Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Aż bokiem wyjdzie, czyli o wiecznie przegranej walce z własnym perfekcjonizmem

Przez ostatnie trzy dni chodziłam prawie ślepa… Byłam tak chora, jak nigdy dotąd. Posłuszeństwa odmówiły mi absolutnie wszystkie mięśnie, łącznie z mięśniami oczu. Nie byłam w stanie na nic patrzeć, wodzić wzrokiem, patrzeć na światło. Wiecie o czym wtedy myślałam? Przy tej wysokiej gorączce, przy potwornym bólu całego ciała? O tym, że przerwałam swój 30 dniowy cykl przysiadów. Rozumiecie? Jaka durna jestem… To właśnie ten kaliber choroby zwanej perfekcjonizmem. Tyle razy już próbowałam z tym walczyć i nic z tego. Wiem dlaczego mi się nie udało – bo próbowałam osiągnąć perfekcję w walce z perfekcjonizmem. A to nie tędy droga. Trudno. Taka już zawsze będę. Zawsze będę cierpiała na chorobę, której objawem jest stawianie sobie zbyt wysokich poprzeczek.

c5818e496a703b69b0bdd686d598f36f

(Źródło: Pinterest.com (for educational purpuses only) )

Mój organizm jest jednak mądrzejszy i czasami potężnie się buntuje. Mówi mi: „Fundujesz sobie karkołomne życie”, „Stop – nie udźwigniesz tego”. A ja nie chcę, nie mogę tego słuchać i im głośniej krzyczy mój organizm, tym ja się bardziej nad nim znęcam. Przez ostatnie miesiące borykałam się z chorobą, która wracała atakując moje drogi oddechowe. Brałam antybiotyk – zabójcę, chodziłam do pracy, na zumbę, bałam się zahamować. Organizm w końcu nie wytrzymał i się złamał. Dlatego tak bardzo mnie rozłożyło. Dopiero dziś jest pierwszy dzień, kiedy jestem w stanie chodzić, nie mam dreszczy, mogę patrzeć na światło i nie jest mi niedobrze. Wracam do życia. A moja wewnętrzna mordercza trenerka szepcze „Dobrze, że schudłaś, niedobrze, bo utraciłaś mięśnie”. Zaczyna mnie podpuszczać, żebym już teraz wróciła do przysiadów, brzuszków, jogi i zumby. Chyba jednak się jeszcze powstrzymam…

68769af33fd18f1e83b4aab54bff7631

(Źródło: Pinterest.com)

W taki właśnie sposób tkwię sobie w pułapce własnego wewnętrznego krytyka, który stawia mi potwornie wysokie wymagania. Ten krytyk sprawia, że nawet nie przyjdzie mi do głowy pochwalić się szerszej grupie odbiorców tym, co robię, póki nie stwierdzę, że jest to doskonałe. Dlatego właśnie nigdy nie zgłoszę się np. do konkursu o tytuł Bloga Roku. Gratuluję wszystkim uczestnikom odwagi i pewności siebie. Może się Wam wydawać, że mi nie zależy, że się wywyższam, czy coś w tym rodzaju. Wcale nie. Po prostu uważam, że to co robię, nie ma szans na wyróżnienie, bo jest tak bardzo niedoskonałe. Zazdroszczę tym osobom, które zgłaszają swoje blogi. Blogi te czasami bywają, wybaczcie, totalnie „na kolanie” stworzone, bez pomysłu, z nieładnymi zdjęciami… Jednak przebojowość to pierwszy krok do sukcesu i tej przebojowości im zazdroszczę. Jeszcze w czasach, gdy wydana oficjalnie książka to było naprawdę COŚ, marzyłam sobie, że wydam książkę. Zdobycie uznania za taką prawdziwą książkę, nie za bloga, to byłoby dla mnie coś! Blogów są tysiące, pisać w necie każdy może i – jak czasami dobrze widać – robione jest to byle jak. A książka… To coś pięknego. Nie umniejszając niektórym świetnym blogom, które bardzo lubię, dla pisarza pisać bloga, to tak jak dla aktora teatralnego grać w serialu TV. Mój blog, choć piszę go już tak długo, jest dla mnie „tylko blogiem” i mój krytyk mówi mi, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej zgłaszać się z nim gdziekolwiek po cokolwiek. Dać Wam jeszcze przykład mojego znęcania się nad sobą? Ostatnio trafiłam na napisaną przez siebie w wieku ośmiu lat powieść fantasy (serio, nie wiem, co mi się wtedy stało) i czytając ją stwierdziłam: „Matko, w wieku ośmiu lat pisałam lepiej niż teraz. Wtedy przynajmniej miałam niczym nieskrępowaną wyobraźnię”. Masakra, prawda?

33f4dad2fe2be453594739aab5713f91

Źródło: Pinterest.com

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pcham się ani do społeczności blogerskich, ani do konkursów. Już w czasach podstawowej szkoły muzycznej zetknęłam się z wielką niesprawiedliwością tego świata. Razem ze mną na roku była dziewczyna, która grała na tym samym instrumencie, co ja. Dla niej granie była przymusem, dla mnie – czymś wyjątkowym i wspaniałym. Ludzie mówili mi – Ty masz talent, a ona ma tatę – nauczyciela w szkole muzycznej. Reszty możecie się domyślić. Kto był faworyzowany? Komu nauczycielka poświęcała więcej czasu? Która z nas dostawała się bez niepotrzebnych formalności na konkursy? Nie znoszę takich zjawisk, a niestety one są obecne wszędzie i jak tylko mogę, to ich unikam. Dobrze i bezpiecznie mi tutaj, gdzie mentalnie tkwię. Piszę sobie, co chcę i jak chcę, a jeśli to do kogoś trafia, to jestem szczęśliwa. Boję się ruszyć z tego miejsca, mimo iż wiem, że siedząc tu niczego nie osiągnę. Gdzieś w głębi duszy naiwnie wierzę, że w końcu znajdę sobie miejsce w tym świecie, za pomocą tego, co lubię robić najbardziej. Wierzę też, choć może niesłusznie, że mój perfekcjonizm, potworna wredota, okaże się wtedy moim największym sprzymierzeńcem.

ba2750101dcca2805b32b8f654791fad

(Źródło: Pinterest.com)

Parę słów ku pokrzepieniu, dla Was – nieuleczalne perfekcjonistki. Jest kilka obszarów, w których z nieukrywaną przyjemnością pozwalam sobie na niedoskonałość. Najważniejszym z nich jest macierzyństwo. Co ciekawe, to właśnie bycie mamą wychodzi mi chyba w życiu najlepiej 🙂

Pozdrawiam Was ciepło, Drogie Mamy i Nie Tylko Mamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *