„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

„These streets will make you feel brand new, big lights will inspire you”, czyli jak zakochałam się w Warszawie – cz. I

Za kilka miesięcy minie dziesięć lat odkąd przeprowadziłam się do Warszawy. Była to pierwsza przeprowadzka w moim życiu. Pierwsza spośród bardzo wielu (tylko moi najbliżsi przyjaciele wiedzą, ile ich było). Zanim znalazłam tutaj swoje miejsce, musiało upłynąć wiele czasu. Przyjechałam z wielkim plecakiem marzeń i nadziei. Musiałam przejść wiele kilometrów, wylać wiele łez i poznać wielu ludzi, żeby w końcu poczuć się jak u siebie.

Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy w styczniu 2001, jeszcze długo przed egzaminami na studia. Wybraliśmy się we troje – moja koleżanka z klasy, mój najlepszy przyjaciel i ja. Nocowaliśmy w akademiku przy Żwirki i Wigury. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten akademik przez wiele lat będzie moim drugim domem. Pierwsze wrażenie było fatalne. Warunki mieszkaniowe straszne. Jedna łazienka z WC na całe piętro. Straszliwy moloch i bezustanne pijaństwo. Pomyślałam sobie: „Nigdy w życiu, za Chiny Ludowe nie chcę mieszkać w takim miejscu!” Teraz chce mi się z tego śmiać. Podczas tego pierwszego pobytu zrobiliśmy wiele kilometrów. Obejrzeliśmy chyba wszystkie ważne miejsca. Sejm, ambasady, Belweder, Łazienki, no i oczywiście taras widokowy Pałacu Kultury. Było szaro, zimno i nieprzyjaźnie, jednak my się świetnie bawiliśmy. Odkryliśmy pyszne drożdżówki z budyniem w podziemiach Dworca Centralnego. Do dziś, kiedy mijam tę cukiernię i widzę jej właściciela, uśmiecham się do siebie i do swoich wspomnień.

W marcu 2001 przyjechałam znów, tym razem sama. Na Uniwersytecie Warszawskim organizowane były Dni Otwarte. Zależało mi na spotkaniach Kolegium MISH, bo na te studia się wybierałam. Kiedy wyjeżdżałam z Cieszyna, było ciepło i wiosennie. W Warszawie już następnego dnia przywitał mnie powrót zimy. Nocowałam na Twardej u znajomych mojej mamy, nie było ich cały dzień w domu, więc nie miałam się gdzie schować przed zimnem. Musiałam szukać schronienia w ramionach miasta. Poszukiwałam ciepłych, przyjaznych miejsc. Pamiętam, jak szłam ulicą Miodową. Wiało mi prosto w twarz. Było nie więcej niż dziesięć stopni, padało coś na kształt deszczu ze śniegiem. Miałam na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem, rajstopy, cienką spódnicę i sweterek. Myślałam, że umrę z zimna. Zatrzymałam się przed Akademią Teatralną. Weszłam do środka i tam znalazłam schronienie na kilka godzin. Poznałam ludzi, którzy akurat przyjechali na konsultacje przed egzaminami. Na korytarzach spotkałam wielu rozśpiewanych studentów. Atmosfera była naprawdę porywająca. Odrobinę się rozgrzałam. Kiedy byłam już gotowa wyjść na zewnątrz, okazało się, że pogoda jest jeszcze gorsza niż przedtem. Siła i chłód wiatru przekroczyły granice mojej wytrzymałości. Walcząc z zacinającym śniego – deszczem, dotarłam na Krakowskie Przedmieście. Mój wzrok przyciągnął szyld: „Kino Kultura”. Postanowiłam wejść do środka. Akurat grano film „Ame Agaru” (tytuł polski był bardzo adekwatny do pogody: „Po deszczu”), według scenariusza A. Kurosawy. Wizualnie piękny film, w którym nie działo się absolutnie nic. Pamiętam, że przez cały seans czułam, że za chwilę odpadną mi skostniałe palce.

Fot. MK

Patrzyłam na ekran i wspominałam spotkanie w sprawie moich studiów. Dyrektor Kolegium MISH powiedział nam, że są to studia dla osób, które mają bardzo wąskie lub bardzo szerokie zainteresowania. Zaliczałam się do tej drugiej grupy – osób o mało sprecyzowanych zainteresowaniach, które chcą chłonąć całą wiedzę tego świata. Bardzo zależało mi na tych studiach. Wiedziałam, że dają szeroki wybór i wymagają niezależnego myślenia oraz dużej samodzielności. Zaczynałam się martwić, czy sobie poradzę. Wróciłam z Warszawy przemarznięta, przeziębiona i pełna wątpliwości.

Wiele osób pytało mnie: „Dlaczego akurat Warszawa? Dlaczego nie Kraków, Katowice, Gdańsk?”. Po pierwsze, z powodu MISH, który był dostępny wówczas tylko w Warszawie i w Toruniu. Po drugie, bo tak! Wymyśliłam sobie, że ma być Warszawa, podpowiedziała mi to intuicja. Zawsze staram się jej słuchać.

Nadszedł czas egzaminów. Tym razem nocowałam na Natolinie u bardzo miłej i gościnnej rodziny. Byłam dobrze przygotowana, ale egzaminy były bardzo trudne. Złożyłam jeszcze dokumenty na prawo i orientalistykę. Byłam w ciężkim szoku, kiedy zobaczyłam wynik pisemnych egzaminów na MISH. Zdałam – byłam trzynasta:-) Egzamin ustny był dla mnie jeszcze trudniejszy niż pisemny. Doszło kilka czynników natury psychologicznej. W komisji egzaminacyjnej siedziało kilka osób, które były autorami książek, z których się uczyłam. Autorytety świata nauki. Jedna z Pań miała chyba za zadanie podważać wszystko, o czym mówiłam. Broniłam się na oślep zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co mówię. Wyszłam zmęczona i mocno zdezorientowana. Pewna, ze nie zdałam. Wszystko to spowodowało, że rozpłakałam się w metrze.

Fot. MK

Bardzo chciałam już wracać do domu. Zależało mi na tym, żeby jak najszybciej poznać wyniki. Poszłam wieczorem na Nowy Świat, było po 21. Wszystko było pozamykane. Intensywnie się rozglądałam za jakimś tajemnym przejściem. Podszedł do mnie elegancki mężczyzna.

– Czego Pani tu szuka? – zapytał.
– Bardzo chciałabym się dostać do środka i poznać wyniki egzaminu.
– Chyba mogę Pani pomóc – odpowiedział z uśmiechem.
Przez chwilę się zawahałam. „A może to jakaś zasadzka?” – pomyślałam. Jednak podjęłam ryzyko i poszłam za mężczyzną. Skręciliśmy w Świętokrzyską, przeszliśmy kilka metrów, weszliśmy do sąsiedniego budynku. Zeszliśmy po schodach i znaleźliśmy się przy płocie. Tylko ten płot dzielił mnie od budynku, do którego chciałam się dostać. Serce mocniej mi zabiło.

– Tutaj pracują moi robotnicy – powiedział mężczyzna – Proszę, pani przodem – dodał wskazując dziurę w płocie. W szpilkach i garsonce przecisnęłam się na podwórko. Robotnicy spojrzeli na mnie wymownie.
Podziękowałam mężczyźnie i ruszyłam dalej. Musiałam przecież dostać się do budynku. Drzwi były otwarte.

Kiedy weszłam do środka, podeszła do mnie szczupła kobieta około pięćdziesiątki, tleniona blondynka.

– Słucham Panią? – zapytała.
– Proszę Pani, bardzo bym chciała dostać się na trzecie piętro pod sekretariat MISH. Muszę zobaczyć, czy zdałam egzamin. Jutro rano mam pociąg do domu… A tak bardzo chciałabym wiedzieć! – spojrzałam na nią wyczekująco. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
– Nie. Nie mogę tego zrobić. Już wszystko pozamykane. – odpowiedziała chłodno
– Ale ma Pani klucze, prawda?
– Mam, ale już jest za późno, przecież mówię, że wszystko pozamykałam.

Opuściłam głowę. Stałam tam jak ostatnia sierotka, kombinując jednocześnie w głowie, co by tu zrobić, żeby ją przekonać.

Fot. MK

Możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie zdarzył się cud. Tuż obok mnie i tlenionej pani nagle zmaterializował się bardzo przystojny chłopak w garniturze. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazł i którędy wszedł. Okazało się, że przyszedł po to samo, co ja. Pani zareagowała na niego wyraźnym ożywieniem. Tym razem jej twarz wyrażała emocje. Wystarczyło, że uroczy kolega się uśmiechnął i ładnie poprosił o wpuszczenie nas na górę. Sekundę później biegliśmy po schodach na trzecie piętro. Jak dwoje dzieciaków zdyszani przeglądaliśmy listę z nazwiskami kandydatów. Obydwoje zdaliśmy. Dostałam 49 punktów na 50. Uścisnęłam kolegę z całej siły. Postanowiłam, że egzaminy na prawo i orientalistykę sobie odpuszczę. W ramach MISH mogłam studiować wszystko, co chciałam. Następnego dnia mogłam wrócić do domu. Rozpoczęły się moje ostatnie beztroskie wakacje.

Po wakacjach przyszedł czas na poważne przyłożenie się do przeprowadzki. Musiałam znaleźć stancję. Dostałam miejsce w akademiku na Kickiego, ale przyjaciel bardzo mi odradzał mieszkanie tam. Wszędzie miałabym daleko. Przyjechaliśmy więc razem do Warszawy, on na egzaminy poprawkowe, ja – w poszukiwaniu swojego nowego domu. Z gazetą w dłoni złaziłam całą Warszawę. Przeszukiwałam ogłoszenia i dzwoniłam z budek telefonicznych pod wskazany numer. To były jeszcze czasy kart telefonicznych… Poszukiwania były długie i intensywne. Z ogłoszeń trafiałam na samych ekscentryków.

Najpierw był Ursynów, blisko metra. Mieszkanie trzypokojowe. Dla mnie przewidziany był najmniejszy. Właścicielką była Pani po pięćdziesiątce. Mocny makijaż, zgolone brwi, a w ich miejscu gruba czarna kreska. W dużym pokoju wielka kolekcja maskotek. Wyraźnie zapamiętałam obicie sofy a’la sierść dalmatyńczyka. Zapytałam, co jest w trzecim pokoju.

– To jest pokój moich kotków – odpowiedziała kobieta. Zajrzałam do środka. Podłoga wyłożona była gazetami. Uderzył mnie smród kocich odchodów.
Pani uprzejmie zaprosiła mnie jeszcze na herbatę. Wiedziałam już, że tam nie zamieszkam, ale pomyślałam, że porozmawiać przecież nigdy nie zaszkodzi. Pani opowiedziała mi o swoim synu, który wyjechał za granicę. Odniosłam wrażenie, że chyba za nim strasznie tęskni i czuje się potwornie samotna.

Fot. MK

Prosto stamtąd podjechałam w kolejne miejsce, tym razem w okolice metra Natolin. Trzecie piętro w bloku. Otworzyła mi ziejąca alkoholem kobieta. Miała wielkie okulary, grube szkła jak denka od butelek. Wyglądała trochę jak John Lennon, tylko starszy, brzydszy, no i z biustem. A przede wszystkim – w koszuli nocnej. Zaprosiła mnie do środka. Pokazała mi pokój, w którym miałabym mieszkać. Ciemno i duszno. Ciemnobrązowe meble na wysoki połysk. Stary pojedynczy tapczan, na nim pościel i brązowa kapa. Właścicielka podeszła do tapczanu uderzyła ręką w kapę. Tuman kurzu uniósł się w powietrze.

– No! – ryknęła – i tu byś spała.
– Aha… – odpowiedziałam.

Pani równie uprzejmie jak poprzednia, z wielkim gestem zaprosiła mnie do salonu.
– Herbatki? Wódeczki? – zapytała
– Nie dziękuję – przeraziłam się, jak zaczęłam sobie wyobrażać poziom czystości szklanek w tym domu.
– Spokojna jesteś? – wypaliła prosto z mostu. Sięgnęła do barku po papierosy. Caro.
– Papierosa? – zapytała i jednocześnie zapaliła papierosa zapałką.
– Nie dziękuję. Tak, spokojna jestem.
– No! – ryknęła ponownie moja rozmówczyni – Bo tutaj mieszkała przedtem taka jedna… Justyna. Przychodziły do niej koleżanki, siedziały w pokoju i darły mordę. To ją wywaliłam.
Przełknęłam ślinę. „Super – pomyślałam – jak tak dalej pójdzie, to niczego porządnego nie znajdę”.
Grzecznie się pożegnałam i szybko wybiegłam z mieszkania Pani Lennon, czując się mniej więcej tak:

Trzecia sytuacja, która skłoniła mnie do poddania się i zwrócenia o pomoc do agencji nieruchomości, miała miejsce na Powiślu. Jak zwykle zadzwoniłam z budki przy Świętokrzyskiej pod numer podany w ogłoszeniu. Odebrał mężczyzna. Pomyślałam – pewnie małżeństwo wynajmuje. Pan powiedział, że jeśli chcę zobaczyć pokój, to muszę przyjść bardzo szybko, bo już ma dużo chętnych. Poszłam od razu ze Świętokrzyskiej pod wskazany adres.
Na miejscu otworzył mi drzwi zadbany mężczyzna około czterdziestki, bielusieńkie sztuczne zęby, okulary, kamizelka, szeroki uśmiech. Małżonki ani śladu. Usiedliśmy w salonie. Zaczął mi zadawać różne pytania: ile mam lat, co lubię robić, jakie znam języki, co czytam, czy lubię chodzić do teatru, jakie mam poglądy polityczne, czy jestem religijna. Zaskoczona odpowiadałam na wszystkie jak leci.

– Czy mogę obejrzeć pokój? – zapytałam wreszcie zmęczona wywiadem.
– Ależ oczywiście. – mężczyzna zaprowadził mnie do pomieszczenia obok. Okazało się, że jest to pokój połączony z aneksem kuchennym. Na podłodze leżał materac, obok stał stół i krzesło. To było, nie przymierzając, wszystko.
– Mam nadzieję, że nie będzie Pani przeszkadzać, jak sobie rano będę przychodził zrobić kawę. Będziemy mogli jeść razem śniadania zanim pójdzie Pani na zajęcia.
– Eheee – odparłam, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że „coś tu śmierdzi”. Poprosiłam tylko jeszcze o pokazanie łazienki, żeby nie było, że się przestraszyłam i chcę od razu wiać. Drzwi do łazienki się nie domykały. Nie było możliwości zamknięcia się na dobre od środka. Pożegnałam się. Wyszłam i rozpłakałam się z bezradności. Zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle chcę mieszkać w tej przeklętej Warszawie. Miałam osiemnaście lat i chciałam być całkowicie samodzielna. Takie bolesne chwile zwątpienia są ceną, którą za samodzielność trzeba zapłacić. Zaręczam jednak, że warto… Samodzielność to część składowa wolności.

Fot. MK

Wróćmy jednak do moich poszukiwań. Przy pomocy agencji nieruchomości znalazłam stancję u pewnej miłej babci na Mokotowie. Wytrzymałyśmy ze sobą miesiąc. Potem przez cały listopad mieszkałam z dwiema wrednymi i zmanierowanymi studentkami prawa przy ulicy Tamka. Paskudniejszych dziewczyn w całym swoim życiu nie spotkałam. Po tych dwóch trudnych miesiącach wreszcie znalazłam miejsce, w którym zatrzymałam się na dłużej. Przypadkiem. Przyjechałam do akademiku na Żwirki i Wigury po materiały do przetłumaczenia (mój przyjaciel załatwił mi zlecenie). Już tam zostałam. Po latach muszę przyznać sama przed sobą, że to było naprawdę dobre dla mnie, mimo iż bywało ciężko. Poznałam tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi do tej pory mam kontakt. Kiedy się przeprowadzałam do akademika, musiałam wozić swoje rzeczy kilka razy – w tym wielkim plecaku, który przyjechał ze mną z Cieszyna. Przy trzecim kursie, kiedy byłam już skrajnie umęczona, w metrze zaczepił mnie pewien chłopak. Zaproponował, że poniesie mój plecak. Pomógł mi się przeprowadzić. Okazało się, że jest studentem Collegium Civitas. Kilka razy się później spotkaliśmy. Do tej pory jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że mi wtedy pomógł. Jestem mu również wdzięczna za to, że zabrał mnie do Cafe Bordo na Chmielnej. Po dziś dzień jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Warszawie.

Przez trzy kolejne lata w moim życiu było ciągle pod górkę. Wymarzone studia okazały się prawdziwą szkołą życia. Codziennie marzyłam o prawdziwym ciepłym domowym obiedzie. Bardzo szybko zaczęłam pracować. Zaczynałam od korepetycji, przeszłam przez bycie tłumaczką, kelnerką, hostessą, pracownikiem biurowym… Ciągle na rozstaju, cały czas bez korzeni. Z przeprowadzką do nowego miasta jest jak z nowym mężczyzną, fascynuje Cię i pociąga, otwiera przed Tobą nowe możliwości, jednak wcale mu nie ufasz. Dopiero z czasem przychodzi oswojenie. Pamiętam, kiedy to u mnie nastąpiło. Jak to w życiu bywa – stało się to zupełnie przypadkiem…

CDN

Część druga tego wpisu znajduje się TUTAJ

2 Responses »

  1. Madzia, kiedy czytam Twoje wspomnienia o początkach nowego, pięknego, ale i zarazem trudnego życia studenckiego mam wrażenie jakbym czytała o swoich trudnych początkach w Krakowie…Boże teraz sobie uświadomiłam, że to już tyle lat minęło od tego momentu, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam to miasto…;-)

  2. Strasznie ten czas leci, prawda? A wydaje się, że to było wczoraj:-) Tak jak napisałaś – były to trudne chwile, ale są to jedne z najbardziej wyrazistych i w sumie najpiękniejszych wspomnień mojego życia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *