Monthly Archives: Październik 2014

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

Gdyby można było odżywiać się muzyką, byłabym nieźle upasiona.

W ciągu ostatnich kilku dni przestały mi smakować nawet zupy. Wszystko smakuje jak drewno oblane benzyną. Potrafię jeść jedynie przy kimś, a i tak niemal wszystko, co lubiłam do niedawna, stało się dla mnie obrzydliwe. Karmię się więc muzyką. Coraz więcej gram na pianinie, po klasyce przyszedł czas na największe hity muzyki rozrywkowej. Udało mi się dopaść nuty do takich perełek jak „Kissing You” Des’ree, „Lemon Tree” Fool’s Garden, „Beautiful” Christiny Aguilery, „Stairway to Heaven” Led Zeppelin i „Uninvited” Alanis Morisette. Nie umiem jeszcze tego dobrze grać, nie mówiąc już o sprawnym graniu i śpiewaniu jednocześnie, ale czyż nie ma nic lepszego na doła niż wyznaczenie sobie jakiegoś ambitnego postanowienia? To jest jedno z moich dwóch dużych postanowień na najbliższy czas. Postanowień leczniczych. Do jednego się przyznaję, do drugiego nie 😉



(„Uninvited” – Alanis Morisette”)

Jeśli ktoś z Was spotka na Żoli/Bielanach patykowatego zombiaka w hipsterskiej czapce, to to będę ja. Najprawdopodobniej w wielkich słuchawkach na uszach. A po godzinach bez słuchawek, ale za to z bardzo fajnym dzieckiem za rączkę 🙂

Nic więcej dziś nie mam do powiedzenia. Posłuchajcie ze mną Alanis, poczujcie te dreszcze muzyczne, które czuję ja. Pamiętajcie o pielęgnowaniu swoich pasji. Poza rodziną, pasja to najważniejsza sprawa w życiu. Podlewajcie, pielęgnujcie, rozwijajcie! 🙂

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Banalnie proste ciasto marchewkowe dla zabieganych.

Mój Synek od kilku dni marzył o cieście marchewkowym. Prawda jest taka, że nigdy wcześniej takiego ciasta nie piekłam. Pomagałam dwa razy w pieczeniu mojej przyjaciółce, ale to było dawno, dawno temu. Wczoraj postanowiłam spełnić życzenie mojego Synka. Zakupiłam słodkie marchewki i po powrocie z przedszkola postanowiłam zabrać się do roboty. Pomyślałam o tym, że rano, zamiast śniadania będę mogła na szybko przegryźć odrobinę tego ciasta i zapić kawą. Ślinka zaszkliła się w kąciku, nie ma co 🙂

(Club Des Belugas – „Coffee to go”)

Niestety od wielu miesięcy jestem dość nieprzytomna – delikatnie mówiąc. Kupiłam marchewkę, ale zabrakło mi tak ważnych składników jak chociażby olej słonecznikowy czy mąka pszenna. Dlatego zrobiłam ciasto z tego, co było w domu – czyli użyłam oliwy z oliwek (nie polecam, bo ma za mocny aromat) i mąki pełnoziarnistej (to akurat był strzał w 10!). Ciasto wyszło przepyszne – korzystałam z kilku przepisów z sieci (najwięcej zaczerpnęłam z przepisu pani Ewy Wachowicz), ale też zaszedł pewien freestyle 😉

Oto mój przepis na ciasto marchewkowe:

Składniki:

– 4 jajka
– 1 szklanka drobnego cukru do wypieków
– 1 szklanka oleju roślinnego (najlepiej chyba słonecznikowego)
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
– 1,5 szklanki mąki pełnoziarnistej
– 0,5 łyżeczki soli
– 1 łyżeczka cynamonu
– ok. 1,5 – 2 szklanek startej marchewki
– garść suszonej żurawiny (dla chętnych)

Sposób wykonania:

Całe jajka ubijamy z cukrem (zaczynamy od niskich obrotów, po ok. 2 minutach rozkręcamy się na max). Dolewamy oleju, ubijamy dalej. Następnie mieszamy mąkę z sodą, solą i proszkiem do pieczenia. Powoli wsypujemy do masy jajecznej i ubijamy na niskich obrotach. Gdy wszystko będzie już dobrze wymieszane, dodajemy cynamonu. Na końcu wsypujemy marchewkę i inne dodatki (żurawiny, orzechy – wedle uznania) i wszystko mieszamy łyżką. Tortownicę o średnicy 22 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy ciasto. Pieczemy w ok. 180 stopniach przez ok. 1 godzinę. Smacznego!

marche

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Wszystko, co najważniejsze dzieje się powoli.

Ostatnio życie znów mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie, ale dziś użalać się nie będę. Są też pozytywne „zaskoczenia”. Między innymi dokonałam następującego, bardzo trywialnego odkrycia: zmiana diety potrafi zdziałać cuda. Pisałam Wam o mojej niechęci, wręcz obrzydzeniu do jedzenia. Widok kurczaka, wędlin z supermarketu, sera, mleka, makaronu czy nawet herbaty wywołuje we mnie odruch wymiotny. Może inaczej – wszystko, co do niedawna zwykłam jeść stało się dla mnie nie do zniesienia obrzydliwe. Męcząc się z tego powodu, wiedząc, że przecież coś jeść muszę, postanowiłam podejść do tego racjonalnie. Stwierdziłam, że spróbuję jeść inne produkty, a także po prostu przyrządzać inne potrawy. Dostrzegłam też zalety różnych przypraw. No i zaczęłam powoli, powoli wprowadzać zmiany. Przy okazji stał się pewien mały cud, ale o tym za moment. Pani na bazarku poleciła mi na mój brak apetytu gotowanie zup wielowarzywnych. Zaczęłam więc szukać przepisów i sama kombinować, mieszać, czarować. Co drugi dzień powstaje więc u mnie prawdziwa bomba witaminowa. Czasami dyniowa, czasami pomidorowa, bywa i marchwiowo-selerowa. Najbardziej jednak pokochałam krem z kukurydzy. Wprowadziłam też do jadłospisu awokado w dużych ilościach. Do zabielania zup używam mleczka kokosowego. Wszystko co się da przyprawiam kolendrą, cynamonem i kurkumą. Jak to pięknie wszystko pachnie! Zamiast miodu wprowadziłam syrop klonowy. Zamiast naleśników – placuszki. Zamiast mąki pszennej- mąkę kukurydzianą. To się nazywa kuchenna rewolucja, prawda? Tak, jak wspomniałam powyżej, przy okazji stał się pewien cud. Otóż zmiana diety sprawiła, że zniknęła moja znienawidzona, paskudna, pomarszczona i wstydliwa, osławiona BIURWO-FAŁDA na brzuchu. Nie mam jej! I znów zapinam się w swoich dżinsach! Wspaniałe uczucie…



(Wolf Myer Orchestra feat. Lylith – „Soulgate”)

A teraz chciałabym nawiązać do tematu. Jakieś dwa lata temu myślałam o założeniu bloga poświęconego tematyce Slow Life. Bardzo zafascynowała mnie wówczas ta koncepcja – fascynuje zresztą do tej pory. Współgra z moim temperamentem, z moją duszą. Uważam, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się powoli. Oczywiście, czasami zdarzają się ważne błyskawiczne zmiany – ale uważam, że odbywają się zazwyczaj dość dużym kosztem, pochłaniają mnóstwo energii i wymagają czasu na to, aby do nich przywyknąć. Miłość i przywiązanie rodzą się powoli. Mądrość życiowa też rodzi się z czasem, na bieżąco wraz z narastającym doświadczeniem. Nikt nie posiądzie mądrości życiowej przeczytawszy jedną książkę. Może zaczerpnąć inspirację, ale nie stanie się głęboko mądry. To czas, ból, ludzie, a przede wszystkim dzieci uczą nas tego, co w życiu najważniejsze. Na wszelkie nagrody w życiu trzeba chwilę zaczekać – na pierwsze słowo dziecka, na pierwszą poważną rozmowę, na pierwszy wspólny seans w kinie. Powoli i mozolnie zbieramy się także z życiowych traum. Przepracowanie tego w sobie wymaga czasu i głębokiego zastanowienia – inaczej nigdy się w nas ten rozdział nie zamknie. Z takiego powolnego przepracowywania smutku i ran wychodzimy zawsze mądrzejsi – na to też trzeba poczekać. Żyjąc szybko pomijamy to, co w życiu najważniejsze. Niuanse, delikatne emocje, ważne chwile w życiu naszych dzieci. Dlatego ja pokochałam ideę Slow Life. Biorę oddech i żyję powoli. Pośpiech i stres zabija – tego jestem pewna. Mnie prawie zabił. Dlatego mówię temu wszystkiemu – NIE. Zbieram się po tej traumie i powoli, niespiesznie dojrzewam do tego momentu, aby iść dalej.

20140827_111123

Życzę Wam dobrego weekendu i dużo chwil przeżywanych w zwolnionym tempie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!