Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Kiedy to chorowanie wreszcie się skończy, czyli jesień idzie

Wiecie po czym rozpoznaję, że idzie jesień? Po tym, że w domu muszę zakładać na siebie coś więcej niż tylko cienką letnią sukienkę. Pełen komfort daje mi ciepły, długi sweter. Poza tym bardziej niż latem łaknę słodyczy, czekolady, ciepłych napojów i przytulania. I takiej oto ciepłej muzyki:

Jestem smutna. Mój Synek już od ponad dwóch tygodni znów choruje. Miał wirusowe zapalenie krtani, potem były dwa dni zdrowia i chodzenia do przedszkola (REKORD!) i znów zachorował. Pewnie zaraził się ode mnie wirusem, który ja przyniosłam z pracy, bo moi współpracownicy chodzą ciągle zasmarkani i sprzedają innym swoje gluty. U mnie wirus skończył się ostrym, ropnym zapaleniem zatok i oczywiście antybiotykiem. Dawno nie byłam w tak bardzo kiepskim stanie. Zmuszona byłam wziąć zwolnienie ku „zachwytowi” moich przełożonych. W poniedziałek wróciłam do pracy, bo drugi tydzień zwolnienia byłby na pewno bardzo źle odczytany – to skończyło się niestety pogorszeniem mojego stanu. Ból całej głowy, szczęk, uszu, policzków, gardła, nosa, oczodołów – naprawdę potworność… Najgorsze w tym jest to straszne osłabienie, poczucie, że każda najmniejsza, zwykła czynność wymaga potrójnego wysiłku. W czwartek poszłam więc na dalsze zwolnienie. Lekarz zasugerował, że powinnam wziąć przynajmniej jeden tydzień zwolnienia jeszcze. Popatrzyłam jednak na niego wymownie jakby spadł z księżyca. Zwolnienie? Przecież niezastąpione korpotrybiki nie biorą zwolnień, tylko popełniają powolne karoshi dzielnie pracując mimo choroby. Strach o utratę prestiżowej pracy jest silniejszy od lęku przed śmiercią 😉 A śmierć na polu bitwy jest szczytem marzeń.

Tak sobie wyobrażam, że dla osób, które zatrudniają taką osobę jak ja, jestem problemem. Lepiej zatrudnić osobę młodą, zdrową, bez dziecka w wieku przedszkolnym. Każdy prędzej czy później ogarnie procedury korporacyjne i nauczy się prowadzenia skomplikowanych projektów. A przynajmniej nie będzie hmm… nieprzewidywalnych nieobecności.

Tak, jak mówiłam – jest mi smutno, czuję się przygnieciona i rozżalona z powodu tych paskudnych choróbsk. A co najgorsze – jesień dopiero się zaczyna. Wszystkie syfy dopiero się wylęgną. Obawiam się, że mogę tego nie wytrzymać nerwowo.

A tymczasem polecam Wam cudowny serial o pewnej rodzinie, czyli „Parenthood”. Serial wybitny, moim zdaniem, mądry, ciepły, rewelacyjnie zagrany (wg. mnie mistrzowski casting):

c698e2d3223bcd80d31d6c3f5822f751

Trzymajcie kciuki, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

One Response »

  1. Having read this I thought it was really informative. I appreciate you taking the time and effort to put this article together. I once again find myself spending a significant amount of time both reading and leaving comments. But so what, it was still worthwhile!|

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *