Monthly Archives: Czerwiec 2013

O tym, że lubię głośną muzę i kolorowe ubrania, czyli o mojej kochanej zumbie dwa słowa

O tym, że lubię głośną muzę i kolorowe ubrania, czyli o mojej kochanej zumbie dwa słowa

O dziecka uwielbiałam tańczyć, kilka razy już o tym opowiadałam. Tańczyłam w domu po parę godzin dziennie, potem zaczęły się imprezy z tańcem i tak przetańczyłam całe lata. Na studiach chodziłam na imprezy po to, by spędzać na parkiecie nieprzerwane pięć godzin, popijając jedno piwo lub wodę przez cały ten czas. Jak zaczęłam na poważnie pracować i tworzyć poważne związki z mężczyznami, to taniec trochę schowałam do szuflady. Jednak, jak się okazuje, moja miłość do tej formy ruchu i ekspresji przetrwała wszystko.

Od 7 lat nie rozstaję się rano ze słuchawkami, a w mojej Empetrójce znaleźć można cały alfabet muzycznych gatunków. Większość z tych kawałków jednak nadaje się do tańca, a jakże 🙂 Chodziłam przez pewien czas na salsę, było świetnie, ale nie złapałam namiętnego bakcyla. Potem zaszłam w ciążę i salsę porzuciłam. Dopiero jak wkrótce po porodzie odkryłam zumbę, to pomyślałam: „To jest to!”. I chodzę teraz przynajmniej dwa razy w tygodniu, a czasami i trzy 🙂 Od razu powiem – wiem, że zumba to nie taniec, tylko raczej fitness, bo sporo osób mnie w tej sprawie poprawia. Wiem. I co z tego ? 🙂

To, co mnie w zumbie urzeka, to przede wszystkim uczucie, które mam w sobie, kiedy tańczę, a także uczucie, które z sobą zabieram do domu po zajęciach. Uczucie spokojnej euforii, tak bym to nazwała. Będąc na zumbie, kiedy tańczę, nie myślę o niczym. Cała jestem tu i teraz, obecna, świadoma, zadowolona, dająca z siebie absolutnie wszystko. Paradoksalnie, mimo iż wracam zmęczona, to mam masę energii i pozytywnego kopa aż do nocy. Każdy, kto mnie dobrze zna, ten wie, że najlepiej oprócz snu i fajnego towarzystwa relaksuje mnie taniec przy głośnej muzie. Wiedzą o tym też moi sąsiedzi, pozdrawiam przy okazji mojego spokojnego i cierpliwego sąsiada z dołu 😉 Moje tańce do głośnej muzyki (w których towarzyszy mi także mój Synek), to zemsta za ciągnący się w nieskończoność remont u Pana Sąsiada w mieszkaniu 😉 A tak serio, to rzeczywiście, dobry bit i ciało wprawione w ruch, to jest dla mnie apogeum szczęścia. Taka już jestem. Tak było zawsze. Wiele osób zarzuca zumbie to, że muzyka, do której się tańczy, jest mało ambitna. No cóż, czytelnicy tego bloga wiedzą, że gustuję w dość ambitnej muzyce, ale też nie stronię od popu. A zumba to czasami uliczne, bezczelne latino, dicho, jak zwał tak zwał. Jeśli jest dobry bit, to nieważne, czy muzyka jest z blokowiska, czy „ąę”, ważne, że można się zapomnieć w tańcu.

Na zajęciach zumby zaznać można hip – hopu, reggaetonu, salsy, samby, cumbii, tanga, mambo… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ja osobiście najlepiej się czuję w reggaetonie i hip – hopie. Booty shakin rządzi!

To, co jest jeszcze fantastyczne w zumbie, to cała otoczka – styl, strój, kolorowe i dźwięczące emblematy. Podobno instruktorzy „zwykłego” fitnessu często nabijają się z zumbowców, że są kolorowi jak papugi. No i super – te kolory wyzwalają jeszcze większą energię. A duża energia na zajęciach równa się wielkiemu zastrzykowi endorfin prosto w mózg. Kolorowe stroje, wspólne logo i te same, znane wszystkim kroki i choreografie sprawiają, że tworzy się wielka, międzynarodowa wspólnota ludzi, którzy tańczą zumbę. Można się spotkać na drugim krańcu świata na maratonie i świetnie się razem bawić. Bez względu na płeć, wiek i gabaryty. Uwierzcie mi, że czasami przychodzą na te zajęcia panie w wieku naszych mam i „wywijają” lepiej niż niejedna osiemnastolatka. A to ja w zumbowym stroju, a co, pokażę się trochę!

zumbabuena

Na koniec moja ulubiona zumbowa piosenka:

Tańczcie więc na zdrowie, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Jestę hipisę – czyli o tym, jak nie mogę się do końca pogodzić z dorosłym życiem

Jestę hipisę – czyli o tym, jak nie mogę się do końca pogodzić z dorosłym życiem

Kochani,

Na początek piosenka, którą po prostu uwielbiam:

Ostatnio coraz bardziej dojmująco uderza mnie pewna gorzka prawda. Życie dorosłego człowieka to nieustanna walka. Pisałam już o tym zresztą. Ciągle zdarza mi się jeszcze czasami łudzić: oo, teraz jest mega ciężko, ale za chwilę już będzie lżej. E, tam. Nie będzie. Chyba, że raz w roku, na urlopie za granicą. Dlatego trzeba robić swoje i próbować przynajmniej uwalniać się od rzeczy, które nas męczą, oczywiście w takim zakresie, w jakim pozwala nam zdrowy rozsądek.

Pierwszym krokiem w stronę wolności od rzeczy, które mnie męczą, była wspomniana ostatnio dezaktywacja konta na Fejsie. Od tego czasu dręczy mnie zespół odstawienia, ale nie jest on tak bardzo uciążliwy jak myślałam (przynajmniej na razie). Co ciekawe – częściej dzwoni mi telefon i przychodzą do mnie smsy – to jest fajne 🙂 Zdarzają się też odwiedziny (dzięki, Sówko) oraz planowane przyjazdy zacnych gości z Wrocławia (tak, tak, tak!).

Dzięki dezaktywacji Fejsa zyskuję masę czasu, to pewne. Czas ten jest mi potrzebny – przeznaczam go na pracę (bo pracuję non stop w zasadzie) oraz mogę mieć też go więcej dla mojego Synka (który bardzo chorował i nadal nie jest w formie). Po ostatnim tygodniu jestem mocno wyczerpana. Wczoraj wieczorem „zaliczyłam” pierwsze w życiu publiczne zasłabnięcie, które mi na szczęście wielkiej krzywdy nie zrobiło, tylko mocno przestraszyło… Hmm, więc czas jest mi potrzebny też na regenerację.

Ale ja chciałam coś o wolności, hipisowatości mentalnej i o uwalnianiu się od codziennych przykrości! Co jakiś czas odgracam sobie mieszkanie, pozbywam się rzeczy, które przeszkadzają, gniotą, zabierają przestrzeń. Lubię też, tak samo jak moja droga przyjaciółka Ania, optymalizować codzienność pod względem dobrego wykorzystania czasu. Jeśli mam gdzieś jechać, wybieram drogę jak najkrótszą. Jeśli mam coś załatwić, a przy okazji mogę załatwić jeszcze coś innego, to tak robię. Jeśli mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, za jednym zamachem – zawsze to robię. Tej optymalizacji nauczyło mnie macierzyństwo. „Schody” zaczynają się dopiero wtedy, gdy tak już zapierniczam, że nie mam czasu nawet myśleć o tym, jak sobie by tu wszystko zoptymalizować. Własnie teraz tak mam.

Przy tym trybie życia długo nie pociągnę. Coś się musi zmienić. Najpierw muszę dożyć urlopu, a po powrocie pomyślę nad optymalizacją swojej codzienności i wprowadzeniu weń powiewu hipisowskiej wolności…

2ae6e181358ab41a4c289767c59ca33a

Źródło: Pinterest.com

Trzymajcie się ciepło i spokojnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Lubię wolność – o tym, dlaczego dezaktywowałam konto na Fejsie

Lubię wolność – o tym, dlaczego dezaktywowałam konto na Fejsie

Dziś, po kilku miesiącach rozważania tego kroku, dezaktywowałam konto na Facebooku. Powodów jest wiele, o tym za chwilę. Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? Bo nie chciałam stracić fanpage’a Nie Tylko Mamy. Myślałam, że się nie da uśpić/usunąć konta, a zostawić fanpage’a. Dziś jednak wpadłam na genialny pomysł, żeby po prostu komuś innemu przekazać uprawnienia administratora! Tym samym fanpage nadal żyje, a moje prywatne konto jest aktualnie w śpiączce.

To teraz przejdę do powodów:

1. Facebook stał się dla mnie pożeraczem czasu, potęgującym zmęczenie – ostatnio narzekałam, że nie mam czasu czytać. A na Fejsie spędziłam w ostatnich latach z miliard durnogodzin, spędzonych kompletnie na niczym z wyjątkiem oglądania obrazków czy czytania statusów. Jak sobie myślę, ile rzeczy pożytecznych, ważnych, ciekawych mogłam zrobić w tym czasie, to mnie szlag trafia.

2. Zaczęłam mieć poczucie, że tracę kontrolę, że nieświadomie, a nawet trochę wbrew sobie siedzę z nosem w telefonie, zamiast bawić się czy rozmawiać ze swoim synem. Jak w nałogu, sprawdzałam Fejsa sto razy na godzinę. Naprawdę nie wiem po co. Cenię sobie wolność, nie lubię mieć poczucia, że ktoś lub coś mną steruje, a przyznaję szczerze, że uzależnienie od Facebooka zaczynało już wymykać się spod mojej kontroli.

3. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam pojęcia, ilu z prawie 400 moich znajomych to ludzie naprawdę mi życzliwi (bo bliskich to jest mniej niż palców jednej ręki), a ilu ma gdzieś moje życie i zagląda na mój profil ze wścibstwa, ciekawości, czy nawet w celach zwyczajnie szyderczych. Kilku osobom szczególnie dziękuję za uświadomienie mi tego.

4. Poza tym, kontakty z ludźmi na Facebooku, mimo iż znacznie częstsze i szybsze, stały się dużo płytsze. Miałam już dość dialogów w stylu:

JA: Dlaczego się ostatnio nie odzywasz?
X: Bo na Fejsie widziałam, że u Ciebie wszystko w porządku.

No, cholera. Oglądanie profili na Facebooku zastępuje rozmowę, serio?

5. Podobnie jak w punkcie pierwszym – zaczęłam czuć męczący i duszący przesyt informacjami. Taki ze mnie egzemplarz, który cierpi na nadwrażliwość sensoryczną. Mam zmysły Wiedźmina, jestem wysoko reaktywna jeśli chodzi o typ temperamentu, więc nadmiar bodźców raczej mi szkodzi niż pomaga. Dlatego też będę je rozsądnie ograniczać.

6. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że konto na Facebooku łatwo jest zastąpić. Zdjęcia można wrzucać na Picasę i Instagram, ładne obrazki oglądać na Pintereście, czatować na Gmailu, a wiadomości, jeśli nie ma się możliwości zadzwonić, można pisać na adres mailowy. Wrzucanie statusów? No cóż, jest Twitter. Ja nie używam i nie zamierzam używać, a „statusy”, w dłuższej formie, mogę wrzucać na bloga.

Jeszcze jedno: robię to po prostu dla siebie (a także dla swoich najbliższych). Robię, bo mam odwagę eksperymentować i zmieniać swoje życie tak, żeby było lepiej!

Jest jedna rzecz, której będzie mi brakować – informacji o wydarzeniach kulturalnych. Jednak wierzę, że jeśli ktoś będzie chciał mnie gdzieś zaprosić, to i tak mnie zaprosi używając maila lub telefonu, a ja – jak będę chciała gdzieś się wybrać, to użyję Google’a lub po prostu znajomych, żeby się dowiedzieć, co się dzieje „na mieście”.

Uff… 🙂 Dobrze mi z tą decyzją, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Nie powiem, że polecam, bo to indywidualna sprawa. Jednak czuję, że dla mnie to dobry krok.

57308d67dece4c519778e9f6727a8cd8

Źródło: Pinterest.com

Jestem zła i zamierzam to wykorzystać w dobrym celu

Jestem zła i zamierzam to wykorzystać w dobrym celu

Jestem dzisiaj zła. Zła, bo ostatni rok doprowadził mnie do stanu, kiedy mój organizm bije na alarm, a ja nie mam nawet czasu porządnie się zająć sobą i zadbać o powrót do równowagi. Jestem zła, bo czuję się przepracowana i skrajnie zmęczona. Tylko, że ja nie przyszłam tu narzekać. Zasiadłam do komputera z postanowieniem, że napiszę coś hm.. światopoglądowego. Może zrecenzuję jakąś książkę, którą ostatnio przeczytałam albo opowiem o ciekawym filmie. Bardzo zabawne. Owszem, byłam ostatnio na Gatsbym, owszem. Było fajnie. Rozrywka, przerywnik, miło się ogląda. Dziękuję, pozdrawiam.

Jeśli chodzi o książki, moją wielką życiową miłość, ostatni raz miałam czas, by je czytać, jak byłam w ciąży. Od tego czasu czas na czytanie to wyszarpane skrawki z mojego zabieganego życia, najczęściej kosztem snu. Dlatego marzy mi się takie miejsce, tylko dla mnie, stos książek, wino i pyszne, śródziemnomorskie jedzenie. Ewentualnie może być i kuchnia polska. Z odpoczynkiem w Polsce jest tylko jeden problem: z pogodą nigdy nic nie wiadomo… A ja uwielbiam słońce i ciepło.

reading

Wracając do złości – jestem zła, że daję sobie często wejść na głowę. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby sobie nie zaszkodzić, powiem tylko jedno – wiem, że muszę to zmienić. Dlatego złość zamierzam przekuć na konstruktywne wnioski. Resztką sił stawię czoła przeciwnościom losu. Może dorosłe życie polega na ciągłym, bezustannym stawianiu czoła tym cholernym przeciwnościom? Może polega też na wiecznym, niespełnionym pragnieniu świętego spokoju?…

keep_calm_and_use_the_force_by_canha-d5obofp

Spokojnego weekendu, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy, jeśli możecie, odpoczywajcie – ile wlezie!

Próżność, czyli nieco o tapetowaniu

Próżność, czyli nieco o tapetowaniu

Dziś nie bardzo potrafię pisać na tematy głębsze, czas więc znów na kącik porad. Tym razem porada po hasłem: Co zrobić ze zmęczonym, szarym, sinawym matczynym obliczem, żeby wyglądało ładniej?

Otóż zwykle w sezonie jesienno – zimowym moja cera woła o pomstę do nieba. A jeśli w okresie jesienno – zimowym jeszcze akurat pracuję w klimatyzowanym pomieszczeniu, to jest już w ogóle jesień średniowiecza dla mojej twarzy. Moja twarz z zasady preferuje ciepło, słońce, morskie powietrze i wiatr, więc wszelkie inne warunki atmosferyczne sprawiają, że moja cera to wyraźnie manifestuje w niezbyt estetyczny sposób. A jeszcze od czasu, gdy jestem matką, na wiecznym niedoczasie, śpiącą po 4 godziny w nocy i zapracowaną, to robię się na twarzy po prostu trupio blada z sińcami pod oczami i jakimiś dziwnymi upstrzeniami gdzieniegdzie. No masakra. Dlatego, żeby od października do maja jakoś po ludzku wyglądać (a tak w zasadzie to zanim nabiorę porządnie słońca na jakichś zagranicznych wakacjach), to muszę nakładać tapetę. Ostatnio gdzieś w okolicach kwietnia zawlokłam więc moje oblicze do Douglasa z błagalną prośbą: dajcie mi coś, co sprawi, że będę wyglądać na mniej zmęczoną. Panie w Douglasie są bardzo pomocne i miłe, więc w mig dostałam coś, co miało mi odmienić życie (podkład + puder). Oczywiście, odmienione życie miało także wypłukać mi portfel, ale jak spojrzałam w lustro, to wiedziałam, że nie mam wyjścia. Poszłam do domu, nałożyłam te cuda na twarz i faktycznie zachwyciłam się. Jakieś tam nierówności, przebarwienia, niedoskonałości szlag trafił. Twarz odmłodniała. AA! Pięknie. Gorzej jest jak to wszystko zmywam wieczorem. Myślę sobie myślę: „Weź, kobieto, tak świata nie oszukuj”, no ale trudno. Zamierzam dalej trochę oszukiwać 😉

Ostatnio, jak myślałam, że zgubiłam mój cudowny puder, to prawie wpadłam w histerię. „O Boże, jak się ludziom pokażę!” – serio, tak myślałam. Tzn. to nie tak, że mi się nie zdarza wyjść bez makijażu. Zdarza mi się niezwykle często, głównie na mojej dzielni, gdy idę do Biedronki czy na zumbę, w sumie nikt nie odwraca wzroku i nie ucieka z przerażeniem, więc jakiejś masakry nie ma. Ale o dowód w monopolowym już by mnie raczej nie poprosili 😉

Aha, to ja teraz powiem, co to za cudowne kosmetyki. Z tym jest pewien problem, bo nazwa marki jest równie fortunie brzmiąca na polskim rynku, jak słynny Osram. Mianowicie firma nazywa się Pupa, a tak dokładnie Pupa Milano. Super świadomość, że co rano nakładam Pupę na twarz. Awesome. No ale ważne, że efekt jest 🙂

Oto te cuda, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Jeśli czujecie się zachęceni, to się cieszę, używajcie na zdrowie;-)

Podkład Non – Transfer

pupa

Puder Silk – Touch

puder