Monthly Archives: Sierpień 2014

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, czyli o naszych wewnętrznych ograniczeniach.

Od kilku miesięcy kieruję się w życiu zasadą: „It’s ok to admit you’re not ok” (czyli: W porządku jest przyznać się, że nie jest w porządku). Dlatego mówię: „Nie jest ok”. Chwilowo jest bardzo nie-ok i wiem, że nic z tym nie zrobię. „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”. Nie będę ściemniać, że mam się dobrze, skoro każdy dzień sprawia mi trudność. Jedyna osoba, która nie może tego odczuć, to mój Syn. Dla niego staram się, żeby choć trochę było ok. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczę. Każdy rodzic też kiedyś był dzieckiem, ktoś nas kiedyś ukształtował nasi rodzice, szkoła, otoczenie. Wszystko to miało wpływ na to, jacy jesteśmy i jakie mamy preferencje. Wpłynęło to także na to, jak spędzamy czas – sami czy z rodziną. Zanim jednak przejdę do sedna, to będą aż dwie piosenki. Jedna, bo po prostu nie ma ostatnio dnia bez niej w moim życiu. Maanam – odkryłam ich dopiero niedawno. Żałuję strasznie, że nie urodziłam się wcześniej i nie mogłam zobaczyć na scenie młodej Kory. No i Marka Jackowskiego już nie ma… A druga piosenka, to utwór mojego ulubionego polskiego wokalisty i kompozytora, czyli nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego. Pamiętam, że w tym utworze po raz pierwszy usłyszałam nie-klasyczne zastosowanie fletu. Dla mnie jako flecistki był to wielki przełom. No i ten teledysk… Ewa Witkowska taka młoda 🙂



(Maanam – „Wyjątkowo Zimny Maj”)


(Republika – „Zapytaj mnie czy cię kocham”)

Wracając do tematu… To opowiem Wam na własnym przykładzie, dlaczego tak ważne jest poznanie i respektowanie własnych ograniczeń w różnych kwestiach związanych z wychowaniem dziecka. Jednym z moich największych macierzyńskich problemów jest to, że ORGANICZNIE I STRASZNIE nie znoszę placów zabaw. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam się do tego. Wcześniej ciągle coś mi przeszkadzało, uwierało, ściskało w gardle nawet na samą myśl, że mamy się znaleźć na placu zabaw. Oczywiście, chodziłam z Synkiem na te „małpie wybiegi”, bo widziałam, jaką mu to sprawia przyjemność. Jednak tak bardzo się z tym męczyłam, że zaczęłam się temu przyglądać. Dlaczego, do jasnej cholery, te miejsca wywołują we mnie taką niechęć, wręcz odrazę? Przeszkadza mi tam wszystko – hałas, brud, dźwięk żelastwa (Boże… karuzele…), te tłumy zasmarkanych dzieci. No i – najgorzej – gdy nawierzchnię stanowi piasek. Ten piach, piach wszędzie. Wiem, wyrodna ze mnie matka, obsesyjno – kompulsywny freak, który dostaje białej gorączki, gdy ma piasek między palcami. Nie macie pojęcia, ile rozpaczy we mnie wzbudzał fakt, że tak bardzo nienawidzę czegoś, co mój Syn tak uwielbia. Po wielu głębokich przemyśleniach odnalazłam AŻ TRZY przyczyny tego stanu. Pierwsza z nich to trauma, jaka pozostała mi po nieprzerwanych chorobach mojego Syna, których doświadczyliśmy przez pierwsze 1,5 roku jego uczęszczania do przedszkola. Dlatego wizja kontaktu mojego dziecka z brudem, syfem i zasmarkanymi na zielono dzieciakami na placu zabaw, wywołuje we mnie atak paniki. Nie mam na tę reakcję wpływu, w ciągu jednego mgnienia oka przez moją głowę przetaczają się wspomnienia wymiotów, gorączek, duszności, ostrych dyżurów i zastrzyków. Trauma, trauma, trauma. Nikt jakoś nie napisał jeszcze naukowej rozprawy o objawach PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) u matek. Zaczyna się od porodu, a potem lecimy przez wszystkie stresujące sytuacje, kiedy zdrowie dziecka szwankuje… Do tego trzeba mieć psychę z żelaza, mówię Wam.

Druga przyczyna tkwi głęboko w mojej psychice, podejrzewam, że od lat. Nie chcę się na ten temat rozpisywać, bo nie dla mnie trudne. Chodzi po prostu o utratę kontroli nad dzieckiem, gdy wspina się po tych koszmarnie wyglądających żelaznych konstrukcjach na placach zabaw… Przyznaję, że jestem matką nadmiernie ochraniającą, czyli po prostu nadopiekuńczą. Moja nerwica lękowa przekłada się bezpośrednio na dziecko. Nie macie pojęcia, ile wysiłku muszę włożyć w opanowanie tego i przyklejenie uśmiechu na swoją twarz, gdy mój Syn zachwycony wspina się na te wszystkie urządzenia.

Trzecia przyczyna, którą odkryłam najpóźniej i która wydaje się mieć największy wpływ na to, jaki sposób spędzania czasu z dzieckiem preferuję, to moje własne dzieciństwo. Grzebiąc w przeszłości zaczęłam sobie przypominać, jak ja spędzałam czas. Co lubiłam? Jakie zabawy preferowałam? Jakie było otoczenie, w którym się wychowałam? Muszę przyznać, że mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę z tego, że poza przedszkolem i kilkoma piaskownicami, w moim otoczeniu nie było takich miejsc, jak współczesne place zabaw. Za moją rodzinną kamienicą było podwórko sąsiadujące z zajezdnią autobusową. Do dyspozycji dzieci były dwa trzepaki dywanowe, z których można było zwisać – choć mnie się oczywiście to rzadko zdarzało. Były tzw. szopki, w których ludzie trzymali narzędzia, rowery etc. Można było się z łatwością wspiąć na dach szopek i zbierać tam jabłka. Kilka razy weszłam, co w lakierkach i sukieneczce łatwe nie było.

DSC01872

Najczęściej bawiliśmy się w odgrywanie jakichś scenek (wyrwanych żywcem z seriali oglądanych przez matki), wybory Miss (zawsze byłam ostatnia), skakanie w gumę czy na skakankach. Było też takie miejsce pod kamiennymi schodami prowadzącymi na podwórku, taka ciemna rupieciarnia, w której lubiliśmy się chować.

DSC01867

DSC01868

To w zasadzie tyle… Żadnych karuzeli, huśtawek, zjeżdżalni. A ja i tak nie bardzo odnajdywałam się w tych podwórkowych zabawach. Jako podręcznikowy przykład introwertyka najbardziej ze wszystkiego lubiłam się bawić sama w pokoju. Nigdy się nie nudziłam. Lalki, płyty winylowe z Bajkami Grajkami, książki, czy później pisanie i instrumenty muzyczne – to był mój świat. Taki świat też chcę i potrafię pokazać mojemu Synkowi. Jednak muszę zrozumieć i zaakceptować fakt, że on jest inny niż ja… Choćby z tej banalnej przyczyny, że jest chłopcem. Ciekawskim, pogodnym i żywiołowym dzieckiem. A nie nieśmiałą, cichą i nadwrażliwą dziewczynką jak ja. Całe szczęście dla niego. Staram się wyjść mu naprzeciw, czasami zabieram go na hulajnogę lub na plac zabaw, jednak coraz częściej i coraz odważniej przyznaję: JESTEM OD CZEGOŚ INNEGO. Wolę, żeby to mój mąż zabierał Synka na te wszystkie niebezpieczne, ryzykanckie, męskie wyprawy. A ja wolę być od czytania książeczek, nauki pisania, wspólnego śpiewu, tańca i grania na pianinie. Czy to czyni mnie złym rodzicem? Myślę, że nie.

Zostawiam Was z refleksjami na ten temat. Jeśli chcecie, podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam Was cieplutko, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Moja prywatna pieśń o Rolandzie.

Moja prywatna pieśń o Rolandzie.

Nie wiem, jak Wy, ale ja już wyraźnie czuję jesień. Wcale mi to nie przeszkadza. Dobrze mi robi ten chłód wieczorami. Mój mózg ugotował się kilka razy tego lata. U nas w mieszkaniu jest nieludzki upał, gdy nadchodzi lato. W szczytowych momentach temperatura w mieszkaniu w nocy potrafi wynieść 40 stopni. Dlatego sierpniowe noce są dla nas prawdziwym wybawieniem. Wiem, że za chwilę będzie ciągle ciemno, szaro i chłodno, jednak póki co cieszę się ochłodzeniem atmosfery. Korzystając z chwili czasu na leczenie starych i nowych smutków, odgrzebuję starą, dobrą muzykę. Słucham i gram. W końcu, po wielu latach, spełniłam swoje marzenie i zakupiłam do domu pianino. Chodziłam, sprawdzałam, dotykałam, aż w końcu wybór padł na Rolanda RP-301. Jak na instrument z dość niskiej półki cenowej (pianina są, niestety, cholernie drogie), jest naprawdę dobry. Świetnie mi się na nim gra od pierwszego muśnięcia klawiatury w którymś ze sklepów muzycznych. Mielę więc bezustannie gamy, pasaże, etiudy, Mozarta i Preisnera 🙂 Nie mogę się oderwać. Powtarzanie jest podstawą osiągnięcia mistrzostwa, więc tutaj przydaje się moja przeklęta perseweratywność 😉

Rolus

A jeśli chodzi o kawałki, których słucham (także bardzo perseweratywnie), to sięgam po muzyczne miłości mojej mamy. Jak byłam nastolatką, odrzucałam wszystko, co moja mama lubiła. Dopiero niedawno sama przed sobą przyznałam, jak bardzo, bardzo podobają mi się te utwory, na których się wychowałam. Moja mama słuchała Trójki na cały regulator, te utwory wryły się w moją głowę, krążą w mojej krwi. Mamo, dziękuję Ci!

Dobrego dnia, Drogie mamy i Nie Tylko Mamy!



(Led Zeppelin – „Dyer Maker”)


(Dire Straits – „Brothers in Arms”)

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

„Dance, dance, otherwise we are lost.” (Pina Bausch)

Wiecie, że kocham tańczyć. Taniec ratuje życie. Wzmacnia kondycję, wspomaga leczenie depresji, daje siłę i lekkość zarazem. Bez tańca i bez pisania nie potrafię żyć.

foto: Marta Kaminska www.facebook.com/PhotoStone.eu tel: +48 509 241 666

(Fot. Marta Kamińska)

Przetańczyłam całe studia, nie śpiąc, nie jedząc. Trochę się uczyłam, oczywiście. Ale głównie tańczyłam. To było moje lekarstwo na neurotyczne lęki i poczucie samotności w wielkim świecie.



(Club Les Belugas – „The Road is Lonesome”)
3

Dziś chcę Wam pokazać, dlaczego warto tańczyć – na pewnym bardzo wymownym przykładzie. nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam stare musicale. Gene Kelly, Ginger Rogers, Fred Astaire, Jane Russel i – oczywiście – Marylin. W poniższym filmie tańczy Pani Sarah „Paddy” Jones, a nie Ginger Rogers, jak to widnieje w tytule. Jednak warto zobaczyć, jak ta starsza pani się porusza. Czyż to nie wymowne? Podnosić mi tu szybko zadki z krzeseł, Drogie Mamy i Nie Tylko mamy! Dance, dance, dance!!!

(Sarah Jones dancing Salsa)

Miłego dnia, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dolna 14/16/18 – czyli dokąd się wybrać po bajkową suknię ślubną.

Dolna 14/16/18 – czyli dokąd się wybrać po bajkową suknię ślubną.

Obiecałam Wam, że systematycznie będą powstawały wpisy związane z tematyką ślubną. Sama nie wiem, od czego mam zacząć 🙂 Może, hmm, jak zawsze od piosenki? Oto piosenka zaśpiewana najczystszym, najsłodszym i jednocześnie najmocniejszym głosem, jaki słyszał świat. Prosta, piękna, wzruszająca. Uwielbiam ją nucić. A mój Synek często upomina się tę melodię przed snem („Mamusiu, zaśpiewaj mi >lalalalala, lalalalala<"). Panie i Panowie, "Loving You" Minnie Riperton. http://www.youtube.com/watch?v=kE0pwJ5PMDg (Minnie Riperton – „Loving You”).

A teraz do rzeczy 🙂 Ślub to projekt i wyzwanie. Wcale nie takie ogromne, jeśli się wie, czego się chce. Najważniejsza ze wszystkiego jest oczywiście sukienka. No, poza samym mężem oczywiście 😉
Chciałam, aby moja była jedyna w swoim rodzaju. Chciałam, aby pasowała do mnie. Marzyłam, aby była trochę retro, tak jak lubię. Szukałam miejsca, w którym moje marzenie będzie mogło zostać spełnione za pośrednictwem wprawnych oczu projektantki, z udziałem zdolnych, krawieckich rąk. Wysłałam maila do trzech salonów oferujących szycie sukienek na miarę. Jeden z tych maili do tej pory pozostał bez odpowiedzi. Na pozostałe dwa otrzymałam szybkie odpowiedzi. Od początku moim faworytem było to miejsce, w którym moja sukienka została uszyta. Już w mailach było widać i czuć, że po drugiej strony „siedzi” ktoś naprawdę fajny. Umówiłam się jednak z obiema paniami, które mi odpowiedziały. Niestety, w jednym z tych miejsc bardzo mi się nie podobało. Niby wszystko ok, ale pani zlustrowała mnie i osobę mi towarzyszącą z góry na dół, po czym zaczęła się do nas zwracać protekcjonalnym, niemiłym tonem. Była niezwykle przemądrzała, a do tego sukienki, które mi prezentowała były po prostu brzydkie i kiczowate. Na szczęście, już wcześniej zdążyłam być w swoim wyśnionym salonie i wiedziałam, że to właśnie TAM zostanie uszyta moja sukienka.

To miejsce to Atelier Vie De Chateu przy ul. Dolnej. Stylowe, ze smakiem urządzone wnętrze, wzbudziło mój zachwyt od pierwszego wejrzenia. Każdy szczegół wnętrza jest dopracowany, wszystko idealnie pasuje i cieszy oko. Można odnieść wrażenie, że po salonie przechadzają się duchy Coco Chanel i Audrey Hepburn. Po prostu – szyk i styl. Salon prowadzi niezwykle urocza i sympatyczna pani Malwina. Jest profesjonalistką w każdym calu, ma bardzo naturalne, niewymuszone dobre podejście do klienta. Ja chyba nie byłam zbyt marudząca ani wymagająca, jednak słyszałam kilka razy jak pani Malwina rozmawia z bardziej rozpieszczonymi pannami młodymi i podziwiałam ją szczerze za cierpliwość i ciepłe podejście do kręcących nosem panien młodych. Jeśli chodzi o samą sukienkę, to na podstawie kilku zdjęć i naszych wspólnych pomysłów, pani Malwina stworzyła przepiękny projekt. Moja sukienka była właśnie taka, jak chciałam. Wymarzona. Idealna na ten jeden jedyny, najpiękniejszy dzień mojego życia.

IMG_0931

Polecam wszystkim pannom młodym współpracę z Atelier Vie De Chateu. Na sukienkę chwilę się czeka, ale efekt jest po prostu… jak z bajki!

http://www.atelier.nadolnej.pl/

Pozdrawiam Was, wszystkie Panny Młode, Mamy i Nie Tylko Mamy!