Monthly Archives: Marzec 2014

Slow life, wiosna i Marylin

Slow life, wiosna i Marylin

Poszukuję wyciszenia. Subtelnych dźwięków, pustej przestrzeni. Dużo się ostatnio dzieje – prawie same pozytywne rzeczy, ale jak zwykle bodźców jest zbyt wiele. Dlatego potrzebne są mi marmurowe dźwięki.



(Marble Sounds – Leave a light on)

Do ślubu zostały dwa miesiące, więc przygotowania idą pełną parą. W pracy przybyło mi obowiązków, więc w ciągu dnia czasami nie mam czasu nawet porządnie zjeść. Dlatego w domu, na ile to możliwe na 40 m2 z moją ożywioną i radosną rodzinką, wprowadzać zasady mojego ulubionego slow life 🙂 Staram się gotować pyszne, zdrowe rzeczy. Wróciłam do ćwiczeń, a przede wszystkim do jogi. Już zapomniałam jak to jest oddychać spokojnie i głęboko. W pędzie codzienności, w stresie, jest miejsce tylko na krótki wdech i wydech. Czasami lepiej nie oddychać, zwłaszcza, gdy się jeździ komunikacją miejską 🙂 A ja lubię głęboko oddychać. Tak samo, jak lubię smak życia. Bardzo lubię też uspokajające mruczenie mojego niezwykle upasionego syjamskiego kota – Zuzki.

IMG_20130901_150141

Jak idą Wam przygotowania do wiosny? Ja właśnie kończę swój 30 dniowy „challenge” przysiadów (jestem na 230, zostały mi jeszcze 3 dni treningu do liczby 250). Codziennie ćwiczę jogę i brzuszki. Jedzenie kupuję głównie na bazarku. Dziś jedliśmy krem z pomidorów malinowych ze świeżą bazylią, a na drugie pieczonego pstrąga z kuskusem razowym. No po prostu obłęd w groszki! Przygotowuję się zatem do wiosny, do ślubu i staram się rekompensować sobie jakoś stresy w pracy za pomocą miłych aktywności w życiu prywatnym. W pracy mogę być chmurna i twarda, ale w domu… Chciałabym zawsze mieć na twarzy niewymuszony uśmiech. Gdy zmęczenie bierze górę nad wszystkim, to o ten uśmiech bardzo trudno. Jednak ostatnio odkryłam, że moje zmęczenie, poza tarczycą, deprechą etc. bierze się od przemęczonych i na wiór wysuszonych oczu. Poszłam z tym do lekarza, gdyż od klimatyzacji i 8 godzin przy komputerze moje oczy miały się bardzo źle i bardzo często padały ofiarą zapalenia spojówek. Dostałam super krople przeciwalergiczne, drugie krople nawilżające i żel do oczu na noc. Oczy mają się świetnie! A ja dzięki temu czuję się dużo mniej zmęczona. Odkryłam też, że dość często bolą mnie uszy. Trochę od słuchania mojej ukochanej empetrójki, ale przede wszystkim od zajęć zumby, na których muzyka puszczana jest niezwykle głośno. Przestaję to wytrzymywać, niestety:/ Nie wiem, czy nie będę musiała zrobić sobie trochę przerwy w zumbie w związku z tym.

Na koniec chciałabym Wam opowiedzieć o pewnym filmie. Film ten nie jest nowy, ale ja obejrzałam go dopiero niedawno w telewizji. Chodzi o „Mój tydzień z Marylin”. O mojej fascynacji Marylin Monroe już Wam opowiadałam. „Pół żartem, pół serio” oraz „Mężczyźni wolą blondynki” to moje ulubione komedie, jestem wielką fanką urody i talentu Marylin. Zawsze lubiłam jej styl, głos, mimikę. „Mój tydzień z Marylin” przypomniał mi o tym 🙂 Dowiedziałam się też z niego sporo o samej MM. Zobaczyłam w niej trochę z siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o te chwile, gdy była smutna, bezbronna i hm… „słabo ogarniająca”. Obejrzałam ten film i stwierdziłam, że Marylin musiała mieć niedoczynność tarczycy albo Hashimoto, bez dwóch zdań. A depresję miała na pewno…

Marilyn+Monroe+my+queen

(Źródło: Google grafika)

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Dbajcie o siebie na Wiosnę 🙂 I Panowie, bądźcie dla nas dobrzy też! 🙂

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Najważniejsze jest zaufanie, czyli o tym, jak pozwolić dziecku się oddalić i jednocześnie zatrzymać je przy sobie.

Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy,
Dużo ostatnio myślę o kwestii wzajemnego zaufania między rodzicem a dzieckiem. Myślenie to zaczęło się od luźnych skojarzeń na temat tego, jakim jestem rodzicem. Ostatnio Marta prosiła mnie w komentarzach, żebym napisała „jak być taką dobrą mamą”. No cóż… Nie uważam siebie za nadzwyczajnie dobrą matkę. Jestem matką taką sobie, zarówno dobrą, jak i beznadziejną czasami. Do moich największych przewinień należy między innymi fakt bycia hm… nadmiernie ochraniającą. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie patrzeć swojemu dziecku ciągle „na ręce”, nie strofować na każdym kroku. Pragnę wyrzec się kontroli i wiecznego bycia „gorylem” na rzecz bycia większym luzakiem. Nie przychodzi mi to łatwo, niestety. Zwłaszcza, że gdzieś wyczytałam, iż rolą rodzica dziecka w wieku przedszkolnym jest przede wszystkim ochrona, a dopiero w dalszej kolejności bycie nauczycielem, kumplem, etc. Trochę się zatem usprawiedliwiam wewnętrznie, że moje schizowanie i ciągłe kontrolowanie tego, co robi mój Synek, jest w pełni słuszne. Dlatego sprawdzanie graniczące z obsesją, czy przypadkiem noga nie zwisa mu w nocy z łóżeczka albo czy idąc w nocy do naszego łóżka nie potknie się o walający się w przedpokoju pantofel uważam za zachowanie mieszczące się w normie. Mam nadzieję, że będę umiała wyczuć moment, kiedy moja Mała Dzidzia będzie już sama dobrze wiedziała, co jest dobre, a co złe i niebezpiecznie. Bardzo nie chciałabym stłamsić mojego Syna. Bardzo chcę, żeby był odważny, niezależny i silny. Dlatego wielokrotnie gryzę się w język, na który zaczynają mi już wskakiwać słowa typu „uważaj, bo to brudne” albo „zostaw to, bo się zranisz”. Zdarza się, że pozwalam mu na to, żeby sam się przekonał (oczywiście w granicach rozsądku). Chowam wtedy moje własne lęki do kieszeni. Wtedy mój M. dziwnie na mnie patrzy – jakbym była chora, czy coś 😉 Ale ja wiem, że jest ze mnie dumny w takich chwilach. Taką postawą chcę też pokazać Synkowi, że mu ufam i wierzę, że sam będzie wiedział, co zrobić.

(Skye Edwards – Monsters Demons)

W ten sposób właśnie, rozmyślając o tym, jakim jestem rodzicem, doszłam do wniosku, że najważniejsze dla mnie jest, aby mój Synek nigdy nie stracił do mnie zaufania. Chcę, aby zawsze wiedział, że może na mnie liczyć. Często się zastanawiam, jak to zrobić, żeby go nie zawieść. Kiedy widzę jego „podkówkę” (każdy rodzic wie, o jakiej minie mówię), gdy muszę odmówić mu wspólnej zabawy albo muszę wyjść z domu, kiedy on mnie potrzebuje, to mi pęka serce. Wiem, że musi się nauczyć, iż czasami nie można mieć wszystkiego, że w życiu bywa tak, że się nie ma wyjścia, no i przede wszystkim, że odmowa nie oznacza odrzucenia. Chcę też, żeby nauczył się rozumieć, że rodzic nie jest ze stali i czasami może nawet po prostu nie mieć ochoty lub siły na zabawę. Z drugiej strony mam obawy, że sprawiam mu wielki zawód spędzając z nim tak mało czasu (współczesny tryb życia i praca sprawiają, że w ciągu tygodnia roboczego tego wspólnego czasu praktycznie nie ma) i że w pewnej chwili przestanie mi ufać. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie.

IMG_1395

Na koniec Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego Synka. Ostatnio na spacerze biegał po swoim ulubionym murku. Murek jest dość niski, ale ja oczywiście bałam się, że Synek spadnie. Dlatego szłam blisko i chciałam, żeby złapał mnie za rękę. A mój Synek, stanowczo, acz spokojnie mówi do mnie: „Nie mamo, bo to jest moja sprawa i ja to zrobię sam!” 😉 Zamurowało mnie. Byłam bardzo dumna z tego, jak Mały zawalczył o swoje, zakomunikował mi, że moja nadmierna ochrona jest dla niego niewygodna i tym samym poprosił mnie o zwiększenie zaufania. Oczywiście, pozwoliłam mu na samodzielne chodzenie po murku. Nie macie pojęcia, jak bardzo był zadowolony! 🙂

Życzę Wam przyjemności z bycia rodzicami, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O niedokończonych sprawach, radiu Zet Chilli i dwóch piosenkach, które ostatnio skradły moje serce

O niedokończonych sprawach, radiu Zet Chilli i dwóch piosenkach, które ostatnio skradły moje serce

Czy Wy też macie wrażenie, że obecnie wszystko jest takie… niedokończone? Niedoczytane? Niedosłuchane? Ja sama już coraz rzadziej czytam całe artykuły, przesłuchuję całe piosenki… Dobrze, że jest radio, które się sączy w uszy i dzięki niemu poznaję całe piosenki. Świat pędzi jak ślepy koń i coraz trudniej w tym nadmiarze informacji zwrócić naszą uwagę, przyciągnąć i zatrzymać na chwilę. Mam wrażenie, że wszystko staje się niedbałe. Mam kilka marzeń w swoim życiu, części z nich zdradzić nie chcę, ale marzy mi się, żeby jedną rzecz, jedno zajęcie zgłębić naprawdę dobrze, tak by osiągnąć w niej mistrzostwo. Oczywiście, gdy tylko zaczynam robić w głowie listę tych rzeczy, które lubię robić najbardziej i które pragnęłabym zgłębić, gdzieś z tyłu głowy coś mi krzyczy: „Jesteś już za stara”, jednak z drugiej strony słyszę tego pozytywnego, energicznego stwora, który podpowiada mi: „Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć realizować swoje marzenia”. A co do wyglądu i starości… No cóż… Ostatnio przeglądałam stare listy mojego taty i znalazłam w nich takie mądre słowa: „Uroda człowieka jest w jego wnętrzu, a nie na zewnątrz (…) póki człowiek jest młody, jego wygląd jest taki, jaki jest, później jest taki, na jaki człowiek sobie zasłużył…”. Święte słowa. Dlatego rzućcie papierosy, alkohol, złe odżywianie i – jeśli się da – siedzący tryb życia. Bądźcie mili i dobrzy – dla innych i dla siebie. No i dużo tańczcie, tak jak ja 🙂 Albo ćwiczcie. Przysiady na dobry początek.

30daysquat

Źródło: http://thelaotiancommotion.com/

Na chwilkę jeszcze wrócę do radia. Od lat uwielbiam Chilli Zet (obecnie Zet Chilli). Wcześniej słuchałam Radia PIN, a w czasach studenckich Radia Jazz. W tych radiostacjach zawsze znajdowałam coś dla siebie. Ostatnio dostałam od Zet Chilli dwa piękne muzyczne prezenty. Na początek taki oto cudowny cover piosenki zespołu Keane w wykonaniu Lily Allen (jakoś nigdy za nią nie przepadałam, ale ta piosenka mnie urzekła swoją prostotą i czarem):

)

Lily Allen – Somewhere Only We Know

Ostatnio też natknęłam się na inny utwór, w którym się zasłuchałam. Słuchałam i próbowałam w głowie „odnaleźć” ten głos. Zastanawiałam się, czy to Mela Koteluk, Brodka, czy może Marcelina (choć jej głos mnie zazwyczaj trochę denerwuje, bo jest bardzo dziecinny). W końcu się poddałam i zerknęłam na wyświetlacz. Kasia Groniec! Piękna, zdolna i niesamowita wokalistka Buffo. Pamiętałam ją sprzed lat jako fenomenalną wykonawczynię utworów Agnieszki Osieckiej. Jestem fanką jej głosu i stylu. No i ta niesamowita dykcja, matko jedyna! Jakiś czas temu natknęłam się na panią Kasię w sklepie przy Placu Wilsona. Zastanawiałam się wtedy, co się dzieje z jej karierą wokalną. No i ta piosenka mi znów o niej przypomniała 🙂

)

Katarzyna Groniec – „Trawa”

Dziękuję życiu za tę muzykę. Bez niej byłoby tak ciemno, tak marnie…

Pozdrawiam Was ciepło i wiosennie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Przez ostatnie trzy dni chodziłam prawie ślepa… Byłam tak chora, jak nigdy dotąd. Posłuszeństwa odmówiły mi absolutnie wszystkie mięśnie, łącznie z mięśniami oczu. Nie byłam w stanie na nic patrzeć, wodzić wzrokiem, patrzeć na światło. Wiecie o czym wtedy myślałam? Przy tej wysokiej gorączce, przy potwornym bólu całego ciała? O tym, że przerwałam swój 30 dniowy cykl przysiadów. Rozumiecie? Jaka durna jestem… To właśnie ten kaliber choroby zwanej perfekcjonizmem. Tyle razy już próbowałam z tym walczyć i nic z tego. Wiem dlaczego mi się nie udało – bo próbowałam osiągnąć perfekcję w walce z perfekcjonizmem. A to nie tędy droga. Trudno. Taka już zawsze będę. Zawsze będę cierpiała na chorobę, której objawem jest stawianie sobie zbyt wysokich poprzeczek.

c5818e496a703b69b0bdd686d598f36f

(Źródło: Pinterest.com (for educational purpuses only) )

Mój organizm jest jednak mądrzejszy i czasami potężnie się buntuje. Mówi mi: „Fundujesz sobie karkołomne życie”, „Stop – nie udźwigniesz tego”. A ja nie chcę, nie mogę tego słuchać i im głośniej krzyczy mój organizm, tym ja się bardziej nad nim znęcam. Przez ostatnie miesiące borykałam się z chorobą, która wracała atakując moje drogi oddechowe. Brałam antybiotyk – zabójcę, chodziłam do pracy, na zumbę, bałam się zahamować. Organizm w końcu nie wytrzymał i się złamał. Dlatego tak bardzo mnie rozłożyło. Dopiero dziś jest pierwszy dzień, kiedy jestem w stanie chodzić, nie mam dreszczy, mogę patrzeć na światło i nie jest mi niedobrze. Wracam do życia. A moja wewnętrzna mordercza trenerka szepcze „Dobrze, że schudłaś, niedobrze, bo utraciłaś mięśnie”. Zaczyna mnie podpuszczać, żebym już teraz wróciła do przysiadów, brzuszków, jogi i zumby. Chyba jednak się jeszcze powstrzymam…

68769af33fd18f1e83b4aab54bff7631

(Źródło: Pinterest.com)

W taki właśnie sposób tkwię sobie w pułapce własnego wewnętrznego krytyka, który stawia mi potwornie wysokie wymagania. Ten krytyk sprawia, że nawet nie przyjdzie mi do głowy pochwalić się szerszej grupie odbiorców tym, co robię, póki nie stwierdzę, że jest to doskonałe. Dlatego właśnie nigdy nie zgłoszę się np. do konkursu o tytuł Bloga Roku. Gratuluję wszystkim uczestnikom odwagi i pewności siebie. Może się Wam wydawać, że mi nie zależy, że się wywyższam, czy coś w tym rodzaju. Wcale nie. Po prostu uważam, że to co robię, nie ma szans na wyróżnienie, bo jest tak bardzo niedoskonałe. Zazdroszczę tym osobom, które zgłaszają swoje blogi. Blogi te czasami bywają, wybaczcie, totalnie „na kolanie” stworzone, bez pomysłu, z nieładnymi zdjęciami… Jednak przebojowość to pierwszy krok do sukcesu i tej przebojowości im zazdroszczę. Jeszcze w czasach, gdy wydana oficjalnie książka to było naprawdę COŚ, marzyłam sobie, że wydam książkę. Zdobycie uznania za taką prawdziwą książkę, nie za bloga, to byłoby dla mnie coś! Blogów są tysiące, pisać w necie każdy może i – jak czasami dobrze widać – robione jest to byle jak. A książka… To coś pięknego. Nie umniejszając niektórym świetnym blogom, które bardzo lubię, dla pisarza pisać bloga, to tak jak dla aktora teatralnego grać w serialu TV. Mój blog, choć piszę go już tak długo, jest dla mnie „tylko blogiem” i mój krytyk mówi mi, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej zgłaszać się z nim gdziekolwiek po cokolwiek. Dać Wam jeszcze przykład mojego znęcania się nad sobą? Ostatnio trafiłam na napisaną przez siebie w wieku ośmiu lat powieść fantasy (serio, nie wiem, co mi się wtedy stało) i czytając ją stwierdziłam: „Matko, w wieku ośmiu lat pisałam lepiej niż teraz. Wtedy przynajmniej miałam niczym nieskrępowaną wyobraźnię”. Masakra, prawda?

33f4dad2fe2be453594739aab5713f91

Źródło: Pinterest.com

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pcham się ani do społeczności blogerskich, ani do konkursów. Już w czasach podstawowej szkoły muzycznej zetknęłam się z wielką niesprawiedliwością tego świata. Razem ze mną na roku była dziewczyna, która grała na tym samym instrumencie, co ja. Dla niej granie była przymusem, dla mnie – czymś wyjątkowym i wspaniałym. Ludzie mówili mi – Ty masz talent, a ona ma tatę – nauczyciela w szkole muzycznej. Reszty możecie się domyślić. Kto był faworyzowany? Komu nauczycielka poświęcała więcej czasu? Która z nas dostawała się bez niepotrzebnych formalności na konkursy? Nie znoszę takich zjawisk, a niestety one są obecne wszędzie i jak tylko mogę, to ich unikam. Dobrze i bezpiecznie mi tutaj, gdzie mentalnie tkwię. Piszę sobie, co chcę i jak chcę, a jeśli to do kogoś trafia, to jestem szczęśliwa. Boję się ruszyć z tego miejsca, mimo iż wiem, że siedząc tu niczego nie osiągnę. Gdzieś w głębi duszy naiwnie wierzę, że w końcu znajdę sobie miejsce w tym świecie, za pomocą tego, co lubię robić najbardziej. Wierzę też, choć może niesłusznie, że mój perfekcjonizm, potworna wredota, okaże się wtedy moim największym sprzymierzeńcem.

ba2750101dcca2805b32b8f654791fad

(Źródło: Pinterest.com)

Parę słów ku pokrzepieniu, dla Was – nieuleczalne perfekcjonistki. Jest kilka obszarów, w których z nieukrywaną przyjemnością pozwalam sobie na niedoskonałość. Najważniejszym z nich jest macierzyństwo. Co ciekawe, to właśnie bycie mamą wychodzi mi chyba w życiu najlepiej 🙂

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O rozmiękczeniu umysłowym u matek i o tym, co za tym idzie plus parę rozważań o godzeniu pracy z macierzyństwem

O rozmiękczeniu umysłowym u matek i o tym, co za tym idzie plus parę rozważań o godzeniu pracy z macierzyństwem

Dawno, dawno temu pisałam Wam o książce pt. „Umysł matki”, opisującej to, jak zmienia się nam – mamom w głowach po urodzeniu dziecka. Ostatnio coraz częściej myślę na temat tego zmienionego umysłu, dlatego chcę Wam o tym napisać.

(Buddy Rich feat. Cathy Rich – „The beat goes on”)

Rozważania dotyczące matczynego umysłu pojawiają mi się najczęściej w kontekście pracy. Niestety, godzenie pełnoetatowej pracy z macierzyństwem jest największym wyzwaniem, z jakim przyszło mi się zmierzyć. Ostatnio gdzieś przeczytałam (umknęło mi gdzie – chyba na Linkedin), że pracujące kobiety pracują na trzy zmiany – jedna to praca, druga to dom, a trzecia to wszystkie silne emocje związane z godzeniem jednego z drugim. Rzeczywiście, ten trzeci etat, ta „trzecia zmiana” jest dla mnie niezwykle obciążająca. Mój syn i moja rodzina są niekwestionowanym priorytem w moim życiu. Nikt i nic nie liczy się dla mnie bardziej niż oni. Żaden pieniądz, żaden sukces – nic nie jest ważniejsze. Oczywiście, fajnie by było, gdyby sukces szedł w parze z nienaruszonym życiem rodzinnym – jednak wiele z Was doskonale wie, jak jest to trudne, zwłaszcza, gdy pracuje się w korpo. Każda choroba dziecka, każde kaszlnięcie czy gorączka, okupione są zawałem serca i pełnym lęku myśleniem – „Kto, cholera jasna, zostanie z dzieckiem”. Znacie moje przejścia z nianiami i pewnie rozumiecie, że niani nie zatrudnię. Ponadto nie stać nas na płacenie jeszcze dodatkowo komuś za dorywczą opiekę, ponad wydatek związany z czesnym w przedszkolu. Jedną babcię mamy daleko, druga pracuje. Musimy dzielić opiekę nad naszym ciągle chorującym przedszkolaczkiem między nas dwoje. Dla każdego z nas jest to stres. Każda kobieta, która usłyszała od pracodawcy, jak niewygodne są tego rodzaju nieobecności wie, jak to boli. Wie, jak boli bycie postrzeganym jako gorszy pracownik. Boli dlatego, że jesteśmy bezradne. Boli, bo jednocześnie rozumiemy, z czego wynika takie postępowanie pracodawcy, a z drugiej chciałybyśmy być bardziej rozumiane…Mamy prawo opiekować się swoimi dziećmi, kiedy są chore. Mamy prawo nie chcieć narażać ich na powikłania, posyłając je „na antybiotyku” lub chore do przedszkola. Jesteśmy bezradne, za każdym razem musząc się z tego tłumaczyć w pracy. Każda z nas, która usłyszała w swojej karierze „nie damy Ci dodatkowych wyzwań, bo dziecko Ci choruje i sama też chorujesz” wie, co to za uczucie. Czy są wśród nas te, które pracują z domu będąc na zwolnieniu? Podejrzewam, że większość z nas to zna… Dlaczego tak robimy? Bo chcemy pokazać, że nie jesteśmy gorsze. To takie niesprawiedliwe… Zwykle chorowałam raz na pół roku, teraz, odkąd mam przedszkolaczka (no i nie bez znaczenia jest to, że deprecha pogarsza mi odporność) łapię od niego choroby częściej. Faktycznie, raz na parę miesięcy coś mnie łapie. Ale zazwyczaj skracam czas siedzenia w domu do minimum albo w ogóle nie oddaję zwolnienia, tylko idę do pracy, mimo iż skręcam się z bólu (tak miałam rok temu, gdy dostałam zapalenia żołądka i mimo to przyłaziłam do pracy).

491da29890345ac3bdf6a152c3a623b6

Źródło: Pinterest.com

Cała ta sytuacja bez wyjścia, bez możliwości obronienia się, bardzo mnie stresuje. Dodatkowo, moje bezdzietne koleżanki niczego nie rozumieją. Wydaje im się, że olewam pracę, bo mnie nie ma w biurze. Ale całą robotę robię, jak trzeba. Nie daję sobie taryfy ulgowej. Staram się robić wszystko na 150%. Ciekawe, jak one by funkcjonowały, mając non stop chore dziecko, mając ciągle w głowie niepokój o to, czy dziecku się nie pogorszy, czy aby antybiotyk został dobrze dobrany. Ciekawe, jakie byłyby tryskające energią, gdyby dziecko przez całą noc budziło się majacząc z powodu gorączki. Mój matczyny umysł pracuje wyraźnie inaczej niż umysł kobiet bez dzieci. Odkąd mam dziecko, nauczyłam się jeszcze lepiej ustawiać priorytety, odsiewać istotne informacje od nieistotnych szczegółów. Stałam się jeszcze bardziej konkretna niż kiedyś. Zawsze „waliłam prosto z mostu”, teraz jeszcze bardziej. Zawsze dobrze organizowałam sobie czas i pracę. Nie robię nic na siłę. Nie czuję potrzeby robienia szumu wokół siebie. Traktuję pracę poważnie. Zdarza się, że mój umysł, bezpowrotnie odmieniony przez hormony po porodzie, pracuje pozornie gorzej. Bywa tak, że zapominam o różnych rzeczach – dlatego, że mój umysł uznał je za nieważne. Są to szczegóły, które wywalił padły ofiarą filtra pamięciowego, który mnie chroni przed nawałem informacji. Kiedyś go nie miałam, teraz – na szczęście – mam. Dlatego po weekendzie potrzebuję chwili rano, żeby przypomnieć sobie pewne rzeczy z poprzedniego tygodnia. Uważam, że nie ma w tym nic złego. Uważam, że po to maile są zapisane w skrzynce, żeby móc do nich wrócić. Nie potrzebuję przechowywać wszystkiego w pamięci. Wolę zapamiętać za to nazwy wszystkich postaci Lego Chimy lub imiona kolegów mojego synka z przedszkola. Nie znaczy to, że sprawy „pracowe” nie są dla mnie ważne. Po prostu nie „żyję” nimi, nie przetwarzam ich w głowie podczas weekendu. Żyję moją rodziną. Niestety, nadal niewielu jest w Polsce pracodawców, którzy są w stanie „ogarnąć” matkę z małym dzieckiem, wykorzystać jej potencjał i zapewnić poczucie pełnego bezpieczeństwa.

3bcdc7b7a8324531cc5dd432900ab06d

Źródło: Pinterest.com

Czytałam, że są takie kobiety, których umysł nie zmienia się po urodzeniu dziecka. One nie tyją, nie nabierają „cycka”, nie stają się też takie po matczynemu „rozmiękczone” (nie mówię też, że wszystkie kobiety muszą utyć po porodzie, jednak większość trochę przybiera ;-)). Te kobiety mają ponoć więcej testosteronu. Podobno im wyższe kobieta piastuje stanowisko w karierze zawodowej, tym więcej ma testosteronu (nie wiadomo tylko, jaki jest związek przyczynowo – skutkowy). A testosteron kłóci się z estrogenami. Poprawia za to znacznie pamięć. Cechuje też pracoholików. Czytałam też, że na wysokich stanowiskach ludzie, nie tylko kobiety, mają niższy poziom kortyzolu (poziomu stresu) niż na niskich stanowiskach. Nie komentuję, nie interpretuję, tylko daję Wam te fakty do przemyślenia… Aha, dodam jeszcze, że znam takie wspaniałe bezdzietne kobiety, które są cudownie rozmiękczone i kochane, wyrozumiałe i emocjonalnie super – inteligentne. Pozdrawiam moje ukochane wyjątki (M.J., E.K., A.Ł. i I.W. w szczególności!).

Wiecie co, może już nie jestem mistrzem zapamiętywania i szczegółowości, ale za to jestem teraz bardziej kreatywna, mam bardziej wyostrzone zmysły i lepiej rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Ciekawe, co się bardziej przydaje w życiu? 🙂

Na tym kończę moje rozważania i pozdrawiam Was weekendowo !:)

Miłego, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!