Monthly Archives: Luty 2014

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Niedzielny obiad na wypasie, który powstaje przez trzy dni

Ostatnio coraz częściej zaczynam doceniać fakt, iż moja pamięć, jak dotąd niezawodna, zaczyna się ulatniać 😉 Pomaga mi to wybaczać niektóre urazy oraz – po prostu – odpuszczać.



(Soyka – „Cud niepamięci”)

A teraz będzie kulinarnie. No więc… jak ja mam, CHOLERA, schudnąć, skoro dziś znów gotowałam i to takie pyszności… Staram się ostatnio jeść mniejsze porcje i unikać jedzenia słodyczy, ale… tyle jest pokus! Wszędzie! Na szczęście zbliża się wiosna, spacery, więcej (mam nadzieję) energii… Może będę więcej spalać 😉

Chcecie poznać sekrety pysznego niedzielnego obiadu z udziałem pieczonego mięsa? Nie zdradzę Wam wszystkich, bo każda gospodyni powinna zachować dla siebie kilka takich sztuczek, których nie wyjawi nikomu. Niektóre z sekretów mogę Wam jednak wyjawić:
– Naprawdę wysokiej jakości mięso (np. spod Hali Mirowskiej albo – w ostateczności – z Merkurego przy Placu Wilsona).
– Dłuuuugie marynowanie w ogromnej ilości przypraw (bez konserwantów) i oliwy (może być z oliwek, choć ja ostatnio przerzuciłam się na stary dobry słonecznikowy, bo bardziej mi smakuje). Takie marynowanie powinno trwać przynajmniej 12 godzin (w lodówce, pod przykryciem).
Dłuuugie pieczenie mięsa w średniej temperaturze. W trakcie pieczenia należy kontrolować mięso dość często, skrapiać oliwą, podlewać wodą. Aby nie spaliło się od góry, warto przykryć naczynie żaroodporne folią aluminiową, a dopiero potem nałożyć pokrywę. Serio.

A oto przepis na obiad, z pieczonym indykiem w roli głównej. Inne mięsa (takie jak karkówka, schab czy kurczak) należy nieco inaczej marynować (z innymi dodatkami), w trakcie pieczenia pojawią się także inne dodatki. Ponadto zdradzę Wam sposób na pyszne pieczone ziemniaki – z wykorzystaniem formy do muffinek 🙂

PRZEPIS NA NIEDZIELNY OBIAD NA WIELKIM WYPASIE:

Składniki:

MIĘSO:
– Duża (naprawdę super wielka, ogromniasta) pierś z indyka
– Olej słonecznikowy
– Przyprawy
– Czosnek

PIECZONE ZIEMNIAKI:
– 12 ziemniaków (najlepsze są takie z Carrefoura, specjalne do frytek i do pieczenia, nie wymagają absolutnie żadnych przypraw, bo same w sobie są przepyszne)
– Masło
– Tarta bułka

SAŁATKA Z RUKOLI:
– Rukola (paczka)
– Sos włoski (albo z paczki – Knorra, albo samodzielnie przygotowany z oliwy, octu balsamicznego, bazylii i – opcjonalnie – czosnku)

SURÓWKA Z MARCHEWKI:
– 8 średnich marchewek
– 1 duże jabłko
– Kilka kropelek soku z cytryny

Extra dodatek: Konfitura z borówek – domowej roboty.

IMG_20140223_215331

Sposób przygotowania:

Zaczynamy od marynowania mięsa – dzień wcześniej (np. w piątek). Do dużej miski wkładamy posoloną pierś z indyka, zalewamy ją oliwą/olejem do 2/3 wysokości. Od góry posypujemy mięso BARDZO OBFICIE ulubionymi przyprawami (ja np. używam przywiezionych z Grecji mieszanek świeżych ziół i przypraw). Rękami mieszamy przyprawy z oliwą tak, aby nasmarować całe mięso. Tak przygotowaną marynat przykrywamy i zostawiamy w lodówce. Następnego dnia, np. w sobotę zaczynamy piec mięso z odpowiednim wyprzedzeniem. Wkładamy mięso do naczynia żaroodpornego, dodajemy jeszcze przepołowione ząbki czosnku i inne ulubione dodatki (ja np. często dodaję żurawinę suszoną lub rodzynki). Pieczemy w temperaturze max 180 stopni, cały czas kontrolując, czy mięso się nie przypala. Przez cały czas pieczenia (ok. 2-3 godziny, oczywiście po pewnym czasie odpowiednio zmniejszamy temperaturę pieczenia) mięso musi być przynajmniej w 1/4 zatopione w tłuszczu z przyprawami i wodą. Kiedy na nasze „oko” mięso jest już gotowe, wyłączamy piekarnik i zostawiamy mięso w nagrzanym piekarniku do wystygnięcia.

Kolejna sprawa – pieczone ziemniaki. Zabieramy się za nie w niedzielę, na około 1,5 godziny przed wypasionym obiadem. Carrefour wypuścił taki „wynalazek” jak ziemniaki przeznaczone do różnych celów. Znaleźć tam można np. ziemniaki „do gotowania” oraz „do frytek i do pieczenia”. Nam będą potrzebne te ostatnie oraz (tak, czasami miewam takie przebłyski geniuszu) forma do muffinek. Bierzemy 12 ziemniaków, obieramy je, obtaczamy w tartej bułce i wkładamy do formy uprzednio obficie nasmarowanej masłem. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Formę przykrywamy folią aluminiową. Pieczemy w ten sposób przygotowane ziemniaki przez ok. 1,5 godziny.

Marchewki rozdrabnioany w blenderze lub ścieramy na tarce z drobnymi oczkami. Podobnie traktujemy jabłko 😉 Mieszamy oba składniki, dodajemy parę kropli soku z cytryny i wszystko razem mieszamy. Rukolę myjemy i dokładnie osuszamy. Przed podaniem polewamy sosem włoskim.

Mięso z ziemniakami podajemy na półmisku. Surówkę i sałatkę w osobnych miskach. Jako alternatywę do ziemniaków polecam grzanki z bagietki. Jako super dodatek do mięsa polecam jeszcze podać konfiturę z żurawiny lub – jeszcze lepiej – borówki.

No i już 🙂 Uff 🙂 Wcale nie było z tym tak dużo roboty. A tak bardzo było warto!

Smacznego i dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Android pisze o swoich tęsknotach

Android pisze o swoich tęsknotach

Ogłaszam uroczyście, że nic (albo prawie nic) nie „jara” mnie już tak, jak kiedyś.
Czy to kwestia wieku, czy zgorzknienia – nie mam pojęcia. Trwa to już od pewnego czasu i obawiam się, że nie jest to stan przejściowy, tylko nowy stan stały, który muszę zaakceptować. W sumie dobre to dla mojego zdrowia, bo nie powinnam przeżywać zbyt silnych emocji. Choroba Hashimoto tego nie lubi, tak samo jak depresja. Dlatego bycie robotem bez uczuć jest dla mnie stanem optymalnym. Trochę szkoda, bo porywy emocjonalne potrafią być fajne.

Zumba i blog, pomijając związki z ludźmi, to moje dwie stałe, długoletnie relacje. Aktualnie zumba zaniedbana, bo jestem chora i siedzę zgięta wpół modląc się, aby mój żołądek przestał boleć. Mam nadzieję, że po tej przerwie wrócę szybko do formy. Z wiekiem wraca mi się trudniej do prawidłowego „ukształtowania terenu”. Nawet mały przestój w ćwiczeniach owocuje cellulitem, opuchliznami i sflaczeniem mięśni. Tydzień w domu i widzę w lustrze grubasa.

ea33971cf827389718056cad3e2acebe

(Źródło: Pinterest.com)

Zastanawiam się, czy jestem gotowa zaakceptować stan przejścia w androida, czy może powinnam zacząć szukać nowych zajęć, którymi się „zajaram”. Napisałam, że „prawie nic mnie nie jara”, bo ostatnio trafiłam na jedną rzecz, która ruszyła moje skostniałe zwoje. Te zwoje, które przez powtarzalne, nużące codzienne zajęcia zapomniały, czym jest wyobraźnia. W moje ręce trafił pożyczony Kindle. Pomiędzy różnymi lekturami, które mnie w ogóle nie zainteresowały, trafiłam na… „Grę o Tron”. Trochę antyhipstersko, bo tę książkę czytali już chyba wszyscy. A jak nie czytali, to oglądali serial. Choć tłumaczenie polskie woła o pomstę do nieba, to wkręciłam się po uszy. Niektóre zdania w polskim tłumaczeniu są w stylu humoru z zeszytów szkolnych, ale jakoś udaje mi się to zignorować. Mam teraz wreszcie coś, co mnie pochłania na tyle, że się odcinam od bodźców. Pierwszy raz od dawna tak się zaczytałam, że prawie przejechałam docelową stację metra. Cieszę się jak głupia, że przede mną jeszcze kilka tomów 🙂 Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to literatura „nie w moim stylu”. Cholera, może już dawno powinnam była zmienić styl!

40dad3373d3b301d2bb2a7c2ac113f0c

(Źródło: Pinterest.com)

Pochorowałam się tak mocno, że nie mogę się rozkoszować nawet jedzeniem (a na ogół sprawia mi to względną radość). Jem kaszki dla dzieci i popijam chłodną wodą. Czasami – jak mam siłę siedzieć – to siedzę przy kompie lub oglądam coś na National Geographic. W głębi duszy wiem, co mogłoby mi pomóc wyjść z obecnego stanu skostnienia: podróż albo przeprowadzka na wieś. Owoce prosto z drzewa. Świeże, pachnące jedzenie. Cisza i otwarta przestrzeń. Drzewa i widok nieba. Chyba wychodzi ze mnie po latach ta dziewczynka z małego miasta, która wiele lat temu przyjechała do Warszawy i czuła się tutaj zagubiona. Stęskniona za widokiem gór, pagórkowatym terenem i ostrym południowym powietrzem. Ta odważna i przebojowa dziewczyna, która przez wiele lat walczyła z samotnością, brakiem wsparcia i bezdusznością dużego miasta, nagle przestała mieć siłę. Oto ja – cofnęłam się o jakieś 14 lat.



Madonna – This used to be my playground

Może to cofnięcie nie jest takie złe… Może przypomnę sobie dawne zainteresowania, a może zmotywuję się do odkrywania nowych? Zawsze kochałam literaturę, artystów, ich życiorysy. Ostatnio przypadkiem odkryłam bardzo fajnego bloga literackiego, jest to dla mnie prawdziwa perła blogosfery. Polecam lekturę bloga pani Zientek:

http://zientek.blog.pl/

Oto wybrane, bardzo ciekawe wpisy:

O PRZYBYSZEWSKIM

O VIRGINII WOOLF I WIELU INNYCH

Zaczynam od literackich, delikatnych „zajarań”. Powoli wracają mi kolorowe, pełne życia sny. Może coś jeszcze mnie zaciekawi… Polecacie coś?

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Ogólne zniechęcenie, czyli o co chodzi z tym dziwacznym przesileniem

Ogólne zniechęcenie, czyli o co chodzi z tym dziwacznym przesileniem

Już połowa lutego, a ja prawie nic nie piszę. Nie jestem w stanie. Miałam w planie napisać o kilku ważnych tematach – związkach, seksie, przygotowaniach ślubnych, ale nie potrafię się zebrać. Po długim czasie pełnego rozpędu chwilowo wyhamowuję. Moje życie tak strasznie przyspieszyło, że przestałam mieć czas na podtrzymywanie i pielęgnowanie relacji z ludźmi poza moimi domownikami. Praca, dom – to wszystko. Zawsze byłam bardzo zależna od pogody, od ciśnienia atmosferycznego, od ilości światła itp. Dlatego też teraz czuję się fatalnie. Mój organizm podpowiada mi, że zimą musi być zimno i to nagłe ocieplenie bardzo źle mi służy. Jestem senna, słaba i otępiała. Zamiast mówić – bełkoczę i mam w głowie jedno, jedyne marzenie – wejść pod kołdrę i nigdy spod niej nie wyjść. Tak potwornie chce mi się spać…

e00e02a72bb8aa53aa67927d93778b3a

Źródło: Pinterest.com

Mały jest chory, przez dwa dni pełnię dyżur domowy przy nim, jest nam razem świetnie, choć nie mam zbyt wiele energii. Żałuję, że nie mam Google Glass albo wiecznie włączonego dyktafonu, bo chętnie zapisywałabym wszystkiego jego super teksty. Zapisywanie na kartce często nie oddaje klimatu wypowiedzi, intonacji głosu, uśmiechu brzmiącego w głosie. Ostatnio na przykład rozbroił mnie takim oto tekstem:

JA: Kochanie, pobawimy się w szkołę?

SYNEK: Tak, mhmm, nie mam zamiaru.

Nie powiem, usłyszałam w tym echo własnych słów (czasami zdarza mi się coś takiego powiedzieć, w innym kontekście). A w tej sytuacji to zabrzmiało tak strasznie śmiesznie 🙂

Właśnie totalnie zasypiam, ryję nosem w klawisze, mimo iż spałam od osiemnastej do dwudziestej pierwszej, nie poszłam nawet na zumbę… Po prostu urwał mi się film. Nie wiem, co mnie tak męczy, dręczy od środka, że po prostu muszę „przymknąć na to oczy”. Chciałabym wiedzieć. Wiem jedno, marzy mi się duża przestrzeń. Czuję się przytłoczona, zamknięta w więzieniu. Ciągle tylko ciasne wnętrza – biuro, metro, dom. A ja pragnę dużej przestrzeni, chcę biec, płynąć gdzieś w dal, poczuć w piersiach powietrze, wziąć pełen oddech i sycić się wolnością. Czy jeszcze kiedyś będę mogła?

Z przyzwyczajenia chciałam właśnie napisać „Kind Regards” i podpisać się 😀 Ale czad 😀

Trzymajcie się, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy! Mam nadzieję, że wkrótce moja głowa znów będzie pełna świeżych pomysłów i będę mogła się nimi z Wami podzielić.

(Faith No More – Easy)

Zaległa obiecanka z Instagrama oraz parę nowych przemyśleń o gotowaniu

Zaległa obiecanka z Instagrama oraz parę nowych przemyśleń o gotowaniu

Kochani,
Nie wiem, kiedy to się stało, ale po prostu, z biegiem lat i nabieranych doświadczeń kulinarnych, po prostu wyrobiłam się nieźle w kuchni. Mam spory zestaw dań, które lubię przygotowywać i ciągle powiększam swoje hmm… „portfolio”. Jak już wiele razy pisałam – sprawia mi to radość, a że w sumie nieźle mi to wychodzi, to rośnie też moje ego 😉

Kuchnia stała się także moim azylem, miejscem w naszym małym, dwupokojowym mieszkaniu, w którym mogę rządzić, odpoczywać, myśleć o różnych rzeczach i – oczywiście – śpiewać 😉 Lubię jedzenie, bo daje mi zdrowie. Lubię smakować, bo to jest bardzo zmysłowe. Oczywiście, są rzeczy, których w jedzeniu nie znoszę. Pierwsza z nich, to zapach jedzenia we włosach, gdy zbyt długo się siedzi w kuchni albo w jej pobliżu (np. w knajpie). Najgorzej jest pod tym względem w budkach z żarciem azjatyckim (zapach na cały wieczór, największa masakra tkwi we włosach i żadne perfumy tego nie zabiją). Druga, mówię o tym głośno, najgłośniej jak się da – to czosnkowy wyziew z paszczy. Czosnkowy, a także szczypiorkowy, cebulowy i dalej w ten deseń. Oczywiście, czoch jest najgorszy. Jak się wsiada zimą do metra, to wyziewy czosnkowe unoszą się pod sufitem. A mnie się robi po prostu słabo. Między innymi dlatego unikam kupowania jedzenia, którego sama nie ugotowałam. Delikatny aromat czosnkowy jest bardzo potrzebny w przypadku wielu potraw, niekiedy wręcz konieczny. Na przykład naleśniki ze szpinakiem bez delikatnego zapachu czosnku nie mogłyby istnieć. Dlatego moje naleśniki pachną czosnkiem, choć go w sobie nie zawierają i nie grozi Wam wyziew czochowy 🙂

Naleśniki ze szpinakiem:

Składniki

– 1 opakowanie szpinaku (Frosta lub Hortex)
– masło do smażenia
– różne typy sera
– jajko
– odrobina śmietany (opcjonalnie)
– 4 ząbki czosnku przekrojone na pół

Sposób przygotowania

Na patelni rozpuszczamy dwie łyżki masła. Zamrożony szpinak kładziemy na maśle, mieszamy aż się roztopi. Gotujemy chwilę do uzyskania przez szpinak odpowiedniej konsystencji. Dodajemy starty ser (np. goudkę, edam, gruyere – według uznania), przyprawy (sól, pieprz oraz czosnek – przepołowione ząbki). Wszystko razem gotujemy na małym ogniu przez około 10 minut. Na koniec dodajemy do potrawy całe jajko i mieszamy całość aż jajko się zetnie. odkładamy nadzienie na bok i przygotowujemy naleśniki. Ciasto naleśnikowe przygotowujemy według TEGO PRZEPISU. Zanim wyłożymy farsz na naleśniki, wyciągamy z niego wszystkie kawałki czosnku. Na każdy naleśnik kładziemy plasterek sera, potem smarujemy farszem i zawijamy. Naleśniki można podgrzać na patelni lub w piekarniku, żeby ser się roztopił. Podawać z sosem pomidorowym, ketchupem lub innym ulubionym sosem.

naleśniki

Smacznego, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy!

Rozsmakowujcie się w jedzeniu i w życiu 🙂