Monthly Archives: Lipiec 2013

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.2 – recenzja od serca

Witajcie Kochani! Mamy piękną pogodę. Uwielbiam lato. Chciałabym, żeby trwało wiecznie, dlatego dzisiaj dalej będę pisać o wakacjach we Włoszech. Na początek jednak piosenka, którą przypomniałam sobie surfując po Youtubie (a w zasadzie robiąc sobie wycieczkę sentymentalną), ech, kiedyś tańczyłam do tego na dyskotekach szkolnych, oj tańczyłam:

To na początek parę słów o moich obserwacjach z włoskiej plaży. Włosi są piękni – zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Bardzo lubię taki ciemny, śniady typ urody, więc zachwycałam się na każdym kroku. Oni są wszyscy śliczni i zgrabni z natury. Mało za to widziałam na plaży wysportowanych ciał, wyrzeźbionych poprzez wysiłek fizyczny. Naszła mnie taka refleksja, że ci młodzi Włosi powinni zaznać zumby 😉 Jeszcze jedna ciekawostka – prawie nie widywałam na plaży Włochów, którzy nie mieliby tatuażu. Jakieś 80% włoskich ciał przyozdabiały przeróżnej maści tatuaże, w większości niestety marnej jakości. Stwierdziłam, że ja to jednak starej daty jestem i nie podzielam tego tattoo – entuzjazmu. Zwłaszcza, gdy patrzę na wytatuowane panie w wieku naszych mam. Nieciekawie wygląda dostojna starsza kobieta z wielkim jednorożcem na szyi lub z kotkiem na łopatce. No, ale co kto lubi 😉

To teraz, tak jak obiecałam, napiszę coś więcej o miejscu, w którym nocowaliśmy. Miejsce to znajdowało się w odległości 6 km od miejscowości Garda. Znaleźliśmy je całkowicie przypadkiem, za pomocą Google 🙂 Prowadzi je czteroosobowa rodzina – starsze małżeństwo Patrizia i Valeriano wraz z dwojgiem dorosłych dzieci – Vittorią i Carlo. Są to przemili, przeuroczy ludzie. Patrizia i Valeriano mają prawietrzydziestoletnie doświadczenie w turystyce, gdyż od lat prowadzą campingi dla przyczep. Mają także swoją restaurację. A w tym sezonie otworzyli gospodarstwo agroturystyczne, w którym mieliśmy okazję wypoczywać. Było to sześć osobnych domków. My mieliśmy do dyspozycji parter domku (a na górze nikt nie mieszkał, bo góra nie była oddana do użytku) – ponad 40 m2 przepięknie urządzonej przestrzeni. Przed wejściem do domku był taras, na którym codziennie jedliśmy śniadania i kolacje. Wystarczyło przekroczyć rano próg domu i można było podziwiać uspokajający widok na dużą winnicę. Wino zrobione z tych winogron powitało nas zaraz po przyjeździe, położone na stole wraz z świeżo upieczonym ciastem i liścikiem powitalnym.

IMG_0284

IMG_0245

Nasi gospodarze przywieźli nas ze stacji kolejowej na miejsce, oddali również do naszej dyspozycji dwa nowe rowery z fotelikiem dla dziecka i kaskiem. Mimo, iż nie mieliśmy własnego samochodu, nie odczuliśmy tego zbyt mocno, gdyż nasi gospodarze wiele razy podwozili nas nad jezioro, na zakupy i bardzo nam we wszystkim pomagali. Oprócz noclegu, gospodarze zapewniali produkty niezbędne do przygotowania obfitego i pysznego śniadania (wędliny, sery, pieczywo, płatki śniadaniowe, ciasteczka, kawa, woda, soki, mleko etc.). Nasze mieszkanie było świeżo wyremontowane, wszystkie sprzęty były nowe. Mieszkanie wyposażono w luksusową łazienkę, kuchnię, ekspres do kawy, kuchenkę, telewizor i klimatyzator. Do naszej dyspozycji były pachnące ręczniki i szlafroki, ogromne łóżko, wygodne fotele. Naprawdę niczego nam nie brakowało.

fotele

Z całego serca polecamy usługi naszych gospodarzy, tutaj strona zrzeszająca je wszystkie:

http://www.gardacenter.it/

A tutaj podstrona poświecona gospodarstwu agroturystycznemu:


http://www.gardacenter.it/?page_id=253

Jeśli ktoś pragnie ciszy, spokoju, zieleni – to jest to miejsce dla takiej osoby. Jeśli Wasze dzieci potrzebują wielu atrakcji, żeby się dobrze czuć, to raczej nie polecam. To jest miejsce dla dzieci, które potrafią się bawić tym, co mają pod ręką, nie są zbyt rozpieszczone i lubią obcować z przyrodą. Rozpieszczonym mieszczuchom odradzam 😉

IMG_0631

IMG_0566

Z ciepłem i uśmiechem wspominać będę pobyt w Agroturismo Casalmenini. W drodze powrotnej z Włoch do Polski musieliśmy zaliczyć nocleg w Bolonii, skorzystaliśmy z hostelu B&BStazione, którego niestety nie polecam. Upał nieziemski, brakuje klimatyzacji, w pokojach nie ma łazienek, są dwie w całym hostelu, koedukacyjne. Goście palą papierosy w kuchni, właścicielki nie ma na miejscu, więc nie ma również poczucia bezpieczeństwa. Przez całą noc nie zmrużyłam oka, z powodu potwornego skwaru oraz hałasów dobiegających z korytarza i kuchni. Odradzam, choć rzeczywiście, tak jak można wyczytać w necie, jest to hostel bardzo, bardzo blisko Stazione Centrale w Bolonii. Niestety jest to jedyna zaleta tego miejsca.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę do Włoch i będę mogła poznać więcej pięknych zakątków tego kraju. Jestem zauroczona!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A jutro cieszcie się piękną pogodą, prognozy na najbliższe dni są cudne 🙂

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Boskie włoskie wakacje cz.1 – recenzja od serca

Niestety już prawie zapomniałam o tym, że byłam na wakacjach. Tryb „codzienność” włączył mi się bardzo szybko. Wrócił dziki zapiernicz, choć nawet nie byłam jeszcze w pracy. Wróciło ogarnianie wszystkiego w dzikim tempie. Mam wrażenie, że odkąd wróciłam, to nawet nie chwilę się nie zrelaksowałam. Ciągle coś piorę, sprzątam, ogarniam. Nie licząc chwil, gdy robię się tak potwornie śpiąca, że po prostu urywa mi się film, bo tak ostatnio mam. Jak stoję, tak padam i nie ma zmiłuj. Od poniedziałku wracam na stanowisko pracy i z jednej strony, wiadomo, będzie ciężko, z drugiej, hmmm, nie mogę się doczekać 🙂

8923f0a384b671d7db8ae0a6c8eccdce

(Źródło: Pinterest.com)

Chciałabym jednak wprowadzić się jeszcze na chwilę w klimat Italii i przypomnieć sobie wyjazd i związane z nim przyjemności. Od razu powiem, że pierwszy raz postanowiliśmy, że nie skorzystamy z wyjazdu zorganizowanego, tylko pojedziemy na własną rękę. Od razu powiem, że był to doskonały pomysł. Lokalizację, czyli okolice Jeziora Garda (Lago di Garda) polecili nam znajomi Włosi. Zakwaterowania szukaliśmy w Internecie. Po kilku dniach poszukiwań udało się znaleźć przepiękne miejsce – Agroturismo Corte Patrizia. Otoczona winnicami posiadłość urzekła nas swoim położeniem i skusiła bardzo atrakcyjną ceną. Oczywiście, wyjeżdżając trochę się bałam, że będzie mało luksusowo, że będziemy spać z ćmami, pająkami i jaszczurkami, jednak tak bardzo spragniona byłam zmiany klimatu, że w sumie nawet na takie warunki byłabym skłonna przystać 😉

Zanim przejdę do opisu miejsca, opowiem trochę o podróży. Najłatwiej dostać się w pobliże Gardy z Verony, która położona jest w odległości 40 km od jeziora (od najbardziej znanych miejscowości Garda czy Bardolino). Jednak w czasie, gdy my lecieliśmy na wakacje, nie było tanich biletów lotniczych do Verony, tylko do Bolonii (ach, ten Ryanair). Z Bolonii pojechaliśmy pociągiem do Verony, z Verony do miejscowości Domegliara, a stamtąd nasi gospodarze odebrali nas samochodem i przywieźli do docelowego miejsca. Mój Synek był bardzo dzielny, rezolutny, świetnie zniósł lot oraz jazdę w pociągu, w którym popsuła się klimatyzacja. Niestety, ja wszystko znosiłam gorzej niż on, ponieważ wyjeżdżałam z Warszawy totalnie przemęczona, cała spięta i w nerwach. Zmęczone oczy, mięśnie, mózg dawały mi się bardzo we znaki. A anemia w tym nie pomagała. Poza tym zmiana otoczenia to w mojej głowie pojawienie się nowych zagrożeń czyhających na moje dziecko. Więc w podróży oraz na początku pobytu w nowym miejscu miałam permanentną nerwicę, że lada chwila mój Synek zje coś zabójczego z ziemi, wlezie pod pociąg, zachłyśnie się wodą podczas kąpieli w jeziorze albo zostanie ugryziony przez bezpańskiego psa. O osach i szerszeniach już nawet nie wspomnę. Teraz jak sobie przypominam swojego nerwa to mi się śmiać chce, ale wtedy nie było mi za bardzo do śmiechu. Na szczęście po tygodniu mi przeszło. Zresztą, tak jak pisałam, mój Synek był bardzo wyluzowany i w gruncie rzeczy całkiem grzeczny, więc daliśmy radę.

W ciągu tych dwóch tygodni mój Synek bardzo się rozwinął. Oprócz tego, że nawija po włosku,niemiecku i – chyba – holendersku, to jeszcze charakterek mu się rozrósł i oto po wakacjach mam w domu Zbuntowanego Prawie Trzylatka w pełnej krasie. Niestety nie zawsze jest to fajne. Śmiesznie jest, gdy chcąc się odgryźć cytuje swój ulubiony komiks o ryjówkach i mówi do mnie „Ty mała padlino”, jednak gdy do ciumkającej nad nim przemiłej sąsiadki odkrzykuje „Idź sobie ty pani brzydka”, to trochę spalam cegłę i oddalam się zawstydzona.

Wracając jeszcze do mojej nerwicy: zaobserwowałam, że podczas pierwszego tygodnia wakacji schodziły ze mnie stresy i napięcia. Przejawiało się to w zachowaniach graniczących z obłędem. Chciało mi się wyć z przemęczenia. Poza tym dopadły mnie wszelkie możliwe uciążliwe schorzenia, w tym nie dająca się niczym wyjaśnić potworna alergia, z bąblami na ciele, kichaniem i łzawieniem oczu. Mój organizm dostał świra z daleka od morderczego codziennego zapieprzania. Zamiast się zrelaksować, rozregulował się zupełnie. Dopiero po tygodniu wygrzewania się na słońcu, jedzenia samych pyszności, kąpania w jeziorze i pływania statkami, mój organizm zrozumiał, że może się odprężyć. Jak do niego w końcu dotarło, to trzeba było wracać. Wracać i przeżywać nocowanie w badziewnym hostelu w Bolonii (zmusił nas do tego bardzo wczesny poranny lot), w dzikim upale w pokoju bez klimy, wstawanie o 4:30 i lot z turbulencjami (a ja się boję latać nadal, choć jest już o niebo lepiej).

Jest już późno, więc o naszej cudownej kwaterze (a w zasadzie domku, stylowym, przytulnym, eleganckim) w Rivoli Veronese oraz o tym, jak spędzaliśmy czas, opowiem przy innej okazji.

(P.S. Aha! Bardzo ważna rzecz! Bez Facebooka da się żyć, zyskuje się masę czasu. Przeczytałam trzy książki w ciągu trzech tygodni, dawno nie było tak dobrze!)

A tymczasem, na dobranoc stary, bardzo minimalistyczny teledysk do piosenki w wykonaniu pani o przepięknym głosie:

Śpijcie dobrze, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Ciao Bella Italia! – czyli bolesny powrót do zimnej ojczyzny

Ciao Bella Italia! – czyli bolesny powrót do zimnej ojczyzny

Wczoraj przylecieliśmy z powrotem do Warszawy po dwóch magicznych tygodniach spędzonych we Włoszech. W ciągu najbliższych dni napiszę szczegółowo o naszym pobycie tam. Teraz powiem tylko – żałuję, że nie mogliśmy tam zostać na zawsze. Tak bardzo nam się podobało… Byliśmy na wsi, nad jeziorem Garda, otoczeni winnicami, górami, otwartymi przestrzeniami. Ludzie nas goszczący byli przyjaźni i bardzo mili, mieliśmy tam po prostu WSZYSTKO. Po wakacjach mam w głowie wiele refleksji. Jedna z nich wynika zarówno z tego, że podobno większość Włochów posiada własną ziemię, jak i z lektury przepięknej książki Alexandry Fuller „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy”, opisującej losy pewnej brytyjskiej rodziny mieszkającej w Afryce. Otóż, wydaje mi się, że bez względu na to, czy jest się biednym czy bogatym, posiadanie własnej ziemi daje niczym niezastąpione poczucie bezpieczeństwa. Ziemię się kocha tak, jak kocha się drugiego człowieka. Poza tym mam jeszcze jedną refleksję: wolę wieś od miasta. Wolę życie na mniejszą skalę. Wolę naturę od architektury. Męczą mnie duże budynki, wykańczają tłumy. Za dużo bodźców, za dużo wszystkiego. Im ciszej i im mniej wszystkiego, tym lepiej odpoczywam. A najbardziej ze wszystkiego lubię pływać statkiem.

Italia

Chcę wrócić do Włoch! Warszawa powitała nas wiatrem i 15 stopniami na termometrze. Gdy wyjeżdżaliśmy z Włoch, na termometrze było 37 stopni, lekki wiatr i błękitne niebo. Wszędzie zieleń i uśmiechnięci ludzie. Czuję, że szybko wpadnę w pourlopową depresję.

Włochy

Wieczorami, w naszym ślicznym i wygodnym wakacyjnym domku, oprócz bajeczek na kanale Cartoonito, oglądaliśmy stację Capital, na której emitowano bardzo stare przeboje, z lat 70, 80 i 90. Przypomniałam sobie parę pięknych piosenek, a także poznałam parę nowych.

Dla przypomnienia k.d.lang:

A oto kawałek, którego nie znałam, a który przypomina mi nieco współczesne, stylizowane granie Mayera Hawthorne’a:

Wkrótce napiszę więcej o naszych wakacjach, a tymczasem wstawiam siódme pranie 🙂

Trzymajcie się ciepło, drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Temat zastępczy, czyli mała recenzja ciekawej książki

Temat zastępczy, czyli mała recenzja ciekawej książki

Dziś zamiast pisać o tym, jak upływa mi czas oczekiwania na wyjazd wakacyjny, napiszę o pewnej książce. Szczerze mówiąc, okropnie żałuję, że już kończę ją czytać, bo takie lektury właśnie powinno się zabierać na wakacje. Takie, które bawią, wzruszają, poruszają i wciągają.

Taka jest właśnie „Towarzyszka Panienka” Moniki Jaruzelskiej. Jest to zbiór wspomnień córki gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zanim sięgnęłam po tę książkę, wiedziałam, kim jest Monika Jaruzelska, że jest stylistką, dziennikarką i bardzo ładną kobietą. Zanim przeczytałam tę książkę, nigdy nie przeszkadzało mi jej nazwisko. Podejrzewam, że wielu osobom z pokolenia naszych rodziców przeszkadzało bardzo.

Towarzyszka-Panienka_Monika-Jaruzelska,images_big,11,978-83-7700-124-0

Książka jest bardzo zgrabnie i zabawnie napisana, w formie krótkich impresji, wspomnień z różnych momentów życia pani Moniki. Czytając, można zbliżyć się do niej, poznać ją, zorientować się, z jaką osobą ma się do czynienia. Czytam i widzę dobrą i inteligentną dziewczynę. Z jednej strony bardzo rozpieszczoną (szczególnie zapadły mi w pamięć brylantowe kolczyki i kreacje od wielkich projektantów, noszone przez nią w czasach, w których wiadomo – nikt nic nie miał), z drugiej strony samotną chłopczycę, córkę zimnej, narcystycznej matki i wiecznie nieobecnego, zdystansowanego ojca. Kobietę panicznie bojącą się prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem. Nie można pani Monice odmówić jednego – miała w życiu wielkie szczęście. To, że nie zmieniła nazwiska było z jednej strony aktem odwagi, a z drugiej – nie ukrywajmy – w wielu przypadkach to właśnie nazwisko otwierało jej wiele furtek. Mimo całej sympatii odniosłam wrażenie, że pani Monika, podobnie jak Kasia Tusk, nie musiała się w życiu wiele napracować, żeby osiągnąć sukces. On po prostu przychodził sam, wraz z nazwiskiem.

Polecam Wam tę książkę gorąco, do własnego rozważenia, a także dla rozrywki po prostu. Bo momenty są przezabawne i bardzo, bardzo ciekawe.

Miłej lektury, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

P.S. Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Przygotowania do wyjazdu, dziki upał oraz szczypta wspomnień z Nowych Horyzontów

Przygotowania do wyjazdu, dziki upał oraz szczypta wspomnień z Nowych Horyzontów

Za parę dni wyjeżdżamy. Powoli zaczyna się amok przed wyjazdem. W pracy kończę wiele rzeczy i załatwiam sprawy tak, żeby nie zostawić osobom z mojego zespołu zbyt wielu rzeczy do roboty pod moją nieobecność. W głowie mojej szaleje już lista zakupów na wyjazd. Do tego w duchu modlę się, żeby nasz Synek w pełni wyzdrowiał przed wakacjami. Ostatnie miesiące upłynęły nam pod znakiem ciągłego chorowania. Aktualnie Maluszek przyjmuje kolejny antybiotyk. Może zmiana klimatu na Śródziemnomorski i przejście na włoską dietę nam pomoże dojść do siebie. Kto wiem – może i z moją anemią sobie poradzimy? Muszę przyznać, że im bliżej wyjazdu, tym więcej pozytywnych myśli pojawia mi się w głowie. Chciałabym już po prostu być na miejscu i cieszyć się włoskim słońcem i pięknymi widokami.

Mam nadzieję, że ten wyjazd mnie uspokoi, złagodzi wszelki ból i cierpienia, których doznałam w ciągu minionego roku, że w ciągu tych trzech tygodni złapię odpowiedni dystans do codzienności. Mam też nadzieję, że pozwoli mi na tyle zaspokoić podstawowe potrzeby, że znajdę czas i miejsce na sprawy wyższe, że mój zmysł estetyczny zostanie nakarmiony, że wrócę pełna przepięknych wspomnień.

Przy okazji przypomniał mi się cytat, który ostatnio bardzo mi się spodobał. Są to słowa jednej z moich ulubionych współczesnych aktorek, uroczej retro – dziewczyny, czyli Zooey Deschanel.

zooey

A tak w ogóle, to ostatnio ponownie odkryłam pewną piosenkę. Szczerze mówiąc, znałam ją dobrze, a nie miałam pojęcia, kto ją śpiewa. Teraz już wiem. O, potęgo Internetu! 🙂

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Dziś jest zbyt gorąco, by pisać z polotem, więc nie piszę już dalej.

P.S. Uwaga! Będzie wspomnienie. W 2002 lub 2003 roku pracowałam po raz pierwszy jako wolontariusz przy Festiwalu Nowe Horyzonty w Cieszynie (moja przygoda z tym Festiwalem trwała wiele lat i zakończyła się definitywnie w 2010 roku, ale o tym może przy innej okazji). Moja rola na owym pierwszym Festiwalu polegała na doglądaniu wystawy pewnego polskiego artysty, którego nazwiska tu nie przytoczę. Jego dzieł kompletnie nie rozumiałam, gdyż były to kształty przypominające krzyż zrobione podobno z mięsa (na szczęście chyba nie ludzkiego). W towarzystwie tych dziel, w okropnym upale, spędzałam całe dnie, ożywiając się jedynie wtedy, gdy do galerii wchodził ktoś w celach doznania sztuki… Wpadali przeróżni goście, mieszkańcy Cieszyna (mojego rodzinnego miasta nota bene), goście festiwalu, głównie ekscentryczni artyści. Najczęściej wpadał do mnie na pogaduchy – przeważnie o tym samym, czyli o Janie Himilsbachu – pewien dziennikarz/pisarz/dokumentalista, którego nazwisko również zachowam dla siebie. Ów starszy pan, mimo iż nieco mnie przerażał (nie miał połowy zębów, rzucał dzikie spojrzenia i bardzo dziwnie się ubierał), niewątpliwie ubarwiał moje szare dni i czasami wręcz dosypywał do nich trochę adrenaliny. Było tak na przykład w dniu, w którym w Cieszynie zapanowały dzikie upały. Mój ekscentryczny znajomy przyszedł do mnie tuż po obejrzeniu filmu „Upały” Ericha Seidla. W dwóch zdaniach streścił mi fabułę, spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i wycedził „Dziś jest zbyt gorąco, by mordować”. Wypowiedziawszy te słowa po prostu wyszedł, a ja zostałam z tym jego tajemniczym zdaniem, otoczona sztuką (z) mięsa. Ciarki mam do dziś na samo wspomnienie.