Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. II – czyli co ze sobą zabrać na wyjazd, żeby nie było łyso…

Gdybym była bogata, to na wakacje zabrałabym ze sobą jakąś luksusową nianię albo opłaciła wakacje babci/cioci/doświadczonej przyjaciółce – żebym i ja wraz z moim ukochanym mogła mieć coś z wakacji (czyt. pójść do baru i skorzystać z All Inclusive, potańczyć na plaży etc) 😉 Potańczyć na plaży nam się kilka razy udało (Mały się gapił z wózka), nawiasem mówiąc – fajnie się robi spiny salsowe na bosaka w piasku.

Jednak nie było z nami niani, czy też babci, więc musieliśmy sobie radzić sami. Zapytana o to, co zabrać na wakacje z dzieckiem odpowiem bez zawahania:

„Ze cztery wielkie wiadra cierpliwości i książkę o survivalu!”

Tak, moi Kochani, jak już wspominałam, wakacje z dzieckiem to nie jest jakiś lajcik. Wszystko, co przeszkadzało Wam na wyjazdach zanim urodziła się Wasza pociecha (np. daleko do plaży, daleko do dyskoteki, za mało olejku do opalania etc.), teraz wyda Wam się błahostką niewartą wspominania, gwarantuję. Każda rzecz nabiera teraz nowego znaczenia. Przykład? Weźmy robaki, które jak wiadomo w ciepłym klimacie są większe niż w naszej poczciwej Polsce. Kiedy byliśmy na Krecie i w pokoju hotelowym znalazłam pięciocentymetrowego karalucha, to się co najwyżej wzdrygnęłam z okrzykiem: „O FUJ!”. Kiedy jest z nami małe dziecko, już nie trzęsiemy się ze wstrętu, tylko raczej ze strachu, że horda ogromnych mrówek zeżre nam dziecko. Drugim przykładem może być obecność głośnych sąsiadów. Kiedy jest się na wakacjach jeszcze bezdzietnych, to się w nocy robi wszystko oprócz spania. Odsypia się w dzień. Głośni sąsiedzi nie przeszkadzają, nawet jeśli tupią, wrzeszczą, klną, czy palą papierosy. Istnieje spora szansa, że Wy jako bezdzietna młoda para też bywacie dla nich uciążliwi. Kiedy pojawia się dziecko, które cudem udaje Wam się położyć spać o tej samej godzinie, co w domu, to każdy hałas oznacza jedno: „ukochany piszczący stworek znów się obudzi i trzeba będzie usypiać go od nowa”. Dlatego warto się nastawić psychicznie na to, że trzeba będzie dziecko kilka razy w ciągu nocy uspokajać. Najlepiej w ogóle pojechać w jakieś odludne miejsce.

Teraz czas na konkrety, czyli moją osobistą listę rzeczy, bez których nie warto ruszać się z domu:

wózek – najlepiej lekki, składany – ale też dający możliwość położenie dziecka na płasko, jeśli zaśnie – u nas hit wyjazdu (super – lekka spacerówka Inglesina)

parasolka do wózka/budka – my budki nie mieliśmy, bo się złamała jej ważna część przed wyjazdem, ale mieliśmy parasolkę, która spełniła swoje zadanie

namiot plażowy – my kupiliśmy McKinleya w Intersporcie w Arkadii

śliniaki (wiadomo, przy posiłkach, żeby ubranka się nie brudziły częściej niż to wskazane)

– dmuchany mini – basen, który służy jako wanienka turystyczna (my mieliśmy taki za 9,60 zł ze Smyka)

– dużoooo body na zmianę

czapeczki (najlepiej wiązane elastycznym sznureczkiem pod brodą, zakrywające uszy, bo wiatr nawet w ciepłym kraju bywa groźny dla malutkich uszu)

– dużo pieluch, najlepiej flanelowych służących jako przewijak (super sprawa jeśli trzeba dziecko przewinąć „na kolanie” w trakcie dalekiego spaceru lub wycieczki)

– własne prześcieradełko i kocyk/kołderkę, żeby się dziecku dobrze zasypiało

– własny duży koc, który można rozłożyć na podłodze, żeby dziecko sobie mogło pełzać, raczkować etc.

– własny ręcznik dla dziecka

– paczka Pampersów lub innych używanych przez Was pieluch (jeśli jedziecie na dłużej niż tydzień, to warto się dowiedzieć, czy w danym kraju można kupic pieluchy, jeśli nie, to trzeba wtedy zabrać zapas (najlepiej otworzyć opakowanie i upchnąć pieluszki w walizkach)

mokre chusteczki (3-4 paczki – jeśli jedziecie na 2 tygodnie)

słoiczki z jedzeniem, kaszki i mleko modyfikowane (jeśli dziecko je coś więcej oprócz mleka z piersi) – warto zrobić podobne rozeznanie, jak w przypadku pieluch i dowiedzieć się, czy smaki słoiczków nie są przypadkiem zbyt kontrowersyjne dla brzuszka polskiego maluszka

– własne łyżeczki, miseczki (choć my pod koniec wyjazdu wyluzowaliśmy i mały wcinał już zwykłymi łyżeczkami)

czajnik bezprzewodowy/ew. grzałka – jeśli nie macie pewności, że w Waszym pokoju będzie aneks kuchenny z czajnikiem, to weźcie koniecznie czajnik lub grzałkę – to daje nieocenioną wygodę

– gryzaki i ulubione zabawki dziecka (jako zabawka sprawdza się również plastikowana butelka wypełniona wodą, plastikowe kubeczki, wszelkiej maści łyżeczki, ucho taty, pępek mamy itp.)

– jakieś nowe zabawki (albo warto kupić coś na miejscu, my np. kupiliśmy wiaderko, konewkę, grabki, łopatkę, foremki – kolejny hit wakacji)

MOSKITIERA!, jak największa, najlepiej taka do owinięcia całego łóżeczka

RAID przeciw komarom do kontaktu

– Off, Autan, Anty – Bzz, cokolwiek do psikania, żeby odstraszyć komary i inne świństwa

mini – latarka – przydaje się w nocy, gdy dziecko się budzi, a Wy nie chcecie włączać głównego światła (u nas w pokoju hotelowym było mega jasne)

Osobna sprawa to apteczka, w której obowiązkowo powinny się znaleźć:

zestaw plastrów wodoodpornych z opatrunkiem

woda utleniona

Fenistil – żel łagodzący ukąszenia owadów, ale nie tylko – doskonale łagodzi tez oparzenia słoneczne u rodziców 😉

probiotyki (Dicoflor, Biogaia etc.) – warto się dowiedzieć, czy w pokoju jest lodówka, żeby móc je przechowywać

– coś przeciw wzdęciom, np. Espumisan dla niemowląt – my tego nie zabraliśmy i to był wielki błąd

czopki glicerynowe

– Dentinox lub inny żel na ząbkowanie

paracetamol w czopkach

termometr

Na koniec trzeci i ostatni hit naszego wyjazdu, czyli nosidełko ergonomiczne (w naszym przypadku Manduca). Sprawdziło się szczególnie podczas podróży (mały spał w czasie oczekiwania na autokar i podczas transferu). Równie dobrze sprawdzi się chusta czy inne nosidełko ergonomiczne (Tuli, Bondolino, Ono etc.). Odradzam wynalazki typu Womar czy Baby Bjorn – jak dla mnie te nosidła to mordercy kręgosłupów – zarówno tych dziecięcych, jak i rodzicielskich. U nas cała trójka pokochała Manducę, tatuś z dziką chęcią i dumą nosi w nim syna, a ja szczególnie doceniam możliwość noszenia, gdy chcę mieć wolne obie ręce.

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią tego wpisu, która znajduje się TUTAJ. Zachęcam też do lektury następnych części, które już wkrótce!

Pozdrawiam wszystkie mamy i nie tylko mamy 😉

4 Responses »

  1. Uśmiałam się! Zdjęcie jak pchasz wózek ….super! Czyżbyś nie wpadła na pomysł, iż po piachu lżej ciągnąć wózek tyłem na dwóch kołach ? 😉 Co do nosideł, ja byłam zachwycona Baby Bjorn… Za to uważam również, że Inglesina jest bardzo wygodna i sprytna 🙂

  2. Jechać czy nie jechać – oto jest pytanie? 🙂 Własnie zastanawiam sie nad kupnem spacerowki i waham sie pomiędzy Inglesina a Maclarenem 🙂

  3. Galopku, wpadłam na to, ale byłam jakaś taka zmęczona…. że mi się na ten kawałek wózka odwracać nie chciało… 😛
    Ewa – jechać, jechać! Nie bać się 🙂 Nawet jeśli będzie ciężko, ale przeżyjecie i choć trochę skorzystacie, to będziesz miała wielką satysfakcję. Co do wózka – to mam doświadczenie tylko z Inglesiną, Maclarenów nie znam niestety, ale to chyba dość podobna klasa jeśli chodzi o użytkowanie. Pozdrawiam Was Dziewczyny 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *