Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Wyjazd z dzieckiem – recenzja subiektywna cz. III – czyli jakie mogą się zdarzyć hardkory i co wtedy

Dziś kolejna, obiecana część opowieści wakacyjnych. Tym razem zebrałam listę przykładowych „hardkorów”, które mogą nam się przytrafić na wakacjach z dzieckiem. Lista powstała na bazie doświadczeń zarówno moich, jak i moich przyjaciół. Mam nadzieję, że nic z wymienionych katastrof, mniejszych i większych, Was nie spotka. Przeczytajcie jednak – ku przestrodze!

A na początek piosenka z cudownej płyty Playing For Change 2: Music Around The World. Piosenka, która odmładza i dodaje pozytywnej energii.

PROBLEM 1: MRÓWY I INNE ATRAKCJE ZWIĄZANE Z MIEJSCEM BYTOWANIA

Zacznę od tego, że po przyjeździe na upragnione wakacje może wcale nie być tak, jak sobie wyobraziliśmy. Coś, co w katalogu nazwano „oazą spokoju” może się okazać totalną dziurą bez ciepłej wody. Miejsce nazwane „miejscem, w którym można obcować z naturą” okazuje się być campingiem w środku lasu, gdzie oprócz ludzi jest cała masa innych żywych stworzeń, niekoniecznie przyjaźnie nastawionych. Nawet u nas, w cywilizowanym czterogwiazdkowym hotelu (o którym napiszę osobno w części IV) były takie atrakcje. Może dlatego, że hotel – a właściwie kompleks bungalowów – leżał na terenie gaju palmowego. Wiązało się to z zatrzęsieniem wściekłych komarów oraz innych żywych stworzeń. Na przykład: pewnego dnia musiałam wrócić z plaży po coś do naszego lokum. Kiedy stałam na ganku szukając klucza, spadło na mnie Z GÓRY stado mrówek! Tak naprawdę myślę, że to wcale nie były mrówki. Raczej jakieś mutanty lub inkarnacje dinozaurów. Spadły chyba z nieba – albo wysypał je ze słoika sąsiad mieszkający nad nami, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

PROBLEM 2: JEŻOWCE – ZŁOŚLIWIE ŚWINIE

Pozostając w temacie zwierząt, nie sposób nie wspomnieć o jeżowcach… Te paskudztwa żyją sobie na skałach, zarówno na brzegu morza, jak i pod powierzchnią wody. Dwa lata temu na Krecie będąc, pławiąc się w zachwycie nad błękitem i przejrzystością wody, postanowiłam skąpać swe ciało w morzu. Na tę okazję sprawiłam sobie specjalne buty (zmotywowało mnie do tego to, że poprzedniego dnia mój M. rozciął sobie stopę na skałce). Uzbrojona w buty śmiało stąpałam po kamieniach. Niestety mimo gumowego podszycia butów, kamienie okazały się zbyt śliskie i noga osunęła mi się między skałki. Poczułam jak miliard szpilek wbija mi się w stopę. Okazało się, że jeżowiec – w tym wypadku wyjątkowo paskudna świnia – przez buty dobrał się do mojego ciała. W małym palcu prawej nogi tkwił cały orszak czarnych kolców. Z bólu zobaczyłam gwiazdki. W miejscowej aptece otrzymałam jakąś maść odkażającą oraz igłę wraz z prostą instrukcją – wyciągnąć skurczybyki z palca jak najszybciej, żeby nie doszło do zakażenia. Powiem krótko – przez kolejne trzy godziny leżałam na naszym hotelowym tarasie i darłam się na czym świat stoi (w poduszkę), bynajmniej nie z rozkoszy, tylko z bólu. Nie ma to jak grzebanie igłą w palcu na żywca, dziękuję, nigdy więcej!

PROBLEM 3: ZA DUŻO SŁONKA

Osobna i bardzo popularna sprawa to oparzenia słoneczne. Ja za każdym razem popełniam ten sam błąd. Chyba nigdy się nie nauczę, chyba nigdy nie dorosnę – zawsze na początku wakacji spalę sobie plecy. Przez kolejnych parę dni nie mogę się opalać, a w nocy nie mogę spać. Mam dla siebie usprawiedliwienie – jestem zawsze tak stęskniona za słońcem, że chcę je chwytać garściami, ba, wiadrami! To wszystko dlatego! W tym roku wzięłam ze sobą Fenistil żel, który pomógł zarówno na ukąszenia komarów, jak i na spieczone ciałko.

PROBLEM 4: ATRAKCJE PODCZAS LOTU

A teraz parę słów o dzieciach. Zacznę od hardkorów w samolocie. To, czego każdy rodzic się boi najbardziej to (w kolejności przypadkowej): że dziecko zrobi przestraszliwie ogromną i śmierdzącą kupę i – co najgorsze – trzeba będzie odstawić przewijanie w samolotowej toalecie (wiadomych rozmiarów) oraz że przez cały lot ani na chwilę nie zaśnie. Pierwszej z wymienionych sytuacji nie przeżyłam osobiście, znam tylko relacje z drugiej ręki. Natomiast dziecko rozbudzone w samolocie w czasie nocnego lotu – to znam i nie polecam. Zwłaszcza, jeśli maleństwu włączy się „chcę-dotknąć-wszystkiego” mode, a jest np. 3 w nocy. Nie pośpicie ani wy, ani większość Waszych sąsiadów z samolotu.

PROBLEM 5: KASA

A na miejscu, już na wakacjach? Może się przytrafić całe mnóstwo rzeczy. Ząbkowanie, zatrucie pokarmowe, katar gigant. O gorszych wypadkach nawet nie chcę wspominać. Nam się na przykład przytrafiło ząbkowanie w wersji bardzo intensywnej (6 ząbków na raz) oraz – za przeproszeniem – pierwsze w życiu naszego synka potężne zatwardzenie. Ta druga sprawa okazała się sprawiać mu taki ból, że skorzystaliśmy z przywileju oferowanego przez naszego ubezpieczyciela, czyli wezwania lekarza do hotelu. Niestety, okazało się, że mimo wykupienia przez nas rozszerzonej polisy, musimy zapłacić za tę „imprezę” aż 100 Euro i dopiero po powrocie dopominać się o zwrot kosztów leczenia (co się wiąże z wypełnianiem koszmarnego formularza, tak strasznego, że aż daliśmy sobie spokój). W związku z koniecznością zapłaty, wypstrykaliśmy się całej gotówki, którą mieliśmy przy sobie w hotelu, ponieważ jadąc na wakacje byliśmy pewni, że na każdym kroku będzie można wypłacić pieniądze z bankomatu. Nic bardziej mylnego. Na terenie naszego hotelu nie było bankomatu. W miasteczku, które znajdowało się w odległości ok. 3 km piechotą na Wschód, też nie było bankomatu. Tzn. był podobno, ale – jak nam wytłumaczyła pani wypożyczalni samochodów – zabrano go kilka tygodni wcześniej, bo się zepsuł i do tej pory nie oddano. Najbliższy bankomat był oddalony o ok. 10 km. Ostatecznie udało nam się zdobyć gotówkę (wymagało to kombinacji z mojej strony i kosztowało nas 10% prowizji). Lekarka przyjechała.

PROBLEM 6: WZYWANIE MIEJSCOWEGO LEKARZA

Okazało się, że pani jest bardzo, bardzo młoda. Na dodatek praktycznie wcale nie zna języka angielskiego. Przypadło mi w udziale wytłumaczenia pani, co dolega mojemu dziecku.

– He’s suffering from obstruction – rzekłam.

Pani spojrzała na mnie tak, jakbym wypowiedziała to zdanie po japońsku. Pokiwała głową i wzruszyła ramionami.

– He’s got problems with poo – powiedziałam w nadziei, że może to dotrze. Reakcja była jednak wciąż ta sama.

– He cannot SHIT! – ostatnia deska ratunku również nie zadziałała. W końcu w akcie desperacji włączyłam pantomimę wykonując różne miny i gesty dodając odpowiednie odgłosy. Zauważyłam z ulgą zmianę na twarzy lekarki, wyrażającą zrozumienie.

– AAAAAAAAAA – odparła pani – Ka – Ka! He cannot Ka – Ka!

– Yes! – usiadłam wykończona na tapczanie, w duchu pękając z dumy, że udało mi się w końcu wytłumaczyć babie, co z moim dzieckiem.
Pani doktor dokonała oględzin i zawyrokowała:

– You should give him some orange juice and he will do Ka -Ka. Also you should give him this – tu wypisała receptę na czopek glicerynowy – and it will help him I think.

Dodam tylko – dla tych, którzy nie wiedzą – że cytrusy uznawane są w Polsce za silne uczulające i dlatego nie podaje się ich do czasu ukończenia przez dziecko roku. Poza tym była 6 wieczorem, my byliśmy bez gotówki, a na dodatek apteka była oddalona od hotelu o 10 km. Na szczęście okazało się później, że w biedzie Polak Polakowi pomoże. A właściwie polska matka polskiej matce, ale o tym w części IV.

CUDOWNE ROZWIĄZANIE?

No, cóż, Kochani, życie bywa złośliwe, a my możemy zrobić tak naprawdę jedno – spróbować zadziałać tak, żeby problem zniknął i cały czas mieć w głowie słowa poniższej piosenki Boba Marleya (tutaj w wykonaniu mojego ukochanego Playing For Change): „Don’t you worry about a thing, every little thing is gonna be alright”.

Zapraszam też do lektury cz. I: TUTAJ

oraz części II: TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *