Monthly Archives: Kwiecień 2014

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Czasami wystarczy zmienić jeden szczegół i od razu jest lepiej

Dobry wieczór, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Przyszła wiosna, lepiej Wam? U mnie dobrze. Dzisiaj miałam wolne i załatwiałam kilka spraw z kategorii papierologia – urzędy. Cieszę się, bo udało mi się odhaczyć ważny punkt na mojej liście „do zrobienia – ważne i pilne”. Jeszcze kilka takich punktów i odetchnę z ulgą. Jeszcze kilka miesięcy i będę mogła znów trochę głębiej zasypiać.

Do ślubu wszystko gotowe. Czekamy w pasach startowych. Już niedługo nastąpi ten wielki dzień! A przed nim jeszcze wieczór panieński 😉 Nie wiem, co się na nim wydarzy, ale podobno same przyjemności! Nie mogę się doczekać. Oczekując na te wszystkie ważne momenty, staram się odnaleźć w rzeczywistości. Chyba trochę się uspokoiłam. Udaje mi się także odnaleźć przyjemność w życiu codziennym. Odkryłam, że warto czasem zmieniać przyzwyczajenia, także te drobne, aby osiągnąć efekt świeżości, nowości i większego zadowolenia. Otóż odkąd zrobiło się trochę cieplej, zmieniłam nieco trasę z domu do pracy. Chodzę innymi ścieżkami. Po wyjściu z metra, zamiast iść razem z pochodem zombie – korpo – garniturków (P.S. właśnie zdałam sobie sprawę, że słowo korpo kojarzy mi się z corpse, czyli trup po angielsku), idę inną trasą, przyjemniejszą, wraz z pochodem kolorowych i niedbale ubranych studentów Politechniki 😉 Na trasie tej spotykam więcej zadowolonych ludzi. Po drodze kupuję śniadanie i sok jednodniowy z marchewki (planuję nabrać ładnych kolorków przed ślubem). Przychodzę do pracy w duzo lepszym nastroju, bo nie zdąży ze mnie wyssać energii pochód zombiaków. O, mam skojarzenie! Muszę Wam o czymś opowiedzieć. Przy okazji układania playlisty na wesele, dokonałam niezwykłego odkrycia. Wydawało mi się, że w muzyce pop z lat 90. nie ma dla mnie żadnych, ale to żadnych tajemnic. Okazało się, jednak, że ominęła mnie znajomość pewnego niezwykłego zespołu, jakim jest The Cure. Jak byłam mała, okropnie bałam się teledysków do ich piosenek, dlatego zawsze przełączałam kanał. Znałam tylko „Friday I’m In Love” – bo kto tego nie znał?! Ostatnio przesłuchując różne posiadane w domu płyty, trafiłam na składankę MTV z jakiegoś jubileuszu, a na niej znalazło się takie oto cudo jak poniżej, a ja nie miałam pojęcia, że to jest piosenka The Cure!!! (Uwaga! Teledysk jest dla mnie NADAL straszny, dlatego nie oglądam. Za to słucham z zachwytem).

(The Cure – „Lullaby”)

Kolejny szczegół, jaki zmieniłam ostatnio, to włączanie radia podczas kąpieli (zamiast głuchej ciszy w mojej klaustrofobicznej łazience). Jestem fanatyczką Radia Zet Chilli, jak już wiecie. Jednak z uwagi na lepszy odbiór, w łazience słucham Radia Złote Przeboje (101 FM). Któregoś dnia przy wieczornej kąpieli, kiedy leżałam sobie i relaksowałam się w wannie, usłyszałam piękny utwór śpiewany przez kogoś, kto mógłby być z głosu synem Sinatry i Armstronga. Pomyślałam, że to jakiś wielki hit z lat 50., którego nie znałam do tej pory. Okazało się, że jednak nie… Głos należał do chłopaka z Irlandii, mającego zaledwie 27 lat, śpiewającego tak, że poczułam się rozmiękczona. Do tej pory jedyny Paolo, z jakim się zetknęłam, kojarzył mi się źle. Był to włoski chłopak mojego współlokatorki z akademika, Agnieszki. Krótko ze sobą wytrzymałyśmy, bo była głośna, ekspansywna, zabierała mi rzeczy, grzebała w szafkach, czyli po prostu nie dawała mi żyć. A ja świeżo się rozstałam z moim chłopakiem, po dwóch latach bycia razem, z mojej winy. Rozpaczałam bardzo, choć na zewnątrz nie dawałam tego po sobie poznać. Agnieszka wprowadziła się do mikroskopijnego pokoju, w którym wcześniej mieszkałam z moim ukochanym. Swoim głośnym i teatralnym zachowaniem bardzo mnie denerwowała. W tym samym czasie trwał remont na naszym piętrze. Agnieszka lubiła stawać na korytarzu w samej bieliźnie i pokazywać się robotnikom. Nie przeszkadzał jej w tym fakt, że miała chłopaka o imieniu Paolo, o którym wiedziałam niewiele, jednak na samo wspomnienie robi mi się słabo. Otóż codziennie w nocy, około północy, Paolo dzwonił do Agnieszki na stacjonarny telefon w naszym pokoju. Niestety, aparat był umieszczony tuż przy mojej głowie. Przez godzinę słyszałam tylko „Paolo, si, mi amor, si, Paolo”. Ze złamanym sercem, niewyspana, wściekła, miałam ochotę wywalić przez okno ten cholerny telefon. Na szczęście, po krótkim czasie udało mi się wyprowadzić od tego dziwadła. Od tamtej pory na imię Paolo reagowałam paniką i mdłościami.

Na szczęście jest Paolo Nutini. On jest dobry na wszystko. Jest w stanie sprawić, że zapomnę o tamtym Paolo 😉 Posłuchajcie sami…

(Paolo Nutini – „One Day”)

Udanego długiego weekendu, Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy! Wypoczywajcie 🙂

aede430778df1ca8dc644677fbeb543d

(Źródło: Pinterest.com)

Z małym opóźnieniem :-)

Z małym opóźnieniem :-)

Kochani, chyba po raz pierwszy zapomniałam zawczasu złożyć Wam życzenia na Święta! Tyle się działo wokół mnie, a mnie akurat dopadła hashimotowa faza zombie – czyli migrena, osłabienie, ból wszystkiego i spuchnięta twarz. W takim skowronkowym stanie nie chciało mi się nawet ruszyć tyłka, żeby coś upiec. Jedyne, czego mi się chciało, to spać. Pierwszy raz NIC nie przygotowałam na Święta. Wstyd mi nieludzko… Chciałam zrobić przynajmniej faszerowane jajka, poszłam (z trudem) na bazar, kupiłam rzodkiewki, koperek, szczypiorek, wędliny. Zadowolona z siebie czekałam na wieczór, żeby się zabrać za przygotowanie tej potrawy, którą następnego dnia miałam zamiar przynieść do mojej teściowej w ramach wkładu własnego w Śniadanie Wielkanocne. Około 20 okazało się, że brakuje mi najważniejszego składnika. Damn it – majonezu! Wyszłam więc w domu, mimo iż czułam się tak, jakby mi ktoś do stóp przyczepił ołowiane kule. Rzecz jasna, w okolicy nie znalazłam ani jednego otwartego sklepu. Dlatego dziś rano przyszłam na Śniadanie z kupionym w cukierni makowcem oraz z największym w historii swojego życia bólem głowy. Na szczęście na stole stały pyszne jajka faszerowane i nikt nie zauważył braku mojego wkładu w imprezę…

IMG_20130725_184050

Zatem, ja – zombie – życzę Wam wesołych Świąt, bliskiego kontaktu z rodziną, ciepła i przyjemności z bycia z innymi. Taką mam refleksję w tym roku, że nie ma nic smutniejszego niż samotność w chwili, gdy wszyscy są z kimś. Współczuję tym, którzy nikogo nie mają i są skazani na samotne śniadanie, podczas gdy inni cieszą się sobą nawzajem. Nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy sami z siebie wybierają na Święta samotność. Po prostu z głowie mi się to nie mieści, a znam takich.

Życzę Wam i Waszym rodzinom przede wszystkim zdrowia i siły oraz wielu okazji do spontanicznej, prostej i niewymuszonej radości. Bo czyż nie ma nic piękniejszego niż szczery śmiech, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych? WIELU POWODÓW DO ŚMIECHU, KOCHANI !!!:)

Dziś popłakałam się przez Pharrella i wcale nie jest mi z tym źle

Dziś popłakałam się przez Pharrella i wcale nie jest mi z tym źle

O tym, że kocham Pharrrella Williamsa pisałam już w sierpniu 2013 TUTAJ. Za absolutnie wszystko. A dzisiaj obejrzałam fragment wywiadu, jaki przeprowadziła z nim niedawno Oprah Winfrey – i wtedy P.W. ostatecznie skradł moje serce. To piękne, niekłamane wzruszenie na jego twarzy… Zobaczcie sami! Ja się popłakałam 🙂

(Pharrell Williams – interview at Oprah)

Powiem Wam jeszcze tyle na ten temat – szczerze zazdroszczę mu spełnienia. To musi być niesamowite uczucie – robić to, co się kocha i czerpać z tego tak piękną satysfakcję, jak on. Nie trzeba być do tego światowej sławy artystą/producentem. Można być pracownikiem socjalnym, pisarzem, nianią, czy sekretarką. Ważne, żeby dobrze czuć się w swojej roli i lubić codzienne zajęcia. Nie jest to takie łatwe. Większość znanych mi ludzi robi to, co zaczęła robić kiedyś „bo tak wyszło i trzeba było pracować”, jednak osoby te wcale nie lubią swojej pracy.

70c8cdf8f3129d03d70f7713f474be5f

(Źródło: Pinterest.com)

Zatem, Kochani, pozwólcie, aby odpowiednia praca Was znalazła, ale tez nie bójcie się sami jej zacząć szukać! 🙂

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

In Rust we Trust, czyli o tym, jak poddałam się urokowi Matthew McConaughey’a i brnę w to dalej

Tak, znów jestem chora, okropnie i potwornie chora. Znów biorę antybiotyk, towarzyszy mi „przyjaciel” Augmentin. Podobno moja odporność jest tak słaba przez chorą tarczycę. Taką hipotezę ma moja pani laryngolog. Mówi też, że Hashimoto „lubi” chodzić w parze z chorującymi zatokami. A ja nie chcę być takim chuchrem. Przez to ciągłe chorowanie nie mogę robić tego, co bym chciała. Mam ochotę tupnąć nogą ze złości, ale co mi to da? Nic. Tylko sfrustruję się jeszcze bardziej. Robię więc ogromny wysiłek w stronę akceptacji tego, co jest teraz. Nie mam na to wpływu. Póki mój organizm nie wejdzie w stan równowagi i nie wyzdrowieje, to nic nie zrobię…

a1ce90bf6515492277938e8e880cd95d

(Źródło: Pinterest.com)

Czuję, że znów moje zgorzknienie bierze górę. Kiedy wczoraj usłyszałam od lekarki, że mam odpoczywać w świętym spokoju, napisała mi to na kartce i kazała pokazać tę kartkę babci mojego dziecka, żeby mnie odciążyła. Chciało mi płakać i śmiać jednocześnie. Pani doktor jest super, tylko żyje chyba w innej rzeczywistości. W mojej rzeczywistości jestem zdana na siebie. Przedwczoraj jeszcze Synek był zdrowy, dziś już chorował ze mną. Gorączka, katar i złe samopoczucie dopadły także i jego. Przeleżeliśmy cały dzień w łóżku jedząc mrożoną pizzę, bo nie miałam siły nic ugotować. A dlaczego zgorzknienie bierze górę? Bo czuję zazdrość i zawiść w stosunku do tych, którzy mają pomoc chętnych i oddanych babć o złotym sercu. Takich, które są w pełni sił, zarówno fizycznie jak i psychicznie, które są w stanie spokojnie ogarnąć kilkulatka, który „jest wszędzie”. Ciągnie mnie do tego, by poużalać się nad sobą. Z drugiej strony wiem, że nie powinnam tego robić, bo wiem, że wiele osób ma dużo gorzej niż ja. Jednak uważam, że mam trochę przechlapane. Ciągle marzę sobie, że cudem się to zmieni. Ale się nie zmieni 🙂 Są trzy wyjścia. Jedno – mój synek i ja przestajemy chorować. Drugie – zaczynam zarabiać kokosy i stać mnie na super fachową i godną zaufania nianię, która będzie zostawać z moim Synkiem, gdy ten zachoruje. Obecnie zupełnie się to nie opłaca. Bo gdybym miała opłacać nianię, to równie dobrze mogłabym przejść bezpośrednio do rozwiązania trzeciego – czyli mojego odejścia z pracy. Ostatnio gdzieś czytałam, że z powodu braku wolnych miejsc w przedszkolach, coraz częściej matki są zmuszone do rezygnacji z pracy. A co z sytuacją, gdy dziecko bez przerwy choruje, matka jest zestresowana, zmęczona, wycieńczona i jej odporność prawie nie istnieje, ona też zaraża się od dziecka i choruje, nawet ciężej od niego? Co taka matka ma zrobić? Chyba też, prędzej czy później, zostaje zmuszona do rezygnacji z aktywności zawodowej, czyż nie?

56914f79d4a4b1922d0d1b34f69c584d

(Źródło: Pinterest.com)

To wszystko psuje mi radość z przygotowań do ślubu. Ciągle muszę coś odkładać, przekładać, ze względu na te paskudne choroby. Nawet nie mamy możliwości wybrać się razem po obrączki. Wszystko jest prawie gotowe, tak czy inaczej, bo między tymi choróbskami jakoś ogarniamy. Tylko niestety żyję w ciągłym stresie, czy w dniu swojego ślubu będę zdrowa, czy nie. Nie mogę się doczekać tego dnia, tego wieczoru, kiedy to zobaczę wszystkich najbliższych ludzi i usłyszę wszystkie najlepsze piosenki z naszej młodości. Co do ludzi – to chyba mój największy stres: Czy przyjdą… Prześladuje mnie sen, że nikt nie przychodzi. Pusta sala, puste stoliki. Jestem tylko ja, mój M. oraz mój przyjaciel K. z Wrocławia, jego osoba towarzysząca i ich pies. Jest tak cicho, tylko pies chlipie wodę z metalowej miski, szare ściany wydają się być brudne, a białe balony wolno powiewają na wietrze, głucho uderzając w ścianę raz po raz. Takie tam lęki przyszłej panny młodej…

A teraz, tak z zupełnie innej beczki, choć trochę zostając w temacie złych snów. Chciałabym polecić Wam niesamowity serial. Ostatnio niewiele oglądam seriali, trzymam się tylko „House of Cards” (bo jak wszyscy, to wszyscy) i „The Good Wife” (bo Alicia Florrick jest moją idolką). Pokochałam jednak niedawno Matthew McConaughey’a za rolę w filmie „Dallas Buyers Club”. Ten film, podobnie jak starszy „The Wrestler” to kino, które doskonale trafia w mój gust. Mocne, prawdziwe, pokazujące przemiany lub niemożność ich dokonania z powodu własnych ograniczeń. Kiedyś uważałam Matthew McConaugheya za podrzędnego aktorzynę, który tylko ładnie wygląda i mówi z dziwnym akcentem, ciągle coś żując (nie znoszę żucia). A po filmie Dallas Buyers Club zmieniłam zdanie. Pokochałam go za tę rolę i zobaczyłam w nim prawdziwego aktora, który sprawił, że zapomniałam, iż patrzę na Matthew McConaugheya. Patrzyłam na postać z filmu. Takie rzeczy potrafi robić jeszcze Sean Penn (kocham…) oraz Robert de Niro. Idąc za moją świeżą fascynacją Matthew, trafiłam na serial „True Detective”. W serialu tym, poza MMC gra jeszcze inny aktor z dziwnym akcentem i manierą wiecznego ciamkania, czyli Woody Harrelson. Jest w nim coś takiego, że się go po prostu nienawidzi „z defaultu”, mówiąc żargonem reklamowym. Oni dwaj razem, a do tego gęsta jak smoła atmosfera, bagna Luizjany oraz mroczna muzyka – to przepis na najlepszy serial, jaki widziały moje oczy. Jedna wielka zagadka, no i te ich dialogi… To trzeba obejrzeć. Nawet czołówka w tym serialu jest taka, że nie chce jej się przewijać. Polecam gorąco!

(True Detective Theme Song: The Handsome Family – „Far From Any Road”)

Mam nadzieję, że u Was trochę lepiej, niż u mnie… Trzymajcie się ciepło i zdrowo, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂 Przepraszam za niską jakość dzisiejszego tekstu, ale ledwo żyję :-/

Jak być w formie, gdy ciało odmawia posłuszeństwa?

Jak być w formie, gdy ciało odmawia posłuszeństwa?

Witajcie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Przeleżałam cały weekend w łóżku. W zakichanym łóżku. Nie leżałam czytając „Grę o Tron”, oglądając seriale, pachnąc, wcierając w siebie balsamy, czy malując paznokcie. Niestety, leżałam umierając z powodu kataru, światłowstrętu i bólu całego ciała. Nie wiem, o co chodzi, ale trzy tygodnie temu miałam to samo. Co to, do jasnej, jest? Czy zarażam się ciągle wirusami od mojego Syna? A może klimatyzacja w pracy tak mnie wykańcza? Czy może to, że mnie kilka razy przewiało w piątek (a było zimno, brr) sprawiło, że wczoraj i dziś bolały mnie wszystkie stawy i wszystkie mięśnie? Staram się myśleć pozytywnie i zachowywać pełen optymizm, no ale… w takim stanie jest ciężko.

(Marky Mark and The Funky Bunch – „Good Vibrations”)

Zastanawiam się, czy wprowadzony niedawno reżim ćwiczeniowy nie rozstroił mi odporności. Fakt, zaczęłam dużo bardziej intensywnie ćwiczyć. Mój narzeczony znalazł taką stronę: http://30dayfitnesschallenges.com/. Już Wam pisałam, że podjęłam i zwycięsko zakończyłam 30 dniowe wyzwanie przysiadowe. Teraz na tapecie jest u mnie 30 days Little Black Dress challenge. Chodzi, oczywiście, o przygotowanie do ślubu, nie do małej czarnej, tylko księżniczkowatej białej sukienki 😉 Wiem, że intensywne ćwiczenia (wspominałam Wam, że oprócz tych wyzwań ćwiczę brzuszki, jogę i zumbę), mogły mnie rozstroić. Staram się to rekompensować zdrową dietą i wysypianiem się. Najwyraźniej jednak czegoś mi brakuje.

36aafcf321b3a7d18eecea5c9c516aa3

Przygotowania do ślubu idą pełną parą, po drodze nie brakuje potknięć, ale jesteśmy dzielni i dajemy radę. Teraz jestem na etapie układania wymarzonej playlisty na imprezę (zawsze marzyłam o tym, żeby odpowiadać za oprawę muzyczną własnego wesela). Oczywiście, oprócz tego, że mam z tego dziką radość, to z przerażeniem stwierdzam, że nie da się zmieścić dwóch dekad muzyki naszej młodości w dwustu piosenkach. Trzeba by chyba kilka wesel wyprawić.

(Madonna – „Vogue”)

Dobrej Nocy, Drogie mamy i Nie Tylko Mamy!
Na pytanie zawarte w temacie nie potrafię sobie odpowiedzieć. Muszę to jakoś przetrwać… Życzę Wam i sobie/nam dużo zdrowia!