Monthly Archives: Czerwiec 2015

Pożegnanie.

Pożegnanie.

Kochane Mamy i Nie Tylko Mamy,
Będę dziś bezpośrednia! Znudziło mi się pisanie „w eter”, nie wiadomo w zasadzie do kogo… Ponadto nie mam w sobie już takiej przemożnej chęci dzielenia się sobą z „publicznością”. Czyżbym dojrzała? Wyleczyła się z narcyzmu? Nie wiem. Nie sądzę 😉 Kiedy wiele lat temu zakładałam tego bloga, chciałam się dzielić doświadczeniami ze swojego życia, aby pomagać innym. Drugim celem było też ciągłe ćwiczenie warsztatu pisarskiego. A trzecim – wyrażenie siebie i znalezienie odbiorców, nawiązanie dialogu z ludźmi – z własnej, egoistycznej potrzeby zaspokojenia poczucia samotności. Od wielu miesięcy jednak brakuje mi wyraźnej motywacji i celu w tym wszystkim. Brak mi pomysłu na ten blog. Brakuje mi też odzewu ze strony czytających. Blogów o macierzyństwie jest w tej chwili naprawdę masa, w większości są one identyczne (proszę o wybaczenie – ale taka jest prawda). Rodzice dzielą się zdjęciami, prywatnymi wydarzeniami z życia swoich dzieci, szastają swoim i dzieciaków wizerunkiem na prawo i lewo. Instagram jest pełen otwartych, publicznych kont dziewczyn – blogerek, które raczą ten zły i popaprany świat kilkoma zdjęciami swoich dzieci dziennie. Podobnie jest z samymi blogami – wszystkie te światy Lenek, Leosiów, mojej trójki czy co tam jeszcze, są wystawione na pazury świata i na oczy obcych ludzi. Ja się pytam: PO CHOLERĘ? W czasach, gdy następuje taka eksplozja ekshibicjonizmu, pozbawionego krztyny ostrożności, ja poczułam wielką chęć schowania się. Mój blog zawsze był wyłącznie po to, aby dzielić się przemyśleniami. Nie testowałam tu żadnych produktów, nie pisałam artykułów sponsorowanych. „Prawdziwa blogosfera” nigdy mnie nie interesowała i miałam to po prostu gdzieś. A teraz już zwyczajnie nie chce mi się prowadzić tego bloga.

Jest jeszcze inny powód – staram się ostatnio zmieniać swoje zgubne nawyki, a w szczególności ROZDRABNIANIE SIĘ. Od dziecka miałam tendencję do chwytania tysiąca srok za ogon. Nieskromnie to zabrzmi, ale miałam wiele obiecujących talentów. Niestety, wybór był za duży, zbyt dużo rzeczy na raz chciałam robić i zmarnowałam wiele lat na uganianiu się za czymś ulotnym, za mitycznym zajęciem, które byłoby dla mnie idealne i zaspokoiłoby w pełni moją potrzebę samospełnienia. W takim pędzie tkwiłam wiele lat i teraz jestem na takim etapie, że talentów nie wykorzystałam, mózg mi się zestarzał, ciało też i czuję, że robi się późno. A ja tak naprawdę w niczym nie czuję się na tyle dobra, aby móc się tym pochwalić. Są rzeczy, w których czuję się mocna – pisanie czy szeroko pojęta muzyka. Ale to nie wystarczy. Nie jestem w tym wybitnie dobra – tzn. na pewno nie na tyle, na ile mogłabym być, gdybym więcej czasu i motywacji zainwestowała w skupienie się na jednej rzeczy. Może jest jest jeszcze za późno na odsiewanie niepotrzebnych rzeczy, na pozbycie się kretyńskiego nawyku rozdrabniania się? Ciężko będzie walczyć z czymś, co robiłam całe życie, ale bardzo się staram, uwierzcie mi. Robię wszystko w tym kierunku. Nie wiem, czy osiągnę sukces, ale wiem, że muszę spróbować. Kiedy zamykam oczy i wyciszam się, aby osiągnąć skupienie, powtarzam sobie dwa zdania „LET GO” – skierowane do niepotrzebnych myśli, które zabierają mi energię, a także „LESS IS MORE” – czyli motto minimalistów. Staram się też zwalniać tempo – tak ogólnie. Po to, aby energię mieć w sobie, a nie wytracać ją na zewnątrz. Czym się zajmę? Na czym się skupię? Na pewno na dzieciach – to jasne jak słońce. Ale przecież poza spełnieniem w roli matki i żony czuję w sobie wielki głód bycia sobą. Sobą – tą Magdą z dawnych lat, w której piosenki wzbudzały dreszcze, która tańczyła w deszczu i dużo się śmiała. Porzuciłam swoje ja w ostatnim czasie. Zdusiłam swoje pragnienie samorealizacji. Depresja maczała w tym palce, to pewne. Ale przede wszystkim – ja jej na to pozwoliłam. Dlatego piosenki z dawnych lat zamiast mnie cieszyć, smucą mnie. Dlatego płakać mi się chce, gdy myślę, co mogłabym już osiągnąć, gdybym odpowiednio wcześniej się na tym skupiła. Tamta Magda, ta radosna, spontaniczna dziewczyna – ona musi wrócić. Nie chcę widzieć już w lustrze oczu starej kobiety.

Po tym wstępie chcę Wam powiedzieć, że ostatecznie zaprzestaję pisania tego bloga. Nie usuwam go, bo mam sentyment do tego, co tu wypisywałam, jest to kawał mojego życia i wiem, że zdarza się niektórym osobom jeszcze tutaj zaglądać. Jednak jeśli miałabym stworzyć coś nowego, to nie będzie to już NieTylkoMama. Zamiast szukać relacji z ludźmi w czeluściach anonimowego internetu, poszukam szczęścia w tej kwestii w realnym świecie, poza domem. A co do pisania, na pewno nie przestanę. W końcu jest to coś, co kocham. Tylko, że prawdziwe pisanie to jest ciężka praca i sam talent nie wystarczy. Dużo poświęconego czasu, rutyna, wysiłek, frustracja i zwątpienie – to główne części składowe procesu twórczego, gdy piszący wyznacza sobie jakiś większy cel. Zrywy natchnienia, błysk w oku i przygryzione z emocji wargi – to tylko niewielkie, acz bardzo przyjemne aspekty pisania. Ja się z tym powoli godzę i jestem gotowa się z tym zmierzyć.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy. Cierpliwości, akceptacji, samoakceptacji, dystansu do siebie i świata. Bądźcie wdzięczni losowi za wszystko, co macie, bo to jest droga do poczucia spełnienia 🙂 Do zobaczenia kiedyś, gdzieś!

(Sheryl Crow – „Tommorow Never Dies”)

312801_2228540626580_134404720_n