Monthly Archives: Lipiec 2014

Imagine there are only soulful people in this world

Imagine there are only soulful people in this world

Jako dziecko i nastolatka nie znosiłam Johna Lennona. Sama nie do końca wiedziałam, dlaczego. Uważałam, że to po prostu koleś w źle dobranych okularów, z mocno średnim wokalem. Lubiłam tylko jedną jego piosenkę: „Jealous Guy”. Do tej pory uważam, że jest przepiękna.

(John Lennon: „Jealous Guy”)

Dopiero niedawno doceniłam Lennona. Pomogło mi w tym „Playing For Change” – wspominany już kiedyś przeze mnie międzynarodowy projekt muzyczny, który szerzy wspaniały przekaz „Peace Through Music” i wykonuje kawał dobrej muzycznej roboty. To PFC właśnie pokazało mi, ile duszy i przekazu jest między innymi w „Imagine” Lennona. Poza tym, po kilku latach spotykania na swojej drodze ludzi bez duszy, zaczęłam doceniać wszystkich tych, którzy tę duszę mają. Lennona można nie lubić, ale posiadania duszy odmówić mu nie sposób.

Mamy taki cel w życiu – unikać bezdusznych ludzi. Wiem, że pewnie będą się pojawiać na mojej drodze, ale nie pozwolę im nigdy więcej zabierać mojej siły i energii. Oni są po prostu z innej gliny niż ja, czy moi przyjaciele. Tylko niech sobie ta glina zasycha z daleka ode mnie i od mojej rodziny.

lama

(Źródło: Pinterest.com)

Dziś nie mam nic więcej do powiedzenia. Po prostu cieszę się tym, co mam i tym, co czuję i słyszę. Podzielę się z Wami tym, co aktualnie brzmi mi w uszach.

(PFC – „Rather Go Blind”)

Pozdrawiam Was, moi przyjaciele, pełni hmm… duszy 🙂 Po angielsku soulful jakoś lepiej brzmi. Dobrej nocy! 🙂

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

And The Waltz Goes On, czyli po prostu o chorobach duszy

Dziś chciałabym powiedzieć kilka słów na temat chorób psychicznych. Niestety, media popularyzują wizerunek chorego psychicznie jako żądnego krwi szaleńca, który urządza masakrę na wyspie (jak Breivik), czy wyścig na Monciaku (kierowca Hondy z Sopotu). Wiele osób nie rozróżnia psychopatów (czyli ludzi z osobowością psychopatyczną=antyspołeczną) od chorych psychicznie. Większość ludzi nie wie także, że należy rozróżnić zaburzenia osobowości (np. osobowość narcystyczną, wspomnianą psychopatię etc.) od chorób psychicznych takich jak schizofrenia, depresja czy choroba dwubiegunowa itp. Brak wiedzy sprawia, że osoby chorujące na te ostatnie wspomniane choroby są odrzucane, stygmatyzowane i traktowane w sposób krzywdzący. Mało kto wie, że depresja (jedno i dwubiegunowa) czy schizofrenia mają podłoże chemiczne, ponieważ w mózgu chorego pewne substancje, które u innych, zdrowych ludzi są w normie, mają zaburzone proporcje. Choroby takie jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa dotykają ludzi szczególnie wrażliwych, często wyjątkowo uzdolnionych, jednak bardzo delikatnie skonstruowanych psychicznie. Niemniej wystarczy spojrzeć na listę sławnych osób cierpiących na choroby psychiczne, a wniosek nasuwa się sam: wybitne zdolności i pospolicie nazwane „szaleństwo” często idą w parze:


http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_with_bipolar_disorder

http://www.wcvb.com/health/14414700#!bkFrz7

Niestety, choroby psychicznie mają to do siebie, że znacznie utrudniają funkcjonowanie osobie chorującej i bardzo często, w połączeniu z niskim statusem społecznym, sprawiają, że osoby chore lądują poza marginesem społecznym. Często próbują się także „ratować” alkoholem i lub narkotykami – co pogrąża ich jeszcze bardziej w otchłani choroby. Kiedy byłam młodsza, a potem, gdy studiowałam psychologię, chciałam wiedzieć jak najwięcej o tych chorobach, żeby móc pomagać innym. A potem sama padłam ofiarą straszliwej depresji. Dlatego mówię do Was z samego środka tego „innego świata”, którego tak wiele ludzi się boi. Ludzie chorujący na „choroby duszy” są wszędzie obok nas. Często tego nie dostrzegamy. Oni sami męczą się, wstydząc się o tym mówić. Boją się, że zostaną wyśmiani, zlinczowani, odrzuceni. Wcale się im nie dziwię. Niestety, nawet wśród bardzo wykształconych ludzi z tzw. „wyższych sfer” można się spotkać z żenującym podejściem do tego tematu. Tym ludziom przede wszystkim wydaje się, że problem ich nie dotyczy. Otaczają się przepychem, bogactwem, zbytkami, udając, że ten smutny, wrażliwy świat nie istnieje. A potem zdarza się największa tragedia – czyli na przykład ich dziecko zapada na chorobę psychiczną. I co wtedy? Udają, że problemu nie ma. Zamiast leczyć dziecko, izolują je od społeczeństwa. Udają, że nic się nie stało, podczas, gdy część ich samych, ta słabsza, wrażliwsza, woła o pomoc… Ile takich historii słyszeliście? O tym, że syn bogatego biznesmena popełnił samobójstwo? Albo o tym, że córka burmistrza miasta po pijaku rozbiła się samochodem na drzewie? Czy takie historie nie powinny ludzi otrzeźwić? Czyż nie powinno się edukować społeczeństwa w kwestii tego, czym tak naprawdę są choroby psychiczne?

Źródło: http://msw.usc.edu/ Niestety, nie znalazłam takiej infografiki opisującej ten temat naszym kraju…

A na koniec historia, która doskonale obrazuje to, o czym powyżej pisałam.
Pewnego dnia rano, przed wyjściem do pracy, przeklikując się przez Youtube, odkryłam, że Sir Anthony Hopkins, doskonały amerykański aktor jest także kompozytorem. Natknęłam się na jego kompozycję, pewien walc – genialny, absolutnie zapierający dech w piersi. Posłuchajcie sami…

(André Rieu – „And the Waltz Goes” On by Sir Anthony Hopkins)

Z ciekawości zaczęłam czytać w internecie na temat Hopkinsa. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że od lat cierpi on na schizofrenię paranoidalną. Schizofrenia paranoidalna jest najcięższą z chorób psychicznych. Chory najbardziej cierpi, schizofrenia niszczy najgłębiej i sieje spustoszenia w najbliższym otoczeniu chorego. Jednak często przynosi także talent ponad wszelkie wyobrażenia. Gdyż mózg osoby chorej jest po prostu wyjątkowy.
W czasie przerwy na lunch, siedziałam w firmowej kuchni z dwiema koleżankami z pracy. Jadłyśmy i rozmawiałyśmy na różne tematy z kategorii „światopogląd we wszelkich odsłonach”. Wtedy właśnie luźno, choć nie bez pewnej ekscytacji, podzieliłam się swoim odkryciem:

– Dziewczyny, dziś dowiedziałam się, że Anthony Hopkins jest także kompozytorem.
– Naprawdę? O, nie wiedziałam – odpowiedziała jedna z nich.
– No, ja też nie – odpowiedziała druga.
– Skomponował pięknego walca, można go posłuchać na Youtubie.
– O, to muszę posłuchać – odpowiedziała pierwsza.
– Dowiedziałam się również, że choruje na schizofrenię paranoidalną – dodałam i zaczęłam rozwijać myśl – To wiele wyjaśnia… – Tutaj chciałam powiedzieć, że to wyjaśnia jego wielka wrażliwość i zdolności, takie jak na przykład komponowanie pięknej muzyki. Nie zdążyłam jednak, gdyż jedna z moich rozmówczyń dokończyła po swojemu.
– No, to wyjaśnia dlaczego tak świetnie gra rolę takich psycholi i morderców, jak w „Milczeniu Owiec”.

No i mnie zatkało… Wyobrażacie sobie? Widzicie tę wykształconą, teoretycznie światłą osobę, która mówi coś takiego, wsadzając do jednego „wora” kanibalistycznego mordercę i utalentowanego schizofrenika? Żałuję, że nie podjęłam polemiki z nią, choć w miejscu pracy nie bardzo miałam ochotę na takie dyskusje. Jednak, mimo iż rozmowa ta miała miejsce już wiele miesięcy temu, słowa te brzmią w moich uszach. Czuję wewnętrzny obowiązek, aby zrobić coś w sprawie zwiększenia wiedzy na temat chorób psychicznych. Nie może tak być, jak w Średniowieczu, kiedy osoby chore uznawało się za opętane albo palono je na stosie. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, do cholery! Dlatego postanowiłam napisać ten post. Tyle mogę… Mam nadzieję, że z czasem takich głosów będzie więcej. Dzięki edukacji na ten temat, chorzy będą mogli czuć się bezpieczniej, będą odważniej sięgać po pomoc. Kto wie, może mniejszy odsetek z nich wybierze samobójstwo jako lekarstwo na swoje bezgraniczne cierpienie?

29319a2c6fc3a89a4c596db3d5341947

(Źródło: Pinterest.com)

Zostawiam Wam ten temat do przemyślenia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Podpisano: ja – kobieta, która kocha mężczyzn i się tego nie wstydzi.

Na sam początek utwór Dire Straits, który zawsze wprawia mnie w dobry, ciepły nastrój.



(Dire Straits – „Your Latest Trick”)

A teraz prosto do sedna sprawy. Uwaga, będzie deklaracja! Nie lubię feminizmu, tak samo jak innych skrajnych poglądów. Nie lubię, gdy ideologia staje się ekstremizmem. Żadna przesada nie jest dobra. Moim zdaniem, ludzie dobrzy i źli zdarzają się zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn. Tak samo, jak i wśród Katolików, Prawosławnych, czy Muzułmanów. Niemcy czy Rosjanie mogą być zarówno poczciwi i uprzejmi, jak i podli i bezwzględni. W każdej grupie społecznej znajdziemy ludzi z obu biegunów. Wojny kobiet – feministek wytoczonej przeciwko mężczyznom zwyczajnie nie rozumiem. Moim zdaniem, kobiety i mężczyźni doskonale uzupełniają się i powinni się wzajemnie wspierać i szanować. Walkę o prawa dla kobiet rozumiem i popieram, jednak zaciętej walki przeciw facetom samym w sobie już nie jestem w stanie zrozumieć. Owszem, samej zdarza mi się na panów psioczyć. Irytuje mnie ich bałaganiarstwo, opieszałość, odkładanie spraw „na później”, zaleganie przed telewizorem. Jednak uważam, że bez nich świat nie mógłby istnieć, a my kobiety pozagryzałybyśmy się nawzajem. Nie przepadam za sfeminizowanymi środowiskami. Uważam, że zbyt dużo estrogenów na metr kwadratowy nigdy nie wróży nic dobrego. Najlepiej wspominam pracę, w której większość mojego zespołu stanowili mężczyźni. Dlaczego? Dlatego, że nikt tak nie potrafi zniszczyć kobiety, jak druga kobieta. A pracować razem bez zbędnych cyrków potrafią tylko kobiety inteligentne, dobre, zadowolone ze swojego życia pewne siebie i własnych kompetencji. W przeciwnym razie grozi katastrofa, mobbing i czyjeś załamanie psychiczne. A panowie skupiają się na pracy. Dziwne, nieprawdaż?

Wracając jednak do feminizmu i mężczyzn. Owszem, bywają faceci, którzy są strasznymi skurczybykami. Sama doświadczyłam z ich strony wielu okropnych rzeczy. Bywają jednak też wspomniane przeze mnie bezwzględne baby, z niskim poczuciem własnej wartości, próbujące niszczyć wszystko wokół siebie. Toksyczne potwory. Dlatego daleka jestem od feminizmu, bo traktuje świat bardzo krótkowzrocznie i jednostronnie. Ostatnio podczas jednej z moich wielu podróży przez internet trafiłam na stronę antyfeministycznego ruchu: Women Against Feminism. Na stronie tej można wrzucać swoje posty z różnymi przemyśleniami dotyczącymi tego, dlaczego kobiety nie zgadzają się z postulatami feminizmu. Weszłam na tę stronę i poczułam się, jak w domu. To, co jest fantastyczne, moim zdaniem, to zero agresji, tylko polemika. Te kobiety pokazują światu, dlaczego kochają mężczyzn, dlaczego nie walczą z ich całą populacją, tak jak czynią to niejednokrotnie feministki. Prowadzą dyskusję z feminizmem i przytaczają wiele niezbijalnych argumentów. Sami zobaczcie, to są żony, matki, dziewczyny – w różnym wieku. Przyjrzyjcie się, są kobiece, śliczne, niektóre mocno doświadczone przez życie. Mówią mądrze. Podpisuję się pod ich słowami. Nie wstydzę się tego, że jestem stuprocentową kobietą, która potrzebuje silnego mężczyzny, która wie, że nie ma piękniejszej świadomości, że siła mężczyzny doskonale uzupełnia się z moją kobiecą delikatnością. Nie udaję babochłopa. Źle czuję się w skórze wojowniczki (choć jak chcę, to potrafię). Odpowiada mi schemat związku typu „macho i blondyneczka”. Bo wiem, że prawdziwy facet jest jak skała. Cytując Breaking Bad (źródło może moralnie niefortunne, ale kontekstowo pasuje): „A man will always deliver for his family”. Wiem, że mogę na nim polegać i ufać mu bez granic. Uważam, że kobiety, które walczą z taką współzależnością, próbując na siłę ‚coś” sobie udowodnić – walczą z wiatrakami. Dlaczego? Ponieważ prawdziwa kobieta składa się z hormonów ciepła. Jest miękka i dobra. Tak, może być matką – kwoką i wcale nie ma w tym nic złego. Takie matki są cudowne i na pewno lepsze dla swych dzieci niż zimne panie w nienagannie wyprasowanych garsonkach, które wiecznie nie mają czasu na to, by posłuchać, co mają do powiedzenia ich dzieci. Cudowne są te matki, które nie wstydzą się łez wzruszenia na przedstawieniu w przedszkolu swojego dziecka. Takie, które pieką ciasta i gotują zupy. Takie, które zawsze zanim same pójdą spać, zajrzą do pokoju dziecka, aby je przykryć. Takie, które wiedzą, że ich mąż potrzebuje ich kobiecego wsparcia, ponieważ ciąży na nim presja bycia opoką dla rodziny. Choćby nie wiem co – taka jest prawda. Taka jest nasza natura, nie zostałyśmy stworzone do prac w kopalni, tylko do rodzenia dzieci, karmienia ich i darzenia czułą opieką. Poza nielicznymi wyjątkami (pamiętacie? straszne…), facet nie urodzi dziecka. Prawdziwy facet zawsze będzie czuł się odpowiedzialny materialnie za swoją rodzinę. Nawet jeśli kobieta też pracuje.

Aha, jeszcze w sprawie kobiet. Nie chcę, żebyście myśleli, że nie lubię innych kobiet. Nie przepadam tylko za tymi, które zaprzeczają własnej kobiecości i są agresywne w stosunku do innych kobiet, które są kobiece. Wiele razy w życiu spotkałam się z takimi kobietami i szczerze nie polecam. Zwykle są to to pracoholiczki, najczęściej samotne, przylutowane do swoich służbowych laptopów. Całe szczęście, że jest jeszcze całe mnóstwo tych fajnych, pięknych, ciepłych kobietek, matek i nie-matek, które są bardzo kobiece i się tego nie wstydzą. Takie są moje przyjaciółki, które uwielbiam i bez których nie wyobrażam sobie życia. Ściskam Was, Dziewczyny!!!

Dobra, powoli kończę. Zajrzyjcie na blog Women Against Feminism. Enjoy! 🙂 A teraz czekam na polemikę i biczowanie 🙂 A tymczasem pozdrawiam Was i Waszych ukochanych mężczyzn! 😉

http://womenagainstfeminism.tumblr.com/

No i czyż nie pięknie??

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

O powietrzu i oddechu, czyli o tym, że na smutki najlepszy jest dystans.

Chwilkę mnie nie było, bo łapałam dystans. Mają rację ci, którzy mówią, że czas leczy rany. Jednak, to co pomaga znieść ból i smutek równie dobrze, to złapanie dystansu przestrzennego. Dlatego czasami lepiej niż przyjaciel, piwo czy Prozac, smutki leczy po prostu wyjazd. Od wielu miesięcy czułam, że w Warszawie brakuje mi powietrza. Najgorsze było siedzenie w puszce biurowca przez wiele godzin. Brak tlenu zabijał we mnie wszelkie oznaki witalności. Do tego skumulowany i przewlekły stres – to wszystko sprawiało, że czułam się jak żywy trup.

79c4d049239b96ed9bf2d899e64e9dd2

(Voider Sun)

Byłam teraz przez dwa tygodnie w miejscu, w którym jest się anonimowym. W miejscu, w którym gdy zgasi się światło jest naprawdę ciemno. A na dobranoc słyszy się bicie własnego serca. Powietrze jest czyste i świeże. Spokój i dystans, który mnie ogarnął sprawił, że opadł ze mnie ciężki i ciemny stres. Wyjeżdżałam stąd pełna napięć, niecierpliwa i smutna. Prawie dwa lata wiecznych chorób Synka, bycia szykanowaną z tego powodu w pracy (bo zdarzały mi się „niespodziewane nieobecności” – no cóż, choroby mają to do siebie, że są niespodziewane…). Do tego śmierć mojego taty, niepewność dotycząca własnej przyszłości (niestabilna sytuacja w pracy) oraz własne zdrowie, które pod wpływem stresu stawało się coraz słabsze… To wszystko zrobiło ze mnie człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać.

Zmiana miejsca odmieniła mnie nie do poznania. Po pierwszych dwóch dobach nastąpił kryzys, łzy bezsilności i rozpaczy, pomieszane ze wściekłością na minione zdarzenia. Zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz od grudnia obudziły się we mnie uczucia związane z żałobą po ojcu. Wróciło do mnie wspomnienie z nim związane, które kompletnie mnie rozstroiło. Kiedy te wszystkie emocje się przeze mnie przetoczyły, odzyskałam równowagę. Wzięłam głęboki, pełny, nadmorski oddech. Pojawił się dawno nie widziany naturalny uśmiech. Tego właśnie potrzebowałam. Jestem teraz silna i gotowa na dalsze zmagania.

Jestem też dumna z naszego Synka. Rozwinął się niesamowicie, mam wrażenie, że całym sobą chłonął naturę z jej wszystkimi przejawami, czerpał także z relacji z innymi dziećmi. Obserwował, uczył się. Wrócił spokojny, wypoczęty i bogatszy o nowe doświadczenia. To niesamowite, mam wrażenie, że w ciągu minionych dwóch tygodni rozwinął się bardziej niż przez pół roku miejskiego, dusznego życia.

Wróciliśmy do domu. Do duchoty nieludzkiej. Nie ma tutaj czym oddychać. Gęste, betonowe powietrze sprawia, że w nocy budzę się nie mogąc wziąć oddechu. Staram się żyć wspomnieniami z wyjazdu, jednak czuję, jak to miasto wyjada ze mnie energię. Czuję się jak mucha w smole. Jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Jest tutaj za gorąco, nawet dla kota. Jednak najgorszy jest dla mnie ten hałas. Te tysiące dźwięków, które dla moich nadwrażliwych sensorycznie uszu są jak żyletki wbijane w błonę bębenkową. Moje muzyczne ucho tęskni za śpiewem fal. Za świergotem kotłujących się na poddaszu nietoperzy. Marzę o ciszy podczas spaceru. W Warszawie, jak idziemy z Synkiem ulicą, to w ogóle nie słyszę, co on do mnie mówi. Musimy do siebie krzyczeć, a to mnie męczy, drażni. A może by tak uciec stąd na zawsze? Rzucić wszystko i wyprowadzić się na kaszubską lub mazurską wieś? I need some air, I need some water!

(Sistars – „Freedom”)

A tymczasem muszę jakoś tutaj żyć. Dlatego skupiam się na tym, co w życiu najważniejsze i najbliższe sercu. Wam także radzę zrobić to samo!

Śpijcie dobrze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!