Monthly Archives: Wrzesień 2013

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

O tym, że po trzydziestce nic się już nie ukryje, czyli o odkrywaniu samo – prawdy

Dziś widziałam się z moją przyjaciółką. Wiele nas łączy. Wiek, przeżycia, pewne predyspozycje psychologiczne, nawet bliźniacze doświadczenia z szefowymi – kobietami. Spotykamy się dość rzadko, jednak zawsze rozmawiamy o poważnych odkryciach i różnych zawiłych życiowych sprawach. Dziś na przykład, między innymi, rozmawiałyśmy o tym, że po trzydziestce odkrywamy prawdę o sobie. Jakby spadły nam różowe okulary. Widzimy, że pewne rzeczy, które wydawały się błędami, czy nawet schematami zachowań mogącymi ulec naprawie – są prawdą o nas samych, są nami, budują nas i koniec. A to, co było wcześniej „lekko”, „trochę”, „delikatnie” kształtuje się w nas w coś solidnego, w masę, w stan, w skostnienie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że wkraczając w wiek średni stajemy się naszymi błędami i zaburzeniami. Nie ma ucieczki. Zaczynają się też różne dolegliwości fizyczne, których wcześniej nie było albo pojawiały się tylko w lekkim stopniu. Czas więc po prostu pogodzić się ze sobą i z własnymi demonami. Oraz z tym, że młodość nigdy nie wróci, ale to nic, teraz też jest fajnie. Tylko inaczej.

Nie mam dziś siły pisać zbyt wiele, bo ten weekend był intensywny. Kolejny z trzech antybiotyków, które ostatnio brałam, zwalił mnie z nóg. Wczoraj przespałam pół dnia. Mam nadzieję, że będzie teraz dobrze. Powoli też oswajam się z samo – prawdą. Osiągnęłam chyba pełen obraz siebie, bez zaprzeczania, bez ściemy. Wiem, jaka jestem i nie wstydzę się tego. Zarówno te jasne, jak i ciemne strony, które mam w sobie, są moje i odpowiednio oswojone, mogą być dobre. Jestem wdzięczna losowi, za moich bliskich, prawdziwych, mądrych twardzieli, którzy są przy mnie mimo wszystko 🙂

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

ddadc2c1c007ba7d3192d359d2e46801

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dlaczego już nigdy nie zatrudnię niani, czyli zaległy wpis ku przestrodze

Dawno temu pisałam Wam o tym, że musiałam zwolnić nianię w trudnych okolicznościach. Było to pod sam koniec ubiegłego roku. Była to już druga niania, którą zwolniłam. Pech? Zdecydowanie tak. Opowiem może po kolei o tym, co miało miejsce. Na początek piosenka, piękna i bardzo smutna, zawsze wywołuje u mnie łzy.

Zacznę może od tego, że w czerwcu 2012 poszłam do pracy po osiemnastu miesiącach przerwy. Przez cały ten czas byłam z moim Synkiem w domu. Między nami była wielka, głęboka więź, która mimo różnych późniejszych zawirowań przetrwała w nienaruszonym stanie – myślę, że właśnie dlatego, że tyle czasu poświęciłam Synkowi po jego urodzeniu. Znam go najlepiej na świecie i widziałam na własne oczy wszystkie ważne chwile w jego życiu. Niestety w czerwcu musiałam, nagle i gwałtownie pójść do pracy, właściwie z dnia na dzień. Tak się złożyło. Nie chciałam Synka posłać do żłobka, bałam się tego, nie chciałam fundować mu tak dużej zmiany. Dzięki mojej koleżance, udało mi się znaleźć nianię. Pracowała ona dotychczas u znajomych mojej koleżanki, jednak ich dziecko poszło do przedszkola i niania szukała pracy. Niania przyniosła ze sobą referencje. Była studentką pedagogiki, mieszkała w tej samej dzielnicy, więc wydawała się być idealną kandydatką. Dodatkowo przypominała trochę ulubioną nianię mojego Synka, Małgosię, która przez jakiś czas raz w tygodniu zajmowała się nim przez parę godzin. Nie miałam czasu zbyt głęboko się zastanawiać, czy słuchać przeczuć. Potrzebowałam kogoś od zaraz, a ona była wolna, miała dobre referencje od znajomych i kierunkowe wykształcenie. Postanowiłam ją zatrudnić. Zaczęłam nową pracę. Borykałam się z długimi dojazdami i w efekcie nie było mnie w domu przez ponad 9 godzin. Mój Synek bardzo źle znosił rozstanie, a ja chyba jeszcze gorzej. Czułam się najgorzej w życiu. Nie dość, że byłam samotną matką, to jeszcze nie mogłam znieść gwałtownej rozłąki z dzieckiem i poczucia, że ktoś inny, ktoś obcy go teraz wychowuje. Nigdy w swoim życiu, a wiele przeszłam, nie doświadczyłam tak dojmującego uczucia smutku i tak silnej depresji, jak w ciągu ostatniego roku. Wracając do niani… Po paru tygodniach pracy zaczęłam zauważać dziwne zachowania mojego Synka. Zaczął być nerwowy. Poza tym zauważyłam siniaki na jego ciele. Kiedy rano niania przychodziła, często spóźniona, wyczuwałam od niej papierosy. Nie czepiałam się tego, choć bardzo przeszkadzałoby mi, gdyby paliła przy nim. Nie chciałam też wyjść na szpiega, który niucha jak jakiś Wiedźmin. O siniaki jednak zapytałam. Niania odpowiedziała: „Spadł mi z huśtawki na plecy”. Innym razem, gdy do niej zadzwoniłam, tak jak zwykle, około godziny 14 w ciągu dnia, miała bardzo dziwnie brzmiący głos. Zapytałam, co się stało, powiedziała, że pokłóciła się z chłopakiem. Zaczęłam się niepokoić, że moje dziecko przebywa z kimś, kto jest niedojrzały. Jedna z sąsiadek mi powiedziała, że niania często rozmawia przez telefon na placu zabaw i w czasie takiej rozmowy mój Synek spadł jej z huśtawki. Nie wiedziałam, co zrobić, gdyż byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, nie chciałam kolejnej zmiany dla Synka, więc upomniałam nianię i postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Niestety, po 1,5 miesiąca pracy u mnie, niania przyszła do mnie i powiedziała, że za kilka dni wyjeżdża na wakacje ze swoim chłopakiem, na dwa tygodnie i że chce za ten czas dostać pieniądze i to jeszcze z góry. Oniemiałam, naprawdę. Absolutnie nie miałam z kim zostawić Synka na dwa tygodnie, to była pierwsza rzecz. Poza tym nie przyszło mi do głowy, że ktoś może zrobić taki numer. Płaciłam niani tygodniówki i nie umawiałam się z nią na stałe wynagrodzenie. Żądanie w takiej sytuacji wypłaty i to jeszcze z góry, przy moim ogólnym niezadowoleniu z jej zachowania, przepełniło czarę goryczy. Zapłaciłam jej więc z nawiązką i pożegnałam się z nią. W międzyczasie znalazłam inną nianię.

_MG_6575

Wiedziałam, że tym razem nie chcę już młodej dziewczyny, przeżywającej zawirowania w życiu uczuciowym. Znalazłam więc panią w wieku mojej mamy, robiącą świetne wrażenie, energiczną i wysportowaną, mającą doświadczenie w opiece nad dziećmi. Podczas rozmowy wzbudziła moje zaufanie i bardzo mi się spodobała. Konkretna, pełna życia, uśmiechnięta. Kiedy następnego dnia dzwoniłam do niej, żeby jej powiedzieć, że chcę ją zatrudnić, nie była zbyt miła przez telefon, ale się tym specjalnie nie przejęłam. Przyszła w sobotę na dzień próbny, który przebiegł bardzo obiecująco. W poniedziałek przyszła na czas, mój Synek był bardzo zadowolony. Pierwsze tygodnie to była prawdziwa sielanka. Jedyne, co mnie denerwowało, to to, że wiesza swoje ubrania w mojej szafie bez pytania i każe mojemu Synkowi mówić do siebie per „Babciu”. Powiedziałam, że mój Synek ma dwie babcie i że wolałabym, żeby do niej mówił per „Ciociu”, ale nie poskutkowało. Po dwóch tygodniach zaczął się horror. W mojej pracy atmosfera była koszmarna. Moja szefowa przechodziła kryzys w małżeństwie i wyżywała się na wszystkich dookoła. Nie dostałam też obiecanej podwyżki. Miałam koszmarną depresję, tęskniłam za Synkiem i jedyne, czego pragnęłam, to wrócić do domu, przytulić Synka i tak już zostać. Mimo to, dałam podwyżkę niani, żeby była zadowolona z pracy i chciała u nas pracować. Niestety, znów zaczęłam zauważać niepokojące szczegóły. Gdy wracałam z pracy, mój Synek uciekał z potwornym krzykiem. W nocy budził się z wrzaskiem, miał koszmary. W dzień, jak tylko usłyszał jakiś hałas, z przerażeniem w oczkach uciekał i mówił „Pam, pam idzie” (czyli „pan, pan idzie”). Któregoś dnia uklęknął przede mną, klepiąc się piąstką w brzuszek i mówiąc „Moja wina, moja wina”. Kładąc się do łóżeczka, bełkotał różne modlitwy. Zaczęłam podejrzewać, że to niania indoktrynuje go w kwestii religii i zapytałam ją o to wprost. Zapytałam, skąd u mojego Synka ta akcja z „moja wina”. Skłamała prosto w twarz. „Nie mam pojęcia, a nie była pani z nim w kościółku?”. „Nie, proszę pani, nie chodzimy z nim do kościoła, bo uważamy, że jest jeszcze za mały. Prosimy zostawić kwestię wychowania religijnego nam”. „Dobrze, ja tylko mu przed drzemką paciorek mówię i krzyżyk na główce robię, na dobry sen”. Oho! – pomyślałam – jest moher. Beret. Beton, który mnie nie słucha, nie szanuje mojego zdania. No trudno. Jak to się nie skończy, będzie trzeba ją zwolnić. Zapytałam ją też, skąd ta nerwowość i agresja u mojego dziecka jej zdaniem, to zwaliła winę, że pewnie to przez dinozaury, które tak lubi albo przez to, że chodzi z tatą na capoeirę, a to taki zły i agresywny sport.

Mijały dni. Narastające lęki mojego Synka tak mnie zaniepokoiły, że przed podjęciem decyzji o zwolnieniu, postanowiłam nagrać nianię na dyktafon i odsłuchać nagrania w wolnej chwili. To było na początku grudnia czy pod koniec listopada. Zostawiłam włączony dyktafon na cały dzień. Mój Synek był tego dnia przeziębiony, więc przebywał z nianią w domu. Następnego dnia przyjechała moja mama, która do końca grudnia miała zostać z nami i zajmować się moim Synkiem. Ja już wtedy pracowałam w mojej obecnej pracy, bardzo obiecującej, ale nowej i w związku z tym mocno stresującej, ponieważ zależało mi bardzo na dobrych wynikach. Nie miałam nawet czasu odsłuchać nagrania, zresztą, moja mama zajmowała się Synkiem, więc przestałam czuć niepokój. Nagranie leżało sobie tak do Świąt. Przed Świętami zaproponowałam niani, że przywieziemy jej wypłatę do domu, żeby nie musiała specjalnie przyjeżdżać. Tym razem umówiona byłam z nią na stałą pensję, więc mimo iż w grudniu przepracowała zaledwie parę dni, zapłaciłam jej za cały miesiąc. Dałam jej też w prezencie nową książkę znienawidzonej przeze mnie polskiej pisarki (nie napiszę jakiej, bo po co), bo wiedziałam, że niania pasjami się w niej zaczytuje. Podczas wizyty poznałam męża i szwagra niani. Zamurowało mnie, gdy mój Synek zaczął się zachowywać tak, jakby już tam był. Zrozumiałam wtedy, że za moimi plecami niania zabiera Synka do swojego mieszkania.

Kilka dni później, wiedziona intuicją i wielkim, narastającym matczynym niepokojem, postanowiłam odsłuchać nagrania z dyktafonu. Słuchałam do czwartej rano. To, co tam usłyszałam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Skończyłam słuchać trzęsąc się i płacząc histerycznie. Nadal ciężko mi o tym wszystkim pisać, napiszę tylko o paru szczegółach, które tam usłyszałam. Okazało się, że niania włącza mój prywatny komputer i przez pół dnia puszcza mojemu Synkowi bajki. Bajki, których Synek się boi, nie rozumie ich i płacze oglądając je. W tym czasie niania nie odzywa się do niego wcale, a jeśli się odzywa, to krzyczy i jest bardzo niemiła. Mówi „Głupi jesteś”, ciągle go karci podniesionym głosem, ustawia, strofuje. Jest nieczuła na jego potrzeby. Tego dnia niania miała podawać mu krople do oczu z antybiotykiem, pięć razy dziennie. Nie podała ani razu. Wyśmiewała go, szydziła, jeśli czegoś nie potrafił zrobić. Niestety zasięg dyktafonu nie był tak duży, żeby złapać dźwięki z pokoju, w którym mój Synek zasypiał, poza tym w pewnym momencie niania otworzyła na oścież balkon i przestałam słyszeć cokolwiek. Wiem tylko, że gdy mój Synek poszedł spać, niania najpierw obejrzała „Klan” na komputerze, a potem przez ponad godzinę odmawiała różaniec słuchając Radia Maryja na przenośnym radyjku. Kiedy mój Synek wstał, słuchała Radia Maryja nadal, piorąc mózg mojemu Synkowi. To, co najbardziej mnie zdenerwowało, to fakt, że w jego obecności dzwoniła do córki paskudnie mnie obgadując, mówiąc o mnie złe rzeczy. Pogardliwie się o mnie wyrażała, czepiała się, że trzeci dzień pod rząd rosół ugotowałam. To wyjaśniło mi, dlaczego na mój widok Synek krzyczy i ucieka, skoro wysłuchiwał ciągle jaka to jestem okropna.

Rano obudziłam się ze złamanym sercem. Po raz kolejny ktoś zawiódł moje zaufanie, jednocześnie krzywdząc mój najcenniejszy Skarb – mojego ukochanego Synka. Zadzwoniłam z samego rana do niani, prosząc aby przyszła w trybie natychmiastowym do nas i wyjaśniła swoje zachowanie. Powiedziałam, że wiem, co się dzieje i że oczekuję wyjaśnień. Na to niania odpowiedziała, że nie przyjdzie, bo ma wolne i nic nie musi, bo „ślubu ze mną nie brała”. Zwolniłam ją ze skutkiem natychmiastowym. Widziałam ją później raz, gdy przyszła po swoje rzeczy, oddała mi prezent, który dałam jej na Święta. Nawet w takim momencie nie wyraziła żadnej skruchy, nie przeprosiła mnie. Mój Synek nigdy o nią nie zapytał. Lęki i agresja przeszły mu w ciągu kilku tygodni. Przez kilka dni zajmowała się nim moja mama, a potem po prostu poszedł wcześniej do przedszkola, do którego był zapisany od września. Teraz wiem, że jest pod najlepszą możliwą opieką. Często choruje, ale w świetle tego, co przeżyliśmy, nie zamieniłabym przedszkola na nianię za żadne skarby.

Napisałam to wszystko ku przestrodze. Pamiętajcie, aby zatrudniając nianię, jeśli się na to decydujecie,
poświęcić bardzo dużo czasu na poznanie jej. Jedna rozmowa nie wystarczy. Potrzebny jest długi czas na adaptację. Poza tym obserwujcie bacznie dziecko i wyłapujcie sygnały, które wysyła, czasami bardzo subtelne. Zobaczycie w nich całą prawdę, nawet dziecko jeszcze nie mówi. Bądźcie wrażliwi. Nie ignorujcie podszeptów własnej intuicji. Nie dajcie się zwieść pozorom i pięknym słówkom opiekunek. Nasza niania – moher przynosiła naszemu Synkowi różne prezenty, kupowała zabawki etc. Wydawała się być urocza. A prawda okazała się być zupełnie inna. Zatrudniając nianię poinformujcie ją o tym, czego sobie życzycie a czego nie (przemyślcie dokładnie kwestie posiłków, karmienia słodyczami, nauczania modlitw, czasu spędzanego poza domem). Przede wszystkim, zadbajcie o kontrolę. Nagrywajcie na dyktafon, kamerę, zaangażujcie sąsiadki w obserwowanie opiekunki. A przede wszystkim reagujcie od razu. Nie bagatelizujcie niepokojących sygnałów.

Mam nadzieję, że będziecie mieć więcej szczęścia niż my. Ja ze swojego obecnego punktu widzenia uważam, że lepiej posłać dziecko do profesjonalnej placówki opiekuńczej. Jeśli będę miała drugie dziecko i jeśli nie będę mogła być z nim w domu do czasu pójścia do przedszkola, to poślę je do żłobka.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że nasz Synek szybko zapomniał o złych chwilach, zapomniał modlitwy i straszne bajki. Uwielbia swoje przedszkole i rozwija się bardzo szybko. Zawsze jest nadzieja na poprawę sytuacji 🙂

Dobrego tygodnia Wam życzę, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Nigdy nie mów nigdy, czyli o tym, jak na „stare lata” zaczęłam pić czarną herbatę i polubiłam Urszulę Dudziak

Wiecie doskonale, że na moim blogu nie ma reklam. Jak piszę o jakimś produkcie, to z potrzeby serca, a nie dlatego, że ktoś mi za to zapłacił. Jeśli polecam jakiś produkt czy usługę, to jest to stuprocentowo szczere, a nie wyreżyserowane. Jeden raz zrobiłam wyjątek, jak po porodzie wybrałam się do sklepu z bielizną Dopasowana.pl. Zrobiłam to tylko dlatego, że chciałam oraz dlatego, że pani właścicielka była przemiła i przypadła mi do gustu. Jednak był to wyjątek.

Dziś z potrzeby serca napiszę Wam o pewnej herbacie i o pewnej książce.

Zacznę od herbaty. Zawsze byłam kawoszem. Jeśli chodzi o herbatę, wybierałam sporadycznie zieloną, ewentualnie białą lub owocową. Czarną nigdy. Nie smakowała mi, może dlatego, że w Polsce oprócz Sagi, Tetleya i Liptona nie było nic innego (albo prawie nic). Aż któregoś dnia, podczas naszej zaręczynowej podróży do Londynu, trafiłam na herbatę Twinings. Wówczas zasmakowałam w ich mieszankach owocowych, ale marka wpadła mi w oko jako zbliżona do herbacianego ideału. Na kilka lat o tym zapomniałam. Aż tu niedawno, robiąc zakupy w Tesco Online (polecam, sprawdziłam, jest dobrze), zobaczyłam, że mają w asortymencie herbatę Twinings. Niewiele się zastanawiając kupiłam czarną Lady Grey. I wiecie co? Nie wiem, czy po prostu musiałam dojrzeć do picia czarnej herbaty, czy może to jej wyjątkowy smak sprawił, że codzienny wielki kubas herbaty z łyżeczką pigwowej konfitury to mój mały rytuał. Piję i się rozpływam. Jest fantastyczna…

IMG_20130909_202209

Lubię sobie wieczorem siedzieć, czytać książkę i relaksować się popijając moją herbatę. Pochłaniam biografie, wspomnienia, uwielbiam w ten sposób poznawać ciekawe osoby i ich życiorysy. Ostatnio od Babci mojego M. pożyczyłam książkę „Wyśpiewam Wam wszystko” Urszuli Dudziak.

– Spodoba Ci się – powiedziała Babcia, która ma zbliżony gust literacki do mojego.

Książkę wzięłam w swoje ręce z niekłamanym zainteresowaniem, trochę na przekór samej sobie. Od wczesnego dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy usłyszałam dziwny sposób śpiewania pani Urszuli, po prostu nie znosiłam jej. Byłam nawet z mamą na jej koncercie kiedyś jako mała dziewczynka i wydawała mi się po prostu zbyt krzykliwa. Często przełączałam radio na inną stację, gdy tylko leciała słynna „Papaya”. Tak miałam i już. Moja mama się dziwiła, skąd u mnie taka niechęć, no ale wiecie jak to jest, czasami się nie lubi i pozamiatane. Za to byłego męża pani Urszuli, również wielkiego muzyka Michała Urbaniaka vel Urbanatora słuchałam jak zaczarowana będąc wczesną nastolatką. A teraz sięgnęłam po wspomnienia Pani Urszuli i już po lekturze pierwszych paru stron mój dotychczasowy muzyczny światopogląd legł w gruzach.

„Matko, jaka ona fajna jest” – pomyślałam – „A jaki ten Urbaniak paskudny facet!”. „Bardzo chciałabym ją poznać, wydaje się być ogromnie szczera i sympatyczna”. „Na litość Boską, tylko dlaczego takich toksycznych facetów sobie wybierała, jak nie Urbaniak, to Kosiński, chyba nosi w sobie syndrom matki Teresy, wybawicielki popapranych mężczyzn”. To były tylko niektóre z moich myśli 🙂

Książka jest napisana lekko, zabawnie i szczerze. Czytam ją i zazdroszczę jej życia, talentu, bycia gwiazdą największego formatu, która przy tym wszystkim pozostała zupełnie ludzka i bardzo skromna. Co ciekawe, mamy wspólnego znajomego, pewnego przystojnego biznesmena – tenisistę, o którym pani Urszula napisała cały rozdział w swojej książce. Książka ta przyniosła mi jeszcze jedno odkrycie. Pani Urszula potrafi śpiewać klasycznie, a nie tylko odstawiać te swoje wyjące, eksperymentalne „cosie”. Co prawda, to właśnie te eksperymentalne „cosie” przyniosły jej sławę, ale mnie osobiście urzekł jej przeczysty, piękny głos w takim oto duecie:

To ja posiedzę sobie jeszcze w swoim fotelu, w moim kąciku do czytania i pisania, pod zdjęciami Audrey Hepburn, popatrzę, jak mój Ukochany obok pracuje nad swoim nowym dziełem ze skóry i poczytam jeszcze chwilę o życiu Pani Dudziak i posłucham jesiennych piosenek.

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Tylko ja mam taką torebkę, czyli chwalę się zdolnym Ukochanym

Tylko ja mam taką torebkę, czyli chwalę się zdolnym Ukochanym

Mój Ukochany jest prawdziwym artystą. Skromnym, pracowitym człowiekiem, najzdolniejszym, jakiego znam. Ma niezwykły umysł, dzięki któremu potrafi skonstruować wszystko ze wszystkiego, złotą rączką, kreatywnym twórcą, a także perfekcyjnym wykonawcą. Z zawodu informatyk pracujący w dużej korporacji, ma wiele nietuzinkowych zainteresowań. Rzemiosłem skórzanym zainteresował się kilka lat temu, zgłębił je od postaw, sam ucząc się jego tajników. Pamiętam, jak robił swoje pierwsze etui na scyzoryk, a potem były kolejne wyroby, większe i mniejsze. Teraz, po kilku latach, doświadczenie ma już ogromne, nabywcy dobijają się z każdej strony. A ja dziś dostałam przepiękną torbę, którą zaprojektowaliśmy razem, a którą mój Ukochany MK zrobił całkowicie sam, bez użycia maszyny. Efekt jest niesamowity, a ja dumna i szczęśliwa, że mam taką torbę, jedną jedyną na świecie, zrobioną tylko dla mnie.

A oto parę zdjęć torby:

IMG_1587

x2scrap

x2scrap4

Inne wyroby można obejrzeć tutaj: MKLEATHERS

Na koniec, na wieczór piosenka, którą dziś odkryłam i mnie zatkało kompletnie.

Miłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Wiecie po czym rozpoznaję, że idzie jesień? Po tym, że w domu muszę zakładać na siebie coś więcej niż tylko cienką letnią sukienkę. Pełen komfort daje mi ciepły, długi sweter. Poza tym bardziej niż latem łaknę słodyczy, czekolady, ciepłych napojów i przytulania. I takiej oto ciepłej muzyki:

Jestem smutna. Mój Synek już od ponad dwóch tygodni znów choruje. Miał wirusowe zapalenie krtani, potem były dwa dni zdrowia i chodzenia do przedszkola (REKORD!) i znów zachorował. Pewnie zaraził się ode mnie wirusem, który ja przyniosłam z pracy, bo moi współpracownicy chodzą ciągle zasmarkani i sprzedają innym swoje gluty. U mnie wirus skończył się ostrym, ropnym zapaleniem zatok i oczywiście antybiotykiem. Dawno nie byłam w tak bardzo kiepskim stanie. Zmuszona byłam wziąć zwolnienie ku „zachwytowi” moich przełożonych. W poniedziałek wróciłam do pracy, bo drugi tydzień zwolnienia byłby na pewno bardzo źle odczytany – to skończyło się niestety pogorszeniem mojego stanu. Ból całej głowy, szczęk, uszu, policzków, gardła, nosa, oczodołów – naprawdę potworność… Najgorsze w tym jest to straszne osłabienie, poczucie, że każda najmniejsza, zwykła czynność wymaga potrójnego wysiłku. W czwartek poszłam więc na dalsze zwolnienie. Lekarz zasugerował, że powinnam wziąć przynajmniej jeden tydzień zwolnienia jeszcze. Popatrzyłam jednak na niego wymownie jakby spadł z księżyca. Zwolnienie? Przecież niezastąpione korpotrybiki nie biorą zwolnień, tylko popełniają powolne karoshi dzielnie pracując mimo choroby. Strach o utratę prestiżowej pracy jest silniejszy od lęku przed śmiercią 😉 A śmierć na polu bitwy jest szczytem marzeń.

Tak sobie wyobrażam, że dla osób, które zatrudniają taką osobę jak ja, jestem problemem. Lepiej zatrudnić osobę młodą, zdrową, bez dziecka w wieku przedszkolnym. Każdy prędzej czy później ogarnie procedury korporacyjne i nauczy się prowadzenia skomplikowanych projektów. A przynajmniej nie będzie hmm… nieprzewidywalnych nieobecności.

Tak, jak mówiłam – jest mi smutno, czuję się przygnieciona i rozżalona z powodu tych paskudnych choróbsk. A co najgorsze – jesień dopiero się zaczyna. Wszystkie syfy dopiero się wylęgną. Obawiam się, że mogę tego nie wytrzymać nerwowo.

A tymczasem polecam Wam cudowny serial o pewnej rodzinie, czyli „Parenthood”. Serial wybitny, moim zdaniem, mądry, ciepły, rewelacyjnie zagrany (wg. mnie mistrzowski casting):

c698e2d3223bcd80d31d6c3f5822f751

Trzymajcie kciuki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!