mimo iż niosą ze sobą zmiany, wcale nie są bardzo gorzkie (choć może odrobinę smutne). Dużo się nauczyłam ostatnio. Wiem, czego chcę, wiem, kim jestem i wiem, gdzie leżą moje granice. Dojście do tego momentu zajęło mi chwilę i była to momentami droga przez mękę.

Jestem teraz gotowa po prostu żyć. No to 3…2…1… nową dekadę czas zacząć:)

Króciutko o tym, że zazdroszczę facetom, że są facetami

Króciutko o tym, że zazdroszczę facetom, że są facetami

Dzień Dobry, zagrajmy coś:

Pogoda słaba jak jasny gwint. Chciałabym, żeby było cieplej. Marudzę. Zimno mi. Mój nastrój można by określić mniej więcej tak: „Czegoś chce, ale zapomniałam już czego. Ale chcę”.

Od samego rana chciałabym, wolałabym być facetem. Bo panowie mają łatwiej. Większość z nich jest niezależna, pewna siebie i zadowolona z tego, jakim egzemplarzem ludzkim jest. Ich życiem, tak jak naszym – babskim – nie rządzą hormony, no może testosteron, ale on jedynie mobilizuje i dodaje siły. A te nasze horrory – hormony robią nam watę z mózgu. Targają nami na wszystkie strony jak chcą. A te z nas, które mają dużo tego babskiego badziewia, wiedzą, że tutaj nie ma litości.

cos_bym_tak

Źródło: Shapes.pl

Poza tym my, baby, a przynajmniej wiele z nas, to niezwykle zależne, bezwolne istoty. Zależne od nastroju innych (a w szczególności tego gościa, który zalega obok nas na kanapie), od pogody, od humoru szefa etc. Na ogół nie wierzymy w siebie, nie czujemy się kompetentne, bardzo łatwo nas wrzucić w rolę kogoś, kto gra drugie skrzypce. W ciągu ostatniego roku dwaj faceci powiedzieli mi dokładnie to samo zdanie: „Bo wiesz, wśród ludzi wybitnych, którzy osiągają najwięcej, w ogóle nie ma kobiet”. Prawda. Bo my rodzimy dzieci i dbamy o to, żeby owi osiągający blichtr i sławę panowie mieli pełne brzuchy i wyprasowane ubrania. Choć słyszałam też, że po prostu nie umiemy. Bo nie jesteśmy do tego stworzone. Osiągnięcia nie są dla nas.

W tej sytuacji rodzi się jedno zasadnicze pytanie: Czy my, kobiety, godzimy się na odgrywanie tej drugoplanowej roli, czy nie?
Coraz częściej chyba odpowiadamy, że nie. I dobrze. Choć panowie najczęściej krzyczą: byle bez przesady, żeby wam się w dupach nie poprzewracało od tego wyzwolenia.

No i bądź tu, człowieku, mądry. A ja dziś chciałabym być facetem. Bo mi się wydaje, że im jest bardziej wszystko jedno. Mają gdzieś pogodę, hormony i rozkminianie Bóg wie czego.
To ja idę sprzątać i jeść, żeby te badziewia już mną nie targały.

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Jak nie musicie, to NIC dziś nie róbcie.

O tym, jak odkryłam eliksir młodości tuż przed trzydziestką

O tym, jak odkryłam eliksir młodości tuż przed trzydziestką

Kto mnie zna, ten wie, że pałam dość wyraźną niechęcią do blogów modowych, słitfoci z dzióbkiem, nienawidzę słowa „stylizacja” i dostaję apopleksji, gdy czytam o tym, jak zrobić perfekcyjny manicure. Jestem zaharowaną samotną matką, jak ktoś mnie nie porwie i nie posadzi siłą w salonie kosmetycznym, to max na co mnie stać w stosunku do moich paznokci to pełne politowania spojrzenie, ewentualnie bezbarwny lakier nakładany na szybko o pierwszej w nocy po kąpieli (bo przy bezbarwnym nie widać braków w jakości malowania).

(Eternal – „I wanna be the only one”)

W szczególności hejtersko upodobałam sobie jeden blog, chyba najpopularniejszy w Polsce, którego nazwy nie wymienię, który jednak jest dość częstym źródłem siarczystych facepalmów na cześć porażającej płycizny umysłu i duszy tworzącej go rozpieszczonej celebrytki. Jednak zdarza się, że paradoksalnie blog ten mnie inspiruje. Ostatnio czytałam go i dławiłam się ze śmiechu czytając o tym, że Francuzki są takie szczupłe, bo wolno jedzą i przeżuwają dokładnie każdy kęs oraz spożywają dużo jogurtów własnej roboty, jednak stwierdziłam też przy okazji, że na swoim blogu nie daję czytelnikom prawie żadnych rad. W sumie wychodzę z założenia, że dawanie rad jest bez sensu. Pomyślałam jednak, że może warto Wam chociaż coś polecić, bo dawno tego nie robiłam. Podzielę się więc moim największym ever odkryciem kosmetycznym i trochę zaraz podjadę stylem z bloga modowego.

Otóż pewnego dnia, całkiem niedawno, przy okazji setnej już chyba w tym roku choroby mojego synka, wybrałam się do pobliskiej apteki. Przy okienku mój wzrok spoczął na pewnej niepozornej buteleczce ze złotym, maziowatym czymś w środku. Napisy REWELACJA KOSMETYCZNA oraz PROMOCJA zachęciły mnie, żeby się bliżej zainteresować tym produktem.
„A co to jest?” – zapytałam pani w aptece
Olejek arganowy – odrzekła pani farmaceutka takim głosem, że aż ciarki przeszły mi po plecach – absolutny hit kosmetyczny”. Pani powiedziała to wszystko tak, jakby zdradzała mi sekretny przepis na eliksir młodości.
Wzięłam buteleczkę z olejkiem do ręki i zaczęłam czytać.
„No tak – pomyślałam – kolejny specyfik na wszystko, na trądzik, rozstępy, zmarszczki, suchą skórę, matowe włosy. I to jeszcze olejek. Jasne. Chyba tylko do masażu”. Jednak jakiś diabełek z tyłu podpowiedział mi.
„A Ty co ostatnio zrobiłaś dla siebie?! Kup to, co ci szkodzi”. No i kupiłam. Bo co mi szkodzi?

5ff5b6a5a241b6982869d7eb691aac08

(Źródło: Pinterest.com)

I wiecie co? W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że to niepozorne coś zrobi taką rewolucję w moim życiu. Naprawdę teraz nie przesadzam – jest to totalna rewelacja. Szybko się wchłania i robi ze skórą naprawdę niesamowite rzeczy. To, co piszą o tym olejku w necie, to wszystko prawda. Obecnie zastąpiłam nim kremy do rąk i do stóp, balsam do ciała, odżywkę do włosów, krem po opalaniu, krem do twarzy i pod oczy i balsam do ust. Skóra jest miękka, dobrze nawilżona, wygląda promiennie. Faktycznie pomaga na niedoskonałości i wygładza zmarszczki. Polecam z całego serca, nawet jeśli to tylko efekt placebo. To, co jeszcze jest fajne, to fakt, iż to 100% natury. Zero chemii a efekt naprawdę powalający.
Jedyny minus, to cena. Za małą buteleczkę płacimy 50 zł, a przy używaniu olejku do wszystkich powyżej opisanych celów, taka mała buteleczka wystarczy na kilka dni. Myślę, że warto mimo wszystko zainwestować i wypróbować.

No dobra, to koniec kącika porad. Następna będzie przy kolejnym epokowym odkryciu. A w międzyczasie wrócę do mądrzenia się na temat dzieciarni, związków i wszelkich życiowych zawiłości.

Trzymajcie się ciepło i słonecznie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Blisko, a tak daleko, czyli o współczesnej miłości słów kilka

Blisko, a tak daleko, czyli o współczesnej miłości słów kilka

Kilka lat temu obejrzałam pewien polski film pt. „Wieża” w reżyserii Agnieszki Trzos. Opowiada on o współczesnych okołotrzydziestolatkach, pragnących bliskości i miłości, a kompletnie nie potrafiących po te wartości sięgnąć. O ludziach, których wewnętrzne blokady i lęki spowodowne złymi doświadczeniami z przeszłości, uniemożliwają im stworzenie bliskich związków mimo przepoteżnej chęci. Film ten jest mocny, dosadny, smutny i zostawia ogromny niesmak, choć jego poziom artystyczny nie jest zbyt wysoki.

Parę lat później, w ubiegłym roku, kiedy już zdażyłam zapomnieć o tym filmie, obejrzałam „Wstyd” Steve’a McQueena i gorzkie refleksje powróciły. Film ten jest naprawdę piekielnie dobry, jeszcze mocniejszy i pokazuje wszystko bez ściemy. Jest to jeden z moich ulubionych filmów, nie tylko ze względu na Carey Mulligan i Michaela Fassbendera, absolutnie wspaniałych aktorów, ale również na fakt, że jest do bólu, obrzydliwie szczery. Pokazuje to, o czym ludzie potwornie wstydzą się mówić. A dla mnie kino jest od tego właśnie, żeby po takie tematy sięgać i się z nimi rozprawiać.

99df00903d7b18f02b9d7da2e64bc255

(z filmu „Closer”, reż. Mike Nichols)

Z moich obserwacji wynika, że bardzo wielu współczesnych okołotrzydziestolatków doświadcza mniejszych lub większych problemów z bliskością emocjonalną. Zamiast szczerych relacji, dominują gry, sprawdzanie, związki toksyczne i ranienie się nawzajem. Jesteśmy takimi narcystycznymi sputnikami krążącymi w kosmosie pełnym tęsknoty za prostą, szczerą miłością. To jakiś żywy koszmar. Każdy chce, a prawie nikt już nie potrafi oddać się drugiej osobie, otworzyć się, zaufać. Ze strachem wielkim myślę o tym, na kogo powyrastają nasze dzieci. Wszyscy oddalamy się od siebie, każdy zatapia się w swój własny świat, w swojego Facebooka, z nosem w smartfonie ignorując sygnały prawdziwego przywiązania ze strony innych ludzi. Sama tak robię. Ratunku, jak z tego wybrnąć? Da się jeszcze w ogóle?

Skoro już jestem przy kinie, to wrzucę piosenkę, która wryła mi sie w mózg i wyjść nie chce. Z OST do filmu „Wielki Gatsby”, oczywiście. Rozdzierająco namiętna i żywa, taka jak ta miłość, za którą wszyscy tęsknimy.

(Jack White – „Love is Blindness”)

Optymistycznego zamknięcia na koniec dziś nie będzie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Może next time 😉

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Źle upiekłeś”, czyli moja najpiekniejsza rewolucja

„Jeszcze trochę wyrosnę i pójdę strzelać na wojnę” – powiedział dziś do mnie mój Synek. Zdębiałam, a moja szczęka z potężnym hukiem opadła na podłogę. Zobaczywszy zgrozę w moich oczach Synek dodał troskliwie: „Ale nie martw się, zabiorę Cię ze sobą”. Extra, skaczę pod sufit po prostu.

Dzisiejszy dzień należy do tych niezbyt udanych. Chciałabym go po prostu przeskoczyć i pójść dalej, wzruszyć ramionami na wszystkie te paskudztwa, co się dzieją i powiedzieć: „So what?”. „Nie udało się? – So what?!”, „Nie będzie happy endu? So what?!”, „Masz lepsze opcje? So what?!”. Super by było mieć w d… te wszystkie rzeczy. Dlatego od dziś zaczynam nad tym pracować. „So what?!” od dziś jest moim wewnętrznym głosem. Chórzysta numer jeden, w pierwszym rzędzie.

W celu poprawienia nastroju, postanowiłam upiec z Synkiem ciastka. Takie kruche, waniliowe, jak na Święta. Wyszły, oczywiście, bo jakże mogłyby nie wyjść ciastka z mąki, masła i cukru. Jednak chyba nie trafiłam w smak mojego Synka, który ugryzł ciastko, skrzywił się i z powagą rzekł: „Źle upiekłeś!”. No cóż, moja wina, źle upiekłam. Biorę to na siebie. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

a274814b34f912783c22d5871ac67ff8

Dziś rozmyślam o wielu sprawach (niestety za dużo mam czasu, uroki zamknięcia na całą Majówkę w domu z chorującym dzieckiem), w tym o tym, jak wielką i piękną rewolucję zrobił w moim życiu mój Synek. Oczywiście, czasami myślę, jak by to było, gdybym mogła nagle mieć więcej czasu etc. Jednak wiem i dobrze pamiętam, że zanim stałam się mamą, nie byłam wcale fajna. Mój Synek i relacja z nim zmieniła mnie i dała mi więcej niż jakakolwiek inna relacja w moim życiu. Współcześnie ludzie uciekają od bliskości emocjonalnej, wolą relacje dalekie, zdystansowane. Kochani, z dzieckiem się tak nie da. Z dzieckiem albo jesteś blisko, albo nie jesteś wcale. Dzięki mojemu dziecku nauczyłam się być w bliskiej relacji i cieszyć się tym. Wiem teraz, że umiem i że wszystko ze mną w porządku. Nie boję się czuć potrzebna, kochana, nie boję się też potrzebować i kochać. Boję się za to innych rzeczy. Najbardziej ze wszystkiego boję się samotności (w sensie braku dorosłego partnera w domu u swojego boku). Mam schizy, że na przykład zadławię się jedzeniem, a w domu nie będzie nikogo, kto mnie uratuje. Zupełnie identycznie jak Miranda w jednym z odcinków „Seksu w wielkim mieście”. I – o zgrozo – kota też mam…

Na szczęście te lęki i schizy są krótkie i przemijające. Dobrze, że do końca weekendu już tylko 3 dni i wróci normalność 🙂

Miłej Majówki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!