Monthly Archives: Listopad 2014

Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Szybka, pyszna i prosta zupa, która bardzo smakuje dzieciom.

Na początek mały przedsmak Świąt. Nie wiem, jak Wy, ale my już bardzo, bardzo na Święta czekamy.

(White Christmas Cartoon song)

Ostatnio chorowaliśmy wszyscy – cała rodzinka. Siedzieliśmy więc w domu i jedliśmy zdrowe jedzenie. Niestety, muszę ostatnio trzymać ścisłą dietę, bo przyplątał mi się Helicobacter i zrobił mi z żołądka jesień średniowiecza. Najgorsze, że nie mogę spożywać tego, co lubię najbardziej – czyli słodyczy i kawy 🙁 Wierzę jednak, że ta dieta mi dobrze zrobi i staram się jej restrykcyjnie trzymać. Kontynuuję swoje przygody z zupami warzywnymi. Ostatnio, zupełnie przypadkiem, wyszła mi zupa – hit absolutny. Nasz Synek zajada ją tak, że aż mu się uszy trzęsą. Zrobiłam ją z tego, co było w domu – to była radosna twórczość.

Zupa marchewkowa – przysmak dla dzieci i nie tylko.

Składniki:

– 0,5 kg – 1 kg słodkiej marchewki
– 2 łyżki masła
– 1 lub dwa banany
– kawałek świeżego imbiru (długości ok. 2 cm)
– 1 łyżka płynnego miodu
– 1 łyżeczka cynamonu
– kostka rosołowa (u nas była kostka warzywna, można takie kupić w Rossmanie)
– woda
– mleko kokosowe z puszki
– przyprawy do smaku (wedle uznania – sól, pieprz, co tylko chcecie)

Sposób wykonania:

Marchewki obrać i wrzucić do garnka. Zalać wodą, wrzucić kostkę rosołową (jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, może gotować marchew w wywarze mięsnym, wtedy zupa będzie bardziej treściwa). Gotować do miękkości. Nie wylewać wody. Jednocześnie w rondelku rozpuścić masło, wrzucić pokrojone banany, posiekany imbir i smażyć do czasu, aż powstanie bananowa papka. Dodać łyżkę miodu. Na koniec wsypać łyżeczkę cynamonu i wymieszać. Wszystko zdjąć z palników. Papkę bananową i marchewki zmiksować. Następnie stopniowo dolewać wywaru warzywnego (lub mięsno-warzywnego) i miksować na niskich obrotach. Na koniec dolać mleka kokosowego (ja dodałam tak „na oko” ze 4 łyżki) i zmiksować. Podawać z chlebem/grzankami.

Smacznego! 🙂

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Gdzie te emocje, gdzie ten dreszcz?

Pamiętacie silne emocje, które towarzyszą okresowi dojrzewania? Wzruszenia, zakochania, smutki? Miliardy filmów, które poruszały – bo po raz pierwszy na ekranie widzieliśmy coś, czego jeszcze w życiu nie zaznaliśmy. Pierwsze rozczarowania. Książki, które pochłaniały. Piosenki, które rozdzierały serce. W moim życiu wrażliwca było tego sporo. Mimo iż nadal jestem wrażliwcem ciężkiego kalibru, to jednak z czasem tych wielkich wrażeń jest coraz mniej. Dawno nie przeczytałam książki, która by mnie zwaliła z nóg. Niezmiennie książką – ideałem jest dla mnie „Na Wschód od Edenu” Johna Steinbecka. Odkąd jestem matką, wzruszają i obchodzą mnie głównie sprawy związane ciaśniej lub luźniej z moim dzieckiem. Dopiero pojawienie się mojego synka na świecie przyniosło prawdziwe, namacalne doświadczenie i życiową mądrość, której przedtem mi brakowało (bardzo, oj bardzo brakowało). Trochę mi źle z tym, że tak mało rzeczy zewnętrznych mnie „rusza”. Jednak, gdy już coś takiego znajdę, poruszona jestem do głębi.

W dzieciństwie, pierwszą piosenką, która wzruszyła mnie tak mocno, że wycisnęła łzy, było „Twist in my Sobriety” Tanity Tikaram. Wtedy też po razy pierwszy usłyszałam dźwięk oboju, który niezmiennie wywołuje we mnie ciarki. W latach młodzieńczych poznałam pewną piosenkę, która zawsze, zawsze rozwalała mnie na części pierwsze. Było to „Kissing You” Des’ree. Piosenka sama w sobie jest piękna. To pianino, ten głęboki wokal, tekst… To wszystko zawsze łapało mnie za duszę. Do tego okoliczności, w których jej słuchałam, dodawały jej znaczenia. Do tej pory porusza ona najgłębsze struny we mnie.

Dwa lata temu odkryłam piosenkę, która stała się kolejnym mocno znaczącym dla mnie utworem. Mniej więcej w tym samym czasie wałkowałam też ścieżkę dźwiękową filmu „Pina”, który również wiele dla mnie znaczy. Jednak poniższy utwór jest tak doskonały, tak mocny i tak boleśnie piękny, że nie ma sobie równych. Mogę słuchać go bez końca. Wokal Jose Jamesa jest jak balsam. Do tego te wspaniałe dźwięki fortepianu (czy już Wam mówiłam, jak bardzo kocham ten instrument?), słodka wiolonczela, a potem eksplozja różnych dźwięków wzmocniona perkusją… Boże… Jestem w muzycznym niebie i nie chcę zejść na ziemię, nie chcę!

(Jazzanova feat. Jose James – „Little Bird”)

No, ale przecież ostatnio pisałam, że szukam wesołych piosenek. To prawda 🙂 Słucham głównie radosnych kawałków. Staram się też oglądać komedie i czytać lekkie książki. Jednak nie zawsze udaje mi się uniknąć silnych emocji. Na przykład kilka dni temu wpadł w moje ręce film „Gwiazd naszych wina”. Wcześniej wiedziałam mniej więcej o czym jest i miałam mieszane uczucia. Wiadomo, tematyka umierania i raka to nie jest dobra rzecz dla osoby w mojej obecnej kondycji psychicznej. Mój mąż jednak namówił mnie na obejrzenie tego filmu. Powiem Wam tak… Jestem dużą dziewczyną, doświadczoną przez życie, widziałam wiele wzruszających filmów, ale ten film… ten film… Nie da się tego dobrze opowiedzieć. Dość często wzruszam się na filmach, ale takiej fontanny łez podczas seansu nie doświadczyłam od lat. Jeśli ktoś z Was potrzebuje się wypłakać (bo jest to wyciskacz łez) i ma ochotę obejrzeć film naprawdę mądry, to polecam Wam z całego serca. Oczywiście, znawcy kina mogą się wielu rzeczy czepiać, ale człowiek, który czuje i przeżywa emocje, z pewnością dobrze ten film oceni. Znacie „Czułe Słówka” albo „Stalowe Magnolie” albo – z nowszych „Jeden dzień”? Możecie się spodziewać podobnych wzruszeń. Choć „Gwiazd naszych wina” jest bardziej uniwersalny, mniej „babski”. Zła byłam trochę, że dałam się namówić na ten film, jednak po kilku dniach, kiedy ochłonęłam i dotarł do mnie jego przekaz, jestem wdzięczna mojemu mężowi. Ten film jest po prostu piękny i zrobił na mnie ogromne wrażenie.

ap_the-fault_in_our_stars_3_kb_140605_16x9_992

(Źródło: Google Grafika)

Teraz wracam jednak do treści lekkich i zabawnych. Mówię Wam – taka terapia pozytywnymi treściami naprawdę DZIAŁA!!!!

Trzymajcie się ciepło i radośnie, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy! 🙂

Less hate, more joy.

Less hate, more joy.

Ostatnio działo się niezbyt dobrze. Pochorowałam się bardzo i różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przede wszystkim przekonałam się o tym, że kiedy człowiek porządnie się pochoruje, jego świat ulega przewartościowaniu. Już wcześniej, kiedy zmagałam się z wielomiesięczną depresją, dużo trudu włożyłam w to, aby zmienić swój sposób myślenia. Jednak dopiero choroba ciała wywołała prawdziwą, realną zmianę.

IMG_20140730_195950

Moją depresję i towarzyszącą jej niechęć do siebie, świata i życia pogłębiały pewne nawyki z moim myśleniu i funkcjonowaniu. Nie dostrzegałam ich i ich bezsensowności, zapętlając się w negatywnych schematach myślenia. Wyhodowane na przestrzeni lat lęki wzięły górę nad moją pogodną naturą. Jako dziecko byłam prawdziwym słonkiem, ciągle się uśmiechałam i zabiegałam o sympatię otoczenia. W głębi serca jednak zawsze nosiłam ogromną wrażliwość i podatność na zranienia. Różne wydarzenia z mojego życia, krzywdy, wypadki, straty i towarzyszące tym wydarzeniom lęki oraz utrata poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że moja słoneczna natura zaczęła się zacierać. Dopiero chorując fizycznie, kiedy zaczęłam myśleć o tym, że mogę stracić to, co mam, spostrzegłam ile ciężaru i „choroby” niosę w samej głowie. Ciało, obciążone bardzo silnym stresem, depresją i lękami, w końcu musiało wysiąść. Szczęśliwie, wygląda na to, że będzie lepiej. Czeka mnie jednak sporo pracy i wysiłku, aby wrócić do równowagi.

Moje olśnienie podczas choroby dotyczyło głównie tego, że otaczam się negatywnymi treściami. Czytam w internecie o tym, co strasznego dzieje się na świecie. Czytam pełne nienawiści komentarze pod artykułami. Przejmuję się, zamartwiam, czuję się zszokowana złem tego świata. Pod wpływem wielokrotnego faszerowania się takimi treściami, zaczynam wierzyć, że świat jest do szpiku zły. Oglądam smutne, trudne filmy. Seriale, w których leje się krew, w których bohaterami są źli ludzie. Kolejny punkt dla złego świata w mojej głowie. Przeświadczenie o zalewającej świat patologii pogłębia się. Lęki się nasilają. To wszystko gra brzydki marsz na wrażliwych strunach mojej duszy. Marsz pełen fałszywych, błędnych nut. Będąc pełną lęku, próbuję się bronić. Moją bronią staje się nienawiść do świata. Sama zaczynam mieć w głowie pełne nienawiści przekonania. Mój umysł obgaduje ludzi. Wstydzę się tego. Tak powstaje błędne koło, patologiczny mechanizm, niszczący mnie od środka. W takim stanie zastaje mnie choroba, która zwala mnie z nóg. Zabiera mi siły do życia. Przez wiele dni leżę i zaczynam wierzyć, że się z tego nie podniosę. Wtedy nagle, przy pomocy bliskich osób oraz paru mądrych lekarzy, zaczynam widzieć ten mechanizm, który powyżej opisałam. Zaczynam widzieć jak z bardzo wrażliwej osoby, która widzi więcej niż chce, stałam się takim trochę wyrzutkiem jak wszystkie złe czarownice z baśni. Jeśli dobrze przyjrzeć się baśniom, to te czarownice to zazwyczaj skrzywdzone przez życie, zgorzkniałe osoby. Patrzę w lustro i mówię tej wiedźmie: „Nie!”. W tym momencie zaczynam sobie nagle przypominać o tym, że świat ma także pozytywne strony. Nie uwierzycie, ale kompletnie o nich zapomniałam. Nagle uruchamia mi się moja lepsza, cieplejsza i bardziej twórcza strona. Nagle ucieka ze mnie lęk i nienawiść, zresztą, pomagam im w tym z całej siły. Zaczynam świadomie i uważnie dobierać sobie treści, którymi się otaczam. Postanawiam zadbać o siebie, ponieważ mój organizm jest wyniszczony. Potrzebuję mieć zdrowy organizm, żeby dusza się podniosła, ale też muszę pomóc duszy, aby ciało szybciej zdrowiało. Absolutna symbioza jednego z drugim mnie zdumiewa, choć przecież na swoich studiach (psychologia) wiele razy o tym słyszałam. Pierwszy raz jednak tak dobitnie widzę to na swoim przykładzie. Postanawiam oglądać tylko radosne, ciepłe i pozytywne filmy. Sięgam po płyty, które wprawiały mnie zawsze w dobry nastrój, z którymi wiążą się dobre wspomnienia.

(Mooi – „Sway”)

Chcę być blisko tych ludzi, których kocham i na których mi zależy. Pragnę okazywać im jak bardzo są dla mnie ważni, bo zrozumiałam, że cholera wie, ile mamy czasu. Nie boję się poprosić kogoś bliskiego o pomoc, nie boję się powiedzieć: „Przyjdź, proszę”, „Bądź ze mną”, „Potrzebuję cię”. Kiedyś tego nie potrafiłam. Unikam stresu. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Już 9 lat temu, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto, którą większość lekarzy totalnie bagatelizuje, od pewnej mądrej (sic!) dentystki usłyszałam, że to jest poważna sprawa i nie wolno mi się stresować. Wyśmiałam ją wówczas i zapytałam: „A jak ja mam to zrobić?”. Przez wiele lat żyłam w przewlekłym stresie, spotęgowanym moją przeklętą naturą wrażliwca i wnikliwego obserwatora – analizatora. Aby osiągnąć harmonię musiałabym wyprowadzić się na wieś i całe dnie spędzać na medytowaniu. Scenariusz idealny acz zupełnie nieżyciowy. Dlatego staram się wychwytywać z codzienności chwile pełnego relaksu. Nawet teraz, pisząc ten wpis, czuję spokój i relaks. Wiem, że dziś zrobię jeszcze kilka rzeczy dla podbudowania tego samopoczucia. Przede mną naprawdę wiele miesięcy odbudowywania siebie. Ważne, że pozbyłam się z głowy tej mowy nienawiści. Nawet jeśli była ona spowodowana ranami, lękiem i depresją, to była po prostu zła – głównie dla mnie, ponieważ ją w sobie dusiłam.

a10711b0f28c53affb42bb8043dae0cf

(Źródło: Pinterest.com)

Rozumiem teraz ludzi, którzy mówią, że są wdzięczni losowi/Bogu/życiu* (*niepotrzebne skreślić) za to, że zesłał im chorobę. Ponieważ w takim momencie może się dokonać wielka zmiana w człowieku. Dlatego ja się cieszę, że moje ciało wysłało sygnał alarmowy. Lepiej późno niż za późno.

Trzymajcie się ciepło, zdrowo, kochajcie się i jedzcie dużo dobrych rzeczy, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!