Monthly Archives: Listopad 2013

Andrzejkowo, czyli rosół i waga słoniowa

Andrzejkowo, czyli rosół i waga słoniowa

Kochani, na początek piosenka, nieśmiertelna Aretha i wspaniały George Michael w jednym kawałku:

Ostatnio słucham tego każdego ranka i jakoś trochę mi lepiej.

Wiecie co, przyznam się Wam szczerze… Pierwszy raz, oprócz czasu ciąży, moja waga przekracza 70 kg. Zawsze ważyłam maksymalnie 60. Zbliżam się do swojej wagi ciążowej, czyli w moim odczuciu – słoniowej. Połowa z tego to mięśnie wyrobione przez zumbę, a druga połowa, niestety, tłuszcz. Ludzie mówią – wyglądasz pięknie, masz gęste, lśniące włosy. Ja wiem – są włosy, jest cycek, jest pupa, jest seksapil. Niestety ja, dawniej nastolatka z zaburzeniami odżywiania, mam nadal mocno kopnięty body image.

O, tak wyglądałam, jak miałam 17 lat.

20131130_224517

Zawsze wolałam siebie filigranową, zwiewną. No, ale coś za coś, piękne włosy i seksapil albo filigranowe nóżki i kaloryfer na brzuchu. Teraz kaloryfer pewnie jest, ale mocno pokryty tłuszczem. Zapomniałam dodać, że mimo tygodnia zdrowego, dietetycznego żarcia, moja fałdka i słoniowy tyłek mają się świetnie. Wytrwałam cały tydzień, jedząc wyłącznie domowe jedzenie. Zamierzam nadal trzymać się tego postanowienia, może w końcu doczekam się jakichś efektów. Na razie obrastam. Aha, i jeszcze na dokładkę w piątek się rozchorowałam 😀 Mam czerwony nos i czuję się, jak groch przy drodze. Na szczęście jest weekend i nie robię nic. Wyleguję się obrastając, jem obrastając i zdrowieję obrastając. W piątek jednak starałam się ogarniać.

IMG_2034

Jeśli ktoś z Was też jest chory, to polecam ugotować sobie gar rosołu. U mnie cały dom rosołem pachnie. Przepisu nie polecam wegetarianom 😉 Sojowego rosołu tutaj nie opisuję…

Smacznego, a ćwiczenia będą jak wyzdrowieję 😉

ROSÓŁ NA GRYPKĘ

Przepis na średniej wielkości garnek (taki standardowy z Ikei)

Składniki:

– dwa udka z kurczaka

– dwa skrzydełka z kurczaka

– kawałek wołowiny (ok. 100 – 150 g)

– włoszczyzna (3 marchewki, 2 pietruszki, kawałek pora)

– ziele angielskie (dwie kulki)

– listek laurowy

– sól i pieprz

– 1 kostka rosołowa (opcjonalnie)

Sposób przygotowania (paskudnie prosty)


Do średniej wielkości garnka wlewamy wodę, zagotowujemy, wrzucamy kostkę rosołową. Wkładamy mięso,gotujemy chwilę i pozbywamy się gromadzących się szumowin. Kiedy rosół zacznie być czysty, dodajemy obrane warzywa i wszystkie przyprawy. Wszystko gotujemy kilka godzin (nawet ok. 3 – 4, w zależności od wielkości garnka) na małym ogniu pod przykryciem, pilnując, aby woda się nie wygotowała. Jak już się zupa ugotuje, dodajemy (według uznania) makaron jajeczny, ryż etc.

Rada ogólna: można dodawać wszelkie rodzaje mięsa – podobno im więcej, tym lepiej. A już najlepiej dodać kawałek gęsiny lub mięsa kaczki.

Smacznego!

P.S. Nie robiliśmy wróżb, bo zapomnieliśmy kupić wosku/świeczek. Szkoda, odbijemy sobie za rok 🙂

Nowy styl życia, czyli projekt „Żegnaj biurwo – fałdko” czas zacząć

Nowy styl życia, czyli projekt „Żegnaj biurwo – fałdko” czas zacząć

Ostatnio, zupełnie niepotrzebnie, ale cóż, stało się, oglądałam trochę Fashion TV wieczorami. Pech chciał, że trafiałam głównie na migawki z pokazu Victoria’s Secret 2013 i na wywiady z biorącymi udział w pokazie modelkami. To, co mnie zdenerwowało, ale też zmotywowało, to odpowiedzi Aniołków na pytanie: „Co robisz, aby zadbać o wygląd przed pokazem?”. Modelki odpowiadały głównie „Śpię, jem, chodzę do SPA i na siłownię”. Jedna z nich, chyba Adriana Lima, powiedziała, że najważniejsze jest to, co się zjada, nawet ważniejsze od tego, co zakłada się na siebie. Kreacje na pokazie Victoria’s Secret są naprawdę bajkowe. To, co zwróciło moją uwagę, to doczepiane włosy (prawie każda modelka je miała) i sztuczna opalenizna (jedna z modelek o tym mówiła). Czyli my, zwykłe kobiety, nie mamy szans z modelkami Victoria’s Secret.

2012+Victoria+Secret+Fashion+Show+7O8CfeeTqP2l

Wiadomo, że modelką Victoria’s Secret nie zostanę. Jednak ostatnio dużo rozmyślam o tym, aby przywrócić swój własny healthy – look po wielu miesiącach zaniedbywania się i hodowania od czasu powrotu do pracy koszmarnej biurwo – fałdki na brzuchu. Nie chodzi o to, że się jakoś dziko zapuściłam, tylko widzę tę fałdę i wiem, że kiedyś jej tam nie było… Nigdy nie było! Zauważyłam, że przy siedzącym trybie życia, permanentnym braku czasu i wiecznym zamartwianiu się, zdrowe nawyki idą na dalszy plan. Jak to zwykle z planami bywa, warto wcielić je od razu w życie. Dlatego też, idąc za poradę Adriany Limy, zaczęłam bacznie uważać na to, co pakuję w siebie. Makijaż nie zatuszuje złego odżywania, które prędzej czy później odbija się na twarzy.

Krok pierwszy to całkowita rezygnacja z jedzenia przywożonego przez biurowy catering i przerzucenie się na jedzenie własnego wyrobu. Żegnajcie majonezowe specjały od Pana Kanapki i wczorajsze sushi za 15 złotych. Uwierzcie mi, nie potrzeba wcale ogromnych nakładów czasu, żeby przygotować sobie rano kanapkę ze świeżego pieczywa z ulubionymi dodatkami. Ugotowanie pożywnego rosołu drobiowo – wołowego to też żadna filozofia. Obiad składający się z kotletów, ziemniaczków i buraków to już większe przedsięwzięcie, ale uwierzcie mi, warto. Gwarantuję, że nie będzie żadnych wzdęć, przelewań, odbijania czy niestrawności. A biurwo – fałdce odechce się rosnąć.

Dlatego krok drugi to samodzielne gotowanie. Z czego powinna składać się zdrowa dieta? Każdy powinien indywidualnie dopasować ją do siebie. Według mnie powinna być przede wszystkim bardzo kolorowa, jedzenie powinno mieć różne faktury, różne odcienie smaków.

Moje hity to:

– kiełki (rzodkiewki lub lucerny)
– marchewka (świeża)
– buraczki (w każdej postaci)
– chuda szynka
– pieczony schab
– jajka, dużo jajek (gotowanych)
– seler naciowy
– ciepłe zupy na mięsie
– świeże, pachnące pomidory

Kolejny, trzeci krok: żegnajcie ciężkie desery i ostre sosy. Należy całkowicie wyeliminować takie wspaniałości jak – ciężkie desery śmietanowe (auć, wiem, boli, mnie też…), majonez (na szczęście nie jem nigdy), sos sojowy (psuje cerę).

Krok czwarty: rusz zadek.
To jest absolutnie najważniejsze – trzeba się ruszać. Jak już od dawna wiecie – ja kocham zumbę i staram się chodzić na zajęcia 1-2 razy w tygodniu i ciągle mi mało. Kto nie lubi zajęć w klubie, może ćwiczyć w domu. Wkrótce przygotuję Wam autorski program brzuszków na wszystkie partie mięśni. W sumie 50 brzuszków, codziennie wieczorem. Do tego pompki oraz obowiązkowo ćwiczenia na nogi i pośladki.

Szybki przepis na kolorową sałatkę SAMO ZDROWIE

– paczka seleru naciowego
– kiełki rzodkiewki
– dwa pomidory
– dwie średnie marchewki
– 2 jajka
– pudełko łagodnego sera typu feta
– oliwa i przyprawy (lub gotowy sos włoski Knorr – uwielbiam, mam słabość…)

Seler, pomidory i marchewkę kroimy na kawałki, rzucamy do dużej miski. Fetę kroimy w drobną kostkę i wrzucamy do miski. Jajka gotujemy na twardo, studzimy, kroimy i wrzucamy do miski. Dodajemy trochę kiełków (według uznania), dolewamy oliwy i doprawiamy solą, pieprzem, ziołami (lub dodajemy gotowy Sos Włoski Knorra). Wszystko mieszamy i voila! UWAGA! Dla mnie tę sałatkę można traktować raczej jako przekąskę lub dodatek do obiadu, a nie jako danie zastępujące obiad. Na pewno jest to bomba witaminowa i upiększy Was od środka!

20131120_184938

W kolejnych tygodniach spodziewajcie się zestawu ćwiczeń, rekomendacji kosmetyków na cellulit oraz kolejnych przepisów. Pamiętajcie, żeby nie odkłądać odchudzania do wiosny, tylko zacząć dbać o siebie już teraz!

Trzymajcie się ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! A na koniec piosenka, która mnie dziś wzruszyła. Ach, ta Amy miała doskonały wokal i potrafiła zbudować klimat…

Rozważania o miłości, czyli nadrabiamy zaległości filmowe

Rozważania o miłości, czyli nadrabiamy zaległości filmowe

W ramach przejścia na przedwczesną emeryturę nadrabiam zaległości filmowe. Dlaczego na przedwczesną emeryturę? Czuję się jak emerytka, bo wychodzę z domu (towarzysko) raz na pół roku, w wyznaczonych ramach czasowych. Na imprezie byłam ostatni raz 1 czerwca, w dniu swoich urodzin. Kto mnie przebije? Zaczyna mnie powoli roznosić, więc żeby zagłuszyć trochę zew szwędacza, siedzę w domu i oglądam filmy. Fałda na brzuchu rośnie, jak się ją ściśnie wygląda jak uśmiechnięta pomarańcza, ale co tam. Czyż oglądanie filmów wieczorem w domu nie jest cudowne? W sumie jest i to bardzo. Ale wracając do zaległości… Otóż wczoraj po raz pierwszy obejrzałam kultowy, zwłaszcza wśród kobiet, film „The Notebook” („Pamiętnik”). Ogląda się go dobrze (no bo jest Ryan G.), na końcu się ryczy jak bóbr, a do tego budzą się wielkie emocje, których na co dzień nie chcemy czuć, bo są one zarezerwowane dla dawnych i już troszkę zapomnianych czasów. Niestety mnie ten film trochę zdenerwował, ponieważ uważam, że niebezpiecznie ugruntowuje w i tak już wypranych mózgach kobiet (oraz niektórych mężczyzn) mit Wielkiej i Niezniszczalnej Miłości, Która Przetrwa Wszystko Aż Po Grób. A każdy, kto już cokolwiek w życiu przeżył, wie, że życie każdą taką szaloną i namiętną miłość we wszystkie strony przemieli. Jedyne, co uważam za życiowo realistyczne w tej historii to płynący z niej wniosek, że prawdziwa miłość ma zwyczaj powracać, czyli w sumie te przeciwności jakoś tam pokonuje…

4f4b6a56d5ea39e6ebefbf9e6e775782

(Źródło: Pinterest.com)

Jednak mit o tym, że szalona nastoletnia namiętność przetrwa do później starości, no cóż… Nie wierzę. Miłość ma swoje fazy, namiętność także. Jeśli obie strony są dojrzałe, to potrafią się pogodzić z faktem, że dzika namiętność przemija i potem trzeba włożyć trochę wysiłku w to, żeby nadal się kochać i żeby ta miłość była satysfakcjonująca dla obu osób. Oto bardzo fajny Ted Talk na ten temat (w którym wg mnie najważniejszy wniosek to ten, że w miarę upływu czasu trzeba się pogodzić z tym, że seks nie jest już spontaniczny tylko zaplanowany, ale to też jest fajne i można się tym cieszyć):

(Źródło: TED.COM)

Nikt jednak nie podpowiada, co trzeba zrobić, gdy jedna ze stron ciężko zachoruje – fizycznie lub psychicznie. Rzadko ktoś naprawdę mądrze (a nie idiotycznie – poradnikowo) mówi o tym, jak sobie poradzić ze związkiem, który się rozpadł, a potem zostały podjęte próby ratowania go. Nikt nie mówi o tym, jak bardzo bycie rodzicem rozwala życie intymne rodziców. W tym pięknym i jakże uroczym filmie pokazany jest idealny przebieg wielkiej i namiętnej miłości. Pokazany jest czas od zauroczenia po ślub, a potem dopiero tuż przed śmiercią. A co było pomiędzy? Kłótnie, kłopoty finansowe, małe dzieci? Rozstępy i depresje? Oczywiście, wszyscy wierzą, że same cukierki i różowe obłoczki.

A wiecie czym jest dla mnie miłość? Stabilnością, zaufaniem i takim spokojem, głęboko na dnie – wiarą, że nie musisz udawać kogoś, kim nie jesteś, żeby ten ktoś Cię lubił i kochał. Jest także wiarą w to, że bez względu na to, co Ci się przytrafi (choroba, szaleństwo, oszpecenie), ta druga osoba zostanie z Tobą. Miłość jest domem, bez względu na jego lokalizację. No i w tym cholernym „Pamiętniku” pada takie zdanie z ust Jego o Niej: „Wasza mama to mój dom”. No właśnie.

Na koniec cover pięknej piosenki w wykonaniu Skunk Anansie (jednego z moich ulubionych zespołów), dreszcze są od pierwszego dźwięku:

(„You do something to me” – Skunk Anansie)

Miłego niedzielnego popołudnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Wypieki, czyli o tym, jak odnalazłam sernik idealny i pomogłam zjeść maskę Spidermana

Wypieki, czyli o tym, jak odnalazłam sernik idealny i pomogłam zjeść maskę Spidermana

Kochani, aby przegnać paskudny klimat poprzedniego wpisu, wrzucam na początek piosenkę z jednej z moich pierwszych kaset, jedną z pierwszych piosenek, które pokochałam, które nuciłam i do których tańczyłam jako mała dziewczynka. Piękny wokal, fajny bit, no i ten chłopak z teledysku 😉

Chciałabym dziś również podzielić się swoimi dwoma ostatnimi dokonaniami kulinarnymi. Od dawna marzyłam o tym, aby samodzielnie upiec sernik idealny (czyli jednocześnie trochę kremowy i trochę sypki, słodki, ale nie za bardzo, wiecie, taki w punkt). Jak zwykle z pomocą przyszedł mi blog Moje Wypieki, który odwiedzam już od lat i którym bardzo często znajduję inspiracje kulinarne. Tym razem sięgnęłam po przepis na Sernik na Herbatnikach. Nie będę tutaj wrzucać przepisu, bo ten pani Doroty jest doskonały. Dodam tylko kilka ważny komentarzy od siebie. Do wypieku swojego sernika użyłam gotowego zmielonego i słodzonego twarogu Łowicz. Twaróg ten zawiera też masło w sobie, więc oryginalny przepis zmodyfikowałam, dodając po prostu nieco mniej masła i cukru niż widnieje w przepisie. Bardzo ważny jest także sposób pieczenia – ja zdecydowałam się na upieczenie sernika w kąpieli wodnej (w większej blaszki wlałam wodę, potem włożyłam właściwą blaszkę z ciastem), blaszkę wyłożyłam folią aluminiową, którą przykryłam sernik także od góry. Tylko brzegi blachy nasmarowałam od środka masłem. Ponadto ważna jest temperatura, w której pieczemy sernik. Nie może być zbyt wysoka. Dlatego ja w moim gazowym piekarniku piekłam sernik na poziomie 4, a pod sam koniec zmniejszyłam do 3. No i wyszło mi prawdziwe cudo. Nie spodziewałam się takiego efektu. Nie byłabym sobą, gdybym nie podała tej pyszności z bitą śmietanką. Szczerze polecam ten przepis. Aha, zanim upieczecie, warto zapoznać się z poradami pani Doroty dotyczącymi sernika perfekcyjnego. A oto efekt:

serniczek

A drugi wypiek to – już standardowo – tort urodzinowy dla mojego Synka, który jest wielkim fanem superbohaterów Marvela, a w szczególności Spidermana. Dlatego w tym roku musiał być tort ze Spidermanem. Na figurkę czasu mi nie wystarczyło (ani lukru), dlatego pozostałam przy masce i pajęczynie. Oczywiście, tort zniknął w ciągu piętnastu minut 🙂

Spiderman

Przepis na tort znacie z poprzednich lat (BISZKOPT oraz KREMY ). Tym razem jednak nie użyłam ani karmelu ani masy budyniowej, tylko zrobiłam lekki krem na bazie bitej śmietany. Dzięki temu tort był mniej słodki i dużo smaczniejszy.

Pozdrawiam Was słodko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Święto Wszystkich Ochlejusów, czyli mała analiza społeczna Święta Wszystkich Świętych po polsku

Święto Wszystkich Ochlejusów, czyli mała analiza społeczna Święta Wszystkich Świętych po polsku

Dobry Wieczór, Kochani. Pada, jest jesień. Mija sobie długi weekend. Mój Synek się bardzo pochorował. Choruje już od ponad dwóch tygodni. Rzeczywistość próbuje nas przerastać, ale my się nie dajemy. Mnie ratuje muzyka i pisanie. No i te małe, kochane rączki – gałązki oplatające się wokół mojej szyi i słodki głosik, który mówi „ja Ciebie bardzo kocham mamo”. Dajemy radę. Tylko czasami potrzebuję wyjść z domu, żeby do reszty nie zwariować. Samotne wyjścia z domu w ten weekend do wesołych nie należały, oj nie. Ale o tym za moment. Na początek piosenka, którą sobie dziś przypomniałam, szalenie mi bliska, głęboka i taka, że mam ciary od czubka głowy po pięty.

(Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć – Nosowska)

To teraz będąc w odpowiednim klimacie przejdźmy się ulicami mojej dzielnicy, tak samo, jak ja w ten miniony, jesienny weekend. Wszędzie śmieci, syf i szarość. Na ulicach mojego osiedla w piątek i sobotę nie spotkałam ani jednej trzeźwej osoby chyba. Same zataczające się, targane podmuchami wiatru żywe trupy. Agresywne i wpadające pod koła samochodów bezmózgie stwory. Zagrożenie i beznadzieja z każdej strony. Sama w siebie wtulona spacerowałam wśród tych istot starając się nie myśleć o tym, co mnie otacza. Mimo to widziałam zaczepki i bójki (jedną niedaleko Powązek, na które się nie wybrałam, gdyż nie znoszę chodzić tam z całym tłumem, gdyż po prostu nie znoszę tłumów, to u nas rodzinne w linii ojca). No, bo przecież to oczywiste, że „dobry Polak”, jak jest święto, to w Biedrze mocne piwko kupi ze zniczem do kompletu, wychyli je pod sklepem i na cmentarz pójdzie. Potem wróci zygzakiem. Do niedzieli mało który wytrwa, dlatego w niedzielę na ulicach pustki, bo Polak z kacem w domu leży i na żonę/męża gębę drze.

Przed swoim blokiem znalazłam prawdziwe wysypisko śmieci. Nie takie zwykłe, codzienne, jak to u nas na Bielanach. Nie chodzi tu o zgniecioną paczkę Chesterfieldów i zużytą chusteczkę (i wiele innych gorszych zużytych rzeczy). Znalazłam pod drzewem, zaraz przy wyjściu z klatki kilka kartonów, których ktoś najwyraźniej pozbył się podczas wprowadzania się do mieszkania po starszej osobie. Kto wie, może ta osoba odeszła i jej rodzina w ten jakże debilny sposób pozbyła się jej rzeczy. Rzeczy były rozrzucone, a wśród nich znalazłam takie rzeczy jak: wynik USG stawu biodrowego (wiem zatem, jak nazywa się osoba, której rzeczy zostały wyrzucone), strzykawki, leki przeciwdepresyjne (tylko w części zużyte), buteleczka kwasu bornego (odkażacza, którego wypicie przez np. dziecko mogłoby grozić poważnymi konsekwencjami), krople do oczu (podobnie, w rękach dziecka niebezpieczne), do połowy zużyty zmywacz do paznokci (środek łatwopalny, szkodliwy), rozbitą szklaną lampę. Wszystko to pozbierałam i wyrzuciłam na śmietnik i płakać mi się chciało. Wiecie dlaczego? Bo bezmyślność ludzka nie zna granic. Jaki debil w ten sposób wywala rzeczy? Czy przeciętny polak to kretyn, który nie wpadnie na to, że może swoim postępowaniem spowodować tragedię? Niestety wiem, że tak. Ten sam człowiek, któremu nie chce się pofatygować trzy kroki dalej i wyrzucić tego wszystkiego do śmieci, jest skłonny również wsiąść za kierownicę po pijaku. Polacy cierpią na chroniczny brak odpowiedzialności. Nie mam niestety pojęcia, z czego on wynika – czy z ubytków w inteligencji, czy po prostu w z gruntu złym ludzkim charakterze.

IMG_2006

Polska jest krajem społecznie dwubiegunowym. Mamy u nas dwie skrajne dominujące grupy – najbogatszych z jednej strony oraz ludzi żyjących w ubóstwie z drugiej. Trochę tak, jak w Igrzyskach Śmierci. Najbogatsi zza kurtyny wszystkim rządzą, jeżdżą sobie samochodami, od garażu do garażu, nie korzystają z komunikacji miejskiej, chodzą tylko w miejsca „dla bogatych”, dlatego z tymi biednymi się nie spotykają, nie wiedzą jak wygląda nędzne życie, nie chodzą po ulicach, więc zwykli szarzy ludzie również ich nie widują. Spotkać ich można jedynie w drugich restauracjach lub czasami na zakupach w Klifie. No, chyba, że ktoś z niskich warstw społecznych ma to „szczęście” i wkręci się w ich Bold’n’Beautiful towarzystwo wzajemnej zawiści. Jest jeszcze jedna grupa społeczna w naszym kraju mająca najmniej do gadania – czyli my, średniacy. Mądrzy na tyle, by się nie stoczyć na dno i silni na tyle, by żyć na względnie dobrym poziomie. Jednak nie na tyle wpływowi, żeby dostać się do elity. Z moich obserwacji wynika, iż do elity można się dostać jedynie z urodzenia. „Doczepieńcy” nie mają szans na przeżycie. Tak, jak Jenny z Gossip Girl. Zawsze była tylko biedną dziewczyną z Brooklynu, mimo swoich wysokich aspiracji. My, szare słoiki, z urodzenia nie podobni do nikogo, zarabiający kasę, która idzie cała na kredyty mieszkaniowe (bo na komunalne jesteśmy za fajni, a na penthousy kupione za gotówkę – za biedni), wydatki na przedszkola, atrakcje i zabawki dla naszych dzieci. Wydaje mi się, że nasza grupa ma naprawdę najgorzej. Najbogatszym jest dobrze, bo czemu nie, mają władzę, podejmują ważne decyzje grając w golfa, ich dzieci mają zapewniony dobry start w życiu. Bezdomni i osiedlowe pijusy żyją z tego, co spadnie ze stołów okolicznych mieszkańców, a spada przecież zawsze i oni nauczeni są żerować na innych i uciekać od wszelkiej odpowiedzialności.

Nasuwa się prostu wniosek – albo wiać za granicę (gdzie niekoniecznie będzie lepiej), albo się przyzwyczaić. Można się też zawsze stoczyć i potem się nad sobą użalać, że nie miało się dość siły, że nie miało się dość wsparcia. Jednak póki starcza nam sił, my – szarzy, stoczyć się nie chcemy na tę stronę, po której jest się na dnie.



(Otherside – Red Hot Chilli Peppers)

I oby tak dalej, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Wiem, że optymizmem nie wieje, ale nie martwcie się, to tylko takie refleksje rodzica na skraju załamania nerwowego 😉 Trzymajcie się ciepło!