Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Wakacje z dzieckiem – recenzja subiektywna, cz. IV – czyli wakacje z Itaką na wyspie Kos

Od naszego wyjazdu na Kos minął już miesiąc z kawałkiem, pełen burzliwych dni i prawdziwie monsunowych deszczy. Siedzę sobie właśnie i zastanawiam się nad tym, kto w naszym kraju nagrzeszył tak strasznie, że nam słońce wyłączyli… No i czy to już tak na zawsze…? W Indiach oprócz ulewnych deszczy monsunowych są pory gorące i morderczo słoneczne, dlatego w porze monsunowej można się cieszyć deszczem, nawet gdy zacznie padać w dniu Twojego wesela.

Pewnie część z Was zna ten piękny film – „Monsunowe Wesele” (ja go kocham, kocham absolutnie):

Ale do rzeczy – przyszedł czas na ostateczne podsumowanie „wakacji z Itaką”. Zacznę może od tego, co, delikatnie mówiąc, rozminęło się z naszymi oczekiwaniami.
Kiedy przyszłam do biura sprzedaży Itaki poprosiłam wyraźnie o kilka rzeczy:

– żeby hotel był mały, kameralny i podkreśliłam – żadnych bungalowów (mam awersję, nie mam pojęcia dlaczego…)!
– żeby klimatyzacja w pokojach była bezpłatna
– żeby w pokoju był aneks kuchenny i czajnik bezprzewodowy (sprawa bardzo ważna, gdy wyjeżdża się z małym dzieckiem na wakacje

Na miejscu niestety okazało się, że absolutnie żadem z tych warunków nie został spełniony. Trochę w tym naszej winy, bo nie sprawdziliśmy tego obiektu w internecie przed wyjazdem. Okazało się, że hotel ten był wielkim kompleksem bungalowów (cały mieścił ok. 3 000 gości). Klimatyzacja, owszem, była bezpłatna, ale dopiero od 15 czerwca (czyli na dwa dni przed naszym odjazdem). W pokoju nie było ani aneksu kuchennego, ani czajnika, po ciepłą wodę na kaszkę trzeba było biegać do restauracji, która znajdowała się na drugim końcu kompleksu hotelowego.

Największymi koszmarami tego wyjazdu były jednak inne rzeczy (wspominałam już o nich TUTAJ):

– paskudna, masowa kuchnia, gwóźdź do trumny dla matek karmiących, ale nie tylko (mimo przemiłej obsługi, nie dało się tego jeść… no może z wyjątkiem ciastka z kremem)
– straszne jędze w recepcji (z wyjątkiem jednej Polki), opieszałe i bardzo niesympatyczne
– brak możliwości wypłacenia gotówki z bankomatu w hotelu, w jego pobliżu oraz w najbliższej miejscowości – Mastichari

Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam, wakacje były naprawdę bajkowe. Dlaczego? Choćby dlatego, że wyspa Kos jest przepiękna. Palmy, zachody słońca nad morzem, rozgwieżdżone niebo. Poza tym codziennie była piękna pogoda i mnóstwo kolorów dookoła, takich których nawet na moich zielonych Bielanach nie można doświadczyć. Codziennie spotykaliśmy przemiłych ludzi, nastawionych przyjaźnie do dzieci, otwartych, uśmiechniętych.

Ponadto dzięki tym wakacjom nasz synek bardzo się rozwinął:

POZNAWCZO:

– mógł doświadczyć kolorów i faktur nie występujących w naszej przyrodzie (dotykał palm, kolorowych kwiatów, greckiego piasku)
– nauczył się jeść świeże owoce
– nauczył się pić wodę z plastikowego kubeczka
– pokochał kąpiele w morzu

SPOŁECZNIE:

– poznał swojego pierwszego kumpla od zabaw w piasku
– pierwszy raz się zakochał – upatrzył sobie pewną nastoletnią Włoszkę, którą był w stanie wypatrzyć z daleka mimo dzikiego tłumu (miała niesamowicie oryginalne okulary przeciwsłoneczne)
– zawarł dużo ciekawych znajomości

Poza tym po powrocie do domu od razu zaczął robić „pa-pa”, mówić „mama” i bić „brawo”.

Jeszcze raz podsumuję krótko nasz wyjazd: warunki były, jakie były, ale za to było ciepło… Marzy mi się ponowny wyjazd za granicę. Myślę, że tym razem byłoby mi wszystko jedno, czy bungalow, czy nie, gdybym tylko wstając rano mogła zobaczyć słońce.

Życzę Wam dużo ciepła, drogie mamy i nie tylko mamy!

Pierwsza część tego wpisu znajduje się TUTAJ.

Druga część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Trzecia część tego wpisu znajduje się TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *