Monthly Archives: Maj 2014

Paryskie impresje, czerwone Martensy i niezły muzyczny kąsek

Paryskie impresje, czerwone Martensy i niezły muzyczny kąsek

W te ciemne, smętne dni chętnie capnęłabym kapelusz, którego nie mam i pojechałabym do Paryża. Do knajpy, w której poznałam sekretny przepis na naprawdę obłędne, chrupiące naleśniki z szynką, serem i sadzonym jajkiem. Do tych kolorów… Mam ogromnego „smaka” na pieczone kasztany i na słodkie, czerwone wino popijane o zachodzie słońca na Montmartre. Tak. Poproszę, dziękuję. Anonimowo, samotnie, na chwilę. Guilty pleasure.

(Caro Emerald – Paris)

Wiele lat temu byłam w Paryżu z mamą. To bardzo dobre wspomnienie, choć byłam wówczas wiecznie zbuntowaną dwudziestolatką. Pamiętam prawie każde miejsce, które zwiedziłyśmy, napotkanych ludzi, twarze, rozmowy. Pamiętam nawet, że ostatniego dnia posiłek jadłyśmy w bistro przy ulicy Rivoli 206. Pamiętam, którą linią metra należało dojechać do naszego trzygwiazdkowego hotelu, położonego w dzielnicy zamieszkałej w 99,9% przez czarnoskórych mieszkańców miasta. Nasz pokój hotelowy był tak mały, że nie sposób było się w nim obracać wokół własnej osi. Urządzony był na biało – pomarańczowo. Na śniadanie dostawaliśmy suchego tosta i małe opakowanie z dżemem. Do tego siuśko – kawa. Pamiętam joginkę, która ćwiczyła na macie pod Wieżą Eiffela. Pamiętam swoją rozmowę w hindi ze sprzedawcą kasztanów pochodzącym z Indii. Nasza przewodniczka przedstawiła nas Turkowi pracującemu w naleśnikarni. To właśnie on zdradził nam przepis na wspomniane naleśniki. Mogłabym tak opowiadać bez końca… Może opowiem Wam przy innej okazji.

A oto moja mama w Paryżu. Piękna, prawda?

MAMA

A to ja – w Martensach i małej czarnej w Ogrodach Wersalu 🙂 Do tego chlebak i wojskowa kurtka, Matko Święta i Jedyna…

Picture 451

A teraz, tak w związku z minionym Dniem Matki, chciałabym napisać parę słów o swojej mamie. Ona na pewno nie wie, że zawsze była dla mnie najważniejszym autorytetem. Podziwiam ją z siłę, za to, że poradziła sobie z samotnym macierzyństwem, z wychowaniem trochę zbyt wrażliwej dziewczyny, jaką byłam zawsze ja… Jestem jej bardzo wdzięczna, że jestem taka, jaka jestem. Z wiekiem coraz bardziej ją doceniam. Będąc matką, coraz częściej potrafię wczuć się w jej położenie, przypominam sobie różne sytuacje, w których nie rozumiałam jej zachowań, a teraz rozumiem. Rodzic to nie kumpel/koleżanka, tylko opiekun, nauczyciel i mądry przewodnik po świecie. Mam nadzieję, a w zasadzie marzę o tym, aby mój Syn w przyszłości czuł do mnie miłość, szacunek i podziw. Póki co staram się być zarówno rodzicem, jak i towarzyszem zabaw. Ostatnio mocno zatracam się we wspólnej zabawie Lego. Odkryłam siłę Ninjago. Spiiinjitzu!!!! 🙂

Lego

Pozdrawiam Was, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O komarach i poczuciu spełnienia

O komarach i poczuciu spełnienia

Witajcie Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!
Za nami przepiękny, ciepły dzień. Warszawskie powietrze pachniało dziś tak intensywnie, jak wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy. Pamiętam dobrze, jak mój przyjaciel Maciek ostrzegał mnie: „Warszawa śmierdzi, sama się przekonasz”. Przyjechałam i poczułam tę intensywną woń. Był to zapach ludzi, spalin i strachu – mojego własnego strachu przed nowym, niepewnym, nieznanym. Pokochałam ten zapach, który był zapowiedzią wielu lat przygód i nasyconego wrażeniami życia. Odbierałam i wciąż odbieram to miasto wieloma zmysłami. Przyjechałam tutaj bez wyraźnie określonego celu. Chciałam oddalić się od domu i poznać życie w wielu nowych odsłonach. Ten cel został spełniony, choć ostatnie lata stabilizacji sprawiły, że zrodziło się we mnie poczucie utraconej wolności. Zawsze miałam pęd do poznawania świata, jednak – głównie z powodu własnych ograniczeń – pęd ten musiał zostać stłumiony. Myślę, że nadejdzie jeszcze w moim/naszym życiu kolejny etap eksplorowania świata, ale teraz już nie solo. Moja czarcia, nieposkromiona dusza powoli się do tego przyzwyczaja, choć z natury stworzona jestem chyba do życia w pojedynkę (serio, mój M. też mi to ciągle powtarza 😉 ). A teraz piękna, dzika piosenka, którą pamiętam z dzieciństwa, z Radiowej Trójki. Szukałam jej wiele lat i dzisiaj udało mi się ją w końcu znaleźć!

(Mory Kante – „Yeke Yeke”)

A teraz trochę opowiem Wam o poczuciu spełnienia. Odkąd pracuję w korporacji, widzę, jak wiele osób uzależnia swoje poczucie własnej wartości od tego, jak postrzegane są w pracy. Praca jest dla nich wyznacznikiem tego, ile są warci. Dla mnie to jest bardzo niezrozumiałe, z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że rola, z jaką najbardziej się utożsamiam i która daje mi największą satysfakcję, to rola matki. Już o tym wielokrotnie pisałam, jednak dziś poczułam to całym moim sercem – ale o tym za chwilę. Dzieci są takie wspaniałe. Obserwowanie tego, jak się uczą, jak się rozwijają – to jest bezcenny widok. Wzajemność i głębokość więzi z dzieckiem to coś, czego nie da się zastąpić niczym innym. Oczywiście, jak wiecie bardzo dobrze, jestem daleka od idealizowania macierzyństwa, otwarcie mówię o dołach, o złości i sprawach wcale nie tak cukierkowych. Chodzi mi jednak o całokształt. Kiedyś, w czasach gdy jeszcze nie miałam dzieci, rozmawiałam z bardzo bliską mi osobą, która urodziła właśnie dziecko, że u dzieci są urocze nawet te rzeczy, które u dorosłych są absolutnie obrzydliwe, czyli stopy, pachy, czy bąki. To ciekawe, że już wtedy byłam w stanie to zrozumieć. Chyba po prostu zawsze chciałam być matką. Dzięki temu, że urodził się mój Synek, mój świat stał się pełen po brzegi.

A teraz mała anegdota. Dziś rano przy śniadaniu Synek zapytał mnie o to, jakie dźwięki wydaje komar. Akurat miałam pełne usta, więc przełknęłam kęs i chciałam „zabzyczeć”, ale z moich ust wydostało się coś pomiędzy chrumknięciem a kliknięciem – powiedzmy, że takie „klunk”. A zatem odpowiedziałam:
– Klunk bzzzzzz dziab (no bo na koniec to paskudztwo wbija tę trąbkę i ssie krew).
– Aha.
Przez chwilę rozmawiamy na inny temat, a za moment ja postanawiam wrócić do komarów i pytam:
– To jak robi komar?
– Klunk bzzzzzz dziab! – odpowiada Synek.
Padłam ze śmiechu 🙂 Takich chwil są setki i uwielbiam je.

May

(Źródło: Pinterest.com)

A dzisiaj, kiedy go usypiałam, położyłam się obok niego i opowiadałam mu bajkę. Kiedy już skończyłam, nastąpił jeszcze długi przedsenny monolog Synka o kwiatkach, pająkach, komarach i Spidermanie. Potem, po dwóch ziewach ułożyliśmy się do snu. Synek położył mi rączkę na szyi i delikatnie się przytulił. Wtedy właśnie pomyślałam, że jestem absolutnie spełnioną osobą. Nie potrzebuję nic więcej – sławy, nagród, awansów, uznania, pochwał. Jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogę być. Kocham i czuję się kochana w swoim domu. Z tego miejsca mogę na wszystko popatrzeć z ciepłym dystansem. Wszystko, co wykracza poza bycie mamą i żoną niech będzie tym, co CHCĘ robić, a nie tym, co MUSZĘ robić.

Życzę Wam poczucia spełnienia na wszystkich frontach, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

„Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”

Rach, ciach – minął kolejny tydzień. Nie wiem, jak i kiedy się to stało. Pędzę. Dlaczego, skoro tego nie znoszę? Dlaczego, skoro to takie… wbrew mnie? Gdzie jest równowaga, gdzie balans? Gdzie – przede wszystkim mój work-life balance?

(Belleruche – Balance)

W ciągu tygodnia moje dziecko wychowywane jest przez przedszkole. Jedziemy razem rano samochodem (chwilkę), dajemy sobie buziaki na dobry dzień, a potem jest długie, długie rozstanie. Kiedy wracam do domu, przy założeniu, że nie muszę po pracy a. zrobić zakupów, b. pojechać na ostatnie przymiarki sukienki ślubnej, c. załatwiać innych spraw związanych z nadchodzącym ślubem, spotykam mojego Synka dopiero około godziny 18. Około 20 Synek już śpi. Mamy więc dwie godziny czasu na to, aby pobyć ze sobą. Mój Synek jest pogodny i w miarę „bezproblemowy” jeśli chodzi o zachowanie. Nie mamy problemów z jedzeniem, ubieraniem się, kładzeniem spać. Jeśli Synek jest zdrowy i nie jęczy, nasz kontakt jest miły, spokojny i ciepły. Niestety, bywa też czasami powierzchowny. To, co mnie boli i o czym chcę w tym wpisie powiedzieć, to fakt, iż pośpiech, wyścig życiowy widać także po godzinach pracy. Wracam do domu, z korporacyjnej szczurzarni, w domu czeka jeszcze wiele obowiązków. A mój kochany, cudowny Synek chce się bawić. Zaprasza mnie do swojego fantastycznego świata.

– Mamo, ja będę Spidermanem, a Ty ciocią Spidermana, dobrze?

Rozbraja mnie tymi zaproszeniami. Wiecie, z czego zdałam sobie sprawę? Z tego, że najczęściej używanym przeze mnie zwrotem w stosunku do mojego Synka jest ostatnio: „Zaraz do Ciebie przyjdę, Synku”. Kiedy sobie to uświadomiłam, przeraziłam się. Kiedy stoję w kuchni i próbuję zrobić/zjeść kolację, a Synek proponuje mi zabawę, czuję się rozdarta. Z jednej strony, bardzo chcę się z nim bawić, a z drugiej strony potrzebuję chwili oddechu na jedzenie/rozmowę z narzeczonym/siedzenie i myślenie (niepotrzebne skreślić). Mówię więc to straszne zdanie „Zaraz do Ciebie przyjdę” – z uśmiechem i spokojem w głosie. A potem, kiedy idziemy się kąpać, zdaję sobie sprawę z tego, że przyszłam się bawić tylko na chwilę albo co gorsza – wcale… Wiecie, jak to boli? Żadna zabawka, żaden gest materialny tego dziecku nie zrekompensuje. A żaden gest w stronę dziecka nie załata w mojej duszy dziur po serii wyrzutów sumienia.

Dlatego też postaram się częściej niż zwykle patrzeć Synkowi głęboko w oczy, aby słuchać go jeszcze lepiej. Spróbuję też nieco obniżyć standardy czystości w domu (wiem, że przyjdzie mi to z ogromnym trudem) i znaleźć w tym pędzie więcej czasu na wspólną zabawę. Bo przecież to cudownie być ciocią Spidermana, prawda? To moje wymarzone życiowe zajęcie 🙂 Nie chcę odmawiać Synkowi zbyt często zabawy także ze strachu przed tym, że kiedyś przestanie zapraszać mnie do swojego świata (choć oczywiście, dojrzewając, w naturalny sposób przestanie i ja to wiem) i straci do mnie zaufanie. Czas spędzony z nim to najcenniejszy skarb, jaki mam. Każda minuta jest ze złota. Chcę, żeby wiedział, że zawsze chcę być w jego świecie, tylko czasami po prostu nie mogę… Jak to zrobić? Jak osiągnąć tę równowagę? Jeszcze nie wiem…

2b1396193473b00334ee17d74c4b533d

(Źródło: Pinterest.com)

Mam nadzieję, że załamanie pogody (a wraz z tym mojego samopoczucia) wkrótce minie i wtedy na dobre zagości słońce i ciepło. Tego nam trzeba!

Miłego, ciepłego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Perseweratywność, czyli o tęsknych melodiach, które nie wychodzą z głowy

Perseweratywność, czyli o tęsknych melodiach, które nie wychodzą z głowy

Moi Drodzy, witam Was serdecznie po dłuższej przerwie. Mam wielki głód pisania, lecz bardzo mało czasu, więc może być dzisiaj chaotycznie. Zacznę od opowieści prehistorycznej. Otóż w czasie studiów (a jakże, psychologicznych na MISH UW) podczas zajęć poświęconych technikom diagnostycznym stosowanym w diagnozie, pani prowadząca (za Chiny nie pamiętam nazwiska, ale była bardzo fajna) dała nam dwa testy do wykonania – test osobowości „Wielkiej Piątki” oraz kwestionariusz temperamentu FCZKT. Gdzieś w głębokich czeluściach pudeł z notatkami i materiałami ze studiów mam jeszcze wyniki. Rezultatu testu „Wielkiej Piątki” nie pamiętam, może wyparłam, a może nie było w nim nic istotnego. Jednak wynik testu temperamentu bardzo otworzył mi oczy. Zrozumiałam wiele swoich zachowań i reakcji. Już kiedyś pisałam o tym (w odniesieniu do dzieci), że pod względem cechy zwanej reaktywnością ludzie dzielą się na dwie grupy – wysoko reaktywni i nisko reaktywni. Ten archiwalny tekst znajdziecie TUTAJ. Właśnie ten wymiar temperamentu w powiązaniu z perseweratywnością, o której za chwilę, determinuje skłonność do wielu problemów emocjonalnych, w tym depresji. Osoby wysoko reaktywne nie potrzebują bodźców zewnętrznych, ponieważ w ich wnętrzu dzieje się prawdziwa burza. Są emocjonalne, wrażliwe na impulsy, gdyż tak skonstruowany jest ich organizm. Tacy są właśnie introwertycy, osoby wrażliwe i delikatne, artystyczne dusze. Inne osoby są mniej wrażliwe, wiecznie niedostymulowane, poszukujące wrażeń na zewnątrz. Znacie je – one skaczą na bungee, nurkują, odbywają dalekie podróże, latają szybowcami, wiecznie je „nosi”. Świetnie się czują w tłumie, są ekstrawertykami, mocno osadzonymi na ziemi osobami, którym obca jest artystyczna wrażliwość. Oczywiście, te dwie charakterystyki są dość mocno uogólnione, trzeba uwzględnić typy pośrednie, mieszane etc. Jednak jest w tym wszystkim sporo prawdy…

4572698b59fbe463ec80204994b918ac

(Źródło: Pinterest.com)

Jak się zapewne domyślacie, jestem typem wysoko reaktywnym. Zawsze powtarzam, że nie potrzeba mi bodźców ze świata, bo u mnie w środku wystarczająco dużo się dzieje. Już i tak ostatnio jest lepiej niż kiedyś. Życie zaprawiło mnie w boju. Lata walki z nieśmiałością i introwertycznością zmieniły mnie trochę… Jednak nie da się zmienić temperamentu, bo jest on uwarunkowany biologicznie. Urodzimy się z tym i umieramy. Mój wynik w zakresie wysokiej w teście FCZKT był bardzo wysoki. Tak samo, jak w wymiarze perseweratywności, czyli – mocno upraszczając – tendencji do rozpamiętywania, powtarzania w głowie, wielokrotnego „mielenia”, odtwarzania sytuacji, które miały miejsce. Osoby o wysokim wyniku w tym wymiarze, wielokrotnie analizują swoje zachowania, wracają do minionych zdarzeń, a nawet… nie potrafią wyrzucić z głowy usłyszanej piosenki. Wysoki poziom tych dwóch cech równa się wysokiemu ryzyku wystąpienia depresji. Ale to dla mnie żadne zaskoczenie 😉 A propos piosenek – już znacie mnie pod tym względem bardzo dobrze. W mojej głowie jest ich bardzo wiele. Jeszcze się Wam nigdy nie chwaliłam, że czasami komponuję swoje. Zazwyczaj od razu je niszczę/kasuję, bo uważam, że są beznadziejne. A właśnie, zanim przejdę do mojej najświeższe muzycznej (a właściwie piosenkowej) fascynacji, to podzielę się z Wami swoim niedawnym odkryciem. Odkryłam, co wyróżnia ludzi sukcesu od ludzi zdolnych, ale nie odnoszących sukcesu. Aby odnieść sukces, trzeba mieć w sobie poczucie, że jest się dobrym, czy nawet lepszym od innych. Poczucie, że jest się w stanie zawojować świat i spodobać się szerokiej publiczności. Są tacy ludzie, którzy tak o sobie myślą i super, zazdroszczę im bardzo. Wydaje mi się, że to się wynosi z domu i osobą, która zasiewa, pielęgnuje i podlewa takie poczucie w dziecku jest ojciec, który dodatkowo dopinguje do podejmowania konkretnych działam w stronę osiągnięcia celu. A teraz do sedna. Od piątku, gdy przypadkiem przeklikałam się do pięknych otchłani Youtube’a, siedzi mi w głowie poniższa piosenka. Śpiewam ją, nucę, powtarzam w głowie, moja perseweratywność względem tej piosenki nie zna granic 😉 Poza tym ta piękna pani przypomina mi trochę Whitney Houston z wyglądu, a także pod koniec piosenki, w wysokich nutach… Poza tym wykonaniem, jej repertuar to jest eurowizyjne disco (dwa lata temu Loreen wygrała Eurowizję), więc nie pociąga mnie za bardzo, jednak tego oto utworu w tej oto aranżacji nie mogę przestać słuchać:

(Loreen – „My Heart Is Refusing Me” Acoustic)

Dobrego wieczoru, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! Śpijcie i śnijcie dobrze, w głowach niech brzmią Wam takie anielskie głosy, jak ten należący do Loreen.